Mentionsy

Pogawędnik Filozoficzny
04.08.2025 02:00

O Olendrach, czyli naszych nieco zapomnianych sąsiadach | PF 158

Zapraszamy na wycieczkę do Olenderskiego Parku Etnograficznego w Wielkiej Nieszawce koło Torunia.

Kim byli Olendrzy? Dlaczego i kiedy przybyli do Polski? Czego tu szukali i co po sobie zostawili? Jak układały się ich relacje z okoliczną ludnością? Kiedy i dlaczego zniknęli z naszego kraju? Na te wszystkie pytania próbujemy odpowiedzieć z naszą Przewodniczką – Joanną Sójką, historyczką sztuki i muzealniczką z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prufferowej w Toruniu.

Patronat medialny Pogawędnika:
 Dwumiesięcznik i portal internetowy "Filozofuj!"
 https://filozofuj.eu/ 
 
Dziękujemy za wsparcie naszym wiernym Patronom i Patronkom:
Andrzejowi Dziedzicowi, Marcinowi Lorancowi, Robertowi Małeckiemu, Maciejowi Michałowskiemu, Marcinowi Sadłowskiemu, Annie Waw oraz grupie Darczyńców anonimowych.

Zachęcamy do wsparcia naszej pracy i możliwości rozwoju na platformie Patronite:
https://patronite.pl/pogawednik.filozoficzny

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 238 wyników dla "Ewangelicy i Luteranie"

Witamy w pogawędniku filozoficznym przy mikrofonie Marcin Zdrenka.

Jak pewnie zauważyliście, od czasu do czasu, zwłaszcza w okresie wakacyjnym, wychodzimy z zakuszonych bibliotek, porzucamy seminaryjne dyskusje, odkładamy na bok filozoficzne lektury i trochę uważniej rozglądamy się po otaczającym nas świecie.

Tym razem zapraszamy Was na wycieczkę do Wielkiej Nieszawki, małej miejscowości nieopodal Torunia, w której warto odwiedzić Park Olenderski.

a jest dzisiaj z nami Joanna Sujka, etnografka, nie, miałem tak nie mówić, historyczka sztuki oraz edukatorka muzealna, muzealnicza.

Boję się tych słów.

Muzealne, muzealnicze, bo to zawsze pachnie taką... Ja jeszcze pamiętam, to pewnie też te czasy, kiedy trzeba było nosić takie filcowe papcie w muzeach.

Teraz to ma taki trochę rzeczywiście klimat windyczny, natomiast młodzi nie wierzą, jak się im mówi, jak zwiedzają, nie wiem, teraz nowe Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie albo te nowe, wspaniałe Muzeum II Wojny Światowej, Muzeum Powstania czy POLIN, że muzea kiedyś wyglądały inaczej.

No ale są muzea pałacowe i zamkowe, gdzie kapcie cały czas funkcjonują.

A to dobrze, uspokoiłaś mnie.

Dziękuję ci bardzo.

Bardzo się cieszę.

Ale dzisiaj nie będziemy chodzić w kapciach, bo zapraszamy was na wycieczkę po Parku Olenderskim.

Pogawędnik filozoficzny.

Gadamy o filozofii i jej okolicach.

Podcast prowadzą Marcin Zdrenka, Adam Grzymiński.

Jesteśmy w Wielkiej Nieszawie?

W Wielkiej Nieszawce.

Właśnie, tych nieszaw jest tyle dookoła Torunia, że się gubię.

Mała Nieszawka, Wielka Nieszawka i Nieszawa, która jest w górnej części Wisły i nieco wyżej.

W okolicach Ciechocinka.

Tak czy owak, jesteśmy w Dolinie Dolnej Wisły.

I jeszcze na Kujawach, to trzeba też bardzo mocno podkreślić, ale nie będziemy mówili o Kujawiaku, ani o Kujawianach, chociaż pośrednio tak, bo mamy rozmawiać o Olędrach.

Gdzie jesteśmy?

Co to jest ten Park Holenderski?

Zacznijmy od najbardziej ogólnych informacji.

Holenderski Park Etnograficzny opowiada historię osadników, którzy pojawili się w Prusach Królewskich, czyli to jest Pomorze Gdańskie, Żuławy i Ziemia Chełmińska w połowie XVI wieku.

