Mentionsy
Rozmowa Artura Andrusa z Michałem Sikorskim
Olbrzymią popularność przyniosła mu rola księdza Jakuba w serialu „1670”, a wcześniej uznanie widzów i krytyki kreacja w filmie „Sonata”. To była rozmowa również o ogniskach, warzywniakach i byciu gwiazdą spółdzielni mieszkaniowej. Gościem NieDoMówień Artura Andrusa był Michał Sikorski.
Szukaj w treści odcinka
Przestrzeń, dająca komfort w każdej podróży.
Technologia, która wyprzedza Twoje oczekiwania.
To BMW X3 z legendarnym napędem xDrive.
Teraz dostępne już za 2500 zł netto miesięcznie z zerową opłatą wstępną.
Skorzystaj z wyjątkowej oferty dla przedsiębiorców.
Bez kompromisów i bez wkładu na start.
Szczegóły w salonach i na BMW.pl.
Ciocia mnie zatrudniła do kuzyna młodszego o 10 lat i tak przychodziłem trzy lata z rzędu i za trzecim razem on powiedział, to jest Michał, to jest Michał i ten głos Dawidka, który krzyczy, że to jest Michał, to było chyba największe upokorzenie.
Chciałem się zapaść pod ziemię.
Dzień dobry Państwu, Artur Andrus przed mikrofonem.
Bardzo często dzwoni telefon z prośbą o rozmowę radiową, telewizyjną.
Ile to jest tak w tygodniu takich prośb?
Kilka, ale większość jest pisanych i na szczęście większość odbiera moja agentka.
To znaczy ona odpowiada w imieniu Michała Sikorskiego?
Ona odpowiada, tak.
Mi jest dużo gorzej odmawiać, nie potrafię tego robić, to jest taka rzecz, nad którą pracuję.
Żeby być bardziej asertywnym, mi zawsze schodzi tydzień, żeby komuś powiedzieć nie, nie mogę albo...
Więc lepiej do mnie nie kierować takich próśb.
No ale to przecież część tego zawodu, no trzeba chodzić, mówić, przypominać o sobie.
Myślę, że zabrakłoby czasu, gdybym miał być w każdym miejscu w Polsce na każdej rozmowie, na którą jestem zapraszany, co jest bardzo miłe oczywiście, ale po to mam agentkę, żeby ona dbała o proporcje.
No i jak już dochodzi do tych rozmów, to zauważył pan, że dziennikarze starają się być dowcipni?
No bo przecież jak rozmawiają z kimś, kto zdobył tak szaloną popularność dzięki komediowej roli, no to przecież wypada pokazać, że wiem, że umiem, że też jestem dowcipny, prawda?
To prawda, to prawda.
Zastanawiam się, czy to pozytywne zjawisko, czy nie, ale postaram się nie dokonać oceny.
No to ja chcę zacząć kompletnie od innej strony tę naszą rozmowę.
Chciałem zapytać, co wzrusza Michała Sikorskiego?
Ooo, bardzo dobre pytanie.
Ja jestem osobą, która się dość łatwo wzrusza i mnie wzruszają takie gesty bezinteresownej pomocy, że jak widzę, że ktoś komuś okazał jakąś czułość, komuś pomógł i tak dalej, to od razu mam łzy w oczach.
Sport, ale no to już ostatnio widziałem chyba sprzed 17 lat ćwierćfinał Mistrzostw Europy albo Świata Szczypiornistów i tam była taka w ostatnich 7 sekundach Polacy strzelili bramkę i półminutowa rolka gdzieś na Instagramie i popłakałem się.
A to ja się przestraszyłem, że Michał Sikorski ostatnio się wzruszył 17 lat temu oglądając.
Nie, przypomnienie po 17 latach tej bramki Artura Siódmiaka.
A pierwsze spotkanie z Grzegorzem Płonką było właśnie w rejestrach wzruszenia czy zawodowego zainteresowania?
No bo przecież Michał Sikorski ma zaraz zagrać tego człowieka.
Było w rejestrach zawodowego zawodu Grześka Mną, ponieważ jak ja Grześka poznałem, przyjechałem do Murza Sichla, do jego domu.
No i to było jeszcze trzy lata przed wejściem na plan filmu Sonata.
No i tam była mowa o tym, że ja się mam uczyć grać na fortepianie, więc Grzesiek powiedział, no to siadaj, to ja ci tutaj będę uczył.
Nie umie, on źle, on te palce, to nie to, to wszystko źle, to trzeba siedzieć codziennie po 8 godzin i może coś za kilka lat z tego będzie.
Więc ja od razu powiedziałem, że Grzesiek jest dla mnie zbyt surowym nauczycielem, powiedziałem to Grześkowi, nie, nie, to ja tak chyba nie dam rady i znaleziono mi innych nauczycieli.
Mój poziom gry na fortepianie nigdy nie dorównał poziomowi, który sobie wyobrażał Grzesiek, ale z całej mojej pozostałej pracy przy tym filmie Grzesiek był zadowolony, więc ja też pozostaję w poczuciu, że jednak się udało.
To jeszcze zostańmy na chwilę przy filmie Sonata.
Wiem, że to już kilka lat minęło, no ale to ważny film w życiorysie zawodowym, bo i nagrody i to pierwsze
Uznanie i środowiska i widzów przecież takie wyraźne, a ja jeszcze o tej kategorii wzruszenia, czy zaciekawienia, czy stresu na przykład.
Chciałem zapytać o to, jak się spotkało na planie rektora swojej uczelni.
Z Jerzym Szturem przecież tam się spotkaliście.
W jakich to było z kolei kategoriach przeżycie?
Ja się niestety z panem profesorem nie miałem okazji spotkać na studiach, dlatego to dla mnie była to wspaniała przygoda po prostu z takim aktorem móc się spotkać i mimo tego, że nasze spotkanie było krótkie na tym planie, to bardzo dużo się nauczyłem od pana profesora.
