Mentionsy

Grzegorz Wawro Podcast
21.12.2025 00:42

MOŻLIWA PRZYSZŁOŚĆ. "UCIECZKA ZE SZPITALA". 4 OPOWIADANIE SF.

Zapraszam na 4 opowiadanie SF. "Ucieczka Ze Szpitala". Opowiadanie, jest w całości mojego autorstwa. Nagrywam je ku przestrodze.


Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 303 wyników dla "Sądu Rejonowego w Lublinie"

Ściany szpitalnego korytarza były pomalowane na jasno-szary kolor.

Podłoga też była szara, tylko w nieco ciemniejszym odcieniu.

Pokryta była jakąś gumową powłoką, na której wózek popychany przez sanitariusza straszliwie skrzypiał.

Ja znajdowałem się właśnie na tym wózku i jechaliśmy do sali na 2-3 tygodnie.

Miałem dzisiaj wyjątkowego pecha.

Wyszedłem z pracy na krakowskie przedmieście i udałem się w kierunku starego miasta.

Jeden z tych autonomicznych samochodów, kiedy chodziłem na przejście dla pieszych, zidentyfikował zdechłą wronę, która nie wiadomo skąd się wzięła na środku drogi jako przeszkodę.

Postanowiłem wyminąć, ale niestety wchodziłem na przejście dla pieszych i ta durna maszyna po prostu we mnie wjechała.

Co prawda podjął próbę hamowania, ale zabrakło mu jakieś 30 cm.

Poczułem straszny ból, a po chwili leżałem na plecach.

Okazało się, że mam złamaną kość udową.

Pogotowie przyjechało w miarę szybko, zabrało mnie, no i jadę teraz skrzypiącym wózkiem, który popycha sapiący sanitariusz, który jeszcze oprócz tego, że sapie, to coś tam mruczy pod nosem.

Kość trzeba było zespolić chirurgicznie, zrobił to jeden z tych nowoczesnych robotów-chirurgów.

Zajął mu to góra 25 minut, jednak będę musiał spędzić w szpitalu kilka tygodni.

Już od siedmiu lat używane były całkowicie autonomiczne roboty, które same podejmowały decyzje co zrobić i w jaki sposób zespolić kość.

Lekarze w zasadzie nadzorowali tylko pracę robota, nafaszerowali mnie środkami przeciwbólowymi, więc było mi błogo i przyjemnie.

Kilka tygodni w szpitalu i prawdopodobnie wrócę do pełni zdrowia.

Zostałem zawieziony na salę chorych.

Pokoje były wyłącznie dwuosobowe.

Za niewielką dopłatą można było uzyskać pokój jednoosobowy.

Jednak nie czułem potrzeby odizolowania się od otoczenia.

Zostałem ułożony na łóżku na wygodnym materacu, który autonomicznie dopasowywał się do kształtu mojego ciała.

Sanitariusz ze skrzypiącym wózkiem zniknął za drzwiami i zapadła cisza.

Pokój był pomalowany na dokładnie taki sam kolor jak korytarz.

Podłoga również niczym się nie różniła.

Na suficie były zainstalowane panele ledowe z regulacją jasności.

Zauważyłem, że na łóżku obok leży już jakiś pacjent.

Był blady, miał podłączoną kroplówkę.

Powitania trzeba było zostawić na później.

Po 15 minutach do sali wjechało jakieś dziwne urządzenie.

Wyglądało jak odkurzacz przemysłowy, tylko miał bardziej obły kształt i kilka wysięgników.

Na górze migającą lampkę, która wyglądała jak...

Kogut na karetce pogotowia.

Był wyposażony w odpowiednie narzędzia do pobierania krwi, mierzenia ciśnienia, podłączania kroplówek i miał również guzik alarmowy na wypadek gdyby coś poszło nie tak.

Chory po prostu mógł go nacisnąć i wtedy przychodził człowiek.

