Mentionsy
Reportaż: Tragedia górnośląska. Obóz śmierci na pustyni Kara Kum
Ci, którzy trafili do tego obozu w większości go nie przeżyli. Nieliczni, którzy wrócili nie potrafili o tym opowiadać. Na pustynię Kara Kum w Związku Radzieckim w 1945 roku z Górnego Śląska wywieziono osoby "podejrzane" dla nowych władz. Żadna nie miała jednak procesu ani wyroku. O tym miejscu opowiada doktor Dariusz Węgrzyn ze Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności. W audycji wykorzystano też archiwalną wypowiedz Franciszka Pawlasa z reportażu Józefa Wyciska "Polacy, Niemcy, Rosjanie"
Reportaż Doroty Stabik "Obóz śmierci na pustyni Kara Kum" w realizacji dźwiękowej Jacka Kurkowskiego.
Szukaj w treści odcinka
Jechał pociąg parę dni, przystanął gdzieś na stacji, to pierwsze było wchodzili i liczyli ile jest ludzi i czy ktoś pomarł.
Jeżeli pomarł, no to go wtedy normalnie wykopywano z wagonu i nikt się o niego nie troszczył, nikt nikogo nie grzebał.
Jeżeli zapytamy takiego człowieka, trochę zorientowanego w historii Górnego Śląska po 1945 i zapytamy go, jaki obóz był najtrwawszy, no to każdy mniej więcej powie, że był to obóz stworzony przez władze komunistyczne w Świętochłowicach w Zgodzie.
Tam faktycznie 6 tysięcy ludzi przeszło, z tego 1800 wiemy dzisiaj.
Imiennie natomiast podejrzewamy, że około 2 tysięcy, czyli 33% w dosunkowo krótkim czasie od lutego do listopada 1945 w tym obozie przeszło.
Natomiast takim obozem, o którym chciałbym dzisiaj trochę więcej opowiedzieć, jest obóz w Krasnowodzku.
Ja się nim zajmuję też dzięki wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Śląskiego, stypendium.
I badam ten obóz.
Tam mamy trochę mniej ofiar.
Liczebnie, natomiast procentowo znacznie więcej.
To znaczy, do obozu w Krasnowodzku pojechało około 750 mieszkańców Górnego Śląska i zmarło tam 60%.
Potworna skala zgonów w tym obozie i co najciekawsze, ta historia rozgrywa się, oni przybyli tam pod koniec kwietnia, czyli maj, czerwiec, lipiec, sierpień.
Cztery miesiące i 60% tych nieszczęśników, którzy tam pojechali, zmarło.
Ja podejrzewam, że gdyby tego obozu nie zlikwidowano i nie przeniesiono reszty tych, którzy jeszcze żyli do innych obozów, ewentualnie wypuszczono na wolność, to końca roku nie dożyłby tam żaden z górnoślązaków spośród tych 750 obozów.
deportowanych, wywiezionych do Krasnowodzka.
Więc to jest potworna skala zgonów w tymże obozie.
Z czego to wynikało?
Czy to wynikało z surowości władz, czy z warunków też takich trochę geograficznych?
Ja bym powiedział potworny pech.
Potworny pech, bo mówimy o mieszkańcach Górnego Śląska aresztowanych tuż po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną.
Armia Czerwona wchodzi i rozpoczynają się aresztowania osób podejrzanych o różne rzeczy, także związane z okresem okupacji, wojny.
Przy czym, trzeba powiedzieć jasno, ci ludzie nie mieli żadnych wyroków sądowych, oni zostali aresztowani, internowani, czyli decyzją administracyjną wysłani do Związku Sowieckiego.
Nikt im nie udowodnił winy, może rzeczywiście niektórzy mieli coś za skórą, ale w dużym stopniu były to efekty różnego rodzaju donosów.
To jest czas końca wojny, czas przejścia frontu, czas wyrównywania różnych rachunków.
Ci mieszkańcy Górnego Śląska w dużym stopniu z tej polskiej części, czyli tej, która przed wybuchem II wojny światowej znajdowała się w granicy II Rzeczypospolitej.
Między innymi mamy tam około 90 mieszkańców Orzesza, 10 osób mniej z Knurowa, ale też około 60 z Katowic, w dzisiejszych granicach, bo oczywiście...
Te dzielnice wówczas stworzyły dość często osobne miejscowości typu Podlesie czy też Piotrowice.
Więc ci ludzie zostali aresztowani w styczniu, właściwie lutym 1945 roku i co ciekawe nie zostali zaraz wywiezieni na wschód.
Zostali wysłani do Krakowa i tam czekali na dalszą drogę, kiedy uda się stworzyć szeroki tor, kiedy można będzie tych ludzi wysłać.
Z Górnego Śląska pojechało do tego Krakowa 1500 osób, ale tylko połowa z nich pojechała do Krasnowodzka, a druga połowa pojechała na Ukrainę.