Sztura i też później, jak on odbierał ten film i spotkanie z nim po filmie, to są takie spotkania, które się trzyma w sercu.
On traktował aktora rozpoczynającego swoją karierę jako pełnoprawnego kolegę na planie?
Czy coś podpowiadał?
Czy to było na takiej zasadzie, że obaj przyszliście przygotowani, wiedzieliście, co każdy ma zagrać, jeden drugiemu?
Wątpię, żeby Michał Sikorski coś podpowiadał Jerzemu Szturowi, ale może na przykład.
A Jerzy Sztur był w podobnej sytuacji jak ja, ponieważ on znał osobiście pierwowzór swojego bohatera.
Grał profesora Henryka Skarżyńskiego, który w ogóle operował profesora Jerzego Sztura.
Więc on też starał się być pokorny wobec postaci, którą gra, bo wiedział, że pierwowzór ten film zobaczy.
Ale absolutnie się spotkałem z takim partnerskim podejściem.
Myślę, że każdy z nas miał własne trudności do przezwyciężenia grając tę rolę.
Nie podpowiadałem niczego profesorowi Szturowi.
Ale on też bardzo tak partnersko do mnie podchodził i jakby chłonął wszystko to, co ja daję i nie podważał tego.
I to jest, jak rozmawiam z kolegami, nieczęsto spotykane, że na początku swojej drogi się dostaje od tak uznanych osób, no bo oprócz Jerzego Sztura, Łukasz Simlad, Lech Dyblik, Małgorzata Foremniak,
Jak się dostaje takie partnerskie podejście, to to jest duża wartość, bo podobno nie jest to codzienność.
Wróciłbym jeszcze na chwilę w tej naszej rozmowie do zjawiska dzwoniącego telefonu, bo pytałem o to, jak często teraz dzwoni ten telefon z propozycjami rozmów i już wiemy, że jest ktoś, kto te telefony odbiera i odsiewa te różne propozycje.
Pojawią się nagrody na przykład zawodowe, czy szalona popularność jak na przykład po 1670.
I potem często się zdarza, co myślę, że ludziom niezagłębionym w ten zawód nie mieści się w głowie, że ten telefon właśnie nie dzwoni, że to nie jest tak, że on od razu taka spektakularna rola czy taka duża popularność wywołuje natychmiast lawinę innych propozycji.
Oczywiście, że nie wywołuję i to jest, wydaje mi się, że nie ma żadnej prawidłowości w tym.
Bo po pierwsze ludzie często myślą, ostatnio mnie ktoś spotkał i coś wyszło, reżyser, i mówię fajnie, że to zrobiliście, a szkoda, że mnie nie widziałeś.
A on mówi, no ale przecież to ciebie to już nawet nie dzwonię, bo ty na pewno nie masz czasu.
Nie, no miałbym jakby próby.
Jest też takie poczucie, że jak ktoś robi dużo, to już w ogóle tego czasu nie ma i nie znajdzie go przez najbliższe lata, a tak nie jest, no bo ja się też staram bardzo dbać o taki balans pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym, żeby jednak nie rezygnować z życia prywatnego, rodzinnego, uczuciowego, rodzicielskiego, bo też rodzicem jestem.
Bo staram się wyciągać lekcje z tego wszystkiego, co mówią ludzie, którzy już są u schyłku życia i chyba w żadnym wywiadzie z osobą, którą uznaję, nie usłyszałem tego, że ktoś mówi, żałuję, że za mało pracowałem, a żałuję, że za mało byłem w domu, mówią prawie wszyscy.
Ale też myślę, że gdyby oni za mało pracowali, to tych wywiadów z nimi by nie było tyle.
Ale jeszcze wracając do tego wcześniejszego pytania o dzwoniący telefon, wydaje mi się, że nie ma żadnej prawidłowości i to nie ma żadnego takiego poziomu w tym zawodzie, że się też będzie dostawało rzeczy, które się chce dostawać.
Wydaje mi się, że w Polsce łatwiej niż za granicą wpada się w szuflady.
Ja bardzo sobie życzę tego, żeby być przykładem aktora, który z tych szuflad, o ile w nich będzie, to będzie z nich wychodził i będę odkrywał nowe światy, ale też mam taką pokorę do życia, że może się to nie wydarzyć i wydaje mi się, że do tej pory mi się w życiu przytrafiło tyle wspaniałych
Rzeczy, że i tak było warto, jakby się miało nic więcej nie zdarzyć, to ja jestem zadowolony z tego, co mnie w życiu spotkało, bardzo z taką pokorą i olbrzymią wdzięcznością do tego podchodzę, ale oczywiście mam bardzo dużo ambicji, planów, marzeń i wydaje mi się, że takich twórczych pokładów do tego, żeby działać, tworzyć, właśnie nowe światy odkrywać, ale no jest to takie przekleństwo trochę doli aktorskiej, że nie od nas wszystko zależy i że jednak trzeba
Czekać na ciekawe propozycje, no już tak bardzo uogólniając.
To znaczy, na przykład jak teraz wygląda zawodowe życie Michała Sikorskiego?
No, chodzę na zdjęcia próby, na które jestem zapraszany.
No i teraz też miałem chyba trzy filmy, z których mogłem wybrać jeden, bo były w tym samym czasie i rzeczywiście w marcu wchodzę na plan, no słuchacze, słuchaczki nie widzą, ale zapuszczam.
Prodę, zmieniam się do tego filmu, który zaczynam w marcu.
Inne nie były możliwe przez to, że po prostu doba ma tyle godzin, ile ma, a są takie momenty, kiedy się wypełnia czas innymi, bardziej powiedziałbym alternatywnymi aktywnościami, a nie pracą stricte na planie.
A ten wybór tej jednej z tych trzech propozycji nastąpił na podstawie scenariusza, rozmowy z reżyserem,
Jeden film był realizowany za granicą i to były dwa miesiące daleko od Polski i to zdjęcia, dzień przerwy, że nie można wrócić do Polski i jednak nie chciałem poświęcić swojego życia rodzinnego na rzecz tego filmu.