Bardzo odległa historia, a w Nieszawce opowiadamy o niej, dlatego że i w Małej, i w Wielkiej Nieszawce od XVII wieku zakładali swoje osady i pozostawili tutaj niestety na miejscu po sobie tylko cmentarz ewangelicko-menonicki.

I stąd tutaj skansen, żeby ten cmentarz ochronić, bo on w latach już dwutysięcznych był w bardzo złym stanie.

Był zarośnięty sporą ilością krzaków, nagrobki były poniszczone, rozkradziono żeliwne ogrodzenia, które otaczały dawniej cmentarz.

I tak naprawdę Muzeum Etnograficzne od dawna starało się o zabezpieczenie w jakiś sposób pozostałości po Olendrach, bo jeszcze w latach dziewięćdziesiątych było ich wzdłuż biegu Wisły, można powiedzieć.

ale nie tylko całkiem sporo i już założycielka Muzeum Maria Znamierowska-Priferowa zaczęła zabiegać o to, żeby te zagrody w jakiś sposób ochronić, zdając sobie sprawę z tego, że za jakiś czas one przestaną istnieć.

To były lata pięćdziesiąte.

Wówczas mało kto w ogóle wiedział o lędrach.

Dzisiaj zresztą też tak trochę jest.

I te jej starania nie przynosiły żadnego efektu.

Ona początkowo chciała jakieś zagrody przenieść do skansenu w Toruniu.

Pracownicy muzeum prowadzili badania terenowe, wyjeżdżali w teren, oglądali te zagrody, rozmawiali z ówczesnymi właścicielami.

I niektóre zagrody zostały wybrane do przeniesienia, ale muzealna historia toczy się bardzo, bardzo powoli.

I od pomysłu do realizacji sporo czasu upłynęło i tak naprawdę skansen udało się otworzyć w 2018 roku w maju.

Więc jest to długa historia zabiegania o to, żeby to dziedzictwo w jakiś sposób ochronić i zabezpieczyć.

No ale my i tak się cieszymy, że się udało.

Mamy w tym momencie oprócz tego cmentarza, który objęliśmy opieką, trzy zagrody przeniesione, trzy pełne zagrody.

Jesteśmy teraz w zagrodzie Zgutowa.

To jest jakby vis-a-vis nas na druga strona Wisły.

Mamy również zagrodę z Niedźwiedzia, to są okolice Świecia i zagrodę Skaniczek, która sąsiadowała z Kwidzynem.

Kupiliśmy we wrześniu dwa lata temu kolejną zagrodę z wielkiego lubienia, która nadal stoi w okolicach Grudziądza, ale mamy nadzieję, że w listopadzie ruszą prace rozbiórkowe.

Czyli mówimy o osadnikach z obszaru Dolnej Wisły, chociaż nie tylko tutaj się osiedlali, nazywanych Olendrami, co wzbudza pewne nieporozumienia, bo wszystkie nasze skojarzenia kierują naszą uwagę od razu do Holandii, osadnictwa holenderskiego.

Ale to chyba jest uproszczenie, prawda?

Kim byli Olendrzy?

Początkowo byli to menunici, którzy przybywali do nas z terenów Niderlandów i Fryzji i stąd pewnie nazwa Holländer, bo jest to jakiś rodzaj oboczności od Holendra.

Ta pierwsza fala osadnictwa skupiająca się wokół menonitów to tak naprawdę jest połowa XVI wieku, bo XVII wiek to już są Niemcy głównie, Ewangelicy i Luteranie, a w XVIII wieku nawet Polacy.

I w XVII wieku ta nazwa Olender traci swoje takie etniczne znaczenie, no bo już ta grupa od mieszkańców dzisiejszej Holandii, czyli Polaków,

wówczas Niderlandów, zaczęła się mocno rozszerzać.

Chodziło generalnie o zbiór zasad i praw, na których oni zostali osiedlani na tych terenach i stąd później wszystkich razem wrzucano do jednego worka, bo funkcjonowali trochę na podstawie tych zasad i praw stworzonych pierwotnie dla Niderlandów.

tych pierwszych osadników, czyli menonitów.

Menonici to byli oczywiście protestanci.

Grupa, która wyłoniła się z anabaptystów w 1526 roku.

