Mentionsy

Mroczne Wieki
13.12.2025 18:43

Polska Piastów - gospodarka, rolnictwo, hodowla i chłopi

Wesprzyj mnie na:https://patronite.pl/mrocznewiekihttps://buycoffee.to/mrocznewiekihttps://suppi.pl/mrocznewieki


Około 1000 roku n.e. państwo, które zapisze się w historii Europy jako Polonia, albo Polska, zamieszkiwało około miliona ludzi. Jest to naturalnie jedynie bardzo przybliżona estymacja, metodologię stojącą za jej narodzinami omówiłem w jednym z poprzednich odcinków opowiadającym o florze i faunie dawnych ziem polskich. Milion poddanych żyło sobie w domenach Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Kim byli ci ludzie? Czym się na co dzień zajmowali? Jakie zwierzęta trzymali w domach? Co jedli?

Mroczne Wieki to podcast historyczny prowadzony przez Michała Kuźniara w całości oparty na publikacjach (naukowych i popularnonaukowych), tekstach źródłowych oraz własnych wnioskach.Okładka: Jan Matejko, domena publicznaŹródła:Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna, red. G. Labuda, Sorus, Poznań 1999.Opracowania:Brückner A., Słownik etymologiczny języka polskiego, Wiedza Powszechna, Warszawa 1970.Buczek K., Ziemie polskie przed tysiącem lat, PAN, Kraków 1967.Buko A., Świt państwa polskiego, IAiEPAN, Warszawa 2021.Modzelewski K., Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej, Ossolineum, Wrocław 1987.Rymut K., Nazwiska Polaków, Ossolineum, Wrocław 1991.Rymut K., Nazwy miast Polski, Ossolineum, Wrocław 1987.Artykuły:Kowalski, Mariusz. (2021). Nazwiska Głuchoniemców z okolic Łańcuta. 10.13140/RG.2.2.25740.85122.Lityńska-Zając M., Nalepka D., Średniowieczny świat roślin i pożywienie w świetle źródeł paleobotanicznych, w: Źródła historyczne wydobywane z ziemi, red. S. Suchodolski, Chromcon, Wrocław 2008.Makowiecki D., Użytkowanie mięsa i konsumpcja mięsa w średniowieczu w świetle badań archeozoologicznych. Wybrane zagadnienia, w: Źródła historyczne… op. cit.Piątkowska-Małecka, J. (2024). Zwierzęta w życiu mieszkańców wczesnośredniowiecznego grodu na Zawodziu w Kaliszu w świetle dawnych i aktualnych wyników badań archeozoologicznych. Archeologia Polski, 68. https://doi.org/10.23858/APol68.2023.009

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 473 wyników dla "Mieszka I"

Witaj!

Za chwilę wysłuchasz kolejnego odcinka Mrocznych Wieków, podcastu historycznego ukazującego się na YouTube oraz platformach takich jak ta.

Filmy na YouTube zawierają grafiki, zdjęcia, mapy, ilustrujące obmawiane wydarzenia oraz ścieżkę dźwiękową.

Są także zorganizowane w chronologicznych i tematycznych playlistach.

Mój podcast nie zarabia na platformach takich jak Spotify czy Apple Podcast.

Ukazuje się na nich wyłącznie dzięki dobrowolnemu wsparciu patronów i darczyńców.

Jeżeli pragniesz wesprzeć dalszą działalność Mrocznych Wieków, możesz to zrobić cyklicznie poprzez Patronite bądź jednorazowo przez BuyCoffee lub Suppi.

Linki znajdują się w opisie każdego odcinka.

Dzięki wsparciu patronów najnowsze odcinki są dostępne na Spotify za darmo dla każdego.

Epizody, które miały swoją premierę ponad 12 miesięcy temu, wymagają wykupienia symbolicznej miesięcznej subskrypcji, którą można anulować w każdej chwili.

Bez wsparcia darczyńców utrzymanie obecności na platformach podcastowych byłoby dla mnie niemożliwe i musiałbym ograniczyć się do wyświetlania filmów wyłącznie na YouTube.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wsparcie i życzę miłego słuchania.

Michał Kuźniar

Myśląc o historii dawnych państw, królestw, cesarstw czy plemion, najczęściej systematyzujemy ją sobie postaciami tak zwanych wielkich ludzi.

To oni stają się symbolem epoki, w której przyszło im żyć i państwa, na którego czele stali.

Ci wielcy stają się ucieleśnieniem swoich czasów.

Jeżeli zaś były one pomyślne, to najczęściej zakładamy, że było to właśnie ich zasługą.

W tym obrazie dawnych dziejów, będącym tak po prawdzie jedynie portretem, brakuje jednak pozostałych aktorów widowiska.

Tych z kolei zawsze było co nie miara.

Książęta, rycerze, biskupi, podróżnicy i filozofowie, żeby wymienić tylko małą część ludzkich kategorii, jakie kojarzyć się nam będą z zamierzchłymi epokami.

W tym poszerzonym obrazie, nieco bardziej inkluzywnym niż poprzedni portret,

Obraz przeszłości staje się nieco bardziej wiarygodny i pełny.

Wciąż jednak sporo dzieli go od doskonałości.

Brakuje w nim pozostałych 95 albo i więcej procent ludzkiej populacji żyjącej w tamtych czasach.

Cóż, historia ludzkości, jaką znamy, to tak naprawdę perypetie wąskiej elity, niespecjalnie uwzględniające to, co działo się w tym samym czasie z olbrzymią większością ludzi, których egzystencja zazwyczaj ograniczała się do pracy na roli, hodowli zwierząt, drobnego rzemiosła.

Te wielkie masy żyły i umierały w cieniu wielkich tego świata.

Dzisiaj poświęcę cały odcinek właśnie tym niemym i anonimowym statystom, przewijającym się gdzieś na odległym planie barwnego widowiska, jakim było państwo pierwszych piastów.

Około tysięcznego roku naszej ery państwo, które zapisze się w historii Europy jako Polonia albo Polska, zamieszkiwało około miliona ludzi.

Jest to naturalnie jedynie bardzo przybliżona estymacja.

Metodologię stojącą za jej narodzinami omówiłem w jednym z poprzednich odcinków opowiadającym o florze i faunie dawnych ziem polskich.

Milion poddanych żyło sobie w domenach Mieszka I i Bolesława Chrobrego.

Kim byli ci ludzie?

Czym się na co dzień zajmowali?

Jakie zwierzęta trzymali w domach?

Co jedli?

Na kogo głosowali w wyborach?

Dysponujemy jedynie bardzo wątłymi źródłami na temat życia słowiańskiego pospólstwa we wczesnym średniowieczu.

Kronikarze wspominają o chłopach najczęściej w kontekście przygód ich władców.

Zazwyczaj wtedy, gdy ci ostatni podróżowali po swoich włościach, a chłopi byli zmuszeni do ich goszczenia.

Sporadycznie wczesnośredniowieczni Słowianie reprezentujący pospólstwo goszczą na kartach kronik bizantyjskich lub arabskich jako ciekawe kuriozum.

Autorzy z Konstantynopola, Persji czy krajów Lewantu uwzględniali ich czasem w swoich encyklopediach bądź innych almanachach geograficzno-etnograficznych.

Wiele o gospodarce dawnych Słowian mówi nam także archeologia, a przede wszystkim badania pyłków roślin i szczątków dawnych zwierząt, tak łownych jak gospodarskich.

Wkraczając do tego dawnego świata, pod słowiańskie strzechy, wędrówkę zacząć musimy od poznania znaczenia słowa źreb.

Wbrew pozorom nie ma ono nic wspólnego z końskimi źrebiętami.

Prasłowiański źreb był synonimem losu, później zaś udziału w ziemi, a wreszcie najmniejszą komórką społeczną.

Wczesna wspólnota plemienna właśnie za pomocą losowania przydzielała ziemi rodzinom, które w większej grupie składały się na jeszcze większe plemiona.

Etymologię tę podawał slavista i lingwista Aleksander Brückner, do którego starego i bardzo wysłużonego, ale ciągle wartościowego słownika co jakiś czas chętnie zaglądam.

Podobnie uważał mediewista Karol Modzelewski, autor kilku książek skupiających się na życiu codziennym i działaniu wczesnośredniowiecznych państw słowiańskich czy germańskich, z których najbardziej znana jest Barbarzyńska Europa.