Na każdym oddziale była jedna pielęgniarka, która tak naprawdę tylko nadzorowała pracę tych robotów.

Jej obowiązki sprowadzały się do wpisania poszczególnych danych do systemu, który przekazywał te informacje do poszczególnych robotów, dawki leków, godziny, w których miały być robione podstawowe badania, jak również wizyty kontrolne, które odbywały się mniej więcej raz na godzinę.

Jeden z wysięgników złapał mnie za ramię.

Była to mała sonda wyposażona w kilkadziesiąt drobniutkich igiełek, które bezpośrednio spod skóry popierały krew.

Inny wysięgnik złapał mnie również za ramię.

Po 30 sekundach parametry były zapisane na twardym dysku robota pielęgniarza.

Eleki przeciwbólowe spowodowały, że byłem trochę oszołomiony, więc z zaśnięciem nie miałem problemu.

Dobry wieczór, powiedziałem.

Dobry wieczór, odpowiedział słabym, zmęczonym głosem.

Po chwili milczenia odpowiedział Wojtek.

Ja miałem twarde spotkanie z jednym z tych durnych autonomicznych samochodów na przejściu dla pieszych.

Nie wiem czy pan chce tego słuchać.

Odpowiedział słabym głosem.

Pewnie spędzimy tu ze sobą trochę czasu.

Chyba, że jest pan zmęczony i nie chce pan mówić.

Mężczyzna był dobrze zbudowany.

Miał jakieś 180-182 cm wzrostu.

Ciemne włosy i wypisane cierpienie na twarzy.

Po sposobie jaki mówwyglądał na człowieka inteligentnego i wykształconego.

Zaskoczył mnie tym pytaniem, ale odpowiedziałem.

Za dwa miesiące bierzemy ślub.

W przyszłym tygodniu ma się do mnie wprowadzić.

Znamy się od dwóch lat.

Postanowiliśmy założyć rodzinę i umówiliśmy się na dwójkę dzieci.

Dwójkę pan powiada.

Obydwoje mamy czystą kartotekę i pracujemy w tej samej firmie, w korporacji zajmującej się produkcją suplementów diety.

Pracujemy w dziale IT.

Przez chwilę milczał, a potem odpowiedział.

Tak, od 10 lat jestem w związku małżeńskim.

Zgodę dostaliśmy tylko na jedno dziecko, ponieważ dość późno wzięliśmy ślub, a moja żona nie pracuje.

Mam własną firmę.

Zajmuję się projektowaniem i utrzymaniem ogrodów.

Długo mieszka pan w Lublinie?

Przyjechałem z prowincji i nie chciało mi się tam wracać.

Rozmowę przerwał nam robot, pielęgniarz, który wjechał i podobnie jak za pierwszym razem pobrał mi krew i zmierzył ciśnienie.

U mojego sąsiada oprócz tych dwóch podstawowych procedur przyłożył mu do głowy jakieś elektrody EEG czy coś, nie wiem, nie znam się na tym.

Trwało to jakieś 2-3 minuty.

Potem złożył swoje wysięgniki i odjechał.

Ma pan jakieś problemy z głową?

Nie, z głową mam wszystko w porządku.

Sprawdzają mój stan psychiczny.

Owszem, jest to oddział chirurgii.

Przeszedłem ciężką operację po uderzeniu nożem w brzuch.

Miałem uszkodzoną wątrobę i trochę poszarpane jelita.

Nie, to moja własna córka.

Siedmioletnia córeczka dźginała mnie nożem w brzuch.

To jakiś wypadek?

Nie, to nie był wypadek, ale naprawdę nie wiem, czy pan chce tego słuchać.

Facet wyglądał przyzwoicie, a tu okazuje się, że jakaś przemoc domowa, czy co?

Nie wiedziałem, jak o to zapytać.

Wiem, co pan sobie myśli.

Pewnie myśli pan sobie, że to była jakaś awantura, że przemoc domowa.