Niemiecki ksiądz katolicki z Fryzji, Menosimos, przyjął powtórnie chrzest.

Stanął na czele grupy, która chciała żyć wspólnie, tworzyć jedną wspólną gminę ze wspólnotą dóbr, z odrzuceniem bogactw, luksusów.

Oni byli nastawieni bardzo pacyfistycznie do siebie nawzajem i do innych i odrzucali ideę wojen.

Oczywiście odrzucili też większość sakramentów, pozostawiając tylko Eucharystię i chrzest, i chrzest powyżej 14 roku życia.

Niezbyt przychylnie na nich patrzono, bo ten okres połowa XVI wieku to był czas, kiedy Habsburgowie hiszpańscy mocno naciskali na protestanckie Niderlandy, aby tam rozszerzyć swoje królestwa i swoje wpływy.

No i toczyła się tam ta słynna 80-letnia wojna.

A w momencie, kiedy ktoś odmawia służby wojskowej ze względów ideologicznych,

no to państwo nie jest pozytywnie do niego nastawione i inni okoliczni mieszkańcy również, bo dlaczego on ma nie iść na wojnę, a my mamy iść, jeśli mieszkamy po sąsiedzku.

Różne naciski na nich były wywierane z każdej strony, i ze strony rządzących, i ze strony okolicznej ludności.

No i oni stwierdzili, że nie czują się pewnie bezpiecznie w tym miejscu i postanowili sobie poszukać innej przestrzeni do życia.

Musimy pamiętać też, że oni byli rolnikami i w momencie, kiedy non-stop przetaczały się jakieś działania wojenne, stacjonowały różne wojska na tych terenach, to oni nie mogli po prostu pracować, uprawiać ziemi, więc to też był powód, dla którego postanowili poszukać innego miejsca i znaleźli go na terenie Rzeczpospolitej Polskiej.

To jest w ogóle fascynująca historia, taka trochę odwrócona.

Bo kiedy myślimy o migracjach, o ucieczkach, to nasze tutaj rodzime myśli kierują się ku zachodowi.

Od razu przypomina mi się Max Weber i jego opowieści o etyce protestanckiej, która też skorelowana jest trochę z obecnością, czy wykorzenieniem i zamieszkiwaniem nowych, zwłaszcza chociażby wspomnianych tu Niderlandów, które przez wiele lat uchodziły za ziemię obiecaną prześladowanych osób.

A tu rzecz się ma zgoła odwrotnie.

Zwróćcie też uwagę, jak ciekawie ten pacyfizm, o którym za chwilę pewnie porozmawiamy, koreluje z pomysłami braci polskich, naszych rodzimych, tutaj trochę pacyfistów z bardzo wczesnej epoki.

Tak wczesnej, że ani ten menonicki pacyfizm, ani ten nasz tutaj ariański czy socyniański nie mógł się zakorzenić, bo był bardzo mocno ideowo przedwczesny, jeśli tak można powiedzieć.

Ale powiedziałaś, że byli rolnikami.

Chyba tu kluczową sprawą jest też, że powrócę do tej Dolnej Wisły, kwestia zdaje się także bardzo ważna geograficzna.

Oni byli biegli jako mieszkańcy Niderlandów w osuszaniu terenów zalewanych przez wody, morza czy rzek.

W związku z tym znaleźli sobie ciekawe miejsce czy niższe, w którym mogli się osiedlać, bo rodzima ludność tutaj albo lekceważyła to wyzwanie, bo było bardzo trudne, albo nie miała odpowiednich kompetencji, żeby w okolicach ciągle wylewającej Wisły, zwłaszcza dolnej, a wiemy jak potężna to jest rzeka, sobie jakoś rolniczo radzić.

A oni potrafili.

Tak, i to była obopólna korzyść zarówno dla nich, bo znaleźli tutaj w miarę spokojne tereny, żeby się osiedlić i założyć swoje gospodarstwa, jak i dla właścicieli tych terenów, bo przez długi czas one leżały odłogiem, ponieważ chłopi nie potrafili sobie poradzić z żywiołem, jakim była wówczas Wisła, która była

Rzeką nieuregulowaną teraz ona sobie pięknie płynie jak taka wstążeczka równa, a dawniej tworzyła liczne rozlewiska, nawet takie mini jeziora można powiedzieć.