W tym odcinku znacznie częściej sięgałem jednak do monografii pod tytułem Chłopi w monarchii wczesnopiastowskiej, która pomimo wydania niemal 40 lat temu ciągle jest na swoim polu prawdopodobnie bezkonkurencyjna.

Zaskakujący dla nas zwyczaj losowania ziemi był praktyką prastarą i w żadnym wypadku nie ograniczał się jedynie do Słowian.

Rzymscy autorzy, tacy jak Tacyd i Juliusz Cezar, wspominają o podobnych praktykach użyjących na przełomie R, między Renem, Łabą a Dunajem, ludów określanych zbiorczym etnonimem Germanie.

Gospodarka tychże starożytnych plemion była oparta na uprawie pól i wypasie zwierząt.

Wobec prędkiego jałowienia gleby miejsce zamieszkania mogło co jakiś czas ulegać zmianie.

Podobnie wyglądała gospodarka wczesnych Słowian wkraczających do Europy Środkowej i na Bałkany we wczesnym średniowieczu.

Mglista pamięć o wielkiej wędrówce i koczowniczej przeszłości antenatu zachowała się choćby w czeskiej kronice kosmasa, której autor wspomina, że protoplaści jego ludu przybyli na Morawy, niosąc na plecach drewniane podobizny przodków.

Być może przypominały one rzymskie lary i penaty, bóstwa opiekuńcze każdego domostwa w Italii.

Niewielkie słowiańskie społeczności, które gwałtownie wdarły się na scenę europejskiej historii u zarania okresu, jaki zwiemy średniowieczem, żyły z prymitywnej, ekstensywnej gospodarki rolnej.

Na jej wczesnym etapie dominowała technika żarowa, zwana także wypaleniskową.

Gdy grupa Słowian przybywała na miejsce, które uznawała za zdatne do zapuszczenia korzeni na dłużej, jej przedstawiciele zaczynali wycinkę na obszarze pobliskich lasów.

Mniejsze drzewa ścinano, większe jedynie pozbawiano kory, tak aby same uschły.

Taki proces okorowywania zwiemy cerklowaniem.

Wycinka lasu pod przyszłe pole miała miejsce najczęściej w miesiącach zimowych, co było związane z procesami zachodzącymi w samym drzewie.

Zima to okres spoczynku wegetacyjnego, podczas którego znacznie zmniejsza się krążenie soków, ponieważ zostały one wcześniej odprowadzone do korzeni.

W efekcie tego drzewo ścięte zimą zawiera mniej wilgoci i szybciej się suszy.

Zwyczaj wycinania drzew zimą najprawdopodobniej stał za dawną, wschodniosłowiańską nazwą jednego z ówczesnych miesięcy – sieczeń, od sieczenia drzew i lasu.

Po nagromadzeniu suchej biomasy w karczowanym lesie całość podpalano, tworząc tak zwane łazy, czyli część lasu przetrzebioną przez karczunek lub celowe wzniecanie pożaru.

Popiół, jaki powstawał ze spalonej w taki sposób biomasy, pełnił funkcję naturalnego nawozu, wzbogacającego glebę w odżywcze składniki mineralne, takie jak potas i fosfor.

Uzyskany w ten sposób areał uprawiano maksymalnie do trzech lat, czyli do momentu, gdy żyzność pola spadała, a ono samo wyjaławiało się.

Tak wykorzystane pole należało porzucić na długi czas, od 10 do nawet 30 lat.

Po upływie tego okresu porzucone pole porastał nowy las i proces można było powtórzyć.

Takie wyrwane lasom pola zwano nowizną.

Gospodarka żarowa idealnie sprawdzała się na mało urodzajnych glebach, często zapieszczonych, porośniętych przez sosnowe bory, zajmujące nawet dawniej sporą, chociaż nie tak dużą jak obecnie, część dorzecza Odry i Wisły.

Wypalanie pozwalało uzyskać grunt pod uprawę niewielkim nakładem sił, bowiem ogień sam niszczył chwasty i szkodniki.

Wady takiej gospodarki leżały jednak w jej ekstensywności.

Wymagała przeznaczenia dużych areałów leśnych do uzyskiwania stosunkowo niewielkich plonów.

Do tego wypalanie lasów przyspieszało erozję gleby i jej wyjaławianie.

Okres żyzności nowego pola był bowiem, jak już wspomniałem, bardzo krótki.

Karol Modzelewski pisze, że walka ze skutkami prędkiego wyjałowienia gleby lub przeciwdziałanie mu była największym życiowym zmartwieniem każdego średniowiecznego chłopa.

Na szczęście gospodarka wczesnych Słowian nie ograniczała się jedynie do biegania z pochodniami po lesie.

Na żyźniejszych glebach uprawiano orkę za pomocą drewnianego radła lub sochy.

Z biegiem czasu na drewnianych radłach ryjących bruzdy w ziemi zaczynały się pojawiać żelazne radlice, które wykonywały tę pracę znacznie skuteczniej.

Ciągle nie były jednak w stanie przewracać skiby, tak jak będą to robiły pługi.

Wczesne średniowiecze nad Wisłą nie znało jeszcze pługa z żelaznym lemieszem i odkładnicą, który upowszechnił się w tej części Europy dopiero na przełomie XIII i XIV wieku.

Pojawienie się pługa w późnym średniowieczu pozwoli nie tylko na spulchnianie ziemi, ale także na odcinanie skiby i odwracanie jej na bok, dzięki czemu pole będzie zachowywało żyzność znacznie dłużej.

W gospodarce wczesnych Słowian z biegiem czasu następowało przejście z gospodarki żarowej na mieszaną, łączącą wypalanie lasów i uprawę coraz większego areału za pomocą orki.

Z czasem orka zdecydowanie zdominowała gospodarkę rolną wczesnej Słowiańszczyzny.

Na marginesie dodam jeszcze ciekawostkę.

Zdaniem Aleksandra Bryknera dawni Słowianie zapożyczyli słowo pług z języków germańskich.

Zapożyczenie to musiało mieć miejsce we wczesnym średniowieczu, gdyż pług prędko stał się wspólnym określeniem tego samego narzędzia dla całej słowiańszczyzny, tak zachodniej, jak wschodniej i południowej.

A na drugim marginesie dodam jeszcze, że olbrzymia część słów odnoszących się do rolnictwa, gospodarki czy narzędzi, które wydają się nam rdzennie słowiańskie, pochodzi od naszych zachodnich sąsiadów.

Nawet takie słowa jak szacowanie czy rachowanie czegoś mają germański źródło słów.

Mówię o tym, ponieważ w jednym z poprzednich odcinków jacyś słuchacze skrytykowali mnie za wykorzystanie egzotycznego ich zdaniem słowa estymacja.

Słowo to w języku polskim jest zapożyczeniem z łaciny.

Niestety większość jego zamienników, tak jak wspomniane oszacowanie czy rachowanie, to z kolei germanizmy.

Także, moi drodzy, Wam już zostawiam do oceny co lepsze papieska tiara czy pruska pikelhaube.

Swoją drogą, ocena czy ocenianie to słowa rdzenie słowiańskie.

Wraz z odchodzeniem od gospodarki wypaleniskowej dominować zaczęła tak zwana dwupolówka.

I w tym miejscu powracamy do wspomnianego wcześniej źrebu, skrawka ziemi pozwalającego na utrzymanie przy życiu jednej, najczęściej pięcioosobowej rodziny.

Z początku ziemię prawdopodobnie co roku losowano w obrębie niewielkiej wspólnoty, rozdzielając ją stosownie do potrzeb jej członków.

Komuś ostatniej zimy zmarły dzieci albo starszy rodzic.

Być może nie potrzebował już tyle ziemi co do tej pory, a wspólnota mogła część przekazać komuś, komu na przykład rodzina się ostatnio powiększyła.

Dzięki rzymskim źródłom wiemy, że podobne praktyki były powszechne wśród starożytnych ludów germańskich.

Z biegiem lat losowany źreb stawał się przez zasiedzenie ziemią należną konkretnej rodzinie, do której nikt inny nie rościł sobie pretensji.

