Mentionsy

Lwowska Fala | Radio Katowice
19.10.2025 09:03

Lwowska fala. Odc. 277

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – specjalne wydanie Lwowskiej Fali z okazji Dnia Nauczyciela. W tym wyjątkowym programie składamy serdeczne życzenia wszystkim nauczycielom – tym, którzy kształtują młode pokolenia w kraju i poza jego granicami. Danuta Skalska rozmawia z Heleną Sak o szkole we Lwowie w czasie wojny – o trudach, odwadze i niezłomnym duchu nauczycieli tamtych lat. Grzegorz Mach spotyka się z Walentyną Szydłowską, założycielką i pierwszą dyrektorką największej polskiej szkoły na Łotwie – w Rzeżycy (Rezekne). W studiu Lwowskiej Fali gościmy także uczniów z gliwickich szkół, którzy – zainspirowani przez swoich wspaniałych pedagogów – opowiadają o pasji uczenia się i pielęgnowania polskości. Rozmowę prowadzi Agnieszka Baron-Twarkowska. Na zakończenie Ewelina Kosałka-Passia rozmawia z Tomaszem Kubą Kozłowskim o działalności Domu Spotkań z Historią – miejscu, które łączy przeszłość z teraźniejszością i uczy, jak pamiętać.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 406 wyników dla "Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich"

Polskie Radio Lwów i wszystkie rozgłosznie polskie.

Niech inni zjadą, gdzie mogą cię cofną, Do widnia Paryża lód lną.

A ja żyć ze lwowa nie ruszam za mną, Za skarb doskacznie dwóch.

Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze jak tu?

Tylko we Wowie!

Gdzie śpiewem w tytulu i budzę ze snu Tylko we Wowie!

I bogaci dziad, tu słosa pan brat I kurzdy ma uśmiech na twarzy

A pan mi to ma słodziutki ten gród, jak sok, czekolada i mniót.

I gdybym się kiedyś urodził świadom.

Nie ma, nie ma, nie ma.

Nie szkoda gadania i co chcesz znowu.

Nie ma.

Dzień dobry Państwu, tu Lwowska Fala.

Płyniemy do Was 19 października 2025 roku.

Dobry wieczór, mówimy przyjaciołom na drugiej półkuli.

Wszystkich Was, lwowiaków i ślązaków, rodaków na wschodzie, w Kanadzie, Australii, Ameryce, przyjaciół Lwowa, gdziekolwiek są, a także i tych, którzy chcieliby do nas dołączyć, przygarniamy do naszej kresowej rodziny i zapraszamy na 982. spotkanie ze Lwowem na antenie Polskiego Radia Katowice w programie o kresach, nie tylko dla kresowian.

Lwowska fala nadal płynie i płynąć będzie jak Wisła do Gdańska.

Serdecznie pozdrawiamy naszą redaktorkę Danutę Skalską, Ewa Węglarz przy mikrofonie i Krzysztof Kiczek, reżyser dźwięku.

Witają Was kochani najserdeczniej lwowskim.

Kochani, 14 października, w ubiegły wtorek, obchodziliśmy Dzień Edukacji Narodowej.

Zapewne wszelkie laurki, prezenty, uśmiechy, podziękowania już przebrzmiały w uszach naszych edukatorów, ale od lwowskiej fali przesyłamy Państwu i współpracownikom wyrazy najszczerszego uznania dla Waszej codziennej pracy.

Serdeczne życzenia, sukcesów zawodowych oraz zdrowia i sił na ten niełatwy dla naszej edukacji czas.

A szczególne życzenia składamy też naszym edukatorom obecnym w audycji, przede wszystkim naszej kochanej redaktor Danucie Skalskiej, która przez ponad 20 lat edukowała młodzież, a później...

jeszcze kontynuowała te swoje działania edukacyjne.

Kochana Danusiu, Tobie jako nauczycielowi serdeczne ślemy pozdrowienia z anteny.

A jest wśród nas, proszę Państwa, może niektórzy nie wiedzą, pan doktor Krzysztof Kiczek.

Pan doktor również ma do czynienia z młodzieżą, ale troszkę na wyższym poziomie.

W imieniu jego studentów również wszystkiego najlepszego i dużo zdrowia, wytrwałości.

Tylko z waszym wielkim wsparciem zdobędzie to, co jego cele.

Dziękujemy za wasz trud, odwdzięczyć się dziś chcemy.

Za troskę cierpliwość, za wasze dobre serca przyjmijcie dziś od nas tych kilka nut w podzięce.

Dziękujemy za Wasz trud, odwdzięczyć się dziś chcemy.

Za troskę, cierpliwość, za Wasze dobre serca, przyjmijcie dziś od nas tych kilka nut w podzięce.

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie, mawiał Hetman Jan Zamoyski, a z takiej bliższej nam rzeczywistości istnieją pożekadła, czym skorupka za młodu nasiąknie, albo czego Jaś się nie nauczy i dalej Państwo znacie.

Teraz wysłuchajmy rozmowy Danusi Skalskiej z Heleną Sak, która przeżyła czas edukacji w okresie okupacji we Lwowie.

Jak to było za Niemca?

Szkoła dla Polaków średniej szkoły nie było, tylko zawodówki.

Poza tym były komplety, gdzie się spotykała młodzież, nauczyciele przedwojenni.

To oczywiście było tajne, nie wolno było, ale było.

I ja, jeżeli chodzi o mnie konkretnie, to ja za Niemców właściwie skończyłam tylko tą siódmą klasę.

No potem chodziłam na jakieś gospodarcze, jakieś tam handlowe, trochę tu, trochę tam.