I ci przybysze z tych terenów Niderlandów, tak jak powiedziałeś, dobrze radzili sobie na terenach zalewowych.

to oni, można powiedzieć, byli pionierami melioracji.

Rowy melioracyjne, wały przeciwpowodziowe, wieżby i topole, które sadzili w okolicy swoich gospodarstw.

Tak jak czasami się jedzie jeszcze przez jakieś takie tereny typowo rolnicze, wzdłuż dróg mamy nasadzone liczne topole i wieżby.

One się pojawiały dlatego, że wieżba i topola tak samo działają trochę jak gąbki.

Są w stanie jedna wypić około 60 litrów wody dziennie, więc to były idealne osuszacze.

też sadzono je przy rowach melioracyjnych właśnie, żeby tą wodę wyciągały, no a poza tym dawały doskonały materiał do tego, żeby wyplatać z gałęzi wierzbiny płoty, które działały trochę jak sita w momencie, kiedy szła kra lodowa na przykład, albo jakieś nieczystości, które woda ze sobą zabierała, no to one to zatrzymywały i nie dopuszczały do tego, żeby to wylądowało gdzieś na terenie zagrody.

Trochę mi się zrobiło żal tego Chopina, który siedzi pod olenderską wieżbą, nawet chyba nieświadomy.

Oczywiście nie jest to gatunek inwazyjny, natomiast zaskoczyłaś mnie tą obowieścią o tym, że wieżba jest takim właśnie elementem, który to jakby wspomaga.

Te ziemie są jednocześnie bardzo żyzne.

No bo jak pamiętamy ze szkoły i z geografii, jeśli ktoś jeszcze pamięta gleboznawstwo lub je studiował, to może kojarzy, jak istotna jest dla gorzyzności gleb rzeka, taka jak Wisła, Dniepr czy Dniestr czy inne.

Osiedlili się, zdobyli tereny, dzierżawili je, bo nie byli właścicielami.

Tak, to jest dosyć istotna kwestia.

Nikt im tych terenów nie sprzedawał.

Wydaje mi się, że z takich powodów, jakim był strach, że oni po prostu sprowadzą swoich, zaleją te tereny i będą ich właścicielami.

Te tereny były im dzierżawione i była to długoletnia dzierżawa, minimum na 20 lat, no bo musimy sobie wyobrazić, że oni się tutaj sprowadzają, zagospodarowują te trudne bardzo tereny, kopią te rowy, usypują wały i po 20 latach ktoś im mówi dziękujemy bardzo, czy nawet po 10 musicie odejść, bo mamy tutaj kolejnych osadników, którzy chcieliby zamieszkać w waszych gospodarstwach.

Więc oni się w ten sposób zabezpieczali, że podpisywali z właścicielami ziemskimi długoletnie dzierżawy, które były bardzo często przedłużane, bo nie ukrywajmy, przynosiły bardzo duże korzyści finansowe i jakby właściciele nie chcieli się tych osadników pozbywać.

Oni czasami sami odchodzili.

Ponieważ te tereny rzeczywiście były żyzne i rolniczo bardzo dobrze funkcjonowały, ale musimy pamiętać, że rzeka oprócz tego namułu, który był bardzo dobrym nawozem, niosła ze sobą bardzo duże ilości piasku, który się często rozpływał po polach.

i niszczył zasiewy, więc czasami po kilku powodziach, które się w jednym roku zdarzyły, bo te powodzie się pojawiały kilka razy, taki teren był po prostu nie do dalszego użytkowania, więc oni się przenosili, ale dzierżawa była długoletnia i te wsie, które powstawały właśnie przy Wiśle, tak zwana rzędówka bagienna,

W charakterystyczny sposób dzielone pola na takie długie pasy biegnące prostopadle do rzeki.

Każdy gospodarz miał swój długi pasek.

Mniej więcej w połowie tego paska budował zagrodę na tak zwanej terpie, czyli sztucznym wzniesieniu, żeby podnieść zagrodę jeszcze później.

Do terp używano z kolei ziemi z kopania rowów, więc to wszystko jakby się zamykało w taki jeden wspólny ciąg.