Nad Wisłą we wczesnym średniowieczu ziemi było generalnie więcej aniżeli chętnych do jej uprawy, toteż sąsiedzkie spory o miedze w stylu Karguli i Pawlaków były raczej rzadkością.

Tym bardziej, że żadna rodzina nigdy nie uprawiała aktywnie całego swojego areału.

Przeciętny źreb umożliwiający utrzymanie kilkuosobowej słoweńskiej rodzinie szacuje się na około 30 hektarów, z których aktywnie uprawiano nie więcej niż 10.

Reszta regenerowała się leżąc odłogiem przez kilka, kilkanaście lat.

Pola dzieliły się na bliższe i dalsze.

Około połowa z tych 30 hektarów leżała tuż obok zabudowań gospodarczych, na skraju wioski.

Reszta zaś, pola dalsze, znajdowała się dalej, w odległości od kilkuset metrów do paru kilometrów od domostwa.

Pola musiały się znajdować blisko zabudowań.

Tak, aby można się było w miarę szybko do nich dostać, nie tracąc czasu na zbędne podróże.

Zwłaszcza, że woły, będące wówczas najważniejszymi zwierzętami pociągowymi, nie należały do zbyt szybkich zwierząt.

Zdecydowanie ustępowały koniom, które na polskich wsiach upowszechniły się dopiero od XII wieku, w czym pomogło upowszechnienie się rewolucyjnego wynalazku, jakim było komonto.

We wczesnym średniowieczu Słowianie używali prymitywnego jarzma, które opierało się na szyi zwierzęcia, nie zaś na jego karku i łopatkach, jak miało to miejsce w przypadku homonta.

Różnica w działaniu obydwu wynalazków była diametralna.

Jarzmo uciskało drogi oddechowe zwierzęcia pociągowego, nieważne czy był nim wół czy koń, powodując tym samym, że czworonóg męczył się znacznie szybciej, nie mogąc przy tym w pełni wykorzystać swoich sił.

Homon to pozwoliło wyjątkowo zwiększyć efektywność pracy koni, które w pełnym średniowieczu zaczynają wypierać zaprzęgi wołów.

Komonto uwalniające siły zwierząt pociągowych razem z rozpowszechniającym się w tym samym czasie pługiem z żelazną odkładnicą pozwoli nie tylko zwiększyć wydajność gospodarki, ale także lepiej wykorzystywać ciężkie i najbardziej urodzajne gleby.

Wydajność rolnictwa w tej epoce może wzrosnąć nawet parokrotnie.

Średniowiecze bywa stereotypowo uznawane za okres zupełnej ciemnoty i zacofania, kontrastujący z bezpowrotnie utraconym blaskiem antycznego Imperium Romanum.

Ten osąd nie jest jednak do końca sprawiedliwy, bowiem wieki średnie mają na swoim koncie rozpowszechnienie się kilku zaskakujących i zdumiewająco praktycznych wynalazków, takich jak właśnie owo homonto, które pozwoli zwiększyć dochody z piastowskich domen w XII i XIII wieku.

Kolejnym takim wynalazkiem są taczki.

Rewolucja w gospodarowaniu w tamtym czasie nie będzie się jednak ograniczać wyłącznie do nowych narzędzi.

Pojawią się także nowe koncepcje, a szczególne piętno odciśnie, zwłaszcza jedna z nich.

Wsie w państwie wczesnych miastów funkcjonowały zazwyczaj w modelu dwupolówki, gdzie część z hektarów należących do każdego gospodarstwa obsiewano, a resztę ugorowano.

W XIII wieku razem z ekspansją zakonu Cystersów oraz lokowaniem coraz większej ilości osad na tzw.

prawie niemieckim dominować zacznie wydajniejsza...

W myśl tego sposobu gospodarowania cały dobytek dzielono na trzy części.

Pierwszą obsiewano zbożami ozimymi, jak żyto i pszenica ozima wysiewanymi jesienią, a zbieranymi latem.

Na drugiej dominowały wysiewane wiosną zboża jare, jak jęczmień jary, owies czy proso lub rośliny strączkowe, szczególnie groch i soczewica.

Te ostatnie wzbogacały glebę, na której rosły w cenny azot.

Trzecią część pola pozostawiano odłogiem, aby regenerowało swoje siły.

Po upływie roku zmieniano przeznaczenie każdego z pól.

średniowieczna szachownica.

Wydajność średniowiecznego rolnictwa nie była oszałamiająca.

W czasach pierwszych piastów z jednego zasianego ziarna pszenicy nie można się było spodziewać uzyskania więcej aniżeli trzech.

Tylko proso dawało większy zwrot z inwestycji.

Po odliczeniu jednego z uzyskanych podczas żniw ziaren na kolejny zasiew, w Spichlerzu nie zostawało wiele ponad to, co było potrzebne do utrzymania rodziny przy życiu i zapłaceniu zobowiązań dla zwierzchników, czyli najczęściej księcia lub duchowieństwa.

Pierwsi Słowianie uprawiali przede wszystkim proso.

co potwierdzają współczesne im kroniki.

Jednym z najstarszych źródeł opowiadających o wczesnosłowiańskiej gospodarce jest relacja, której autorstwo przypisuje się cesarzowi Maurycemu, panującemu w latach 582-602.

Aczkolwiek jest to jedynie przypuszczenie.

Bizantyjski autor znany jako Pseudo-Maurycy pisze o Słowianach.

Mają wielką ilość wszelkiego bydła i plonów złożonych w stogach, a przede wszystkim prosa i beru.

Żyją cnotliwie, także ich niewiasty, ponad wszelką ludzką miarę, tak iż wiele z nich śmierć męża za własny koniec uważa i dobrowolnie same się duszą, nie uważając wdowieństwa za życie.

Mieszkają w lasach, wśród rzek, bagien i moczarów i mają rozliczne wyjścia ze swoich siedzi, ze względu na mogące ich spotkać niebezpieczeństwo.

Relacja pseudo-maurycego jest jedną z najstarszych, a zacytowany przeze mnie fragment jest wyłącznie jej niewielkim elementem.

Autor skupiał się przede wszystkim na opisaniu taktyki wojennej Słowian i zaproponowaniu swoim rodakom skutecznych metod walczenia z tym nowym i niewdzięcznym przeciwnikiem, jakim byli Słowianie naddunajscy.

Relacja pseudo-maurycego znajduje poparcie w pismach Ibrahima i Bny Jakuba, który wspominał, że Słowianie w czasach Mieszka I...

Sieją w dwóch porach roku, późnym latem i na wiosnę.

I zbierają dwa zbiory.

Najwięcej sieją prosa.

Ibn Jakub potwierdzał więc istnienie w państwie Mieszka zwyczaju obsiewania pól zbożami ozimymi i jarymi, które wysiewano w różnych porach roku, o czym wspomniałem wcześniej.

Mediewista Karol Buczek sugerował, że wspomniany fragment relacji Ibn Jakuba mógł nawet potwierdzać istnienie w czasach Mieszka I jakiejś prymitywnej formy trójpolówki,

w której pola obsiewano faktycznie zbożami jarymi i ozimymi, jednocześnie odłogując jakąś część areału, o czym żydowski podróżnik lub jego informatorzy mogli nie wiedzieć.

Albo nie uznać za stosowne wspomnienia o tym.

Jakie zboża i rośliny uprawiali Słowianie w czasach Mieszka?

Przechadzając się po ówczesnej słowiańskiej wiosce, w której znajdowało się nie więcej niż kilka, kilkanaście gospodarstw, zobaczylibyśmy proso, pszenicę, owies, jęczmień.

Od X wieku na popularności zyskiwać zaczęło jeszcze jedno zboże, to, które siedem stuleci później będzie rządziło Polską.

Ciągle najpopularniejsze było proso.

Wśród roślin strączkowych dominował groch, bób, soczewica i wyka.

W żadnym wypadku Słowianie nie znali fasoli, która dostała się do Europy dopiero w XVI wieku jako efekt odkryć kolumba.

Mówię to tak na wszelki wypadek, bo sam niedawno trafiłem na YouTube na pochodzący zaledwie sprzed roku odcinek pewnego podcastu historycznego, który ma już prawie 900 tysięcy wyświetleń, a dowiadujemy się zeń o fasoli jako o roślinie uprawnej pierwszych Słowian.

