Mentionsy

Szkic Kryminalny
06.05.2023 17:00

Podkarpackie: Pojechali oglądać gwiazdy (Dębica, 2016)

Jola wychodzi z mieszkania i nigdy do niego nie wraca. Po zgłoszeniu zaginięcia jej mama zaczyna dostawać dziwne SMS-y.

--------------------------

Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji  z ogólnodostępnych źródeł.

ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1m4mJUAruh4FlX9ZRhnaKHzUBTNvXbCiXNDx3AVd1k64/edit?usp=sharing

JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny

MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s

MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s

MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE

YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 427 wyników dla "Sądzie Okręgowym w Rzeszowie"

Dziś opowiem wam historię rodzinnego dramatu, który rozegrał się na jednej z podkarpackich wsi.

Dokładniej rzecz ujmując, jest to historia pewnej relacji, która przez dwie strony w niej uczestnicząca została odebrana w zupełnie inny sposób.

W efekcie romantyczna propozycja wypadu za miasto przerodziła się w prawdziwy koszmar.

Jeżeli poza samą zbrodnią interesuje Was tło obyczajowe oraz gra pozorów, w której zwycięstwem jest stworzenie dobrego wizerunku w oczach innych, zapraszam Was do wysłuchania odcinka z województwa podkarpackiego pod tytułem Pojechali oglądać gwiazdy.

Przenosimy się do Lubzinę, wsi leżącej w województwie podkarpackim w gminie Robczyca.

Wieś zamieszkuje ponad 2000 osób, więc raczej nie jest to jedna z tych miejscowości, gdzie wszyscy znają się osobiście, natomiast mimo tego panuje tam trochę taki klimat małej, zamkniętej społeczności.

Jak to często bywa w takich okolicznościach, wielu ma dużą wrażliwość na to, jak odbiorą ich inni, więc jedną z głównych motywacji do różnych działań jest to, co ludzie powiedzą.

Z Lubziny do stolicy województwa, czyli Rzeszowa, można dojechać w niecałe 40 minut.

Najbliżej leżącym miastem jest oddalona o kilka kilometrów Dębica, która jeszcze nie raz pojawi się w dzisiejszej historii.

Drogę z Lubziny do centrum Dębicy można pokonać w zaledwie kilkanaście minut, więc są to miejscowości prawie że ze sobą sąsiadujące.

W Lubzinie mieszkają państwo Ślusarczykowie.

To nazwisko wymyśliłam na potrzeby podcastu.

Małżeństwo mieszka w domu jednorodzinnym, umiejscowionym na dużej działce i dobrze się składa, ponieważ Ślusarczykowie są rodziną dość liczną.

Historia toczy się właściwie wokół dwóch sióstr, więc nie ma szczegółowych informacji na temat reszty rodzeństwa, ale najprawdopodobniej małżeństwo doczekało się czwórki dzieci.

Następna w kolejności jest trochę od niej starsza Marysia, a jeszcze przed nią urodził się brat oraz siostra.

Najstarsze rodzeństwo w ogóle nie bierze udziału w kluczowych wydarzeniach, ponieww tamtym czasie najpewniej mają swoje rodziny, więc już wcześniej się usamodzielnili i wyprowadzili z domu.

Po ich wyprowadzce w domu rodzinnym pozostali więc rodzice razem z Jolą i Marysią.

Jeżeli chciałoby się scharakteryzować całą rodzinę, to cechą w pierwszej kolejności rzucającą się w oczy jest religijność.

Wszyscy należą do kościoła rzymskokatolickiego i są w jakimś stopniu zaangażowani w życie kościelnej społeczności.

Państwo ślusarczykowie na pewno należą do kółka różańcowego.

Co do córek, to trudno powiedzieć, czy są równie wierzące, czy jedynie dostosowują się do ich oczekiwań.

Marysia raczej jest, ponieważ regularnie bierze udział w pielgrzymkach do Częstochowy, a to jest jednak inicjatywa wymagająca trochę większego zaangażowania niż np.

Na jednej z takich pielgrzymek dochodzi do przełomowego wydarzenia w jej życiu, ponieważ poznaje tam swojego przyszłego męża, Grześka.

Do Częstochowy idą razem nie tylko wtedy, bo wspólnych pielgrzymek zaliczają co najmniej kilka, więc być może od razu narodziło się między nimi uczucie, a może dopiero w trakcie jednego z kolejnych spotkań coś zaiskrzyło.

Grzesiek jest w wieku zbliżonym do Marii, natomiast o nim źródła podają trochę więcej informacji niż o niej.

Urodził się w Bobrowej Woli, czyli wsi leżącej niecałe 15 kilometrów od Lubziny.

Tam spędził całe dzieciństwo i młodość, a w czasie gdy poznał Marię nadal mieszkał u rodziców.

Poza tym ma rodzeństwo, jednego brata i dwie siostry bliźniaczki.

Jest najmłodszy z całej czwórki i z opisu wynika, że był może nie faworyzowany, ale uważany za takie złote dziecko.