Była to najlepsza komercyjnie propozycja, ale film, który wybrałem, to głównie ze względu na aktorkę, która będzie mi partnerować, która jest moim... idolką?
A możemy powiedzieć kto to, czy to jest tajemnica jeszcze?
A to powiem Kinga P. Bardzo utytułowana aktorka, wspaniała.
Jestem zauroczony po pierwszych próbach i pierwszym spotkaniu.
Bardzo nie lubię tego powiedzenia, że ktoś jest normalną osobą, ale poznając ją mam poczucie, a, to na spotkania z takimi ludźmi wymyślono to powiedzenie, że ktoś jest taki bardzo normalny i wielki przez to.
Oczywiście nikt nam w to nie uwierzy, że my tego sobie nie ustaliliśmy wcześniej, ale Kinga P. będzie niedługo tutaj gościła w tym studiu, to ja ją zapytam też o te wrażenia w drugą stronę, jak ona ocenia spotkanie.
I proszę słuchać uważnie, z RMF Classic będzie się można dowiedzieć, co Kinga P. myśli o Michale Sikorskim.
Tajemnice, jak po prostu byśmy w sądzie wylądowali, no to nikt nic nie wiedział.
Ona może też nie móc powiedzieć, że będzie grała z Michałem S. Oczywiście.
Padło takie słowo w poprzedniej części naszej rozmowy – pokora.
To jest takie zjawisko, które się wszystkim w życiu przydaje, no ale aktorom czy artystom też szczególnie.
Kiedyś ładnie to Wojciech Młynarski opisał w takim powiedzeniu, że jak tak się występuje na scenie, słucha się oklasków na swój temat, to łatwo się w sobie zakochać z wzajemnością.
Teraz tak, chciałem zapytać, czy ta pokora to się pojawiła w życiu Michała Sikorskiego?
Czy miał Pan to po prostu wrodzone?
Ma Pan wrodzoną pokorę w sobie i zawsze tak do życia podchodził zawodowego?
Nie tylko zawodowego może, że ta pokora się przydaje?
Jesteśmy w stanie jedno życie przeżyć.
Jeżeli mamy się skądś uczyć, no to właśnie z tego, co inni przeżyli i co inni opowiadają.
Jak dużo pracuję nad sobą, jestem osobą też bardzo krytyczną wobec siebie, ale nie w taki destrukcyjny sposób, że się biję po łapach, tylko wyciągam wnioski i mam poczucie, że przeważnie zawsze można było zrobić coś lepiej, a ta pokora się wiąże z tym, że też widzę jak dużo rzeczy, które się w naszym zawodzie pojawiają, ale nie tylko, takich okołoartystycznych,
Jak bardzo dużą rolę gra przypadek i los i też, że trzeba mieć bardzo dużo szczęścia i jak często nieobiektywne zmienne wpływają na to, że właśnie ktoś dostaje rolę, ktoś nie dostaje, a coś zostało uznane jako sukces, a coś nie zostało uznane jako sukces.
Bardzo cienka linia i też wiem, że no akurat szczęśliwie się dzieje, że pewne rzeczy się wydarzają na moją korzyść, ale bardzo to nie musiałoby się wszystko zmienić o 180 stopni, tylko trochę coś inaczej zagrać.
W innym momencie film wejdzie w dobrym, złym, ktoś postawi na takie komentarze i na takie recenzje i to zmienia czasem całe życiorysy, bo jeden film czy jedna afera potrafi tak dużo zmienić, więc ta pokora jest po prostu z tego, że też obserwuję i widzę
I też nie oceniam ludzi jako totalnych przegrywów albo totalnych ludzi zwycięstwa.
Bo to też często odrobina szczęścia powoduje, że ostatecznie można przypiąć łatkę zwycięzca i człowiek sukcesu, a przegryw.
Jeszcze często do takiej lekcji pokory przyczynia się jakiś czas w życiu, kiedy człowiekowi nie było najłatwiej.
Mówię tutaj o takich sprawach zawodowych, bo na tym się koncentrujemy.
Ma pan za sobą taki czas, kiedy np.
trzeba było zarabiać na życie w jakiś inny sposób, zaskakujący?
Tutaj miałem przed tym mikrofonem pana kolegów, którzy opowiadali, że musieli być Mikołajami w centrum handlowym, na przykład za wiewiórkę się przebrać i przez jakiś czas świadczyć usługi jako wiewiórka.
Ale jakbym miał dokonać na sądzie ostatecznym oceny rzeczy, które zawodowo zrobiłem, to pewnie nie ze wszystkich jestem na tym samym poziomie dumny.
Nie ze wszystkich jestem dumny tak samo i niektóre były wynikiem tego, że trzeba było pracować, a mogłem tego nie robić.
Staram się po prostu wyciągać wnioski i nie robić rzeczy, które mi nie przynoszą satysfakcji, ale w życiu już zawodowym, jak zacząłem pracować jako aktor, to na szczęście nie miałem albo jeszcze nie miałem takich sytuacji, że
Pracowałem jako Mikołaj, ale na wcześniejszym etapie życia mi się absolutnie zdarzało.
Moje największe upokorzenie aktorskie wiąże się z tym, że moja ciocia mnie zatrudniła do kuzyna młodszego o 10 lat i tak przychodziłem 3 lata z rzędu i za trzecim razem on powiedział, to jest Michał, to jest Michał i ten głos Dawidka, który krzyczy, że to jest Michał, to było chyba największe upokorzenie.
Inni próbowali grać na to, że to nieprawda, a on patrzył na mnie i mnie demaskował.
Chciałem się zapaść pod ziemię.
Jak się pojawia duża rozpoznawalność, duża popularność, to się pojawiają też propozycje z kategorii absurdalnych jakichś.