Nie moi drodzy, fasoli to nad Wisłą wtedy z pewnością jeszcze nie było.

No chyba, że jakaś kontrabanda z Meksyku, Aztekowie, Majowie.

Karol Buczek pisze, że Słowianie chętnie uprawiali rośliny włókniste i oleiste, takie jak len, konopie, rzepak, rzepik i lnicznik siewny.

Z roślin okopowych znano rzepę.

W przydomowych ogródkach sadzony był mak, ogórki, marchew i cebula.

Ibrahim ibn Jakub wspomina o sadach złożonych z jabłoni, gruszy i brzoskwiń.

Karol Buczek do tej listy dodawał także śliwy, wiśnie i czereśnie.

Wspomina także o orzechu włoskim, który zgodnie z tradycją pierwotnie mógł być zwany wołoskim.

bo rzekomo wziął się u nas z Wołoszczyzny.

Problem w tym, że najstarsze ślady tych orzechów na ziemiach polskich pochodzą z wczesnego średniowiecza, więc jest raczej mało prawdopodobne, aby już wtedy znano go pod tą nazwą.

Orzech włoski jest nad Wisłą gatunkiem przywleczonym przez ludzi i nawet obecnie jest dopiero w fazie ekspansji, zajmując coraz większe połacie kraju.

We wczesnym średniowieczu jego znaczenie musiało być marginalne.

Być może był jeszcze tylko ciekawostką kulinarną importowaną z innych krajów.

Upowszechniać zaczął się dopiero w późniejszym średniowieczu.

Wspaniałym źródłem do poznania przeszłości jest archeologia, a szczególnie palinologia, czyli nauka zajmująca się analizą pyłków dawnych roślin.

Maria Lityńska-Zając i Dorota Nalepka w swoim artykule Średniowieczny świat roślin i pożywienie w świetle źródeł paleobotanicznych piszą, że na podstawie analizy takowych pyłków możemy np.

ustalić popularność konkretnych gatunków zbóż we wczesnym średniowieczu.

Zaskoczenia nie będzie.

Dominuje proso.

A za nim łeb w łeb idą pszenica zwyczajna i żyto, a trzecie miejsce na podium zajmuje jęczmień zwyczajny.

Dość często spotykano owies siewny.

Z pewnością nie jedna ze słuchających mnie osób nie jest w stanie zwizualizować sobie kłosów tych wszystkich zbóż.

Dotyczy to szczególnie osób wychowanych w miastach.

Moi drodzy, nie wstydźcie się tego nigdy.

W końcu wszyscy żyjemy w kraju, gdzie parę lat temu nawet wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi nie był w stanie bez pomocy specjalistów odróżnić owsa od żyta.

Mój panie, do odróżnienia owsa od żyta potrzeba kilku wyszkolonych inżynierów.

Ja rozumiem, jęczmii żyto są do siebie stosunkowo podobne, ale owiec i żyto?

Przecież tego się nie da ze sobą pomylić.

Śmieszki na bok, wracamy do średniowiecza, gdzie każdy człowiek zboża rozróżniał, po części dlatego, że niemal wszyscy mieszkali na wsi, a po części, ponieważ zbóż tych, tak jak i w ogóle warzyw czy owoców, było znacznie mniej, aniżeli ma to miejsce dzisiaj.

Nie było kukurydzy, pomidorów, fasoli, ziemniaków, o egzotycznych owocach nie wspominając.

Naturalnie na słowiańskich stołach zdarzali się goście z dalekich stron.

We wspomnianym przed chwilą artykule dowiadujemy się, że w Wolinie znaleziono ślady beru, łacińska nazwa Cetaria Italica, odkrytego w warstwach z przełomu VIII i IX wieku, a także w warstwie z wieku X. Poza tym ber pojawił się także w Kołobrzegu i Elblągu, musiał być więc przedmiotem wymiany handlowej drogą morską.

Znalezisko to jest bardzo ciekawe, gdyż ber wywodził się pierwotnie z Dalekiego Wschodu.

W Europie jest tak zwanym antropofitem, czyli rośliną przywleczoną przez człowieka.

W Wolinie i Kołobrzegu natrafiono także na grykę, roślinę z rodziny rdestowatych, podobnie jak ber wywodzącą się z dalekiej Azji.

Gryka, będąca dzisiaj jednym z podstawowych elementów naszej kuchni, choćby pod postacią kaszy gryczanej, na ziemiach polskich upowszechniła się dopiero w późnym średniowieczu, ale jak widzimy na przykładach z Wolina i Kołobrzegu, na Pomorze zawitała już we wczesnym średniowieczu.

Jej znaczenie dla reszty dorzecza Wisły Jodry pozostało jeszcze przez długi czas, w najlepszym razie, marginalne.

Dawni Słowianie urozmaicali swój jadłospis owocami roślin dzikich.

Zbierali maliny, jeżyny, borówki, poziomki, tarnii wiśnie karłowatą.

Na pewno ogromadzili także żurawii orzechy laskowe.

Nie znali natomiast truskawek, owoców wyhodowanych we Francji dopiero w połowie XVIII wieku na skutek udanego skrzyżowania ze sobą dwóch odmian amerykańskich poziomek, jednej pochodzącej z Wirginii, a drugiej z Chile.

Życie poddanych pierwszych piastów było gorzkie, ponure i pozbawione nadziei, bo jak inaczej określić rzeczywistość, której absolutnie nikt, nawet książe Mieszko, nigdy nie był w stanie skosztować truskawki.

Rośliny zbierano nie tylko w celach konsumpcyjnych.

Konkol polny, nawrot lekarski, ślaz zaniedbany, miętę polną czy len przeczyszczający pozyskiwano, aby uzyskać konkretne cele lecznicze.

Duże znaczenie gospodarcze i higieniczne miał także mech.

Za jego pomocą uszczelniano ściany chat i jednostek pływających.

Wykorzystywano go również powszechnie w latrynach, zamiast papieru toaletowego, którego z wiadomych przyczyn we wczesnym średniowieczu nie było, tak samo jak truskawek.

Mech był powszechnie dostępny, bardzo tani i całkiem przyjemny w kontakcie z ciałem.

Na pewno bardziej niż szyszka.

Ano czas, abym podzielił się z wami opowieścią o szyszce, którą od dawien dawna chciałem przytoczyć, ale brakowało mi kontekstu.

Parę lat temu grupa rekonstruktorów historycznych udała się na tzw.

przemarsz, czyli branżowe określenie na maszerowanie po polach i lasach w strojach historycznych odbywane w celach rekreacyjnych, towarzyskich, a czasem także promocyjnych.

To ostatnie zależy od tego, jak wiele zdjęć się wtedy robi.

Przemarsz ów miał miejsce podczas srogiej zimy, co w naszej obecnej rzeczywistości oznacza pewnie wszystko poniżej minus pięciu stopni.

Panowie maszerowali i maszerowali, gdy nagle jeden z nich poczuł zew natury, który wobec braku chusteczek czy papieru toaletowego jawił się jako całkiem poważne wyzwanie.

Pomimo nieprzychylności losu, rekonstruktor ten udał się na stronę i spłacił swój dług matce naturze.

Innego wyjścia w końcu nie było.

Po powrocie koledzy zapytali go z ciekawości, czym się podtarł.

Pytanie wbrew pozorom było całkiem zasadne.

Ponieważ była zima, a w lesie leżało sporo śniegu, nigdzie nie dało się uświadczyć mchu ani trawy.

Liści także żadnych.

Raz, że pora roku nieprzychylna, a dwa, że las ów był borem, a więc same iglaki.

Do tego był mróz, a podtarcie się sypkim śniegiem, no cóż, słuchają mnie z pewnością osoby obdarzone wyobraźnią, pozwalającą na zrozumienie, dlaczego byłoby to bezcelowe.

Jak poradził sobie ów młodzieniec?

Ano podtarł się szyszką znalezioną pod jakiiglakiem.

I ta właśnie historia może być jednym z najlepszych przykładów na zasadność uprawiania rekonstrukcji historycznej.

W tym momencie będącej znacznie bliżej z prawdziwą historią, aniżeli podczas wszystkich tych hucznych wielkich festiwali.

Kto wie, czy nasi pra, pra, pra przodkowie, zaskoczeni przez nagłą potrzebę podczas zimowego marszu do sąsiedniej wioski, nie radzili sobie w taki sam sposób?