Potem jak wkroczyli drugi raz do Lwowa Moskalę w roku 1944, zapisałam się już do klasy dziewiątej.

czyli miałam w zasadzie skończoną siódmą, ósmej nie miałam, do klasy dziewiątej i dziesiątej, tą dziewiątą, dziesiątą szkoła numer 10 Polska przy ulicy Szymonowiczów i uczyłam się równocześnie, przychodził do mnie pan Bogusław Sienkiewicz, który przychodził do mnie i mnie uczył po prostu, poza tym niezależnie od tego jeszcze

starsze koleżanki, które już były po maturach czy w klasie maturalnej też i uczyłam się łaciny, uczyłam się literatury, ale jeżeli chodzi o tego Bogusława Sienkiewicza, to był nasz gospodarz klasy.

On przychodził do mnie do domu, uczył mi właśnie historii, literatury i tak dalej.

Poza tym w klasie dziesiątej, to była niby koedukacyjna, ale było dwóch chłopców, bo inni już zostali wzięci do wojska.

Za drugich Moskali już brali osiemnastu, dziewiętnastolatków Polaków do wojska.

Ale ci dwaj byli wyreklamowani i właśnie ten gospodarz klasy, no oczywiście mam zdjęcie i oczywiście Wojendruk siedzi tam też.

Uczyliśmy się wojennej padgatowki, to znaczy przygotowanie wojskowe.

Z czewoszy stoi wintowka, to znaczy z czego się składa wintowka, to znaczy karabin.

Służy dla palotu puli.

Jeżeli chodzi o lufę, to służy dla kierowania kuli.

To są moje wspomnienia z lekcji.

ale wracam do tego Bogusia Sienkiewicza, tak jakśmy go nazywali, przedwojenny, no mówiło się przedwojny profesor, który bardzo dużo czasu nam poświęcał.

To był rok już 1946, przed wyjazdem ze Lwowa, tutaj miały być wybory w 1946 roku i on nas uczył przed wyjazdem, słuchajcie, tam będą wybory, pamiętajcie, wybory mają być wolne,

powszechne i niezależne.

Wiem, że trzy, tak, pamiętajcie, takie mają być wybory.

To nam wkładał łopatą do głowy, żebyśmy wiedzieli, jak przyjedziemy tutaj, żeby...

żeby wiedzieć, jak mają wyglądać wybory, że nie wolno narzucać, że masz głosować na tego czy tamtego, tylko masz sobie wybrać, kogo chcesz, z jakiej partii i pana czy Kowalskiego, czy Nowaka, czy innego.

To nam właśnie Boguś Sienkiewicz nam to łopatą do głowy wkładał.

Jeszcze jestem w tej dziesiątej klasie.

No oczywiście były egzaminy.

Zresztą u Moskali po każdej klasie były egzaminy.

No oczywiście tą dziesiątą klasę też trzeba było zdać.

Potem jeszcze zdawałam dodatkowo na tych kompletach, bo niektóre przedmioty zostały zaliczone, takie właśnie ścieżce jak matematyka, fizyka i tak dalej zostały zaliczone.

W każdym razie zostały ścisłe przedmioty, były u Moskali na wysokim poziomie i one zostały zaliczone, nie musiałam ich nadrabiać, że tak powiem.

Natomiast jeżeli chodzi o humanistyczne, tak.

Teraz jesteśmy jeszcze we Lwowie.

Zbliża się ten czas przymusowego wyjazdu, prawda?

Ale jeszcze momencik, jeszcze nie wyjeżdżamy.

Teraz mają, już jest tak, że mają, jeszcze moment wrócę, przepraszam, jeszcze wrócę do okresu okupacji, bo czegoś nie powiedziałam, więc przepraszam, że wracam do tyłu.

Wkroczyli Niemcy do Lwowa i Niemcy idą dalej na wschód, posuwają się.

Oczywiście jest ogłoszenie, trzeba oddać narty, bo oni nie mają na czym jechać, jadą na wschód i tak dalej.

Myśmy narty, ojciec nasze narty spalił, bo były dwie pary narty.

Wolał spalić niż oddać Niemcom, prawda?

Po to, żeby nie oddać Niemcom.

Gdy wspominam te lata, te dni, kiedy byłem tak zwanym mikrusem, miałem siły i zdrowie, wszystkie włosy na głowie, świat cudownym wydawał się mi.

W słowie klatał po parkach jak ptak I przez wale chytmańskie gnał klusem A mój tatu czasami przyczajony stał w bramie I pod wieczór palakał mi tak Juśku wracaj do domu Ta zastanów się raz Chyba komu jak komu

Ale i tobie już czas Juśku, słuchaj się taty Nie glans w nocy ma spać Juśku, wracaj do chaty I do łóżka się klać Potem przyszedł znienacka ten czas Zamroczenia i męskiej słabości

że się człowiek ożenił, standard życia się zmienił, czar dzieciństwa przeminął i zgasł.

Ale za to, gdy miało się smak wypić magę w dowolnej ilości, człowiek szedł do szkowrona na dwie glebsze, a żona znów pod wieczór śpiewała mu tak.

Juśku, wracaj do domu, ta zastanów się raz.

Chyba komu, jak komu, ale tobie już czas.

Skoro jesteś żonaty, musisz liczyć się z tym.

Albo wracaj do chaty, albo zrobię ci sztęp.

Na tulatce się jest tyle lat, ale wciąż dawne dni się wspomina.

I te chwile bezpańskie, i te wale chytmańskie, i ten lwowski, beztroski mój świat.

A gdy noc czarne skrzydła jak tak nad mym sercem stęsknionym rozpina, słyszy piosnka rozbrzmiewa, a to Lwów do mnie śpiewa.