I też te długie pasy miały swoje uzasadnienie, ponieważ każdy z gospodarzy odpowiedzialny był za swój kawałek rowu.

Wyobraźmy sobie taką sytuację odwrotną, że jest gospodarz, który ma równolegle biegnące pole do rzeki.

Wzdłuż jego działki jest wysoki wał przeciwpowodziowy, o który on musi zabiegać.

No i on wykonuje jakby całą pracę za wieś, a tak to każdy miał swój kawałek, którym się zajmował.

I dzięki tej ofiarnej, wieloletniej, ciężkiej pracy dochodzili do, no nie chcę powiedzieć do majątku, ale muszę przyznać, kiedy zwiedzałem tutaj wasz kompleks, że byłem bardzo zdziwiony, no już nie tylko jakością odrestaurowanych przedmiotów czy pomieszczeń, bo to też jest pewne złudzenie, z którymi będziecie się musieli zderzyć, kiedy tu przybędziecie, do czego gorąco zapraszamy,

że wasze wyobrażenie o skansenie pewnie podszyte jest jakąś wiarą w strzechę, klepisko, odymiony piec, ciemne i ciasne pomieszczenia.

Nic bardziej mylnego.

Te świąteczne pokoje używane tylko raz na jakiś czas.

Te wspaniałe ozdobienia.

Te naprawdę bogate zagrody, które robią zupełnie inne wrażenie niż to, czego moglibyśmy w skansenie takim rolniczym spodziewać, one sugerują, że oni osiągnęli pewną stabilność.

Także dlatego, że zajmowali się rzemiosłem.

Wspomniałaś o wyplataniu koszyków, czy też zagród.

zwikliny czy wierzbiny, ale zdaje się byli też biegli w różnego rodzaju rzemiosłach, co też dawało im pewną przewagę na rynku, jeśli tak moglibyśmy powiedzieć.

Dla mnie wielkie wrażenie zrobiła chociażby zgromadzona tu w jednym z pomieszczeń tkalnia, ale także ze zbiór maszyn rolniczych, które zostały wspaniale odrestaurowane.

I można je zobaczyć nie jako zardzewiały stos nie wiadomo czego, tylko bardzo konkretne i widać bardzo drogie także w zakupie urządzenia rolnicze.

Jak się układały relacje w związku z tym Olendrów z okolicą, z miastem pobliskim?

Przecież jesteśmy pod Toruniem.

Czy wiadomo coś o jakichś niepokojach?

Oni zdaje się, że skierowani byli do wewnątrz ze swoim życiem i nie specjalnie wchodzili w interakcje z otoczeniem.

Może to była recepta na spokój kilkusetletni, jak to widzisz?

Na pewno byli bardzo zamkniętą społecznością.

Przez cały ten okres, kiedy funkcjonowali na tych terenach nadwiślańskich, posługiwali się odmianą niemieckiego, tak zwanym plattdeutschem.

I wydaje mi się, że to, że nie nauczyli się języka polskiego, nie chcieli się w ogóle uczyć go,

spowodowało, że ciężko było jakby przeniknąć do wewnątrz tej wspólnoty.

Poza tym oni bardzo tego bronili.

Zbiór praw na bazie, którego funkcjonowały gminy poszczególne, jak gmina Wielka i Mała Nieszawka, to są tak zwane wilkierze.

w których spisywali dokładnie w wielu punktach, jak społeczność ma funkcjonować i między innymi są tam wytyczne dotyczące tego, że nie zawiera się małżeństw z osobami spoza grupy.

A jeśli już były takie sytuacje, to gmina musiała wyrazić na to zgodę.

A jeśli nie wyrażała, to taka osoba, która nie chciała się dostosować, musiała odejść.

Z tego co wiemy, oni średnio integrowali się ze społecznością lokalną.

Mieli swoje szkoły, mieli swój dom modlitwy.

Zresztą katolicki kościół, który można teraz zobaczyć pięknie odrestaurowany, zresztą w Małej Nieszawce, był pierwotnie menonickim domem modlitwy, w którym spotykały się społeczności z tutejszych wsi.

Czyli żyli w wspólnocie, skierowani do wewnątrz.

Słyszałem potwierdzić, czy to prawda, takie określenie, że nazywano ich także polskimi, czy rodzimymi Amishami, bo jest jakieś podobieństwo takie wyobrażeniowe z tymi bardzo tradycyjnymi wspólnotami rolniczymi, które osiedliły się w Stanach Zjednoczonych?