Jak będzie Pan chciał, to sam Pan mi opowie.

Rzeczywiście, to nie była najlepsza pora na zwierzenia i wyznania o swoich problemach.

Obudziliśmy się przed siódmą rano, kiedy kolejny robot wjechał i zrobił podobną procedurę jak wieczorem.

W zasadzie ja zjadłem, ponieważ mój sąsiad nie mógł jeszcze przyjmować pokarmów.

W tym momencie rozmowa została przerwana, ponieważ do sali wszedł jakiś goguś w garniturku z aktóweczką i w bardzo, bardzo eleganckich i na pewno nie tanich butach.

Dzień dobry panu, panie Wojtku.

Sąsiad spojrzał na niego i nic nie powiedział.

Nazywam się Andrzej Stokowski i jestem adwokatem pana żony.

Nie przyszedłem z panem ani rozmawiać, ani negocjować.

Przyszedłem tylko pana poinformować, że żona złożyła wniosek o rozwód i o przejęcie całości majątku, również tej, którą pan wniósł do małżeństwa przed ślubem.

Do orzeczenia sądu został pan pozbawiony prawa do przebywania we własnym domu, jak również kontaktów z żoną, jak i z córką.

Ponieważ znajduje się pan w szpitalu, nie jest pan w stanie stawić się w sądzie.

Rozprawa odbędzie się zaocznie, na podstawie zdobytych dowodów przez policję i zeznania żony i córki.

Ma pan prawo wysłać swojego pełnomocnika, aczkolwiek zdaje pan sobie sprawę, że wyrok jest przesądzony.

Ponieważ środki na pana koncie zostały zabezpieczone ze względu na to, że prawdopodobnie zostaną w całości przekazane pana żonie, ma pan prawo do powołania pełnomocnika z urzędu.

Listę takich pełnomocników znajdzie pan na stronie Sądu Rejonowego w Lublinie.

Z mojej strony to wszystko.

Jeżeli pan ma jakieś pytania, to proszę je kierować na piśmie za pośrednictwem swego pełnomocnika.

Rozumiem, że pana wynagrodzenie będzie zapłacone z moich pieniędzy.

Prawnik zatrzymał się i odwrócił.

Nie interesuje mnie, czy te pieniądze były pana czy jej, mają znaleźć się na moim koncie, a w zasadzie już się znalazły.

Życzę dobrego dnia, panie Wojciechu.

Po wyjściu prawnika przez długą chwilę nikt z nas nic nie mówił.

Do obiadu nie rozmawialiśmy.

Ja oglądałem jakiś durny serial, a sąsiad po prostu wpatrywał się w sufit.

Zadzwoniła do mnie moja narzeczona, Kasia.

Chwilę porozmawialiśmy.

Powiedziała, że spróbuje mnie następnego dnia odwiedzić.

Pewnie zastanawia się pan, o co tu w tym wszystkim chodzi.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że mnie to nie interesuje.

Widzi Pan, ja wychowałem się w rodzinie tradycyjnej, konserwatywnej.

Rodzice byli praktykującymi katolikami, ja też jestem osobą wierzącą.

Moja żona, kiedy ją poznałem i kiedy braliśmy ślub, co prawda nie była katoliczką, ale była dość tolerancyjna.

I akceptowała moje według niej ortodoksyjne podejście do życia, do wychowania dzieci i do wartości jakie wyznaje.

Wszystko zmieniło się, kiedy nasza córeczka poszła do przedszkola w wieku 5 lat.

Nie ma pan dzieci, ale na pewno słyszał pan o tych nowych programach edukacji, gdzie wolno wszystko, rodzic musi wszystko zaakceptować, ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że pozwala się dzieciom

Kiedy pani w przedszkolu zapytała ją jakie zwierzątko najbardziej lubi,

Powiedziała, że jelonka.

Na początku nie wiedziała o co chodzi, ale koleżanki ją uświadomiły.