I we śnie przywoluje mnie tak.

Juśku, wracaj do domu, Ta zastanów się raz.

Juśku, komu jak komu, ale tobie już czas.

Dobry Bóg cię zachował, jesteś cały i zdrow.

Feliks Konarski zaprasza nas w piosence Juśku wracaj do domu.

Posłuchamy teraz innej relacji, relacji od strony kobiety, która starała się o utrzymanie szkoły w czasach bardzo trudnych.

Największa obecnie polska szkoła na Łotwie działa w Rezekne.

Współpracuje m.in.

ze szkołą podstawową nr 37 w Częstochowie.

O trudnych początkach opowiada Walentena Szydłowska, założycielka szkoły i jej pierwsza dyrektorka.

Obecnie pani Walentyna jest już na emeryturze, ale opiekuje się muzeum utworzonym w szkole.

Opowiada o początkach szkoły, o walce, aby ją utrzymać, o życiu w Związku Radzieckim i obawach wynikających z wojny na Ukrainie.

Walentyna Szydłowska z Rezekne na Łotwie, założycielka w latach 90-tych ubiegłego wieku pierwszej polskiej szkoły w Rezekne.

Na Łotwie cztery szkoły działają teraz.

Wśród tych szkół nasze jest największe.

My teraz mamy 639 uczniów w szkole.

Nasza szkoła to największa wśród tych czterech szkół, która jest w Rydze w stolicy, w Dałgowpilsie, w Kraslawiu i nasza czwarta szkoła.

Kiedy pani stworzyła tę szkołę?

To byli trudne czasy i to szkoła teraz mieści się już w drugim budynku.

W swoje czasy, w roku 1993, nam oddali w byłej wieczorowej szkole jeden korytarz.

który był wymalowany na bryndzowo i czarno.

Tak jak do tej rosyjskiej wieczorowej szkoły przychodzili już dorosli ludzie, którzy palili, firany byli w dziurach od papierosów, bez żadnej tablicy, bez żadnego krzesła, bez lawek i powiedzieli, że róbcie sobie szkołę, jeżeli chcecie.

Oni myśleli, że nasze dzieci będą siedzieli na podłodze i pisali po ścianach.

I z tej szkoły nic nie wyjdzie.

W tym czasie ze Szwecji przywozili do ryzeknej rodziny rapów humanitarną pomoc.

Odzież, różne rzeczy do gospodarstwa.

To było bezpłatnie, a w te czasy ludzie bardzo biedno żyli i nie było tych pieniądz, żeby kupić to, co oni przywozili.

I te siedem lawek, siedem krzesel i jedną tablicę przywieźli nam w Szwedzie.

A potem swoją rękę podali Polacy, taka rodzina, pani Jedwiga, pan Władimir Fojuczyk.

Oni byli pierwszymi, którzy przyjechali do swoich krewnych i dowiedzieli się, że jest taka polska szkoła tam ryzykna.

I zapytali w jeden wieczór, może szkoła coś potrzebuje.

Ja tak spojrzałam na nich.

Nie było takiego cuda, żeby ktoś przyjechał i zapytał, co potrzebuje.

No i przede wszystkim książki, których też nie było.

Wtedy granice były zamknięte i przez granicę przewozić rzeczy i takie jak książki nie było pozwolone.

I o tym widzieli nasze przyjaciele tu w Częstochowie.

W Bydgoszczy zorganizowali w szkołach zbiórkę dydaktycznej pomocy, te, które już szkolom niepotrzebne, stare, oni nowoczesne wprowadzili i ksiądz Kielczewski z Bydgoszczy, który był na dwóch kulach, swoją przyczepką zbierał po tych szkolach.

Stali oni na granicy dwa dni, chory ksiądz i dwóch nauczycieli, którzy byli razem, tak badali na tej granicy, liczyli w tej deklaracji, czy naprawdę do chemii te naczynia, które potrzebne, rurki, jest 150 czy nie.

Na przykład nastroje ludowe, żeby tańczyć krakowiaka, rodzice przynosili z domu flagi sowieckie.

Materiałów w tym czasie na półkach u nas nie było.

I babcie haftowali, szyli przez stieradła, bluzki, koszulki dla dzieci.

I teraz, kiedy ja jestem na emeryturę, to ja prowadzę dalej muzeum szkolne.

Ile dzieci na początku chodziło do tej polskiej szkoły?

Skąd się nagle takie zainteresowanie zrobiło?

U nas było siedmiu nauczycieli.

My widzieli o tym, że ta szkoła nie powinna być podobna na rosyjską czy na lotewską szkołę.

Ona musi być polską szkołą i musi mieć swój twarz.

I nasze tradycje do dzisiejszego dnia, jeśli żyją w naszej szkole, na przykład dzień my zaczynamy z modlitwy.

W klasach 1-4 to jest głosna modlitwa, 5-12 cicha modlitwa.

I był pierwszy rok działalności naszej szkoły i Częstochowa, 47 szkoła, zaprosili nas do siebie, tych 22 dzieci.

Z nich wyjechało 20.

oni żyli w rodzinach.

I rodziny zaopiekowali tymi dziećmi i przygotowali ich do pierwszej komunii.

Dla tych pierwszych dzieci odbyła się pierwsza komunia na Jasnej Górze.

Oni znaleźli

sukienki dla dziewczyn, ubrania dla tych dzieci.

I tak byli przyjęci, że oni przyjechali z tymi rodzicami do Ryzekne i oni zobaczyli naszą szkołę, jak my wtedy tak biedno żyli.

I rodzice bardzo dużo pomagali.