Zawsze najgrzeczniejszy, spokojny i ułożony.

Taka wiecie, pociecha całej rodziny, do której wszyscy zwracali się zawsze bardzo pieszczotliwie, najczęściej używając formy grzesiu.

Jak można wywnioskować po okolicznościach poznania się, w związku jego i Marysi znaczącą rolę odgrywa m.in.

wiara.

Grzesiek, podobnie jak jego żona, pochodzi z bardzo religijnej i zaangażowanej w życie kościoła rodziny.

Ta rola kościoła jest na tyle znacząca, że jedna z jego sióstr po osiągnięciu dorosłości zdecydowała się na wyprowadzkę do Włoch, gdzie wstąpiła do klasztoru.

Jeżeli chodzi o edukację, to Grzesiek ukończył technikum, a z wykształcenia jest technikiem elektronikiem.

Jego dwie największe pasje to astronomia i fotografia.

Bardzo lubi robić zdjęcia, fascynują go różne techniki fotograficzne, a szczególnie dużą przyjemność sprawia mu fotografowanie przyrody.

Poza pasjami ma uporządkowane życie zawodowe, bo już od dłuższego czasu pracuje w firmie zajmującej się prefabrykacją szaf sterowniczych.

Ogólnie mówiąc jest to zagadnienie techniczne związane z automatyką przemysłową.

Natomiast nie będę wchodzić w szczegóły i wyjaśniać, czym dokładnie zajmowano się w firmie, bo raz, że nie ma to znaczenia dla sprawy, a dwa, w ogóle się na tym nie znam, więc mogłabym Wam jedynie streścić jakieś informacje z internetu, tylko że trudno będzie mi zweryfikować ich prawdziwość.

Ważne, abyście zapamiętali, że Grzesiek pracował na stanowisku montera w można powiedzieć nowoczesnej firmie, gdzie stosowano nowe technologie i używano drogiego sprzętu, do którego on miał dostęp.

Na temat pracy Marysi nie ma zbyt wielu informacji, oprócz tego, że pracuje ona razem ze swoją mamą w biurze jakiejś dużej ogólnopolskiej spółki, której siedziba mieści się w Dębicy.

Nie wspomniałam, ale firma Grzegorza też znajduje się w Dębicy, więc oboje muszą codziennie dojeżdżać do pracy, natomiast dojazd zajmuje tak naprawdę chwilę, więc nie stanowi to większego problemu.

Cała historia zaczyna się kilka lat przed kluczowymi wydarzeniami, mniej więcej w latach 2012-2013.

Grzegorz ma wtedy 28 lat, a najmłodsza córka ślusarczyków, czyli Jola, ma 22 lata.

Nie opisałam jej wcześniej i tych informacji nie ma zbyt wiele, ale wiadomo, że Jola jest średniego wzrostu, bo ma około 1,60 m.

Poza tym ma szczupłą sylwetkę, ciemnobrązowe włosy i oczy w takim samym kolorze.

Jest bardzo energiczna i towarzyska, aktywnie prowadzi profile w mediach społecznościowych, ma wielu znajomych i ogólnie rzecz ujmując jest po prostu lubiana.

Ma taki dar do szybkiego zjednywania sobie ludzi.

W latach 2012-2013 jeszcze się uczy i nadal mieszka z rodzicami w Lubzinie.

W międzyczasie ich grono znów zdążyło się powiększyć, ponieważ po ślubie z Marią Grzesiek wyprowadził się z Bobrowej Woli i zamieszkał razem z nią teściami oraz szwagierką w domu w Lubzinie.

Maria po ślubie zachodzi w ciążę, więc razem z mężem wspólnie oczekują narodzin swojej pierwszej córki.

Wiadomo, jaki jest stereotyp odnośnie relacji zięcia i teściowej, natomiast tutaj nie ma on potwierdzenia, ponieważ pani ślusarczyk, zresztą podobnie jak jej mąż, ufa Grześkowi i bardzo go lubi.

W opinii rodziców Marysi zięć jest przede wszystkim kulturalny i opanowany.

Nigdy nie podnosi głosu, jest troskliwy, a w kontaktach z innymi wręcz bije od niego ciepło.

Poza tym można z nim porozmawiać na każdy temat, sprawia wrażenie oczytanego, a także mającego wysoko rozwiniętą inteligencję emocjonalną.

Nie tylko teściowie tak myślą, bo ich zdanie podzielają również znajomi i sąsiedzi.

Oni też uważają nowego domownika za bardzo spokojnego, takiego, który nigdy nie ruszy kieliszka wódki, zawsze mówi dzień dobry i dobry wieczór, a jak trzeba to jest chętny do pomocy.

Jedna z sąsiadek podkreśla nawet, że nigdy nie słyszała, aby Grzesiek przeklinał albo z kimkolwiek się kłócił.

I jest tylko jedna osoba, która ma zastrzeżenia do wybranka Marysi i nie podziela zdania innych na jego temat.

Chodzi o jej dalszą krewną, kuzynkę albo ciotkę.