I już po 3 miesiącach stwierdziła, że ona czuje się jelonkiem, identyfikuje się jako jelonek i tak naprawdę jest jelonkiem w ludzkiej skórze.

Nie chciała się na to zgodzić i starała się córeczce wyperswadować ten szalony pomysł.

Chodzi jednak na spotkania z rodzicami innych dzieci i to właśnie te mamusie, durne mamusie, przekonały ją, że to jest dla dobra dziecka, że dziecko ma prawo się identyfikować za kogo chce i że z tego powodu będzie dużo szczęśliwsza, a my jako rodzice unikniemy niepotrzebnych kłopotów, ponieważ jak kuratorium się o tym dowie,

...że nie pozwalamy jej identyfikować się za kogo chce to mogą nam ją odebrać.

Nie mogłem się z tym pogodzić i starałem się tłumaczyć mojemu dziecku, że to tak wcale nie wygląda.

Próbowałem jej czytać inne bajki, zabierać ją do zoo, tłumaczyć, że zwierzątka różnią się od ludzi, że ludzie są mądrzejsi, że człowiek to jest coś wyjątkowego.

Próbowałem mówić o Panu Bogu, opowiadać bajeczki, takie jakie mi rodzice opowiadali.

Starałem się po prostu ją przekonać, że to jest szaleństwo.

Niestety wpływ pani przedszkolanki, jak również jej koleżanek z przedszkola był tak silny, że nie dała sobie tego wyperswadować.

Moja żona, a jej mama pozwoliła jej dalej oglądać te bajki i w zasadzie stanęła po jej stronie.

Ta chora sytuacja trwa już od dwóch lat.

Poszła do szkoły podstawowej w pierwszej klasie, spotkała kilku swoich rówieśników, którzy też identyfikowali się za tygrysa, za kangura, ktoś tam za konika, a oczywiście nauczyciele to akceptują, ponieważ boją się kuratorium.

Czym dłużej to trwa, tym ona bardziej się utwierdza w tym, że jest jelonkiem.

Doszło do tego, że zażyczyła sobie, żeby ją leczył weterynarz.

Na szczęście tu moja żona zachowała zdrowy rozsądek i jak coś się dzieje, to idzie jednak do prawdziwego lekarza.

Po cichu prosi go, żeby powiedział jej, że jest weterynarzem.

Jestem w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ boję się, że to może spowodować trwałe zmiany w jej psychice i bardzo ciężko będzie to odkręcić.

Przecież kiedyś musi skończyć szkołę, musi pójść do pracy, musi żyć, powinna założyć rodzinę.

Nie wiem jak ona i moja żona sobie to wyobrażają.

Nie wiem jak wyobrażają sobie to

Wie pan, to jest jakieś szaleństwo.

Nigdy nie godziłem się z tymi nowoczesnymi ideologiami.

Brałem udział w proteście 3 lata temu, pewnie pan słyszał, kiedy była potężna demonstracja, a policja siłą nas rozpędziła.

Byłem jednym z liderów tego ruchu.

Usnano, że jeżeli pójdziemy do domu i nie będziemy więcej wychodzić na ulicę, to nie poniesiemy żadnych konsekwencji prawnych.

Niestety ślady w aktach zostały.

Myślę, że to też jest powodem moich problemów.

Zupełnie inaczej to brzmi, kiedy opowiada człowiek, który właśnie znalazł się w samym centrum takiej historii.

To rzeczywiście jakaś szalona historia.

Nie rozumiem jednak jaki to ma związek z tym, że pan się tutaj znalazł, że został pan ćknięty nożem.

3 dni temu wróciłem do domu z pracy, byłem zmęczony i podenerwowany, miałem pewien problem z klientem, który nie do końca był zadowolony z moich usług.

Moja córeczka przyszła i zaczęła skakać, krzyczeć, piszczeć, wchodzić na stół, wchodzić na krzesło.