I ta, która pojechała na Ukrainę, tam śmiertelność w dłuższej perspektywie czasu to jest około 20%.
A tutaj mamy 4 miesiące i 60%.
Ci nieszczęśnicy zostali dołączeni do takiego szerszego transportu, byli to głównośląsacy, ale w tym transporcie byli także żołnierze Armii Krajowej z Krakowa, byli też ludzie z Dolnego Śląska, no taka trochę zbieranina ludzi wysłanych do Krasnowocka i tutaj dochodzimy do tego pecha, no bo oni prawdopodobnie jechali w inne miejsce, ale okazało się, że obóz, do którego zmierzali, nie mógł ich przyjąć, więc widać wyraźnie, że ten pociąg po prostu jedzie i jedzie, zmienia tą trasę i oni jechali miesiąc.
miesiąc bez odpowiedniego wyposażenia, zaopatrzenia.
Pech polegał na tym, że oczywiście konwojenci mieli tych ludzi zawieść, ale nie przejmowali się za bardzo, jak to zorganizować, więc zabrali na tą podróż to, co było w magazynie wojskowym i to były solone śledzie.
Każdy wagon dali borek, słone śledzi.
I żebyli głodni, to wpadło wszystko do tych śledzi.
Ci, którzy jedli te śledzie, to z pragnienia później umierali.
Solone śledzie i 10 wiaderek do czerpania wody na cały pociąg.
I proszę sobie wyobrazić, co się działo.
Ci ludzie jedli te śledzie, no bo nic innego nie mieli, ale wody za bardzo nie dostawali.
Co więcej, dość często było tak, że jak pociąg się zatrzymał na krótki okres czasu, to tą wodę dostały tylko kilka wagonów, natomiast pozostałe wagony nie, no bo nie było czasu.
Więc ta podróż to jest jedna wielka męka i jeszcze kolejny pech.
Oni jadą początkowo w zimie, jest zimno, na cały transport zabrano bardzo mało węgla.
Ja tam sobie przeliczyłem, wychodzi, że na jeden wagon na miesiąc podróży wychodziło 20 kg węgla.
no to w takim piecyku, który tam był, no to można było się ogrzać na bardzo krótki okres czasu.
Ale w miarę jak ten pociąg coraz bardziej skręcał na południe, to z tego wielkiego zimna robiło się wielkie gorąco, bo wchodzimy już w rejon Morza Kaspijskiego.
Krasnowódz to jest właściwie koniec Związku Sowieckiego tuż przy granicy z Iranem.
Więc to są tereny pustynne.
I ten pech polegał na tym, że wyjeżdżają w zimie, jadą przez miesiąc, potwornie głodni, zawszeni, bo oczywiście nie byli prowadzeni do żadnej po drodze łaźni, raz tylko korzystali z łaźni, więc zawszeni, potwornie spragnieni, trafiają w środek piekła.
Ja też mówię, że osoby, które trafiły na Daleki Wschód, na obszary syberyjskie, przyjechały tam na wiosnę,
No to jeszcze mamy lato, czas kiedy oni się jakoś mogli zaaklimatyzować i przyszła ta zima z 45 na 46, kiedy był czas najtrudniejszy na Syberii, ale mieli jakiś czas, żeby się do tego przygotować.
A ci nieszczęśnicy do Krasnowoska przyjechali właściwie na wiosnę, w kwietniu, maju, czerwcu, kiedy tam się zaczyna potworny gorąc.
I to jest przede wszystkim coś, co spowodowało tak potworną śmiertelność.
Tam w tym oborze nie było nic.
Temperatura sięgała wtedy ponad 30 stopni ciepła.
Myśmy parę dni żyli na otwartym terenie.
Rano, kiedy była pobudka, kiedy nas wzywali do apelu, to widzieli, że myśmy myśleli, że oni śpią, a to wszystko było martwe.
Kasnowodzk to obrzeż o pustyni Karakum.
To czas, kiedy nocą jest w przypadku kwietnia, maja, czerwca czasem nawet 6 stopni ciepła, ale w dzień to już jest 40, a w słońcu do 50.
No i proszę sobie wyobrazić, jakie to są skoki temperatur.
Co więcej, ci ludzie muszą pracować, wychodzą do pracy i w potwornym upale.
To jest nie do ogarnięcia, to znaczy ten obóz nie powinien tam funkcjonować z prostego powodu.
Biały człowiek z Europy Środkowo-Wschodniej w takich warunkach nie jest w stanie funkcjonować na dłuższą metę.
Na każdej baraku był wyznaczony odpowiedzialny jeden z więźni, prawda, taki zaufany.
Ale to byli przeważnie na każdym baraku Ukraińcy, ci, którzy byli w obozie Ukraińców.
Prawdopodobnie to byli wasowce i oni wobec nas stosowali różne tortury.
że jak myśmy wychodzili do pracy, to był szpaler i oni stali po lewej, po prawej stronie i lali.
Takie pały mieli, takie drzewiane i bili.
