Mentionsy

Reportaże | Radio Katowice
27.11.2025 15:35

Reportaż: Tragedia górnośląska - Musimy wam coś opowiedzieć

Praktycznie każda rodzina z gliwickiej Ostropy została dotknięta Tragedią Górnośląską. W głąb Związku Radzieckiego wywieziono 280 osób. Elżbieta Borkowska i Urszula Dyląg chodziły od domu do domu zbierając historie rodzin deportowanych. Tak powstała książka "Mieli wrócić za czternaście dni", w przygotowaniu której uczestniczyła także Aniela Jonderko.
Zapraszamy do wysłuchania reportażu Doroty Stabik "Musimy wam coś opowiedzieć" w realizacji dźwiękowej Jacka Kurkowskiego.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 121 wyników dla "Śląskim Centrum Wolności i Solidarności"

Niektóre osoby już w 2015 nie żyły, z którymi rozmawiałam.

Ja na podstawie tych relacji z różnych miejscowości napisałam taki scenariusz, bo chciałam uczniom przybliżyć.

Te wydarzenia i taki scenariusz napisałam.

Na podstawie tylko relacji używałam nawet dosłownie słów źródła.

Ale to się tak później rozrosło.

Później nie tylko dzieci brały udział, młodzież.

Włączyli się nauczyciele, włączyli się rodzice.

I mamy taką rekonstrukcję historyczną muszawą coś powiedzieć.

A słowa nie są przypadkowe.

I tam jeden ze świadków przyszedł do wdowy, już nie wiedziała o tym,

I powiedział jej tak, muszę wam coś powiedzieć, że wasz chłop już nie wróci, że byłem przy jego śmierci.

I tak to po prostu zostało.

To jest takie ważne zdanie, myślę, że takie motto.

Przykryłam spodeczkiem, żeby się zapomnieć.

Dziękuję bardzo.

Proszę spróbować serniczka.

Dobrze, poczęstuję się tutaj.

Pierwsza lista to była ze Starych Gliwic, tu gdzie mieszkam.

To jest moja pierwsza najcenniejsza lista z różnymi kolorami, bo kolory mi pomagają.

Ostropa, mieszkańcy Ostropy dbają o swoją historię.

To się niebywale zdarza, ale też później jak byłam w Łubiu, Kopienicy i Jasionie, po prostu domy otwarte.

Chcieli powiedzieć, chcieli wypłakać się, bo często się to kończyło taką sytuacją.

Miałam w Ostropie taki... Chodziłyśmy od domu do domu.

Nie czekałyśmy, że ktoś do nas przyjdzie, tylko szłyśmy.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

Właśnie się tak zastanawiałam, czy dobrze trafiłam.

Udało się.

A mogę tak tu stać na podjeździe?

Bo nie będzie nikt wyjeżdżał.

Dzień dobry.

To jest piąte pokolenie, które mieszka w tym miejscu.

Bardzo mi miło.

Dorota Stanik.

Jak masz na imię?

Powiedz, jak ty się nazywasz.

Filip.

Wstydzisz się Pani?

To jest historia mojego upy ze strony taty.

Mój upa pracował w fabryce drutów, bo nie był górnikiem, nie był rolnikiem w fabryce drutów.

Ożenił się z Marią Cimander, mieli ośmioro dzieci.

Wybudowali ten dom, w którym jesteśmy.

W 1939 roku zakończyli budowę tego domu.

Wprowadzili się.

No ale w 1945, jak front poszedł, no to niestety, ale dotknęła nas też ta tragedia.

Mojego upy wywieziono do Donbasu.

I tam w kwietniu, już 15 kwietnia zmarł.

Oficjalna wersja jest dur brzuszny, ale...

Z opowiadań świadków wiemy, że po prostu był chory nadrób brzuszny, ale chciiść do pracy dalej i go dobili.

Karabinem go dobili, bo gdzieś tam się przewrócił zasłab.

Moja babcia została z ośmiorgiem dzieci.

To najmłodsze miało trzylatka dziewczynka i babcia Ouma.

Nie udźwignęła tego wszystkiego.

No i te dzieciaczki zostały rozdane, jak mój tata zawsze opowiadał, jak króliki nas rozdali po całym świecie.

Bo każdy wziął jakieś dziecko, żeby nie poszli do domu dziecka.

Mój tato dużo pamięta, bo tato miał 11 lat wtedy.

I pamięta moment, jak czołgi wjeżdżały ze strony Kozłowa.

widział to.

Po latach się dowiedziałam, że prawie nie zginął, bo strzelali, bo myśleli, że on ucieka gdzieś przed kii strzelali do niego, ale Bogu dzięki nic się mu nie stało.

Potem kazali się wynieść im z tego domu, bo za polem tam było lotnisko i moja oma musiała z dzieciakami się wynieść do swojego teścia i tu mieszkali rosyjscy żołnierze.

Powiedziała Pani, że dzieci zostały rozdane do różnych rodzin i to jest taka właśnie ta rodzinna tragedia, którą się długo wspominało.

Tak, oczywiście, bo te kontakty zostały też zerwane, bo wiadomo, to nie były rodziny tylko w obrębie Ostropy Gliwic, bo to rzeczywiście gdzieś tam Łabędy, gdzieś Bojszów.

No i te dzieci nie miały kontaktu i to rzeczywiście się odbiło potem też w życiu dorosłym, że oni gdzieś te kontakty na jakiś czas tam utracili i te kontakty już nie były takie same.