Myślę, że wobec braku zapasowego mchu mogli korzystać z szyszek albo kory.

Ta ostatnia opcja wydaje mi się zresztą całkiem rozsądna i prawdopodobna.

Kilka słowiańskich rodzin zamieszkiwało wioskę, zwaną także Siołem.

Zaludnienie takiej przeciętnej osady nie przekraczało wówczas 30-40 osób należących do 5-6 rodzin.

Razem kilkanaście chat, z których część mogła być półziemiankami, bardzo popularnymi zwłaszcza w początkowej fazie słowiańskiej ekspansji.

Zanim dalej zagłębimy się w życie codzienne piastowskich poddanych, zatrzymajmy się jeszcze przy siole i jego interesującej etymologii.

Otóż sioło w obecnej formie wywodzi się z wersji seło, powszechnej na Rusi, która zdominowała nasz język od około XVI wieku.

Wcześniej zarówno w Polsce, jak i Czechach mówiło się siodło, o czym wspomina zarówno Aleksander Brykner, jak i Karol Modzelewski.

Poddani Piastów mieszkali w siodłach, czyli wioskach.

Z biegiem lat zachodniosłowiańskie siodła zmieniły się w sioła, tracąc przy tym także swoją pierwotną, nijaką formę.

Brykner pisze, że olbrzymia część dawnych polskich wiosek miała formę nijaką, które z biegiem czasu przyjmowały formę męskoosobową.

Na przykład rypino stało się rypinem.

Pierwotna nazwa małej osady brzmiała w dawnym języku polskim czy czeskim tak samo jak część rzędu końskiego, na którym siedzi jeździec.

W języku polskim ciągle zachowały się pamiątki tych dawnych osad siodeł.

Najlepszym z nich są siedlce.

Dzisiaj miasteczko na Mazowszu dawniej występujące pod zdrobniałą formą siedlec, wywodzącą się od siodła.

Z tego samego źródła swoje pochodzenie czerpie ciągle obecne w naszym języku siedlisko, wywodzące się właśnie od zasiedzenia w dawnych siodłach.

Pisał o tym u schyłku XX wieku polski lingwista i onomasta Kazimierz Rymut, m.in.

w swojej książce Nazwy miast Polski.

Kazimierz Rymut był autorem paru publikacji zajmujących się etymologiami nazw miejscowych bądź nazwisk.

Dzięki temu, panu, wiem na przykład, że moje nazwisko, Kuźniar, ma pochodzenie słowackie, co zresztą doskonale tłumaczy, dlaczego większa część wszystkich odnotowanych do tej pory ponad pięciu tysięcy Kuźniarów w naszym kraju mieszka w dwóch województwach leżących tuż przy słowackiej granicy.

Praprzodkiem mojego dziadka od strony ojca był pewnie jakiś Słowak związany zawodowo z kowalstwem.

Natomiast praprzodkowie mojego drugiego dziadka i obydwu babć noszących nazwiska.

Klus, Bytnar i Reiser to już wykapani głuchoniemcy, wywodzący się z głuchoniemieckiego zagłębia, jakim na mapie Polski są okolice Łańcuta.

Samo miasto Łańcut jeszcze w XVII-wiecznych źródłach występowało pod swoją pierwotną, niemiecką nazwą Landshut, którą dopiero w ostatnich stuleciach spolonizowano.

Pierwsi koloniści w tym polskim Landshutie wywodzili się z bawarskiego miasteczka o tej samej nazwie.

Ten pierwszy, bawarski Landshut, wedle standardów starożytnych Helenów byłby więc metropolią, czyli miastem macierzystym dzisiejszego łańcuta.

XVI-wieczny polski historyk Marcin Bielski opisywał tych Niemców masowo osiedlanych w średniowieczu w rejonie dzisiejszego Podkarpacia następująco.

A dlatego je, Niemców, Bolesław tam osadzał, aby bronili granic od Węgier i Rusi.

Ale że był lud gruby, niewaleczny, obrócono je do roli i do krów, bo sery dobrze czynią, zwłaszcza w Spiżu i na Pogórzu.

Drudzy też kądziel dobrze przędą i przetoż płócien z Pogórza u nas bywa najwięcej.

Tacy to byli ci moi przodkowie.

Do walki ostatni, ale sery dobre robili, a i krowy pasać umieli.

Naturalnie pomysł Bielskiego, jakoby to już Bolesław Chrobry osiedlał głucho Niemców w rejonie Karpat, wydaje się mocno naciągany, żeby nie powiedzieć wyssany z palca.

W rzeczywistości ludzie ci zaczęli się pojawiać w tych okolicach dopiero w późnym średniowieczu, na fali osadnictwa na prawie niemieckim.

Wioskę, z której pochodzę, założono nie wcześniej niż u schyłku XIV stulecia zapanowania Kazimierza Wielkiego, właśnie na prawie niemieckim.

Kronikarz Maciej Stryjkowski pisał o tej kolonizacji, co następuje.

Kazimierz, król, widząc pogórskiej Rusi krainy, dla częstych najazdów litewskich, zburzone i puste, niemieckiego narodu, ludzi w krainach tamtych osadził, którzy jeszcze i dziś po wsiach mieszkają koło Przeworska, Przemyśla, Sanoka i Jarosławia, a jaką sam widział, są osobliwi gospodarze.

Nasi głuchoniemcy sprowadzeni za panowania Kazimierza Wielkiego, a więc ostatniego z piastów, wpisują się w tematykę tego odcinka.

Przepraszam za osobistą dygresję, ale nie mogłem się powstrzymać.

Co chwila ktoś zarzuca mi w komentarzach działalność wywiadowczą albo przyjmowanie korzyści majątkowych od zagranicznych fundacji.

Wśród moich sponsorów wymienia się ostatnio najczęściej Kijów, Berlin, Moskwę, Jerozolimę.

Czy to się czasem nie wyklucza?

No ale tak, wydało się, jestem piątą kolumną, słowacko-głuchoniemieckim agentem wpływu, a prawdziwym celem tego kanału jest oderwanie Podkarpacia i Małopolski od Rzeczpospolitej i przyłączenie ich do Słowacji.

Jeżeli zaś to by mi nie wyszło, to jest jeszcze plan B, założenie niepodległej podkarpackiej republiki głuchoniemieckiej, a potem jakieś dalsze spiski i gnowania, czyli mój chleb powszedni.

Wróćmy jednak do tematu, czyli do Polski pierwszych piastów, gdzie nie ma jeszcze żadnych głuchoniemców ani quasi-słowackich youtuberów.

Leżące niedaleko siebie słowiańskie siodła, czyli wioski, składały się na większą wspólnotę sąsiedzką, zwaną Opolem.

Według Modzelewskiego nazwa Opole brała się z połączenia przedrostka ob i wyrazu pole, co razem dawało obpole.

Termin ten oznaczał każdą otwartą przestrzeń znajdującą się między rozległymi lasami.

Domyślnie ta niezalesiona przestrzeń, zwana pierwotnie obpole, była wykorzystywana przez ludzi jako pola, pastwiska lub odłogi.

Stąd też bierze swoje źródło słowo polana, otwarta przestrzeń wewnątrz lasu, która dla dawnych Słowian była potencjalną ziemią uprawną.

Te otwarte tereny miały także swoją obsadę, czyli ogół ludzi, jacy siedzieli na tym obszarze.

Obsadzali go.

Obsada nie była tożsama z siodłem, czyli wsią.

Była szerszym terminem określającym ogół ludzi siedzących, czyli zamieszkałych na danym terenie.

Mieszkańcy Opola stanowili wspólnotę sąsiedzką albo rodowo-terytorialną złożoną z nie więcej niż kilkunastu wsi, które mogły liczyć łącznie kilkaset osób, żyjących na obszarze 50 do 250 km2.

Związki sąsiedzkie w stylu Opola istniały także u ludów bałtyjskich, germańskich i narusi.

W epoce plemiennej albo po prostu przedpaństwowej to w obrębie Opola, czyli między sąsiadami, rozwiązywano większą część lokalnych sporów.

Na tym szczeblu znajdowała się większa część sądownictwa, o którym opowiem być może innym razem.

W tym miejscu zajmę się jedynie kwestiami gospodarczymi.