Tak, tak naprawdę to jest jedna rodzina, można powiedzieć, bo jak zaczęła się migracja z Niderlandów, to część Mennonitów wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych i tam założyła społeczność Amiszy właśnie.

Więc oni są tak naprawdę, można powiedzieć, że z jednej rodziny takiej wyznaniowej i kulturowej też.

I menonici też bardzo przestrzegali takiego prostego życia.

Nie byli zainteresowani nabywaniem jakichś nie wiadomo jakich bogactw.

Nie wiem, czy pamiętasz ta zagroda z niedźwiedzia, ta długa, taka łącząca pod jednym dachem trzy części.

Jak nasi goście wchodzą do izby odświętnej, to mówią, o, ale tu mieszkał bogaty gospodarz.

Ale tak naprawdę, jak się zastanowimy, to izba urządzona jest w tylko najbardziej praktyczne sprzęty.

Tam nie ma żadnych dekoracji, nie znajdziemy ceramicznych figurek, nie znajdziemy obrazków.

Mamy proste meble, one są rzeczywiste.

Instrumentów muzycznych?

Też, też, dokładnie.

One są rzeczywiście dobrej jakości, bo tak jak wspominałeś, oni byli majątni, jak zestawimy ich na przykład z chujawskimi chłopami, którzy mieszkali w zupełnie innych chatach, dlatego że często te meble były albo przywożone z Gdańska na przykład, albo przesyłane nawet z Niderlandów, bo tam potem ich rodziny zostały, więc oni często zamawiali swojej pierwotnej ojczyźnie jakieś sprzęty.

Więc to jakością się różniło.

Nie były to meble wykonywane jakby w zagrodach przez gospodarzy, chyba że na przykład w izbie parobków, gdzie są wyrka proste, zbite z jakiejś tam żerdzi.

No ale to już jest zupełnie inny status tych pracowników, którzy się zatrudniali z biedniejszych rodzin u gospodarzy, bo też...

Musimy pamiętać, że oczywiście były różne rozwarstwienia majątkowe.

Część z nich była takimi gospodarzami, którzy mieli 50 hektarów ziemi, a część poprzez różne sytuacje życiowe, jak na przykład właśnie te liczne powodzie i tak dalej, ten majątek traciła i wtedy musiała iść częściowo na służbę do bogatych gospodarzy.

Tak samo jak u pozostałych polskich chłopów.

Ale przede wszystkim ten ich majątek wiązał się z tym i to, że byli na wyższym poziomie gospodarczym wynikał z tego, że oni nie odrabiali pańszczyzny.

To też mieli zawarte w tych kontraktach, które podpisywali z właścicielami ziem.

że oni byli ludźmi wolnymi.

Na tym im najbardziej zależało i na takie ustępstwo ci właściciele ziemscy poszli.

No bo chłop polski, który pięć dni pracował na polu u pana, no to kiedy on miał obrobić ten swój kawałek ziemi, jak mógł dojść do jakiegoś majątku, jeśli tak naprawdę...

Praca całej rodziny była skupiona głównie na tym, żeby to pan zarobił, a nie oni.

Stąd też te różnice, jeśli chodzi o jakość sprzętów wykorzystywanych, o te maszyny rolnicze, które często były właśnie też sprowadzane z Niemiec czy z innych miejsc Europy.

I oni rzeczywiście dużo wcześniej zaczęli tych maszyn używać niż ich tutaj polscy sąsiedzi.

się ciśnie na usta pytanie, panie, komu to przeszkadzało?

I zaraz wymienimy tych, komu to przeszkadzało, bo zdaje się nasze znowu takie pochopne wyobrażenie, kojarzy się pewnie z wojnami światowymi, może wkraczającymi Rosjanami, ale kłopoty menonitów zaczęły się chyba wcześniej.

Chyba pruski militaryzm był pierwszym elementem

pewnego napięcia między pacyfizmem menonitów, a oczekiwaniami państwa, które to nastało po zaborach.

Tak rzeczywiście było?

Tak, dokładnie tak było.