Czy zachowało się w rodzinie jakieś zdjęcie dziadka?

Jest zdjęcie, które jest też na okładce tej książki, która została wydana.

Mieli wrócić za 14 dni i

A to jest w ogóle zdjęcie ślubne moich Umy i Upy.

Tu jest Uma i Upa.

Też w tym ogrodzie, bo tu był taki ogród, więc tu w tym ogrodzie mieli to wesele.

Duża rodzina na zdjęciu.

A zdjęcie mojego Upy już pokażę.

To jest zdjęcie, które jest na tej okładce i tu jest mój UPA.

To jest właściwie takie jedyne zdjęcie ślubne UMY i UPA.

Ale ogólnie jest mało tych zdjęć, no bo to się gdzieś potraciło.

Tu pojedziemy, tu zobaczymy, tu mają zdjęcia, tu mają dokument.

No to zjeżdżone są te wsie, są wspaniali ludzie.

W każdej miejscowości jest osoba, która jest w pamięci.

W Ostropie, jak chodziłyśmy od domu do domu, szłyśmy do takich pań bliźniaczek.

których tato nie wrócił.

I szukałyśmy tych pań bliźniaczek i nie widziałyśmy z panią Anielą i z panią Urszulą, który dokładnie dom.

Idziemy koło piekarni i pytamy, pan akurat stoi blisko ulicy i że szukamy tych pań właśnie.

A on mówi, ale ja bym chciał wam coś opowiedzieć.

No i opowiedział historię, jak ojciec był zabrany, on był najstarszy, miał taki wózeczek, drabiniok, dla krów jeździł od gospodarza do gospodarza, żeby cokolwiek te krowy utrzymać i konika.

I tak bardzo czekał na tego ojca, że któregoś dnia taka mgiełka była rano i on idzie z tym drabinioczkiem

I nagle wychodzi z furtki mężczyzna, którego widzi tyłem, ale który mu bardzo przypomniał ojca i się rzucił na niego.

A ten mężczyzna się odwrócił i on nie jest twój tata.

To są takie delikatne sprawy.

Był jego syn, który teraz ma tą piekarnię.

No to myśmy w trójkę płakali.

Po prostu to było takie wstrząsające.

Z tej Ostropy aż 287 osób było internowanych.

I rolnicy, i górnicy, i hutnicy, i drutmistrze.

Młodzi ludzie.

Młodzi pełni na pewno jakiś tam marzeń i jakiś planów, a te plany zostały przerwane dość brutalnie.

Do jakiej rodziny trafił pani tata?

Mój tato miał szczęście, że jako jeden z tych starszych zostali tutaj na domu tylko dlatego, że jego upa, który się drugi raz ożenił, zaopiekował się tutaj tymi dziećmi, które były starsze.

Czyli mój tato, jego starszy brat, bo mój tato był drugi z kolei.

I siostra, która była półtorej roku młodsza od nich.

Ci się zachowali tutaj, ale ta reszta, no to po gospodarstwach gdzieś jako tania siła robocza zostali rozdani.

Jedna ciocia trafiła do Gliwic, ale oni też mieli gospodarstwo, no to ona jako tako miała chyba najlepiej tam z nich wszystkich.

A tak ci pozostali, no nie mieli za dobrze, naprawdę.

bo nie dość, że byli wykorzystywani jako siła robocza, no to głodni, bici, bo mój tato przez krótki okres czasu był w Bojszowie, gdzieś tam u rodziny, to raz go tak zbili, nie wiem za co, on się do tego nie przyznał, ja to tylko z relacji cioci pamiętam, takie lanie dostał, że na drugi dzień nie mógł wstać z łóżka.

I mój tato nas nigdy nie uderzył.

Myśmy nigdy z moją siostrą nie dostały od taty ani klapsa.

Nigdy.

Całe życie.

Teraz to rozumiem.

Dopiero po latach to rozumiem.

Dlaczego, nie?

Tak na dobrą sprawę to każda rodzina została dotknięta tą tragedią, nie?

I to nie tylko ci mężczyźni, którzy zostali wywiezieni, bo to były całe rodziny, które zostały rozbite i te losy potoczyły się na pewno nie tak, jak chcieli, jak marzyli, jak planowali.

Jeszcze jak ktoś był na gospodarstwie, to miał lżej, bo zawsze coś było uchowane, kawałek pola, coś się wyhodowało i było, ale jak nie było gospodarstwa, to była bieda.

Tak jak pani powiedziała, to są strasznie emocjonujące historie.

No właśnie, jak sobie pani z tym radzi?

Mam działkę.

I praca w szkole, ale to są bardzo trudne sprawy.

Tego się nie da spokojnie przejść.

Ostatnio, nie wiem czy to mogę powiedzieć, ale właśnie ciocie opowiadały, że jak Uma umarła, to ta najmłodsza, szukali jej wieczorem, gdzie ona jest, tu tak tragedia, że Uma nie żyje, te dzieci płaczą, co teraz dalej robić i ta najmłodsza się gdzieś zgubiła.

Poszli jej szukać, to ją znaleźli w trumnie.

Położyła się koło mamy i zasnęła.

Audycja powstała przy współpracy ze Śląskim Centrum Wolności i Solidarności.

Ostatnie odcinki

0:00
0:00