Też już ustaliliśmy, że jest ktoś, kto dba o to, żeby one nie docierały może do Michała Sikorskiego, ale ja nie wierzę, że nie przyszła taka propozycja.
Nie, no komercyjne docierają, bo też moja agentka no tak wszystko chce mieć potwierdzenie, że na pewno zrzucamy.
To falami przychodzi, że jest dużo propozycji reklam, później mniej, później znowu dużo.
W istocie bardzo absurdalne i na przykład ja nie wiem czy w ogóle ten produkt wszedł na rynek albo może się zmieniła koncepcja kampanii, ale na przykład lakiery do paznokci, że teraz, że była taka seria, że mężczyźni teraz zaczną reklamować, czy że ja miałem być twarzą tego, nie mówię nazwy, więc mogę to powiedzieć, więc lakier do paznokci albo twarz targów nekro w Łodzi.
Ale wymagało to ode mnie odegrania roli księdza, której nie mogę poza serialem 1670 ze względu na kontrakt odgrywać, więc i tak byłem zmuszony odmówić, ale dostałem propozycję bycia twarzą targów Nekro, które chyba mają jakąś nazwę i to jest takie ogólnoeuropejskie wydarzenie, jak się okazało.
Takie expo dla branży pogrzebowej.
Staje się, że to po prostu branża z przyszłością, z nieustającą przyszłością.
A gdyby to jeszcze połączyć i na przykład gdyby to był ksiądz leżący w trumnie... Malujący paznokcie.
Ojej, za daleko my sobie idziemy w tych rozważaniach, ale tak się domyślałem, że mogą... Bo rzeczywiście jednak, może idziemy za daleko, ale w tych pozycjach trumiennych to jednak paznokcie są wyeksponowane częścią ciała, więc rzeczywiście można by to było połączyć i hasło na przykład tego lakieru, no nie zedrze się do śmieci.
Po śmierci, że on będzie dalej taki jaki był.
No tak, bo podobno paznokcie rosną jeszcze.
Musimy skończyć ten temat, bo pójdziemy rzeczywiście za daleko.
Ale ciekawy wątek się tutaj też pojawił w tej wypowiedzi, czyli jest w kontrakcie zapisane, że Michał Sikorski nie może zagrać innego księdza.
Nie że innego, że oddziela się wizerunek i maskę artystyczną i pewne składowe zbierają się na maskę artystyczną, która tworzy postać księdza Jakuba Adamczewskiego z serialu 1670.
Wspomniał Pan o tym, że Grzegorz Płonka bardzo krytykował to, w jaki sposób Pan gra na fortepianie, wcielając się w jego rolę.
A czy właśnie po roli księdza Jakuba w serialu 1670
Pojawiły się jakieś głosy krytyczne, ale tego typu, że na przykład, nie wiem, jakiś historyk się odezwał, że pan źle gra XVII-wiecznego księdza.
Wszystko polega na tym całość, że właśnie źle gram.
Ale nie, nie dotarły do mnie takie głosy i też często jestem pytany, ludzie tak z ciekawości pytają, a jak księża reagują na przykład.
No i wszyscy księża, którzy ze mną rozmawiali, ale na ogół jest tak, że jednak przychodzą ludzie, którzy są jakimiś fanami, czy są zachwyceni, a raczej ludzie, którzy coś krytykują, nie fatygują się, żeby podejść specjalnie, zrobić sobie zdjęcie i powiedzieć, jest pan okropny.
Ale miałem kilka sytuacji z księżmi czy z zakonnikami, którzy są fanami mojej postaci już nawet konkretnie.
No to czyli jest potwierdzenie, że dobrze to zostało zagrane.
No dla tych czterech czy pięciu duchownych tak.
Przynajmniej w odniesieniu do XVII-wiecznej postaci, bo pan często powtarza w rozmowach na ten temat, że ten dystans historyczny pozwala na pokazanie takich cech, które gdybyśmy pokazywali współczesnymi postaciami, to byśmy tutaj właściwie rozpętali piekiełko jakieś.
Tak, więc ten dystans historyczny pozwala nabyć takiego dystansu w percepcji, w odbiorze i nie przypisywania tego jednak do Kościoła, bo ja tego też nie traktuję jako jakąś krytykę Kościoła tak literalnie, tylko ten mój bohater jest po prostu karierowiczem.
Akurat jest w takiej korporacji, bo taka w tamtych czasach była.
Nie wiem na ile ta korporacja się zmieniła, no ale takich karierowiczów to mamy na pęczki i nie tylko w kościele, ale we własnych pracach czy w szkołach, uniwersytetach, gdzie tam pracujemy i gdzie się obracamy.
Dziękuję, że Pan o radiu nie wspomniał.
Na szczęście, bo to z kolei mam zapisane w kontrakcie tutaj, że nie można mówić, że w radiu są karierowicze.
Chciałbym przejść jeszcze w naszej rozmowie do takiego wątku wspomnieniowego, lokalnego, bo Pan często o tym wspomina, o swoich korzeniach, o miejscu, z którego się Pan wywodzi, o ludziach.
Czuł się Pan gwiazdą spółdzielni mieszkaniowej?
Tak, byłem gwiazdą z Pudzielni Mieszkaniowej Garsoniera, kiedy grałem w teatrzyku Teza.
Tam pani Edyta Kulbacka prowadziła teatrzyk i myślę, że mogę powiedzieć śmiało, że byliśmy gwiazdami osiedla.
Nawet później był taki protest, żeby w ogóle ten klub zamknąć, bo ludzie płacą.
Tam chyba się płaciło od mieszkania trzy grosze, z tego co pamiętam, na działalność tego klubu.
Ale i tak został przedsięwzięty protest, że mało osób z tego korzysta i że te dzieci powinny same sobie płacić za te zajęcia.
No wiadomo, zaradne dzieci w Wadowicach powinny sobie sfinansować takie fanaberie jak teatrzyk.