Państwo wyobrażają, jeżeli nie ma nic,

I na rozpoczęcie roku szkolnego przyjeżdżał sam prezydent miasta Częstochowy, Tadeusz Wrona.

I on przywiezł nam jedną tablii solitarną antenę.

Wtedy solitarną antenę trzy może były, tak, na całym ryzyku.

To takie rzeczy, które mówią o historii naszej szkoły.

Dzisiaj to, co ja opowiadam, to jest taka jak bajka.

Ona zupełnie inaczej wygląda.

Ona dzisiaj już odpowiada standardu naszej Unii Europejskiej.

Nam Rada Miasta przekazała.

budynek, gdzie my też zmieścimy się przy ulicy Luba na przedszkole.

Takie przedszkole były budowane trzy na całą Lotwę.

W te czasy sowieckie odchodzili i zakład, który budował tą przedszkole, powiedział, że oni oddają dla miasta i im niepotrzebne.

A prezydent naszego miasta był tak bardzo zaangażowany, żeby ta szkoła była.

I telefonuję i mówię, chcesz nową szkołę?

Mówię, jasne, że chcę.

Nam już tam było ciasno.

To było trzy lata i liczba dzieci i rodzice oddawali do naszej szkoły, że widzieli, że tam coś inaczej może być, nie jak w zwykłej rosyjskiej czy lotewskiej szkole.

I wyszło tak, że nasz mer mówi, że sami my to nie przerobimy, to przedszkole na szkole.

Trzeba prosić polską stronę.

I pojechali do Wspólnoty Polskiej.

Wtedy prezesem Wspólnoty Polskiej był Stelmachowski.

Pierwszy raz, kiedy on przyjechał, on powiedział, że on myśli na 90%, że trzeba pomóc.

I będzie warto włożyć te pieniądze, tylko jaka będzie kwota, to zobaczymy.

No i na drugi raz już, kiedy on przyjechał i widział, co my, lotewska strona, zrobiła.

I już było podpisane porozumienie i pieniążki były przekazane z polskiej strony.

Kochani, nauczyciele mają przeróżne problemy, natomiast zmorą dla polonistów są zapożyczenia z języka angielskiego.

Zjawisko to zauważyli już po II wojnie światowej Włada Majewska i Marian Hemar.

Kolo śmiechu tak blisko czasami jest płacz.

Wczoraj ze mną rozmawiał mój groser.

Groser, przecież mówi.

Po jakiemu?

Po angielsku.

Sklipikarz.

Że to takie ciekawe, że w Sunday Dispatch.

Gdzie?

No w Sunday Dispatch, w gazecie niedzielnej.

Nie wie pan?

Tyle piszą o tych Flying Saucer.

To co się z panem dzieje?

Flying Saucer.

Latający z potkiem.

że podobno już robi się takie rakiety, będzie można pojechać na różne planety.

Na Saturna, na Wenus, no samżeż pan powiedz, a na Księżyc to w ogóle tak, jak dobrze mówić.

A co pani na to?

A ja nic, tylko słucham jak durna.

Oczy mam nagle we łza, że tak blisko jest stąd do Saturna, a do Lwowa daleko, że strach.

A ja myśli to dramat czy farsa, czy to jakaś pomyłka bezbożna, że rakietą można jechać na Marsa.

a pociągiem do Lwowa nie można.

Milion gwiazd niszni na niebie na tarczy, coraz bliżej od kresu po kres, a do Lwowa stąd życia nie starczy.

Tyle lat, tyle mil,

Ja tak z ludźmi w tej Anglii rozmawiam od lat.

Obserwuję tu ich wynalazki.

Demokrację, porządy i cały ich świat.

I standard of life angliusaskie.

Standard of life, proszę pana.

Dobrobyt, poziom życia.

Tyle tu rozmaitych możliwości i bodźców Właśnie zaczął się rok Nowy rok, rok uchodźców To mnie w sercu nadzieja rozpala się nowa Że w tym roku pozwolą mi wrócić do Lwowa I co pani na to?

Już nic, tylko czekam jak durna

Tylko szukam pociągu ekspresji, A bliszczące pierścienie z Saturna Zapalają się w tęczy mych les.

Mleczna droga na niebie rusnuta, Kolejowym się mostem rozpina, A na księżyc stąd jedna minuta.

A na Wenus stąd jedna godzina.

Błyski rakiet syczących i głopiec Zapadają się w niebo i w mrok.

A ja do brzuchowiec.

Cóż ja tu wygaduję jak dorna, Zapomniałam skupiona w tych mgłach, Że tak blisko jest stąd do Saturna, A do Lwowa daleko, że strach.

Czyż nie bliskie są Państwu takie zjawiska?

A teraz czas na młodzież.

Młodzież również w naszej audycji pojawi się za sprawą dwóch wspaniałych nauczycieli.

W naszym studiu gościli uczniowie bojkowskich szkół, zainspirowane przez swoich wspaniałych edukatorów.

Rozmawiała z nimi Agnieszka Baron-Twarkowska.

Dzisiaj do naszego studia zawitała młodzii ich opiekun, a opowiedzą nam o niej o takim fajnym projekcie związanym z jeszcze większym projektem, o którym mówimy już od początku września.

Tutaj mi chodzi o Bojkowski Wrzesień-Kresową Jesień.

Ze mną w studiu jest od mojej lewej strony Hania Grzesiak.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

Uczennica Zespołu Szkół Ekonomiczno-Technicznych w Gliwicach na kierunku, i to będzie istotne, technik fotografii i multimediów.

Obok Hani Denis Tarko z Politechniki Śląskiej z kierunku energetyka.

Dzień dobry.

