Mentionsy

Reportaże | Radio Katowice
30.10.2025 15:35

Reportaże: Już tych ludzi nie ma

Krystyna Augustyniak napisała książkę poświęconą wojennym losom Przyszowic. To także opowieść o tragicznych wydarzeniach jakie spotkały niewielką miejscowość koło Gliwic w styczniu 1945 roku. Tragedia Górnośląska bezpośrednio dotknęła także członków rodziny autorki. 

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 87 wyników dla "Śląskim Centrum Wolności i Solidarności"

Dzień dobry, Radio Katowice.

Dzień dobry, bardzo mi miło.

Proszę uważać, bo ja mieszkam na szkole.

I teraz pytanie, włącza kawę i... Dobra, dobrze, dobrze.

Jeśli pani z mleczkiem pije, to z góry zaznaczam, że nie.

Nie, czarną piekę.

U mnie mleczka nie dostaniesz.

Natomiast dodatek może być.

Taka jest książka, a ona byłaby może taka, nie wiem.

W każdym razie do wielu informacji bym nie dotarła.

To już wie pani, tych ludzi już nie ma.

Ja zbierałam materiał do książki na 60 lat po zakończeniu wojny, to minęło 20 lat.

I gdybym ja teraz chciała się za to zabrać, to ta książka

Albo by nie powstała, albo powstałaby tylko w oparciu o materiały archiwalne.

A wiele rzeczy, które tam są, to już tych ludzi nie ma.

Ta książka nie dotyczy tylko tragedii górnośląskiej, ale dziejów Przyszowic w tym okresie wojennym.

Ten okres wojenny w zasadzie tutaj był dość spokojny.

Oprócz tego tematu powoływania chłopaków młodych na front, to był jeden taki bolesny, zaczęło się dziać pod koniec wojny.

Po pierwsze przez Przyszowice przyszedł Marsz Śmierci.

Było to bardzo, bardzo trudne dla mieszkańców.

Ten marsz szedł przez tydzień.

Po Marszu Śmierci był taki tydzień przerwy i po tygodniu od strony Mikołowa

przyjechała pancerna grupa niemiecka, której celem było obrona Gliwic, ale już nie zdążyli do tych Gliwic dojechać i zatrzymali się u nas.

Niemcy przyszli do nas od strony Mikołowa, czyli w zasadzie od wschodu.

Była to część dywizji pancernej, która z Węgier przyjechała do Katowic.

No i z Katowic potem zdążali do Gliwic.

Od strony Gliwic, czyli od zachodu, zupełnie pozmieniane te kierunki, szli w naszą stronę żołnierze radzieccy.

Ponoć, ja tego nie widziałam, ale z opowieści, że szli wyluzowani, rozśpiewani, no i oczywiście zdobyli wszystkie browary w Gliwicach, więc wiadomo jak to było.

Wychodzimy przed Pani dom i jak sięgamy wzrokiem, to kawałek dalej jest skrzyżowanie i widać tą szosę, trasę, przy której te wszystkie działania się odbywały.

Te wszystkie marsze, a więc Marsz Śmierci.

1 września od strony Gliwic weszły wojska niemieckie.

Wszystkie te marsze związane są z tamtą szosą, z wyjątkiem tego ostatniego, gdzie prowadzono grupę mężczyzn najprawdopodobniej do obozu Zgoda w Świętochłowicach, którym to więźniowie szli tą ulicą, przy której stoimy.

Czyli dom pani rodzinny też można powiedzieć, że był takim trochę świadkiem tych wszystkich wydarzeń.

Wszystkie te stare domy wybudowane przed wojną były świadkami, ale wtedy tych domów było bardzo mało, bo parcelacja majątku w Przeszowicach odbyła się w 1936 roku i dopiero po tej parcelacji zaczęły powstawać tutaj pierwsze domy.

W tej części Przyszowic, którą zajęli Niemcy, stał nowo wybudowany rok przed wybuchem wojny, konsekrowany kościół z wysoką wieżą, więc mieli dobry punkt obserwacyjny.

No i zaczęła się bitwa o Przyszowice, która trwała od rana 25 do ranka 27 stycznia.

I w zasadzie Rosjanie nie tyle zdobyli Przyszowice, co Niemcy się wycofali i wtedy weszli.

Po wejściu oczywiście nastał moment odwetu.

Wszyscy mężczyźni byli podejrzewani o to, że są poprzebieranymi Niemcami.

No ale zaczęło się przede wszystkim od podpalania gwałtów i kradzieży.

I to się działo wszędzie, to znaczy może nie wszędzie podpalali, no ale u nas akurat praktycznie, no akurat ulica, przy której ja mieszkam, tędy właśnie weszli od strony Zabrza, bo tak okrążyli.

Tu na tej ulicy nie wiemy jak to się stało, że nikogo nie zamordowali, żadnego domu nie spalili.