Może już nie taki mały, bo to przecież i liceum było.
W klubie osiedlowym Garsoniera grałem chyba piąta, szósta klasa.
Później rzeczywiście to chyba zostało zamknięte.
Czyli to jeszcze nie był etap grania siedemnastowiecznych księży, nie?
Istotnie nie był, ale był etap grania...
Pamiętam graliśmy sztuki Marty Guśniowskiej i grałem na pewno chyba konia albo rycerza.
Konia to jest wyzwanie zagrać, prawda?
Rycerz na pewno, a koń to mi się tak kojarzy, ale już chyba nie pamiętam dobrze.
Były też role na przykład nieme, była choreografia jakaś.
No, na początku w przedszkolu w ogóle nie należałem do tych dzieci, które są brane i tam mają dużo tekstu.
Pamiętam, robiliśmy w przedszkolu przedstawienie Jacka i Placka i to było takie intergrupowe, że dzieci jeszcze z innej grupy robiły to przedstawienie.
I reszta chłopców, która nie miała ról, grała
Nie mogę tego powiedzieć, bo to jest niepoprawne politycznie.
Nie wiem, czy się tak mówi, M słowo, że nie można powiedzieć słowa na M. Maluchy.
No i te postacie się tak nazywały i... Czarnoszkóry.
Z angielskich próbuję przełożyć na polski.
M-Słowo, tak się nazywały te postaci.
Mieliśmy pomalowane na czarno twarze i tańczyliśmy taniec.
I ja taką właśnie niemą rolę, choć taneczną, dzisiaj to może powinienem docenić, że taką.
Taneczną rolę ruchową zagrałem, ale to był mój początek.
Nie byłem obsadzany w przedszkolu przynajmniej jako ten, który będzie dużo mówił, ale też miałem w przedszkolu na pewno bardzo dużą wadę wymowy, której się zacząłem pozbywać dopiero jak trafiłem w piątej klasie do teatrzyku i tam już dostawałem rolę i się okazało, że to co robię wzbudza jakieś reakcje w ogóle i to było dla mnie odkrycie bardzo duże.
Zaskoczyło mnie też, biorąc pod uwagę rok urodzenia Michała Sikorskiego, możemy to ujawnić, 1995, tak?
Zaskoczyło mnie też, że w tych wspomnieniach z czasów wadowickich pojawia się takie zjawisko jak ognisko.
Tam się spotykaliście, tam spędzaliście czas w grupach młodzieży?
Tak, nie wiem czy można było robić te ogniska, ale jak już byłem starszy, że mogliśmy poza osiedle wychodzić, to chodziło się nad skawę na ogniska, a w liceum częściej w trakcie lekcji.
No, na wagary po prostu.
Tam się trudno było dostać, więc jak tam przyjeżdżała policja albo straż miejska, no to tam było chwilę zanim oni by tam doszli czy coś.
Czyli Komenda Miejska w Wadowicach ma na przykład zdjęcia Michała Sikorskiego złapanego na wagarach?
Nie zostałem złapany.
Dobrze się potrafi umaskować Michał Sikorski na wagarach.
To ciekawe też, bo pan wspomina o wagarach parę razy w różnych wywiadach, ale raczej pan tam mówi, że pan chodził do teatru w czasie wagarów.
Ale nie, to jak wagarowałem i jeździłem do Krakowa, bo dużo czasu spędzałem w Krakowie jeżdżąc tam.
Wiedziałem, że tam chcę pójść studiować, ale co do moich wagarów, no to nie chciałbym z tego robić jakiegoś takiego mitu uduchowionego człowieka, który do biblioteki się urywał.
To oczywiście była codzienność moja, w liceum dopiero.
Bimbanie w Wadowicach to jest tytuł na spektakl właściwie.
No, to tytuł jest na sprzedaż.
No, jest parę postaci z Wadowic, które można by było ująć w taki sposób, jeżeli... Oczywiście.
Ja bym jeszcze wrócił na chwilę do tego zjawiska ogniska nad skawą, bo mi się wydawało, ale to jest takie właśnie myślenie, no mówmy wprost dziadersów, że no za naszych czasów to były ogniska, że się przychodziło z gitarą, że się śpiewało.
Wy też śpiewaliście na tych ogniskach nad skawą?
Ale to już był etap, że się muzykę puszczało z telefonu.
Nie były to smartfony, ale tak, można było puścić muzykę.
Ale miałem takich kolegów, którzy potrafili łowić ryby i pamiętam, że raz nawet jedliśmy, było to okropne.
Nie wiem w ogóle jaka to ryba, no oczywiście bez żadnych przypraw i tak dalej.
Na puszce po jakimś napoju został zrobiony taki improwizoryczny grill.
Łee, było to okropne, ale zjadłem trochę tej ryby, no.
Jakoś mnie nie dziwi, że ryby nie pływały przyprawione od razu.
To prawda, mimo tego, że to w Wadowicach, to nie spodziewajmy się cudów.
Ale wróćmy na chwilę jeszcze do tej muzyki odtwarzanej już, jak ustaliliśmy, my musieliśmy sobie sami zaśpiewać, wy mogliście już posłuchać tej muzyki.
Dobre pytanie.
Ciekawy jestem, co to było, ale wtedy była chyba jeszcze taka faza na taki krakowski hip-hop.
Firma na przykład.
Ja to w ogóle po latach odkryłem, bo nie byłem tylko fanem w czasie, kiedy byłem uczniem i tak dalej.
Jakieś takie ja bym nazwał patomuzyka, choć już słyszę, jak ja to powiedziałem, że po prostu dużo osób się sprzeciwi.
No i chyba to było puszczane głównie.
Ja z kolei miałem kilkanaście lat starszą siostrę i taka muzyka bardziej rockowa przez nią do mnie przechodziła, więc ja pamiętam, byłem chyba pierwszym w moim pokolei na pewno fanem Kasi Nosowskiej na przykład czy tam Grabarza w Wadowicach.