I opiekun wspomniany pan Sebastian Michałuszek z grupy fotograficznej Aczkolwiek.

To jest taka grupa, która działa w ramach Młodzieżowego Domu Kultury.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

Wystawa fotograficzna oblicze Kresów i film dokumentalny Ostatni Kresowianizm Bojkowa.

To tak od Adama i Ewy.

Pomysł był, właściwie cała inicjatywa wyszła od pana Krzysztofa Kruszyńskiego i to trzeba zaznaczyć.

Pozdrawiamy.

Pozdrawiamy.

Pan Krzysztof Kruszyński, zasłużony człowiek dla Bojkowa, bo wiele inicjatyw stworzył dla tej małej społeczności, ale jednak ważnej z punktu widzenia historii Gliwic i okolic.

Zadzwonił do mnie z propozycją, czy jako grupa fotograficzna nie chcielibyśmy dołączyć się do tego projektu i współtworzyć to jedno wielkie wydarzenie, jakim jest właśnie ta bojkowska jesień, a w szczególności realizację zdjęć ostatnich kresowian z Bojkowa.

W tym projekcie zaangażowanych było 13 osób.

Jedną z tych osób jest Hania, która robiła zdjęcia na tą wystawę fotograficzną oblicza kresów.

Co to są za zdjęcia?

To są portrety tych kresowian.

Wzorowaliśmy się troszeczkę z zapisem socjologicznym od Zofii Wydet podczas realizacji tego projektu.

I też staraliśmy się uchwycić te osoby w ich obecnie naturalnym środowisku.

Czy to byli mieszkańcy Bojkowa, czy w ogóle osoby związane właśnie z Kresami?

Skupialiśmy się na mieszkańcach Bojkowa, którzy właśnie z tych Kresów do nas tutaj przyszli.

I czy trudno było ich przekonać do tego, żeby krótko mówiąc zapozowali?

Tutaj pojawiła się postać Zofii Rydet, która znana jest z tego swojego zapisu socjologicznego.

projekt, który jest już można powiedzieć takim kanonem polskiej i światowej fotografii.

Czy właśnie tutaj jakieś te koneksje pomagały z tym, żeby tych ludzi przekonać?

Wszystko zależało od człowieka.

Niektórzy z nas chętniej podchodzą do obiektywu, inni troszkę mniej.

Także różnie było, ale zazwyczaj ludzie nie mieli z tym problemu, żeby gdzieś tam stanąć przed tym aparatem i zapozować.

Z jednej strony wystawa, z drugiej strony film dokumentalny.

Czy pukaliście do drzwi?

Jeżeli chodzi o film, to te prace związane z fotografią i samym filmem, one były powiązane.

To znaczy, jeżeli już przyjeżdżaliśmy do jakiejś osoby właśnie z Kresów,

to przy okazji zdjęć staraliśmy się też nagrać film, bo zawsze jakby ten pobyt u tych ludzi nie wiązał się tylko i wyłącznie z przyjściem, zrobieniem zdjęcia i pójściem, tak tylko siedaliśmy przy stole wspólnie, bardzo często byliśmy przywitani kawą, herbatą, ciastkiem, mimo że dużo z tych osób mieszka samemu.

więc rozmowa sama w zasadzie się pojawiała, ci ludzie sami chętnie opowiadali nam swoje historie, więc szkoda było naprawdę tego nie udokumentować i stąd właśnie też pomysł na film, żeby te historie, które byłyby opowiadane dla nas po prostu, były opowiedziane dla szerszego świata.

Czy zawsze były to takie opowieści z happy endem, czy też były takie, po których usłyszeniu, krótko mówiąc, zmroziło?

Powiem szczerze, że większość jest takich wypowiedzi.

To są jednak wspomnienia z czasów wojny, z czasów ciężkich.

I jednak te wspomnienia przede wszystkim dominują.

To są dzieciństwa tych ludzi albo wspomnienia ich przodków, ich rodziców, dziadków.

było naprawdę ciężko czasami przebrnąć przez te wywiady nie wzruszając się i równie ciężko jest przy montażu też jednak znowu i znowu słuchając tych wypowiedzi jednak za każdym razem trafiają do nas trochę przynajmniej do mnie mocniej.

No nie było wesołe dzieciństwo.

Nie było żadne dzieciństwo.

Siedziałam w piwnicy

Ilu mieliście takich bohaterów?

Z samych wywiadów, samych takich filmowych spotkań było 21, ale w niektórych wywiadach uczestniczyły po dwie osoby naraz.

A do konia zawsze jest potrzebny kowal.

Także ojciec, gdzie się tylko zjawił, to zawsze na niego zapotrzebowanie było.

Panie Sebastianie, jaką lekcję Pan wyniesie z tego projektu?

Wielkie wyzwanie przede wszystkim i odpowiedzialność za to, żeby to wszystko spuentować tym, na co już czekamy 30 października, bo to będzie główna taka część premierowa części fotograficznej i części filmowej od Denisa.

Jesteśmy już bardzo blisko tego, żeby to już powiedzieć sobie wprost, jesteśmy już na prostej.

Ale jednak wyzwanie to było dosyć duże, bo jednak to też taki okres czasu, jednak realizowaliśmy to prawie pół roku.

Także trzeba sobie jakby to wziąć pod uwagę, że to nie jest taki łatwy proces.

wiele dokumentacji, wiele różnych takich spraw po drodze, które jakby były istotne, ale też jakby ta mnogość osób, pomimo tego, że możemy mówić o tych dwudziestu paru osobach, ale jednak jest to ilość osób, która no jednak z perspektywy tych wielogodzinnych nagrań, tych podróży, no później selekcji tych zdjęć, no jest to proces, który naprawdę dużo, dużo czasu kosztuje.