Członkowie obsady Opola wspólnie użytkowali wszystkie grunty leśne, wody i pastwiska.

Jedynie ziemia uprawna należała do poszczególnych źrebów.

Niezagospodarowane ziemie były własnością wspólnoty.

To właśnie tutaj wypasano zwierzęta gospodarskie.

Krowy, kozy, owce i świnie wypasano razem, to znaczy mieszkańcy każdego siodła zganiali swoje trzody do jednego miejsca, gdzie zresztą mogli wypasać zwierzynę także ich sąsiedzi.

Ponieważ każde gospodarstwo posiadało jedynie niewielkie stado, takie podejście uwalniało zasoby ludzkie, które mogły zajmować się czymś innym, na przykład uprawą ziemi.

Zwierzęta zostawiano pod opieką wyznaczonych mieszkańców siodła, którzy pilnowali stad na zmianę, po jakimś czasie przekazując ten obowiązek swoim sąsiadom.

Relacje między sąsiadami były w tamtych czasach bardzo bliskie, co było po części spowodowane także bliskim pokrewieństwem.

Bardzo często właściciel każdej chałupy w danym siodle był w jakimś stopniu spokrewniony z pozostałymi.

Najdrobniejszą komórką społeczną była rodzina z jej źrebem.

Parę rodzin tworzyło siodło, kilka lub kilkanaście siodeł składało się na opole, te zaś łączyły się w większe, chociaż ciągle lokalne, grupy etniczne, najczęściej określane umownym terminem plemię.

Plemiona z kolei mogły łączyć się w większe związki, takie jak słynny Związek Wielecki.

Kres istnieniu i niezależności takich organizacji położyło powstanie pierwszych, trwałych państw słowiańskich, zakładanych m.in.

przez dynastię Przemyślidów, Rurykowiczów czy Piastów.

Okres przedpaństwowy, o którym zrobiłem kilka miesięcy temu oddzielny odcinek, jest bardzo słabo poznany w przypadku tak Czech, jak i Polski.

Umownie przyjmuje się w nauce istnienie jakichś plemion, dopuszczając możliwość bytowania jakichś większych związków, ale wszystko to są jedynie spekulacje, najczęściej oparte na dość życzeniowym interpretowaniu dokumentu znanego jako geograf bawarski, którego enigmatyczną treść...

Badacze starają się jakoś łączyć z odkryciami archeologów i paroma późniejszymi relacjami pisanymi.

Ich starania w tym zakresie nie są jednak tematem dzisiejszego odcinka.

Poza uprawą roli pod postacią zbóż i roślin strączkowych, Słowianie hodowali także zwierzęta dostarczające mięsa na biału i skór.

Myślistwo, pomimo że zawsze istniało, odpowiadało zaledwie kilka procent mięsa pozyskiwanego przez mieszkańców wczesnośredniowiecznego grodu.

Archeozoolog Daniel Makowiecki podaje dane uzyskane podczas prac badawczych na pozostałościach kilku wczesnośredniowiecznych grodzisk.

Właśnie, grodów czy grodzisk?

Obie nazwy czasem bywają używane zamiennie, niczym synonimy, co jest błędem.

Dawni Słowianie żyli w grodach, natomiast my dzisiaj możemy zwiedzać grodziska, czyli pozostałości tychże grodów.

No chyba, że ktoś wzniesie na ich miejscu rekonstrukcję, to wtedy będzie to gród.

Podobnie sytuacja ma się z zamkami i zamczyskami, czyli pozostałościami zamków, ruinami.

W artykule pod tytułem Użytkowanie i konsumpcja mięsa w średniowieczu w świetle badań archeozeologicznych prof. Makowiecki prezentuje procentowy udział kości zwierząt dzikich odkrytych podczas badań na Grodziskach, w Kałdusie, Ostrowie Lednickim, Poznaniu Ostrowie, Gdańsku i Bytomiu Odrzańskim.

Udział ten waha się od 1,8 do 8,1%.

Najczęściej jest to około 5%.

Podobne wyniki zaprezentowała archeolog Joanna Piątkowska-Małecka w 2024 roku, podsumowując wyniki badań w pozostałościach grodziska w Kaliszu Zawodziu, gdzie odkryte kości dziczyzny stanowiły jedynie 3,8% całości.

Wyniki nie są oczywiście perfekcyjne, ponieważ nigdzie nie udało się przekopać całych stanowisk, co zresztą nie jest celem badaczy.

Pewien problem nasuwają kości ptaków, które z racji swojej delikatności najwcześniej ulegają rozkładowi.

Poza tym trudniej przyporządkować je konkretnym gatunkom.

Na żadnym z grodzisk kości ptactwa, tak dzikiego jak udomowionego, nie przekraczały 5% wszystkich szczątków zwierzęcych, ale można ostrożnie założyć, że dawniej było ich więcej.

W dawnej słowiańskiej gospodarce podstawowym zwierzęciem pociągowym i jednocześnie głównym elementem dobytku było bydło rogate, którego szczątki na badanych stanowiskach zazwyczaj sięgają 40% całego wydobywanego materiału kostnego.

Podobne wyniki osiąga trzoda chlewna, również bardzo cenna z punktu widzenia dawnych Słowian.

15% szczątków kostnych należy do owiec i kóz, które zazwyczaj podaje się razem, gdyż ich szkielety są do siebie bardzo podobne i trudno je od siebie odróżnić, poza paroma odmiennymi kośćmi.

Konie we wczesnym średniowieczu stanowiły około 2-5% inwentarza zwierzęcego trzymanego w grodach, o ile uwierzymy wynikom wykopalisk.

Wśród ptactwa dominowały kury, których było znacznie więcej niż kaczek, a tych jeszcze więcej niż gęsi.

Przypuszcza się, że szczątki kaczek odkrywane na grodziskach niemal zawsze należały do dzikich okazów, nie zaś udomowionych.

Kaczki jako ptactwo domowe dużego znaczenia nabrały na ziemiach polskich.

Dopiero w XX wieku.

Są to ptaki niezbyt ekonomiczne, o czym wspominał Tomasz Giecewicz, historyk, właściciel i założyciel neolitycznego archeoparku, o którym parę miesięcy temu nakręciłem półtoragodzinny film dokumentalny.

Znajdziecie go bez problemu na kanale.

Tomasz opowiada w nim o życiu codziennym neolitycznej ludności na dawnych ziemiach polskich.

Podobnie jak kaczki, tak samo gęsi przez całe stulecia były jedynie mało znaczącym ptakiem hodowlanym, znacznie ustępującym kurom.

Większość ich szczątków mogła zresztą należeć do zwierząt dzikich.

Ich znaczenie hodowlane wzrosło w czasach nowożytnych.

Prace archeozoologów pozwoliły także zweryfikować różne koncepcje na temat gatunku ptaków wykorzystywanych przez pierwszych piastów podczas łowu.

Daniel Makowiecki pisze, że szczątki jastrzębi i krogulców zidentyfikowano na 17 stanowiskach, podczas gdy sokoła znaleziono tylko na jednym wczesnośredniowiecznym stanowisku.

Pomimo, że sztukę tresury i prowadzenia łowów z użyciem ptaków drapieżnych od dawien dawna nazywamy sokolnictwem, to jastrzębie były gatunkiem dominującym w tej gałęzi dawnego łowiectwa.

W przeciętnym słowiańskim gospodarstwie tamtych czasów znaleźlibyśmy przynajmniej parę wołów.

Im więcej, tym lepiej.

Woły to wykastrowane samce bydła rogatego, najczęściej wykorzystywane do ciężkiej pracy na roli, czyli sprzężaju.

Terminem sprzężaj określano wszystkie zwierzęta w gospodarstwie wykorzystywane do najcięższych zadań.

We wczesnym średniowieczu były to głównie woły, później ich miejsce zaczęły stopniowo zastępować konie.

Osły nigdy nie miały większego znaczenia w gospodarce czasów piastowskich.

Krowy stanowiły około jedną drugą pogłowia wołów.

Ich udział w ówczesnej gospodarce i charakter samych zwierząt opisuje Makowiecki.

Przede wszystkim bydło średniowieczne było najniższym bydłem w historii hodowli tego gatunku na ziemiach polskich.

Przeciętna wysokość w kłębie wynosiła około 104 centymetrów.