A jak Michał Sikorski zdecydował się, że spróbuje swoich sił w szkole muzycznej, to o jakiej muzyce myślał?
Ja byłem fanem, tam w przedszkolu jeszcze, orkiestr dętych i tam w okolicach Wadowic było dużo orkiestr dętych.
To było coś, co mnie wzruszało w ogóle wtedy, że tak, o Boże, jakie to jest podniosłe, jakie to jest wspaniałe.
No i poszedłem wtedy zdawać na, powiedziałem, że chcę grać na saksofonie i powiedzieli mi, że jesteś za mały, że to w ogóle nie, ale klarnet.
No i pamiętam, że zdałem do tej szkoły muzycznej
I tam trzeba było kupić klarnet i pamiętam, wychodzimy z tego egzaminu i moja mama... Przyszliśmy na zakup i ona mówi, nie no to chyba nie, przecież chleba z tego nie będzie.
I zapamiętałem to i nie poszedłem do tej szkoły muzycznej.
I jak drugi raz mi się przydarzyło w życiu, że wiedziałem, że tak, że chcę związać swoje życie z teatrem, to już to była taka próba charakteru, bo wiedziałem, że sobie za nic nie pozwolę na to, żeby usłyszeć, że chleba z tego nie będzie.
No, biorąc pod uwagę, że dzisiaj tu siedzę i się okazuje, że jest.
Że to się udało, że takie marzenia... Że mam co do garnka włożyć, ale rzeczywiście to taka próba charakteru, bo ja przez to, że takim byłem niezbyt dobrym uczniem w liceum, bo dużo wagarowałem, opuszczałem, miałem problemy z nauką, bo mnie po prostu nie było w szkole.
To moi rodzice próbowali mnie, że tak powiem karać tym, że no to kończymy z teatrami, wyjazdami na festiwale teatralne itd.
I po prostu z wielu rzeczy byłem w stanie zrezygnować po drodze, bo miałem różne hobby, pasje, większe, mniejsze, ale teatru i aktorstwa wiedziałem, że nie odpuszczę.
No i może tak jakoś sobie swój charakter zbudowałem, ale ja nie lubię też na takich negatywnych doświadczeniach budować jakiegoś takiego mitu założycielskiego, że przez to, że cię ktoś źle potraktował, to ty teraz jesteś tak... Wydaje mi się, że lepiej bez tych złych doświadczeń.
Na pewno to zahartowały mnie na pewno.
Na pewno byłem zdeterminowany i to mi pomogło.
Byłem dość świadomą też osobą przychodząc do szkoły teatralnej.
Widziałem, że to jest szkoła zawodowa, że przychodzę po to, żeby się nauczyć zawodu i przychodzę tutaj po to, żeby się uczyć, żeby później pracować.
Jeżeli chodzi o piosenkę, to jest ważna część zawodu aktorskiego, chociaż niektórzy od tego uciekają.
Jak to było w przypadku studiów aktorskich?
Były zajęcia z piosenki?
Były, były, ale ja należałem do osób wtedy uznanych za nieśpiewające i dopiero na trzecim roku mieliśmy zajęcia z panią Beatą Rybotycką.
Wcześniej było często tak, że no dobra, są ci, co śpiewają i w tych inwestujemy.
Piosenka, ja byłem na aktorstwie dramatycznym, nie była tak bardzo ważnym przedmiotem.
I była grupa tych, no to coś tam zaśpiewacie i tak dalej.
Ja miałem powiedzmy, bardziej bazowałem na uroku niż na dźwiękach, a pani Beata Rybotycka, to było fantastyczne spotkanie w szkole z panią profesor, bo ona dawała zadania powyżej możliwości.
I powiedziała, masz tam tydzień czy dwa tygodnie, masz tutaj, pan Konrad ma stoło, ci nagra podkład, ucz się i zobaczymy.
No i to powodowało, że później przychodziłem, ona mówi, wow, nie sądziłam, szczerze nie wierzyłam, że to zaśpiewasz, że ogarniesz te dźwięki, no dobra, no to robimy tę piosenkę.
Wtedy robiliśmy kabaret starszych panów.
Tak, wiąże się z tym anegdota, bo często robimy jedną piosenkę i tam godzin jest mało i po lekcjach się spotykamy tam czasami z panią profesor, no i ktoś tam mówi, że na przykład na Tanie Dranie, czy się możemy spotkać, pamiętam, że mam takiego smsa
Do pani Beaty Rybotyckiej.
Czy możemy się w środę po zajęciach umówić na seks?
No, ta informacja wypłynie do internetu i do kolorowych mediów teraz.
Ale jak wysłałem to zorientowałem się co napisałem, ale panie profesor bardzo to rozśmieszyło i istotnie spotkaliśmy się na seks z Beatą Rybotycką, bo we mnie jest seks oczywiście.
Bardzo dobrze wspominam ten egzamin i panią profesor.
Bardzo ładne określenie tutaj przed chwilą padło z ust Michała Sikorskiego, że ja bardziej bazowałem na dźwięku niż na dźwiękach.
Jeszcze w którejś rozmowie takiej, którą sobie przeczytałem, zwróciłem uwagę na taki drobiazg, który chciałbym rozwinąć w naszej rozmowie.
To jest opowieść o tym, że pan się przyzwyczaja do miejsc, w których żyje, że bardzo się pan związuje z tymi miejscami.
I Wadowice takie były, i Poznań takie były.
No Wadowice siłą rzeczy, no bo po prostu tam się urodziłem i mieszkałem do matury.
Ale Poznań później też, prawda?
Poznań później też, tak.
I mówi pan tam tak, że trzy podstawowe punkty potrzebne do nawiązania łączności z miejscem, to są stały adres, kawiarenka i warzywniak.
Naprawdę warzywniak jest tak bardzo ważną częścią życia Michała Sikorskiego.