Starałem się je wytłumaczyć, że wcale tak nie jest, że jest dzieckiem, że jest człowiekiem, że powinna o tym zapomnieć, że to jej zaszkodzi.

Ale ona dalej skakała, skakała, krzyczała jestem jelonkiem, jestem jelonkiem, a ja swoje.

Moja żona przyszła zdenerwowana, bo usłyszała z drugiego pokoju co się dzieje i zaczęła na mnie krzyczeć.

Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?

Będziemy mieli kłopoty i jeszcze nam ją odbiorą, a ona swoje.

Jestem jelonkiem, jestem jelonkiem, a ja powiedziałem nie jesteś żadnym jelonkiem, jesteś człowiekiem.

Ona w tym momencie wzięła nóż, którym przed chwilą kroiłem chleb, ustawiła go na wysokości czoła, kierując ostrze w moją stronę i zaczęła krzyczeć jestem jelonkiem i zaraz cię pobodę i ruszyła w moją stronę.

Zanim cokolwiek zdążyłem zrobić, wbiła mi go w brzuch na wysokości wątroby.

Tylko szybka reakcja mojej żony, która wysłała pogotowie

Uratowała mi życie.

Operacja trwała kilka godzin.

Brały w niej udział trzy roboty.

Straciłem bardzo dużo krwi.

Na szczęście udało się mnie uratować.

Ale o co chodzi z tym prawnikiem?

Sprawą zainteresowała się policja, kuratorium, szkoła.

A moja żona wzięła stronę córki.

Powiedziała, że ją dręczyłem, że nie pozwoliłem jej identyfikować się jako Jelonek.

KURATOR REJONOWY

I oskarży mnie o przemoc domową wobec dziecka i wobec niej osobiście.

Oczywiście chodzi o przemoc psychiczną.

Wezwano psychiatrę, psychologa, lekarza, a moja żona złożyła zeznania.

A teraz odwiedził mnie prawnik.

Jakie pan ma szanse, żeby się wybronić?

Nie znam ani jednego przypadku, gdzie osoba w mojej sytuacji wygrałaby sprawę i nie straciła wszystkiego, co do tej pory posiadała.

Ale przecież wszystko, co pan posiada, posiada pana żona, córka, wy jako rodzina, to jest to, co pan sam zarobił i stworzył.

Sąsiad się zamyślił i przez chwilę nic nie mówił.

Wszystko, co posiadamy, stworzyłem od podstaw.

Zawsze chciałem mieć rodzinę i kilkoro dzieci.

Do głowy mi nie przyszło, że kiedyś będę mógł to wszystko stracić.

Przeprowadzam badania psychiatryczne, będę rozmawiał z psychologiem, stąd to skanowanie mózgu EEG i tam jakieś inne badania, nie znam się na tym.

Jeżeli uznają, że jestem niezrównoważony psychicznie, prawdopodobnie zamkną mnie w jednym z tych obozów, do których wysyła się ludzi nieprzystosowanych, tak to oni nazywają.

Ludzi, którzy nie chcą pogodzić się z nowym systemem, z nowym sposobem wychowania, którzy chcą żyć tradycyjnie, wyznawwłasne wartości.

W Polsce było ich cztery.

Jeden był pod Katowicami, drugi koło Poznania, trzeci koło Gdańska, a czwarty niedaleko Suwałk.

Niewiele różniły się od obozów koncentracyjnych.

Były ogrodzone, a wokół chodziły patrole.

Pensjonariusze, tak ich nazwijmy, mieszkali w dość dobrych warunkach, mieli zapewnioną żywność, opiekę zdrowotną, natomiast nie mogli ich

Tłumaczono, że jest to niezbędne do tego, żeby stworzyć nowoczesne społeczeństwo bez uprzedzeń.

Społeczeństwo, które będzie równe, gdzie ludzie nie będą wykazywać się żadną agresją, będą tolerancyjni i będą akceptowwszystkie różnorodności.