Dziękujemy bojkowskim nauczycielom, że potrafią w tak piękny sposób przekazać takie trudne treści.

Projekt Bojkowski Wrzesień Kresowa Jesień potrwa do grudnia.

Otwarcie wystawy i premiera dokumentu odbędzie się w piątek 30 października.

A jesień we Lwowie w pełnej krasie.

Już jesień jest we Lwowie, już lecą liście z drzewa i żaden się nie dowie.

że ktoś pamiętał go, że podniósł w myślach listek i w niego wtulił twarz.

Oj, głupi, głupi listku, ty naszą miłość masz.

Hajd parku lecą liście, po liściach chodzę sam i myślę sobie jesień, już jesień jest tam, tam gdzie młodości wiosna, tam gdzie miłości maj.

Tam gdzie minione lata, gdzie co dzień my dwaj Już jesień jest na zamku Już mgła jest na zniesieniu Pójdziemy tam z jesienią Zapłacze z nami wiatr Zaszumi dawnym szczęściem Zaśpiewa echem słów

Oj głupi, głupi listku, my z tobą z nami lwów.

Tam w deszczu meszty zmoczyć, tam w błocie zwalać but, tam nawet grypy dostać, wydaje się cud.

Tam z wiatrem się borykać, za kapeluszem gnać, po lwowskich listkach piosnkę na listku im grać.

Zaszumi dawnym szczęściem, Zaśpiewa echem słów, Oj głupi, głupi listku, My z tobą, z nami lwów.

Historia magistra wite est, powiedział Cyceron.

Historia jest nauczycielką życia.

Z historią spotyka się zapewne i Ewelina Kosałka-Pasja, kiedy rozmawia z naszym gościem, Tomaszem Kubą Kozłowskim.

Ale temat zapowie sam Marian Hemar.

Dwie modlitwy.

Żyjemy w chwilach wielkiej przemiany i przełomu.

Żyjemy jakby na pierwszych kartkach nowego tomu historii, który zaczyna słowami uroczystymi opowieść.

Pierwszy raz człowiek oderwał się od Ziemi i w międzyplanetarne zapuścił się przestrzenie.

Dzisiaj na naszych oczach wyrasta pokolenie młodych kolumbów, śmiałych wywiadowców i skautów, zwycięski planetariat, astro i kosmonautów, planetariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Oto w nowym tomie historii zawolanie i motto.

Ze mną i z państwem, myślę, że już dobrze państwu znany głos, Tomasz Kuba Kozłowski.

Dzień dobry ponownie.

Dzień dobry państwu.

My opowiadamy tutaj historie związane z kresami.

Pan na co dzień jest związany z instytucją, która nazywa się Dom Spotkań z Historią w Warszawie.

I o to chciałam zapytać.

Czym wy się tam zajmujecie na co dzień?

Bo chyba nie tylko kresami.

Och, oczywiście kresy to jest drobny fragment naszej działalności.

Dom Spotkań z Historią to jest instytucja kultury miasta stołecznego Warszawy, powołana mniej więcej 20 lat temu, jako swoistego rodzaju eksperyment.

Instytucja pomostowa, łącząca tych, którzy coś mają, czymś dysponują,

Coś wiedzą z publicznością.

Dom nie jest muzeum, nie jest archiwum, nie ma własnych zbiorów, ale organizuje wystawy, spotkania, projekcje filmowe, promocje książek.

w najszerszym tego słowa znaczeniu, dotyczące historii najnowszej, przede wszystkim wieku XX, chociaż cofamy się też i czasem wiek XIX.

Oczywiście, ze zrozumiałych względów,

bardzo mocno reprezentowana jest w Domu Spotkań z Historią, Historia Stolicy, bo raz, że jesteśmy instytucją stołeczną, dwa, Warszawa, która w dzisiejszych czasach ma populację w dużej mierze przyjezdną, ma ludzi, którzy o tej Warszawie niewiele wiedzą i chcą się czegoś dowiedzieć.

I o paradoksie, mnóstwo naszych widzów, naszych słuchaczy, naszych gości, to są ludzie, którzy szukają informacji o mieście, w którym przyszło im żyć i pracować.

Ale rzeczywiście jest tak, że od osiemnastu już niemal lat mamy bardzo czytelny wątek dotyczący dziedzictwa ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej.

To pan przyniósł ten wątek?

To nie da się ukryć mój autorski program.

18 lat temu zgłosiłem się do wtedy jeszcze ciągle małej, nowej na rynku warszawskim instytucji do jej dyrektora Piotra Jakubowskiego z propozycją, by poprowadzić spotkania.

ale ilustrowane oryginalną ikonografią, nie sama gadająca głowa, poświęcone kresom.

Ale to w pana żyłach kresowa krew płynie?

O tak, płynie, zaraz o tym powiemy.

Natomiast to wynikało z tego, że zawsze miałem żyłkę kolekcjonerską i rzeczywiście od lat zgromadziłem największą prywatną kolekcję pamiątek i materiałów dotyczących kresów, to jest lekko licząc kilkadziesiąt tysięcy obiektów.

I ikonografia, i druki, i przedmioty, wszystko, co tylko można sobie wyobrazić.

I wobec tego jest możliwość, by o tych kresach nie tylko opowiadać, ale je pokazywać.

A jak wiemy, obraz wart tysiąc słów, więc staram się jak najwięcej te ziemie wschodnio dawnej Rzeczypospolitej pokazywać, także dlatego, że dla ogromnej części współczesnej publiczności

To jest trochę ciemna strona Księżyca.