Krowy takie dawały niewiele mleka, tym bardziej, że okres laktacji był także krótszy w stosunku do krów współczesnych.

Obecnie zaoptymalny czas tego procesu przyjmuje się 305 dni.

Jeden z szacunków zakłada, że średniowieczne małe krowy podczas 3-4 miesięcznego okresu laktacji dawały około 400-600 kg mleka.

Z tej masy ciele potrzebowało około 250-350 kg, tak więc człowiekowi pozostawało zaledwie 150-250 kg mleka.

Sądzę więc, że mleko, a tym bardziej śmietana i masło, należały do rarytasów.

Dlatego zrozumiałe jest, iż mleczność krów uchodziła w wiekach średnich, a zapewne także wcześniej, za tak ważną cechę nobilitującą posiadaczy licznych stad bydła.

Że wypadało o tym wspomnieć, opisując dzieje znamienitego rodu i jego kraju.

Lecz to, co służyło nobilitacji, niekoniecznie było już tak powszechne dla ogółu ludności.

Można sądzić, że bydło było także ważnym dostarczycielem obornika, co znane jest z przekazów historycznych i etnograficznych z młodszych stuleci.

Wzrost mleczności krów, a także zapewne zwiększenie produkcji mleka nastąpiły dopiero w czasach nowożytnych, kiedy bydło było wyższe przeciętnie o 10 cm w porównaniu z wczesnośredniowiecznym.

Koniec cytatu.

Bydło rogate w gospodarce nie znającej jeszcze pieniądza kruszcowego było głównym wyznacznikiem bogactwa, o czym świadczyły jego dawne określenia.

Na dawnej słowiańszczyźnie krowy określano archaicznym terminem skot, który zdaniem Bryknera brał swoją etymologię z wschodniogermańskiego języka gotskiego, gdzie zarówno bydło jak i skarby określano jako skac.

Niemieckie słowo szac, oznaczające skarb, bierze się dokładnie z tego pradawnego źródła, z czasów, gdy wyznacznikiem bogactwa była rogacizna.

Wiemy z fragmentarycznych wzmianek o przedchrześcijańskich wierzeniach dawnych Słowian, że jeden z ich bogów, Weles, był określany jako skotny bóg, czyli opiekun bydła i staw.

W wielu miejscowościach do dzisiaj możemy spotkać się z toponimami, takimi jak na przykład skotniki.

Sam w swojej rodzinnej okolicy przez lata mieszkałem kilkaset metrów od obszaru, od pokoleń określanego w miejscowej gwarze jako Skotnik.

Większa część populacji, także tej starszej, dawno przy tym zapomniała, co też ów Skotnik oznaczał.

Było to zaś miejsce wspólnego wypasu bydła, zganianego przez wszystkich mieszkańców siodła albo gospodarzy z bliższych chat.

Podobne Skotniki są także na przykład obszarem jednej z dzielnic Krakowa.

Scott mógł być pierwotnym, ale nie jedynym określeniem bydła.

W późniejszym średniowieczu, wraz z pojawianiem się osad lokowanych na prawie niemieckim i coraz większymi wpływami Niemczyzny nad Wisłą, po głowie bydła zaczęto określać terminem wardęga od zniekształconego niemieckiego słowa wertung, oznaczającego wartość albo oszacowanie czegoś.

Taką etymologię wardęgi również podaje niezawodny Brykner.

Samo słowo bydło, w tym znaczeniu w jakim używamy go obecnie, jest nieco nowszym wynalazkiem.

Pierwotnie słowo to zdaniem Bryknera oznaczało po prostu bytowanie, mieszkanie gdzieś, życie w dobrobycie.

Wiecie, bydlimy sobie gdzieś tam coś.

Takie rzeczy.

Dopiero w późnym średniowieczu terminem tym zaczęto określać cały żywy inwentarz, a z czasem głównie duże zwierzęta rogate.

Bydło z czasem wyparło archaiczne słowo Scott, czy późniejszą Wardęgę.

To pierwsze spotykamy czasem w toponimach, a to drugie przetrwało już tylko gdzie nie gdzie, na przykład w niektórych nazwiskach.

Sposób, w jaki zarządzano Scottem, wydobywa dla nas archeozoologia.

Profesor Makowiecki pisze, że cały cykl tzw.

obrotu stadem trwał od 7 do 10 lat, w trakcie których na podstawie kości da się zauważyć trzy epizody wzmożonego uboju.

Pierwszy masowy ubój miał miejsce między 4 a 14 miesiącem życia zwierzęcia.

W jego trakcie pozyskiwano młodą wołowinę, zabijając sztuki uważane za nadliczbowe, niepotrzebne do podtrzymania wielkości stada.

Ten ubój dosięgał jedynie 7-10% zwierząt.

Większą skalę przybierał ubój, do jakiego dochodziło wśród zwierząt liczących sobie nieco ponad dwa lata.

Rzeź dotykała zwierząt o dość sporej masie, co gwarantowało opłacalność hodowli.

Poza tym można było pozbyć się jednostek rozwijających się w sposób wadliwy, odbiegający od normy.

Ginęła wówczas spora część byków.

Ostatni, największy ubój dotykał osobniki mające około 4 lat, czyli takie, które osiągnęły, zdaniem Makowieckiego, optymalną dojrzałość hodowlaną, czyli ich masa mięśniowa była w pełni rozwinięta, kilkakrotnie uczestniczyły w rozrodzie, dawały już mleko, bywały wykorzystywane także jako zwierzęta pociągowe.

Z takich zwierząt pozyskiwano wołowinę, łój, pochwy rogowe, skórę i kości.

Kozy i owce stanowiły niewielką część inwentarza, zazwyczaj nieprzekraczającą kilku sztuk w jednym źrebie.

Same owce zaś występowały jedynie w tych rejonach, gdzie było dużo suchych pastwisk.

Zwierzęta te nie znoszą bowiem podmokłych terenów, na których są prześladowane przez choroby i pasożyty.

Duże znaczenie w gospodarce miała trzoda chlewna, która we wczesnym średniowieczu wyglądała znacznie inaczej aniżeli nasze obecne, poczciwe świnie.

Trzodzie za czasów Mieszka bliżej było do dzików, z których zresztą się wywodziła, aniżeli do obecnych świn.

Zwierzęta te były ciągle jeszcze mocno owłosione, miały ciemne umaszczenie, poruszały się także na długich nogach, dzięki czemu były bardzo mobilne i doskonale nadawały się do wypasu.

Takie świnie wyganiano codziennie na żer do pobliskich lasów, gdzie tuczyły się na dębinie i buczynie.

Cykl życia większości wczesnośredniowiecznych świn był bardzo krótki i nie przekraczał roku.

Od wiosny do jesieni pasły się w lesie, a zimą zabijano je, mięso zaś wędzono.

Już wówczas świnia była bardzo popularnym zwierzęciem gospodarskim ze względu na łatwość wypasu i dość niskie koszty utrzymania.

Jeżeli w pobliżu siodła był las dębowy lub bukowy, to problem zaopatrzenia dla zwierząt rozwiązywał się sam.

Karol Buczek pisał, że aż do początku XIX wieku, gdy nad Wisłą upowszechniły się ziemniaki, podstawą hodowli trzody chlewnej były żołędzie i bukiew.

Do tego dochodziły suszone liście wiązu i lipy oraz kora niektórych gatunków drzew.

Lasy dębowe, czyli dąbrowy, były niezbędne do hodowli tych zwierząt.

Pewnym uzupełnieniem diety poddanych pierwszych piastów były także ryby, poławiane w stawach, rzekach, jeziorach i wodach Morza Bałtyckiego.

Podobnie jak w przypadku ptaków, tak i szczątki ryb mogą cierpieć na pewne niedoszacowanie ze względu na swoją delikatność.

Przy mniej drobiazgowych pracach wykopaliskowych, w których nie przesiewa się przez sito każdej grudki ziemi, mniejsze ości czy kości ryb po prostu są pomijane.

Z pewnością duży udział w diecie mieszkańców Pomorza miały śledzie, których w pozostałości licznie występują w dawnym Kołobrzegu.

W Gdańsku znaleziono dużo szczątków jesiotra, którego udział w materiale kostnym na przestrzeni średniowiecza odzwierciedla także ogólny spadek populacji tej ryby.