Później jak się wracało z pracy, tak samo, ktoś został w tyle, bo był wykończony, to bili i było litości.
Chcieli się przypodobać.
Gdyby jeszcze ci ludzie mieli dobre warunki, gdyby ten obóz był dobrze zorganizowany, gdyby tam było, też kolejna istotna rzecz, pech, mianowicie, gdyby tam było dużo słodkiej wody do picia.
Jeszcze tych ofiar nie byłoby tak dużo.
Natomiast znowu, to jest obszar pogranicza pustyni, z wodą jest trudno.
Co więcej, jest to obszar roponośny i ta woda jest skażona.
Więc dość często ci biedacy przywiezieni z Europy Środkowo-Wschodniej piją wodę odsalaną.
Sami sobie budują takie odstojniki, wodę z morza odsalają, ale to nie jest woda, która jest do końca oczyszczona.
Więc jest to woda na poły słona.
Oni też mówią, że na przykład wiele pokarmu się nie było w stanie rozgotować, bo w to nie była normalna woda.
Jeżeli więc mamy ubogą dietę w połączeniu ze skażoną wodą, to natychmiast pojawiają się choroby, różnego rodzaju zarazy, epidemie, które dziesiątkują tych ludzi.
Co więcej, jest to jeszcze kolejny pech.
Krasnowodzki jest to obszar położony w depresji.
Tam jeszcze wchodzi w kwestię ciśnienia atmosferycznego, który jest też swoisty.
Obrzeża pustyni.
W normalnych warunkach, na przykład na Ukrainie, ci deportowani
Wychodząc do pracy, byli w stanie czasem się oddalić, ukraść coś z pola, coś z plonów, złapać jakieś dzikie zwierzę, nazbierać ziół, które można było sobie ugotować.
No ale obszar pustyni to nic.
No nic nie można było dodatkowo zdobyć.
Trzeba było zjeść to, co się dostało od obsługi obozu.
A to było oczywiście niewystarczające, biedne, słabe kalorycznie.
No i stąd tyle ofiar.
Każdy jeden, który zmarł przez dzień, to za te parę godzin był czarny, spalony już od tego ciepła.
To osobno się go wynosiło, bo taki bunker był, tam się ich składano, a pod wieczór to później wywożono ich na cmentarz, który był pod górą.
I tam właśnie były groby takie masowe i trzeba było go rozebrać do naga.
Te ubrania oni brali i kładło się.
Jeden obok drugiego, tak, śledzie w pustce się kładzie, przesypywało się wapnem i następna warstwa.
Nie było litości.
No właśnie, na 750 osób 460 nigdy nie powróciło z Krasnowocka w ciągu czterech miesięcy.
I to są ludzie, którzy zostali pochowani na pustyni.
Dzisiaj tych grobów oczywiście nie ma.
W tym miejscu jest prawdopodobnie pas startowy lotniska, które się rozbudowało.
Jak myśmy dostali to zwolnienie, to myśmy musieli z tego obozu zaraz wychodzić i na otwartym terenie myśmy tą jedną noc spali.
I on leżał jeszcze na tym piasku i rano się obudzimy, ponad godzinę wołano do tych wagonów, a on już nie tak, nie żył, zmarł.
Już się nie doczekał tego.
Ci ludzie, którzy wrócili z Krasnowodzka do końca życia nie byli w stanie tego przetrawić.
Ja miałem jeszcze okazję rozmawiać z panem Alfredem Kubicą z Orzesza, który miał 18 lat, jak pojechał do Krasnowodzka, a rozmawiałem z nim w latach 90., jak na przełomie wieku.
No i ten człowiek nie był w stanie wtedy dokończyć tej opowieści.
On po prostu się trząsł, nie był w stanie sobie uporządkować tego, powrócić do tej opowieści.
O ile z terenu Ukrainy, z Uralu ktoś później jeszcze do tego wracał, to w przypadku Krasnowodzka jest tylko jedna może relacja osoby, która zgodziła się i chciała opowiedzieć o wydarzeniach w tym obozie w piekle pustyni Karakuł.
Audycja powstała przy współpracy ze Śląskim Centrum Wolności i Solidarności
Ostatnie odcinki
-
Reportaż: Po prostu Wiesia
29.01.2026 15:35
-
Reportaż: Pod ciężarem
28.01.2026 15:35
-
Reportaż: Uścisk mojego taty
27.01.2026 15:35
-
Reportaż: Leksykon lekarzy
26.01.2026 15:38
-
Reportaż: Maria od zapasów
20.01.2026 15:55
-
Reportaż: Pogorzelcy
15.01.2026 15:51
-
Reportaż: Odzyskane marzenia
12.01.2026 19:26
-
Reportaż: Zmalowane wierszyki
08.01.2026 17:10
-
Reportaż: Amelka i Złotka Hip-Hopu
30.12.2025 15:15
-
Reportaż: Zegarmistrz
29.12.2025 07:03