Byłem zszokowany.

Facet w zasadzie nic nie mógł zrobić.

Do końca dnia już nie rozmawialiśmy.

Roboty jeździły, badania były wykonywane.

Zadawano mu różne pytania.

O przeszłość, o rodzinę, o wyznanie, o poglądy.

A on odpowiadał.

Niestety odpowiadał zgodnie z prawdą.

Rozumiał, że kręcenie, udawanie, kłamanie i tak mu nic nie pomoże.

Wydaje mi się, że chciał zachować resztki godności, resztki człowieczeństwa.

Na pytanie, czy uważa, że jego córka ma prawo identyfikować się jako Jelonek, odpowiedział, że absolutnie z tym się nie zgadza i nigdy nie zmieni zdania.

Spotkanie trwało około godziny, komisja się zawinęła i poszli sobie.

Pół godziny po obiedzie do naszego pokoju znowu wszedł prawnik żony Wojciecha.

Przyszedł, popatrzył się, wyjął kopertę i wręczył mu ją.

Tu jest decyzja sądu, panie Wojciechu.

Trafi pan do obozu pod suwałkami.

Dużo lasów, zieleni, świeże powietrze.

Oczywiście ma pan prawo do odwołania, ale zdaje pan sobie sprawę, że jest to bezcelowe.

Do widzenia.

Prawnik wyszedł, a my zostaliśmy sami.

Zauważyłem, że po lewym policzku mojego sąsiada toczył się łza.

Chciałem coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziałem co.

Jakakolwiek rada wydawała się bezcelowa.

Jakakolwiek próba pocieszenia wydawała się również bezcelowa, więc milczałem.

Rozmowę zaczął Wojciech.

Nie byłem w takiej sytuacji i nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Chciałbym wierzyć, że kiedyś wrócą czasy, w których człowiek będzie człowiekiem, a zwierzę będzie zwierzęciem.

Kiedy będziemy mogli mówić i myśleć to co chcemy.

Ale wydaje mi się, że pokolenie mojej córki jest już stracone.

Jak pan sobie to wyobraża?

Przecież jest pan zaczipowany, tak jak każdy z nas i będzie pan pod całkowitym nadzorem.

Zawsze jest sposób, żeby uciec.

A w tym przypadku pan mi pomoże.

Bardzo chętnie, ale nie wiem, czy mam takie możliwości.

Nie znam ludzi i nie mam wystarczająco pieniędzy, żeby pana wesprzeć.

Pomoże pan mi uciec tam, gdzie na pewno mnie nie złapią.

Wydaje mi się, że jest pan porządnym człowiekiem.

I nie odmówi mi pan.

Nigdy o sobie w ten sposób nie myślałem.

I nie do końca rozumiałem o co człowiekowi chodzi.

W tej sali nie ma monitoringu.

Nie ma takiej potrzeby, poniewwszystko kontrolują maszyny, roboty.

W tym momencie zrozumiałem o co mu chodzi.

Czy pan zwariował?

Nie zwariowałem.

Niech pan głośno nie mówi.

Jakoś to rozwiążemy.

Do kolacji nikt z nas nie wypowiedział ani jednego słowa.

Po 22.00 Wojciech zaczął mówić szeptem.

Musi pan odłączyć kroplówkę od węflonu i wdmuchnąć mi do żyły powietrze.

Zwłaszcza przy uszkodzeniu narządów wewnętrznych.

Bardzo chętnie Panu bym pomógł, ale nie wiem czy będę w stanie coś takiego zrobić.

To jest zabójstwo.

Zrobi Pan dobry uczynek, a ja odejdę sobie w spokoju.

To prawda, ale w mojej sytuacji muszę zaryzykować.

Powiedziałem panu Wojciechowi, że muszę się nad tym zastanowić, że jutro mu dam odpowiedź.

Z jednej strony rozumiałem człowieka i chętnie bym mu pomógł.