Natomiast jak weszli do centrum Przyszowic, no tam się paliło prawie, że wszystko.

zamordowali ponad 60 osób, obwałty i tak dalej, kradzieże, no to wiadomo.

NKWD zabrało się do pracy, znaleźli chętnych, którzy z nimi zaczęli współpracować.

No i następny etap po mordach oczywiście.

Między innymi zamordowali czterech więźniów z Marszu Śmierci, których uratowała żona kierownika szkoły.

Potem trzeba było posprzątać, więc ci właśnie współpracujący, nazwijmy ich milicją obywatelską, nie wiem jak ich tam nazwać, otrzymali biało-czerwone opaski i wskazywali palcami tych, którzy sprzyjali Niemcom.

Z tym, że ja bym powiedziała tak, ci, którzy mieli coś na sumieniu,

Ci wiedzieli, co ich może spotkać, więc ci przed nadejściem frontu uciekli.

Na miejscu zostali zwykli mieszkańcy, którzy po prostu sprzyjali Niemcom, ale nie angażowali się w jakieś tam donosy, szykany i tak dalej.

To były osoby, mężczyźni, bo żadnej kobiety od nas nie deportowano.

To były osoby, które były skazane na to, że będą deportowane do Rosji.

Ale zanim ich deportowano, to jeszcze im nakazano pozbierać wszystkie trupy z pól i dopiero potem zaczęły się wywózki.

Zmarło tam około 30 osób, najwięcej w Trudowskoj.

To byli górnicy, więc w zasadzie większość była deportowana do Zagłębia Donieckiego.

Ten marsz śmierci, potem ta bitwa, potem te morderstwa, podpalenia.

Prawie całe centrum było spalone.

U nas dom nie był spalony, ale komin był rozwalony.

Rodzice byli w piwnicy.

z bratem i siostrą, ten pocisk uderzył w komin, wyszli z tej piwnicy, byli cali, sadzą pobrudzeni.

Ci Ruscy, a tu na podwórku stał ponoć potężny czołg i oni trzymali to skrzyżowanie.

Ale jak rodzice wyszli, brat i siostra, z tej piwnicy ponoć byli jak murzyni i się zaczęli śmiać, może jakoś takich to rozbroiło, czy jak, nie wiem.

W każdym razie dom nie był do zamieszkania, nie?

I wiele też jeszcze było takich domów, że nie spaliły się, ale szybko było.

To był styczeń i było minus 27 stopni.

Taka najbardziej brutalna zbrodnia była w domach moich dwóch wujków.

Tam zginęło najwięcej osób, bo 13, w tym czworo dzieci.

Najmłodsze było ledwie dziesięciodniowe.

I ja wiedziałam o tym, że dwóch braci mojego ojca zamordowano, ale dla mnie to było... No ja urodziłam się po wojnie, więc zanim dorosłam, zanim co, to już temat był przedawniony, już się o tym w domu nie rozmawiało.

Jakoś tak podświadomie mi się...

Zdawało, że skoro zostali zamordowani, no to strzał w głowę i na tym się kończyło.

I dopiero 60 lat po wojnie, kiedy zaczęłam szukać informacji, to się dowiedziałam, że to było troszeczkę inaczej.

Mężczyźni zostali w ten sposób zamordowani, ale kobiety przeszły piekło.

Ci, którzy poszli tam potem zbierać trupy, widzieli kobiety z obciętymi piersiami, z rozciętymi brzuchami.

W piwnicy leżał jeden z mężów i jeden żołnierz i leżała sikiera, czyli tam musiała być jakaś bitwa na siekiery.

To musiało być okropne.

Czy u Pani w domu się dużo o tym mówiło?

Czy to też właśnie był taki temat pomijany?

Na pewno się dużo mówiło po wojnie, bo ja pamiętam jeszcze moją mamę, jak nieraz usiadła na ryczce,

spuściła głowę, zamyśliła się i wspominała te swoje dwie biedne szwagierki, och te boroczki, te boroczki.

No ale ja byłam za małym dzieckiem, jak wyrosłam to już było dwadzieścia ileś lat po wojnie, no i wtedy się na ten temat już nie mówiło, a ja sama nie dochodziłam, bo mi się wydawało, no zostali zamordowani, czyli kula do głowy i tyle, a to tam nie było tak.

Pamiętam też z okresu dzieciństwa, dzień wszystkich świętych na cmentarzu, zawsze z tatą chodziłam.

Wtedy były inne zimy, inaczej pierwszego listopada, inna była pogoda.

Wiem, że zawsze bardzo zmarzłam przy tym grobie, a tato z pozostałymi braćmi długo stali i rozmawiali, więc na pewno to był ten temat, stali przy grobach swoich braci i bratowych.

Ja byłam dzieckiem, mieszkam blisko cmentarza, ale było ciemno, bałam się do domu i to takie mam tylko wspomnienia z tym związane.

Audycja powstała przy współpracy ze Śląskim Centrum Wolności i Solidarności.

Ostatnie odcinki

0:00
0:00