O ile jeszcze w X wieku szczątki kostne jesiotrów stanowiły aż 66% wszystkich pozostałości ryb odkrytych w Gdańsku, o tyle w wieku XIII odpowiadały jedynie za 16% całości.

Słowiańska rodzina, gospodarująca na swoim źrebie, była zdaniem Karola Modzelewskiego niemal zupełnie samowystarczalna.

Jedyne przedmioty, jakie musiała pozyskiwać z zewnątrz, ograniczały się do żelaznych elementów narzędzi takich jak radlica, półkosek, sierp, siekiera czy dłuto ciesielskie lub ciosło.

Poza tym z zewnątrz należało zakupić sól i naczynia o wyższym standardzie wykonane przez zawodowego garncarza.

Nieco zamożniejsi co jakiś czas zaopatrywali się także w ozdoby, na przykład cenne fibule, chociaż nie były one niezbędne do przetrwania, a ich tańsze zamienniki z mniej trwałych materiałów można było wykonać samemu.

Modzelewski pisze, że poza rolnictwem każda rodzina w jakimś stopniu zajmowała się wartnictwem, myśliwstwem, rybołówstwem, zbieractwem w pobliskich lasach.

Chłopi na własne potrzeby produkowali odzież lnianą i wełnianą, a także kożuchy.

Radzili sobie z prostymi pracami ciesielskimi i stolarskimi.

Ważyli piwo.

Kobiety obrabiały len, tkały i szyły odzii bieliznę.

To głównie one zajmowały się uciążliwymi pracami jak mielenie zboża z wykorzystaniem ręcznych żaren.

Przygotowywały jadło i napoje.

Zajmowały się ręczną uprawą przydomowych ogrodów.

O stosunkach panujących między kobietami i mężczyznami oraz hierarchii jaka dominowała w słowiańskim źrebie, Modzelewski pisze tak obrazowo, że pozwolę sobie zacytować cały poświęcony temu fragment.

Nie były to czasy równouprawnienia, lecz silnej władzy ojcowskiej nad pozostałymi członkami rodziny, zwłaszcza zaś nad kobietami.

Miały one niewiele praw.

Tylko wdowa po głowie rodziny cieszyła się stosunkowo wysoką pozycją we własnym domu.

Jeśli jednak szła powtórnie za mąż, synowie dawali jej tylko rzeczy osobiste, które sama nabyła lub wniosła w posagu.

Nie przysługiwały jej natomiast żadne prawa spadkowe do ziemi, obejścia i inwentarza.

Nic dziwnego, że kobiety wnoszące tak wielki wkład pracy w gospodarstwo i tak niewiele mające w nim do powiedzenia, były w każdej rodzinie cennym nabytkiem.

W dodatku było ich mniej niż mężczyzn, gdyż fatalne warunki sanitarne doprowadzały często do śmierci w połogu.

Za tę zawsze potrzebną siłę roboczą płacono sporą cenę – wiano, które pan młody składał przy zaślubinach ojcu narzeczonej.

Według Ibrahima ibn Jakuba było ono u Słowian tak wysokie, że mężczyzna, któremu urodziło się kilka córek, mógł się na wianie wzbogacić, a ojciec kilku synów popaść w ubóstwo.

Widzieć w tym można ślad zwyczaju kupowania żon.

Trafiało się też wielożeństwo, dostępne oczywiście tylko ludziom dostatecznie zamożnym.

O całkowitej zależności nieletnich synów, czyli otroków, od głowy patriarchalnej rodziny świadczy fakt, że otrokami zwano również niewolników.

Koniec cytatu.

No cóż, jakby to powiedział pewien mędrzec z Białegostoku.

Piękne to czasy byli.

Ja osobiście mam nadzieję, że Wojciech Smażowski kiedyś wreszcie zrealizuje zapowiedzianą jakieś 6-7 lat temu produkcję filmową o Słowianach, nieważne czy w formie serialu, czy też filmu pełnometrażowego.

Myślę, że akurat ten reżyser bardzo dobrze odnajdzie się w realiach świata, który przyjdzie mu pokazać i będzie w stanie zrobić to jednocześnie zbliżając się do realiów epoki.

Dzisiejszy odcinek był kolejnym z planowanej przeze mnie serii o początkach państwa polskiego.

Chciałem zrobić w ramach tejże serii coś nowego i zająć się w pierwszej kolejności życiem codziennym i funkcjonowaniem państwa pierwszych piastów.

Na YouTube jest już cała masa lepszych lub gorszych produkcji zajmujących się recyklingiem dziejów politycznych Mieszka I czy Bolesława Chrobrego.

Nie mówię, że sam chętnie nie opowiem tej historii.

Zanim jednak do tego przejdę, chciałbym zająć się tą częścią dawnych dziejów ziem polskich, które są wyraźnie niedoreprezentowane.

Poza tym dużą zaletą tematów, jakie poruszam w tych odcinkach, jest ich wyjątkowa, jak na wczesne średniowiecze, pewność.

W zbiorowej świadomości panuje przekonanie, że wszyscy Polacy, no może poza Marcinem Gortatem, wiedzą kiedy miał miejsce tzw.

Chrzest Polski.

W rzeczywistości jednak mamy co najwyżej przybliżone wyobrażenie kiedy i gdzie dokładnie ochrzcił się Mieszko.

Nie wiemy z pewnością nawet, jakie imię przyjął podczas tego sakramentu.

Mieszko było raczej imieniem pogańskim nadanym mu wcześniej.

Czy przyjął inne, którego nie znamy?

Na te i inne pytania możliwe, że nigdy nie znajdziemy satysfakcjonującej odpowiedzi.

Doskonale wiemy jednak, jaką wysokość w kłębie miała przeciętna krowa w państwie tego pierwszego historycznego władcy kraju, z którego miała powstać Polska.

Zamiast więc po raz kolejny, 198 w tym roku, łamać głowę nad interpretacją regestu Dagome i Udex, udając przy tym, że to ja, a nie inni, mam rację, może lepiej opowiedzieć o dwupolówce, sprzężaju, upodobaniach kulinarnych trzody chlewnej, czy powinnościach jak stan, przewóz, poradlne albo narzaz.

O tym wszystkim wiemy zaskakująco wiele, przynajmniej w porównaniu do tej odchłani niewiedzy, jaka mrocznym całunem spowija poczynania i stojące za nimi motywacje pierwszych historycznych władców Polski.

Na pewno chciałbym zrobić jeszcze jeden odcinek tłumaczący zawiłości słowiańskiej gospodarki ze szczególnym uwzględnieniem powinności świadczonych przez pospólstwo elitom.

Oddzielnego potraktowania wymagałaby także chrystianizacja ziem polskich i życie ówczesnych elit, nie tylko książęcych, ale zwłaszcza sposób w jaki elity owe wkomponowały się w szersze spektrum kultury Europy wczesnego średniowiecza.

Mam wiele pomysłów, wy oczywiście także możecie dzielić się swoimi sugestiami, najlepiej w komentarzach pod tym filmem na YouTube.

Treść przygotował i przeczytał Michał Kuźniar.

Jeżeli spodobał się Wam ten odcinek, możecie rozważyć dobrowolne wsparcie podcastu Mroczne Wieki.

Cykliczną darowizną, poprzez Patronite lub jednorazowo w postaci wirtualnej kawy na Buy Coffee bądź Suppi.

Linki znajdują się w opisie odcinka.

Serdecznie dziękuję wszystkim patronom, a szczególnie tym z progów twórca Imperium.

Przemysławowi Kryczce, Marcin Klub Construction, Wojciechowi.

Dawidowi, Łukaszowi, Michałowi, Oskarowi, Rościsławowi, Leśnemu Władkowi, Jarosławowi, Arkadiuszowi, Wilhelmowi, Kubie, Kamilowi, Dariuszowi, Maksymilianowi, Rafałowi, Robertowi Dariuszowi, Tomaszowi, Mateuszowi, Ewie, Dariuszowi, Grosskwildu i różnym różnościom.

Filmy będące ekranizacją audycji można oglądać i komentować na YouTube, do czego wszystkich serdecznie zachęcam.

Wszystkie wykorzystane źródła znajdziecie w opisie odcinka oraz na końcu filmu.