Ale to są, to ja te trzy punkty dopiero mi się tak skrystalizowały po przeprowadzce do Warszawy, bo ja w Warszawie dużo pracowałem jeszcze mieszkając w Krakowie czy mieszkając w Poznaniu i kiedyś tak jadąc przez Warszawę mówię, o Boże, tu mieszkałem, tu mieszkałem, tu mieszkałem, no bo po hotelach się aktor buja, czy po jakichś takich tymczasowych mieszkaniach.
I miałem inną percepcję miasta, no bo nawet jak były zdjęcia w hali i kończyłem o jakiejś ludzkiej porze, typu o 18, to wraca się do pokoju, który ma 2 metry kwadratowe, nie za bardzo jest co robić, więc w ogóle Warszawa mi się kojarzyła z takim albo z ciągłym, permanentnym biegiem na pociąg, albo właśnie z tym, że wraca się do hotelu, nie ma się za bardzo co robić, bo jest za ciasno, więc każdy wieczór wiązał się z jakimiś towarzyskimi spotkaniami i to się stawało taką normą i Warszawa mi się kojarzyła
Myślę, że po tej naszej rozmowie wiele osób zwrócił uwagę na to, jak intymnym zjawiskiem może być warzywniak, jak to może się z intymnością kojarzyć.
No tak, właśnie czy się kupi dwa pomidorki, czy trzy, czy bardziej miękkie, czy twarde, czy rzodkiewki, rzodkiewek nie, a bułki białe albo...
Albo nie, albo właśnie, a właśnie białe na przekór będę jadł białe pieczywo.
Pewnie tak, ja nie korzystam, bo przeważnie obcinają mnie w pracy.
Teraz mam zakaz właśnie do tego filmu, który w marcu zaczynam, więc tak... Tego z Kingą P, tak?
Z Kingą P, tak.
Więc fryzjer pewnie jest na liście większości osób, a u mnie to należy do zawodu, więc nie.
Tak sobie pomyślałem, że musi sobie Michał Sikorski z fryzjerstwem jakoś inaczej radzić, bo gdyby usiadł u przypadkowego fryzjera, automatycznie zrobiłby mu taką grzywkę, jak ma ojciec Jakub w serialu 1670.
Ale raz poszedłem, bo miałem rzeczywiście jakąś taką przerwę, że mogłem sobie pozwolić na to, żeby pójść do fryzjera i pani tak patrzy i mówi, Boże, w tych włosach to pan wygląda jak ten ksiądz z tego serialu, zaraz to panu poprawimy.
Zna pan wielu Michałów Sikorskich?
Znam, na Żoliborzu jest taki krytyk kulinarny, który się nazywa Michał, też Marcin Sikorski, no ale ja miałem taką sytuację, że pojechałem wypłacić pierwszy raz tantiemę do ZASP-u, poszedłem, tam było okienko, podałem dowód, pani mi wypłaciła pieniądze, schowałem i dostałem kwitek.
No i tam był jakiś adres, zaraz myślę, to adres tego zespółu, ale był NIP.
No i tak jadę, jadę i sobie tak z ciekawości wpisałem ten NIP.
I tam wychodzi, że jest firma Michał Sikorski Występy, czy coś takiego.
Dzwonię tam i się okazuje, że tak, że nie, że proszę przyjechać, oddać te pieniądze, bo one były w gotówce.
A tam chyba w metrze kupiłem gumę do rzucia, więc już nie miałem całej tej kwoty.
Przechulałem na gumę do rzucia.
No więc dzwonili do mnie, ja w ogóle nie mogłem wtedy być na drugi dzień, tylko tam za trzy dzwonili, żebym je oddał pieniądze, że to nie moje.
No i przyszedłem tam, musiałem wypłacić jeszcze, żeby mieć to dodatkowe 2,50 czy 3 złote, których mi brakowało.
Oddałem te pieniądze i tam rzeczywiście musiałem oddzielić swoje rzeczy i Michała Sikorskiego, który jest skrzypkiem z grupy Mozarta.
On grał w filmie Chłopaki nie płaczą, epizodyczną rolę, no ale trochę mu się nazbierało.
No i kilka miesięcy później wracam, późno dojść do domu, było około 1, pamiętam, i patrzę na Messengerze, niejaki Michał Sikorski wysłał do mnie wiadomość głosową, czy to był filmik, już nie pamiętam.
No i to był właśnie Michał Sikorski z grupy Mozarta i mówi, Panie Michale, jestem po koncercie w Szczecinie i to chyba do Pana.
I tutaj był wysłany filmik pokoju hotelowego.
Michał zapala światło i tam wielki napis na łóżku.
I moje zdjęcia wywieszone na ścianie, jakiś list zostawiony od Pani chyba Izabeli.
No i on mówi, no to jest chyba do Pana.
I ja mu wtedy opowiadam tę historię o tej pierwszej w nocy.
No wie pan, to w ogóle wspaniała historia, bo ja, muszę się przyznać, odebrałem kiedyś pana tantiemy, na co pan Michał Sikorski z grupy Mozarta mówi.
I mówi, że oddałem, a on mówi, panie Michale, ja już się dorobiłem, trzeba sobie było zostawić.
Ja mówię, wie pan, to nie dlatego, że byłem taki dobroduszny wtedy, tylko ja byłem przekonany, że ja ich mam więcej, że ja oddam te mniejsze, to mi wtedy wypłacą te moje pieniądze.
No, okazało się, że tych moich było mniej i pan Michał Sikorski powiedział, że jak jego dzieci były małe, to dostał pismo z sądu, że... że mu odbierają prawa rodzicielskie.
Mówi, że dostał prawie zawału i się okazało, że to do Michała Sikorskiego, który mieszkał dwa numery dalej i na koniec tej wymiany głosówek o pierwszej czy drugiej w nocy powiedział, więc życzę panu, żeby pan mieszkał na krótkich ulicach.
A wie pan, jak ma na imię syn Michała Sikorskiego?