Oni w momencie, kiedy tutaj w tym XVI wieku przybyli, to w tych kontraktach mieli wyraźnie wypisane, że są zwolnieni ze służby wojskowej i dlatego zgodzili się tutaj zostać i zakładać te swoje świetnie prosperujące gospodarstwa.

A w momencie, kiedy Polska trafiła pod zabory, Prusy jakby nie chciały iść na taką godę, nie chciały się zgodzić na to, żeby część

zdrowych, silnych mężczyzn nie wcielać do armii, no to oni zaczęli się niepokoić.

Część oczywiście się

że tak powiem, i jakby zgodziła się na tzw.

służbę zastępczą, jakąś administracyjną, coś, co niby było służbą wojskową, a część powiedziała kategorycznie nie i zaczęli szukać innych miejsc do życia i skorzystali z zaproszenia Katarzyny II, żeby osiedlali się na czarnomorskich stepach.

I tam wyemigrowali i założyli

W tym momencie już takie mityczne, można powiedzieć, dwie osady, Hortyce i Mołoczną.

I tam tak naprawdę przez kolejne lata rozwijali swoje społeczności.

Ale musimy pamiętać, też pytałeś o to, jaki był ich stosunek do mieszkańców, do Polaków i na odwrót.

Często było tak, że oni jakby też przejmowali jakieś elementy tutejsze, przede wszystkim jeśli chodzi na przykład o kuchnię.

Jak przeglądamy książki kucharskie wydawane później w Stanach Zjednoczonych po tej kolejnej fali migracji właśnie z Europy do Stanów Zjednoczonych, to znajdujemy tam takie potrawy jak pierogi na przykład, które oni z terenów dzisiejszej Ukrainy na pewno zaczerpnęli.

Jak widzicie, musimy po raz kolejny wrócić do Marty, książki kucharskiej z Grudziądza, o której rozmawialiśmy w odcinku o foodbooku.

Z pewnością to zrobimy.

Natomiast wracając jeszcze do tego dość smutnego finału.

Słyszeliśmy o tym, że osiedlili się w Ukrainie, czy właśnie na tych czarnomorskich stepach, ale ostatni Holendrzy zniknęli gdzieś pod koniec II wojny światowej.

Zostali utożsamieni z Niemcami, a więc okupantami.

I kiedy nastała nowa Polska, nie było już dla nich tutaj miejsca.

Dokładnie tak było.

W 1945 zostali zmuszani do tego, żeby opuścić te tereny.

Tak jak powiedziałeś, dlatego że kojarzono ich z ludnością niemiecką, co po części było prawdą, bo te kolejne fale osadnictwa to rzeczywiście byli Niemcy i oni mówili po niemiecku.

Ostatnie nabożeństwo odbyło się w domu modlitwy tutaj w Małej Nieszawce w 1945 roku.

Ostatni pochówek na cmentarzu bodajże w 1944.

Po odzyskaniu niepodległości tak naprawdę ich obecność w Polsce się zakończyła.

Wiemy, że ich potomkowie mieszkają tutaj, oni albo wrócili, albo po prostu zostali, bo mówili też po polsku i jakoś sobie później radzili.

Część wróciła do Holandii, część wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych.

Bardzo duże społeczności są w Ameryce Południowej, w Australii, więc tak naprawdę potomków Olendrów, tych takich pierwszych, pierwszych, którzy trafili tutaj nad Wisłę, rozsianych po całym świecie jest bardzo dużo.

Zrobiło się smutno, cmentarnie i skansenowo, więc powiedzmy coś może o życiu, bo nie zajmujecie się tylko rekonstrukcją artefaktów, takich martwych przedmiotów, których ręka człowieka dotknęła kiedyś, ale oni już dawno nie żyją albo tu nie mieszkają.

Zajmujecie się także bardzo ciekawą działalnością rolniczą.

Można tu obejrzeć zagony zbóż, które zresztą zdaje się udało wam się uzyskać czy uratować z dawnych odmian, które hodowali jeszcze menonici.

Słyszałem ciekawą historię o

Czerwonej pszenicy?

Dobrze pamiętam?

Dokładnie tak.

Powiesz coś o tym?

Czerwoną pszenicę dostaliśmy od potomków menonitów, którzy zabrali ją do Ukrainy i tam uprawiali.