A z drugiej strony zrobiłbym coś, co może zaważyć na całym moim życiu.

I nie mam tu na myśli odpowiedzialności karnej, tylko moje własne sumienie.

Z drugiej strony, czy sumienie pozwoli mi normalnie funkcjonować, jeśli mu nie pomogę.

Miałem bardzo poważny problem do rozwiązania.

Rano, jeszcze przed śniadaniem, powiedziałem Wojciechowi, że mu pomogę.

Musimy tylko ustalić szczegóły, o której godzinie to zrobić, jak to zrobić, żeby nikt się nie zorientował.

Umówiliśmy się, że cała akcja zostanie przeprowadzona najbliższej nocy.

O 22, kiedy robot pielęgniarz przyszedł na wieczorny obchód, nacisnąłem czerwony guzik na jego pokrywie.

Po kilku minutach do pokoju weszła znudzona pielęgniarka.

Czego robot nie mógłby załatwić?

Wie pani, ostatniej nocy nie mogłem spać.

Bardzo bym poprosił o jakąś mocną tabletkę nasenną, gdybym tej nocy znowu nie mógł zasnąć.

Po dwóch minutach wróciła z plastikowym kubeczkiem.

Zwlokłem się z łóżka i o kulach poszedłem do toalety, którą mieliśmy w pokoju.

Tabletka wylądowała w sedesie, a ja wróciłem do łóżka.

O drugiej w nocy wstałem i podszedłem do pana Wojciecha.

Czy jest pan pewien, że pan tego chce?

Popatrzył na mnie wyjątkowo trzeźwym wzrokiem.

Tak, jestem pewien.

Kroplówka stała po drugiej stronie łóżka.

Podszedłem do niej i wyciągnąłem wężyk z wenflona.

Musiałem złapać wenflon w usta i wdmuchnąć z całej siły dużą porcję powietrza.

Pan Wojciech mi wytłumaczył, że aby doszło do zatoru płucnego, pęcherzyk powietrza musi być naprawdę duży.

Poprosił mnie, abym zrobił to naprawdę dobrze.

Powiedziałem mu, że go rozumiem, pożegnałem się z nim i przyłożyłem usta do wenflona.

Z całej siły dmuchnąłem i poczułem jak ciśnienie w ustach maleje.

Oznaczało to, że powietrze dostało się do krwioobiegu.

Szybko podłączyłem wężyk do wemflona i kuśtykając wróciłem do swojego łóżka.

Odebrałem życie człowiekowi.

Zrobiłem to na jego własną prośbę.

Wiem, że zrobiłem coś dobrego, ale to było bardzo, bardzo trudne.

Będę musiał z tym żyć, ale wydaje mi się, że nie będę miał jakichś większych wyrzutów sumienia.

Kiedy o 6 rano przyjechał robot na poranny obchód, od razu zorientował się, że mój sąsiad nie żyje.

Po chwili do sali wszedł lekarz i pielęgniarka.

Stwierdzono zgon pacjenta.

Łóżko wyjechało, a ja już o nim więcej nie słyszałem.

Prawdopodobnie uznano, że zator płucny to są powikłania po zabiegu chirurgicznym.

Tak jak przewidział pan Wojciech.

Przed obiadem na miejsce pana Wojciecha został przyjęty kolejny pacjent.

Po obiedzie zadzwoniłem do mojej narzeczonej Kasi.

Miałam do ciebie wczoraj przyjść, ale niestety coś mi wypadło w pracy.

To będzie krótka rozmowa.

Chciałem ci powiedzieć, że nie chcę, żebyś się do mnie wprowadzała i zrywam nasze zaręczyny.

Ale co się stało, to nie twoja wina.

Nie jestem gotowy na poważny, trwały związek.

Tym bardziej nie jestem gotowy na wspólne mieszkanie.

Nasz związek możesz uznać za zakończony.

Wszystkiego najlepszego.

0:00
0:00