Może warto to sprawdzić, czy to nie jest tak, że co jakieś 25 lat w naszym kraju pojawia się jakiś Michał Sikorski, który ma syna Jeremiego, bo może to jest jakaś prawidłowość tylko jeszcze.
No ja czekam aż się w końcu spotkamy.
Oczywiście byłem zaproszony na trasę, która się wtedy odbywała grupy Mozarta, ale nie było żadnego dnia, żebym mógł być, bo obowiązki zawodowe na to nie pozwalały, ale ciągle sobie przypominałem, czasem poluję i do tej pory mi się nie udało.
To już prawie dwa lata.
Ej, byłoby jeszcze parę tematów do obgadania, ale dlatego ten program się nazywa NieDoMówienia, żeby sobie zostawić.
Możemy teraz coś takiego powiedzieć bardzo konkretnego o tym, co się pojawi, gdzie Michał Sikorski się pojawi.
Mówiliśmy o tym w filmie, ale na przykład jeżeli chodzi o serial 1670 coś już można powiedzieć.
Można powiedzieć, że w drugiej połowie roku tego roku, więc być może już za sześć miesięcy, może za trochę więcej, w Netflixie trzeci sezon serialu 1670 i mogę zdradzić, że nie jest to tylko moje zdanie, ale wielu osób, które pracowały na planie trzech sezonów, że ten sezon będzie najlepszy.
No, poczekamy, zobaczymy.
Będzie inny niż pierwszy, będzie inny niż drugi.
W nową przygodę się udaliśmy.
Wyobraża pan sobie siebie w tym zawodzie za 40 lat na przykład?
Czy tak pan żyje dniem dzisiejszym, że z dużą perspektywą nie planuje pan życia?
Mam taką pokorę do zmieniającej się rzeczywistości.
Czyli co, zastąpi was sztuczna inteligencja?
Wydaje mi się, że na pewno do łask wróci będący zawsze w kryzysie teatr, bo mam takie wrażenie, że w dobie kultury cyfrowej ludzie są spragnieni bycia na żywo.
I teatr ma coś, czego ani platformy streamingowe, ani kino nie jest w stanie zrekompensować.
Ma żywą obecność i wydaje mi się, że z tego wynikają też takie ogromne sukcesy sprzedażowe koncertów na Narodowym na przykład.
I wydaje mi się, że to się stanie coraz bardziej pożądanym doświadczeniem.
Mam nadzieję, że będę mógł jeszcze długo tworzyć i dużo rzeczy, które będą mi przynosiły satysfakcję.
Ale czy w związku z tą myślą o tym, że przed teatrem jest przyszłość, pan też ma zamiar swoją przyszłość jakoś łączyć z teatrem?
Bo wiem, że na chwilę pan odszedł od teatru.
Być może to też zależy od tego, czego będę potrzebował i jakie będę miał potrzeby też jako twórca.
Nie wiem tego po prostu.
Ale teraz nie ma pan takiej potrzeby, żeby mieć jakieś takie
Obecnie nie mam takiej potrzeby i dużo... Pracowałem ponad pięć lat na etacie w dwóch teatrach w sumie i był to super czas.
Pod koniec się już męczyłem.
Bardzo dobrze mi robi przerwa
W trakcie której jestem i wydaje mi się, że to jednak przerwa, a nie czas po etapie, który się zakończył.
To czekamy na to, jakie będą te kolejne etapy, będziemy to obserwować i... No mam nadzieję, że te 40 lat istotnie, to jest perspektywa, którą chciałbym mieć, żeby tak długo móc pracować.
To jest dla mnie wyzwanie, żeby Pana obserwować przez 40 lat następnych.
I przeprowadzić tę rozmowę.
Za 40 lat, ale spróbujmy.
Co nie domówimy, to... To dosapiemy, na przykład.
To jest dobre wyzwanie, żeby sobie postawić.
No oczywiście życzmy temu medium, jakim jest radio, przynajmniej 40 lat.
Bardzo dziękuję za te życzenia panu pomyślności.
W tych wszystkich planach, których, jak słyszymy, trochę jest i taka chęć na to, żeby to trwało i żeby się działo, to się słyszy u pana.
Bardzo dziękuję za miłą rozmowę, bo jadąc tutaj, jechałem z bardzo mądrym taksówkarzem, który mi powiedział o zbliżającej się wojnie, o tym, jakie ma nieruchomości prezydent Ukrainy i o tym, ile zarabia Kuba Wojewódzki.
Byłem wszystkim przygnębiony.
Więc cieszę się, że tak miło spędziliśmy czas i o tym zapomniałem.
To mam nadzieję, że w drugą stronę pojedzie pan z taksówkarzem, który będzie miał dużo lepsze wiadomości.
Słuchasz podcastu NieDoMówienia, czyli rozmowy niezobowiązujące Artura Andrusa w RMF Classic.
Podcast powstał przy udziale Natalii Grzeszczyk.
Ostatnie odcinki
-
Rozmowa Artura Andrusa z Michałem Sikorskim
01.02.2026 11:51
-
Rozmowa Artura Andrusa z Janem Holoubkiem
11.01.2026 11:49
-
Rozmowa Artura Andrusa ze Stanisławem Szelcem
19.10.2025 10:44
-
Rozmowa Artura Andrusa z Krzysztofem Jasińskim
05.10.2025 10:47
-
Rozmowa Artura Andrusa z Dorotą Kolak
29.06.2025 10:57
-
Rozmowa Artura Andrusa z Katarzyną Kwiatkowską
22.06.2025 10:20
-
Rozmowa Artura Andrusa z Robertem Korzeniowskim
04.05.2025 10:20
-
Rozmowa Artura Andrusa z Melą Koteluk
06.04.2025 11:54
-
Rozmowa Artura Andrusa z Maciejem Sokołowskim
30.03.2025 10:20
-
Rozmowa Artura Andrusa z Piotrem Borowcem
23.03.2025 11:37