I migrując z Ukrainy do Stanów, ona została pieczołowicie zapakowana w skrzynię i przetransportowana do Kansas.

I tak naprawdę można powiedzieć, że stała się...

Powodem, dla których później te tereny były nazywane wielkim spichlerzem Ameryki, bo to ona zapoczątkowała przekształcenie tych stepów w tereny właśnie typowo rolnicze.

Była to pszenica, która jest bardzo odporna na warunki atmosferyczne.

No i jakiś czas temu społeczność menonitów jakby chciała odbudować ją, bo wiadomo, że tresty zboża, które my wysiewamy są mocno genetycznie modyfikowane, a oni jakby wrócili do korzeni i zaczęli pozyskiwać ją taką nieprzetworzoną i wysiewać w Holandii i my później z Holandii ją dostaliśmy tutaj kilka worków, wysiewamy ją co roku, później ją cepami młócimy, przechowujemy do kolejnego wysiewu.

Mamy plan, żeby upiec z niej chleb, więc może w tym roku się uda.

Jak słyszycie, dzieją się tu fantastyczne rzeczy, nie tylko związane z oglądaniem starych chałup, ale także pewne wydarzenia.

Kilka dni temu, zdaje się, wydarzyło się coś, co też jest ciekawym pomysłem, mianowicie nocne zwiedzanie Parku Olenderskiego i cieszyło się wielką popularnością.

Chciałyśmy pokazać, jak mogło wyglądać wieczorne życie bez elektryczności.

Przynajmniej w jednej z zagród, bo w zagrodzie z Kaniczek mamy prąd, bo w latach dwudziestego wieku już ta wieś została zelektryfikowana i tam już prąd był, ale w zagrodzie z Niedźwiedzia były zupełne ciemności rozświetlone tylko nielicznymi lampkami.

No i na gościach robiło to ogromne wrażenie, bo my jesteśmy dzisiaj przyzwyczajeni do świata, który jest rozświetlony z każdej strony.

Nosimy światło przy sobie w kieszeni w postaci komórek, tak więc w każdym momencie możemy sobie poświecić, a takie ciemne przestrzenie pozamykaliśmy okiennicę jeszcze, żeby zwielokrotnić tą czerń i w środku rzeczywiście było zupełnie, zupełnie ciemno.

To robiło wrażenie na gościach.

Jak sami słyszycie, jest tu bardzo dużo atrakcji, serdecznie jest, więc zapraszamy do odwiedzenia Parku Lenderskiego.

Naprawdę zróbcie to.

Ja się na końcu przyznam do pewnego wstydliwego faktu biograficznego.

Potrzebowałem bardzo wielu lat, żeby tu trafić i jestem oczarowany tym miejscem.

I pluję sobie w brodę, że przyjechałem tu tak późno, zatem nie popełnijcie mojego błędu.

Przyjeżdżajcie, posłuchajcie wspaniałych historii oprowadzających tutaj osób i pomyślcie o tej wierzbie Chopina, która przypadkiem też ma z tym miejscem jakiś związek.

A kiedy mówiłaś o Kansas, pomyślałem o tej nieszczęsnej dorodce z krainy, o smażącej o krainie po drugiej stronie tęczy.

Nie wiem, czy nie myślała o przedmieściach Torunia, do których Was zapraszamy.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

No i do zobaczenia w Dolinie Dolnej Wisły w okolicach Wielkiej Nieszawki.

Tak, serdecznie zapraszamy.

We wrześniu mamy wielką, wielką imprezę, podczas której nasza olenderska wieś ożywa.

Mamy zwierzęta, mamy rzemieślników, więc warto nas odwiedzić i zobaczyć, jak życie w olenderskiej wsi mogło dawniej płynąć.

Dziękujemy Ci za wysłuchanie kolejnego odcinka podcastu Pogawędnik Filozoficzny.

Cieszymy się, że jesteś z nami.

I to niezależnie od tego, czy odwiedzasz nas pierwszy raz, czy regularnie słuchasz naszych pogawędek.

Jeśli podoba Ci się to, co próbujemy tu robić, wesprzyj nas na patronite.pl Odpowiedni link znajdziesz w opisie każdego odcinka.

Stwórzmy razem niezależną przestrzeń do pogawędki o filozofii i jej okolicach.