Te pokolenia odchodzące, dzisiaj już wymierające w zastraszającym tempie, mają ten obraz gdzieś z wczesnego dzieciństwa.

Potem sentyment i zainteresowania, ale już w kolejnych pokoleniach mamy gigantyczną lukę świadomościową.

spowodowaną tym, że przez kilkadziesiąt lat to była tematyka w życiu publicznym prawie nieobecna.

Nie całkiem, ale prawie nieobecna.

A w ciągu ostatnich lat, mimo że ukazały się tysiące publikacji, to na przykład nie zrobiliśmy nic, żeby w procesie edukacji od...

Szkoły podstawowej po studia, w ciągu tych kilkunastu lat kształcenia młodego człowieka, była tam chociaż jedna mała cegiełka na ten temat.

A trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek dziedzinę naszego życia.

Historie, literaturę, kulturę, muzykę, architekturę, naukę bez ziem wschodnich.

Bo od Reja, który urodził się nad Dniestrem, wbrew pozorom, po Lema Kapuścińskiego, Miłosza, prawie znakomita część naszej literatury.

To są twórcy z kresów, bez znajomości, bez kontekstu.

Nie da się tego w ogóle zrozumieć.

Dzisiaj młodzi ludzie czytają trylogię, tak jakby to się działo na księżycu.

Ale wystarczy trochę mieć orientacji, gdzie ta lauda, gdzie te dzikie pola, gdzie ten kamieniec podolski.

A pana historia?

Muszę powiedzieć, że przez całe życie odkrywałem niekończące się wątki kresowe.

Moja mama urodzona we Lwowie, ojciec urodzony we Lwowie, ale wychowywał się już gdzie indziej.

Babka ze Lwowa, jeden dziadek spod Lwowa, pradziadek sekretarz Senatu Uniwersytetu Lwowskiego.

Okazało się później, że grube kilkadziesiąt osób i z rodziny mamy, i z rodziny ojca to kresy.

Więc wychowywałem się i miałem ten przywilej w takim lwowskim saloniku, bo u mojej mamy, kiedy już miała potemu warunki,

Spotykali się wypędzeni z kresów lwowiacy, jaworowiacy, więc obcowałem z tymi ludźmi, z tym fantastycznym poczuciem też humoru, z tą całą historią.

A potem trzeba było zacząć samemu o tym opowiadać i czynię to po dzień dzisiejszy.

także w lwowskiej fali, za co serdecznie dziękujemy.

Dzisiaj naszym gościem Tomasz Kuba Kozłowski.

Dziękuję bardzo.

Nasz program dzisiejszy ma być romantyczny i pogodny.

Mnie to bardzo odpowiada.

Proszę szanownych państwa, ja z natury, jeśli już sam o sobie mówić mam, jestem pogodny raczej niż ponury i znacznie chętniej śmieję się niż łkam.

I wolę z flegmą angielskiego lorda, bo tak nas przecie nazywacie, nie?

W ciemnościach nocy wolać sursum corda i wolać jeszcze nie jest całkiem źle.

dopóki można stać przy mikrofonie i myśleć sobie, że gdzieś tęczy ów w tej samej chwili, choć w dalekiej stronie, słucha tych naszych żartobliwych słów i z nami wraz uśmiechnie się lub wzruszy, dopóty nutką optymizmu tchnie to, co piosenką śpiewa w głębi duszy, że jednak nie jest tak zupełnie źle.

Bo w życiu wszystko tak się z sobą splata I czarna nitka i różowa nić Obecne chwile i minione lata I to co było z tym co może być I czasem światło tak się miesza z cieniem Że człowiek nie wie sam za srebrną mgłą Co jest nadzieją, a co jest wspomnieniem Co jest uśmiechem, a co żalu łzą

Już się przesuwa w dal, już jest za nami Jeden nielatwy, nieprzyjazny rok Jak go przebrnęliśmy, nie wiemy sami Lecz już go nie ma, już się zapadł w mrok Już nowy rok nadzieją serca mami I nagle serce znowu wierzyć chce Że póki wciąż coś jeszcze jest przed nami Dopóty nie jest tak zupełnie źle

A co, Szanowni Państwo, w polityce?

Otóż Ukraińska Agencja Union opublikowała rozmowę z Łesią Isajuk, historyk i pracownicą Lwowskiego Oddziału Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczącą projektu ustawy o banderyzmie, nad którym trwają prace w Polsce.

Jak stwierdziła, Polacy pozostając więźniami własnych kompleksów i traum, tworzą prawo wymierzone w ukraiński nacjonalizm.

I Sajuk odniosła się do propozycji prezydenta Karola Nawrockiego, który przekazał projekt ustawy do Sejmu.

Prezydent Duda, którego ceniliśmy za jego rzekomo całkowicie proukraińskie stanowisko, podpisał już w 2018 roku podobne prawo, powiedziała, przypominając ustawę o zakazie negowania zbrodni popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów.

Jej zdaniem różnica między tamtym aktem a obecnym projektem polega na tym, że wcześniejszy dotyczył czynów, a obecny ideologii banderyzmu.

Pytana o znaczenie tej ideologii, Isojuk odpowiedziała.

To coś zupełnie niezrozumiałego.

Jeśli słuchać Nawrockiego i jego współpracowników wynikałoby, że ideologia OUN-UPA polega na eksterminacji Polaków zamieszkujących Ukrainę.

W rzeczywistości jedynym celem OUN i UPA było odrodzenie państwa ukraińskiego i walka zbrojna o niepodległość.

Koniec cytatu.

Historyczka twierdzi, że według logiki polskich władz taka walka miałaby być uznana za przestępczą.

A co wobec tego zrobić z faktem, że obecne siły obronne Ukrainy także walczą o niepodległość z bronią w ręku?

Zapytała, wskazując, że hymn ukraińskiej armii, zrodzeni z Wielkiej Godziny, wywodzi się z pieśni OUN.

Isajuk oceniła, że nowe prawo mogłoby doprowadzić do polowania na czarownicę, w ramach którego Ukraińcy przebywający w Polsce mogliby być karani za używanie czerwono-czarnej flagi, okrzyki patriotyczne czy wykonywanie pieśni wojskowych.

Dodała, że takie działania są przez Ukraińców postrzegane jako zdrada sojuszników i porównała je do sytuacji z lat 1920-1921, kiedy, jak twierdziła, Polska miała zawrzeć porozumienie z bolszewikami, co przyczyniło się do upadku Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Odnosząc się do ewentualnej reakcji Kijowa, Isayuk przypominała apel ukraińskich historyków, w którym zapowiedziano możliwość przyjęcia przez Ukrainę analogicznych aktów prawnych dotyczących Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich.

Przypomnijmy, że Instytut Pamięci Narodowej wydał oświadczenie w sprawie listu historyków oraz osób publicznych, który został zamieszczony przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej.

Jak zaznaczono, dokument ten został potraktowany przez stronę polską jako manifest o charakterze politycznym.

IPN zwrócił uwagę, że zgodnie z przyjętą praktyką instytucja ta nie komentuje kwestii mających wymiar stricte polityczny.

Jednakże odniesiono się do treści zawartych w liście wskazując na błędne próby zestawienia działań ukraińskich formacji nacjonalistycznych z działalnością polskich struktur niepodległościowych.

Stosowanie symetryzmu w odniesieniu do działań organizacji ukraińskich nacjonalistów i ukraińskiej powstańczej armii oraz Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich jest w świetle dostępnych źródeł historycznych nieuprawnione, podkreślono w komunikacie.

I tu proszę Państwa widzimy, jak ważna jest znajomość historii.

Serdecznie zapraszamy Państwa 23 października w najbliższy czwartek na godzinę 16 do Centrum Kresowego w Bytomiu przy ulicy Moniuszki 13 na spotkanie z Kamilem Stefanem Woźniakiem, profesorem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, oddział w Krakowie pod tytułem Od Krakowa do Lwowa.

A z kolei Towarzystwo Polonia Kresy zaprasza 24 października, czyli w najbliższy piątek na godzinę w 17 do sali spotkań Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu na kresowy wieczór pod tytułem Lwów jest w nas.

A teraz Szanowni Państwo, najważniejsze ogłoszenie.

W imieniu Danuty Skalskiej informuję, że tradycyjnie jak co roku kierujemy do Pytomskich Szkół Średnich zaproszeni do udziału w organizowanej przez nas po raz 33. dorocznej kweście na rzecz pomocy najbiedniejszym polskim dzieciom z Kresów i ze Śląska.

Będziemy kwestować na cmentarzach przy ulicy Kraszewskiego i Powstańców Śląskich w Dniu Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny, to jest 1 i 2 listopada od 8 do 16 w ekipach zmieniających się co dwie godziny.

W imieniu zarządu naszej organizacji, mówi dalej Danuta Skalska, prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa w Bytomiu, zwracam się z gorącą prośbą o poparcie dla tej organizowanej przez nas akcji, w której wezmą udział władze miasta, artyści, radni, posłowie, działacze społeczni.

Zapraszamy wszystkich do wzięcia w niej udziału.

Równocześnie informujemy, że 31 października o godzinie 16 stowarzyszenie nasze organizuje uroczystość patriotyczną na cmentarzu Mater Doloroza przy ulicy Piekarskiej przy Memoriale Pamięci Orląt Lwowskich i Ofiar Ukraińskiego Ludobójstwa.

Warty honorowe wystawiają między innymi Wojsko, Harcerze, Bractwo Kurkowe i PM.

Serdecznie zapraszamy do udziału w tej uroczystości.

Przypomina Danuta Skalska, prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa w Bytomiu.

A na tę jesienną niedzielę kłaniają się Państwu i życzą wszystkiego dobrego, dużo zdrowia Krzysztof Kiczek i Ewa Węglarz.

Bóg jest w nas, we wspomnieniach, w marzeniach, w snach.

Jest wraz, w naszych sercach zatrzymał się czas.

Tylko czemu kamienne lwy mają w oczach polskie łzy?

Powiedz czemu kamienne lwy Mają w oczach polskie łzy Urodzeni w niepodległej Polsce Urodzeni wiele lat po Jałcie Urodzeni w nowej już Europie Wspomnieniami powracamy zawsze

Do tych ulic, do tych placów, do tych domów Gdzie nie mieszka już nikt z naszych bliskich Tylko cienie legend niemal pokryją Opowieści snują w dziwnej ciszy Tylko cienie legend niemal pokryją Opowieści snują w dziwnej ciszy

Lwów jest w nas We wspomnieniach, w marzeniach, w snach Lwów jest w nas Epopeja bez końca trwa Lwów jest w nas

W naszych sercach zatrzymał się czas.

Tylko czemu kamienne lwy mają w oczach polskie łzy?

Powiedz czemu kamienne lwy mają w oczach polskie łzy?

Lwów jest w nas, we wspomnieniach, w marzeniach, w snach.

Lwów jest w nas, w naszych sercach zatrzymał się czas.

Tylko czemu kamienne lwy mają w oczach polskie łzy?

Powiedz czemu kamienne lwy mają w oczach polskie łzy?

Ostatnie odcinki

0:00
0:00