Kobieta nie lubi Grześka, ale nie za bardzo umie uargumentować dlaczego.

Powołuje się jedynie na swoje przeczucie i twierdzi, że ma on w sobie coś niepokojącego, co sprawia, że ona po prostu nie może go znieść.

Według niej są sygnały, że Marysia nie czuje się w tej relacji komfortowo, ponieważ już na początku małżeństwa często płacze w opinii krewnej z winy Grzegorza.

Kobieta mówi o swoich obawach zarówno Joli, jak i jej matce.

Nie wiadomo, co na to wszystko Jola, natomiast pani ślusarczyk się nie przejmuje i próbuje przekonać kuzynkę, że Zięć jest dobrym człowiekiem, bo przecież jest taki pobożny.

Po zajściu Marysi w ciąże, ona i Grzesiek rozważają wyprowadzkę, ponieważ skoro będą mieć dziecko, to chcą zamieszkać na swoim.

W związku z tym, że działka jest duża, to ze strony rodziców pada propozycja, że użyczą im miejsca, tak żeby Maria i Grzegorz mogli wybudować dom obok nich.

Tym sposobem będą nadal blisko, ale jednocześnie zamieszkają na własnej przestrzeni i będą mogli prowadzić gospodarstwo domowe po swojemu.

Córka i ziań są chętni, postanawiają skorzystać z propozycji i zaczynają planować budowę domu.

Nie dzielą działki w żaden sposób, np.

płotem, po prostu fundamenty powstają tuż obok domu państwa ślusarczyków, oczywiście z zachowaniem odpowiedniego odstępu.

Po kilku miesiącach Maria rodzi córeczkę, ale budowa domu nadal trwa.

Nie stanowi to dużego problemu, bo relacje między domownikami są poprawne, a dzięki temu młode małżeństwo w pierwszych miesiącach może liczyć na pomoc rodziców i siostry w opiece nad dzieckiem.

Po zakończeniu urlopu macierzyńskiego Marysia decyduje, że chce wrócić do pracy, a w związku z tym, że nadal mieszkają razem, często prosi Jolę, aby ta zajęła się siostrzenicą.

Siostra chętnie się tego podejmuje, a ze względu na to, że ma trochę luźniejszy grafik niż Marysia, dosyć często spędza czas z dzieckiem.

W tamtym okresie on i Jola często przebywają razem i to chyba wtedy zaczyna się między nimi rodzić uczucia.

Wszyscy mieszkają pod jednym dachem

więc zmianę w zachowaniu córki i zięcia szybko zauważają rodzice, co skutkuje tym, że atmosfera staje się co najmniej nerwowa.

Podobno do jednej z awantur jest wzywana policja, więc również sąsiedzi spostrzegają, że w dotychczas spokojnej rodzinie zaczyna dziać się coś złego.

W źródłach albo bardziej w komentarzach pojawiają się rozważania, czy rodzice powiedzieli o wszystkim Marii, czy zachowali to w tajemnicy.

Na pewno Jola i Grzesiek po tym, jak zostali przyłapani, obiecali, że zakończą romans.

Jest mało prawdopodobne, że Maria nie zauważyła napiętej atmosfery w domu, więc raczej dowiedziała się też o źródle problemu.

Według komentujących, jeżeli by wiedziała, to odeszłaby od Grześka, ale według mnie niekoniecznie.

Nikt przecież nie wie, jak dokładnie układało się między nimi i jakie mieli podejście do związku.

Dla jednych zdrada może być niewybaczalna, a dla innych to po prostu problem do przepracowania.

Poza tym nawet jeśli dla Marii w pierwszej chwili było to coś niewybaczalnego, to dochodzą inne aspekty.

Zakładam, że brali ślub kościelny, gdzie rozwodów nie ma.

Jedynie unieważnienie, ale zdrada współmałżonka chyba nie jest do tego podstawą.

Mogli więc wziąć jedynie rozwód cywilny, ale przypominam, że mieszkali na wsi na Podkarpaciu, więc niestety dochodzi argument, co ludzie powiedzą.

W źródłach pojawia się też aspekt nacisku ze strony rodziców, którzy podobno odradzali rozstanie, bo chcieli, żeby wnuczka wychowywała się w normalnej rodzinie.

Maria i Grzegorz mogli również bez niczyich sugestii, kierując się dobrem dziecka, wybrać pozostanie w małżeństwie.

Jedna ze znajomych rodziny wspomina, że podobno Jola z Grześkiem zniknęli razem na jakiś czas, ale on w końcu wrócił do Marysi na kolanach i prosił ją o wybaczenie.

Wtedy żona zdecydowała się wybaczyć i dać mu drugą szansę.

W 2014 roku małżeństwo wyprowadza się na drugą stronę podwórka, ponieważ budowa domu wreszcie dobiegła końca.

W międzyczasie Maria zachodzi w drugą ciążę i już po przeprowadzce rodzi synka.

Grzesiek bardzo angażuje się w życie rodzinne i w opiekę nad dziećmi, kiedy tylko może spędza czas z córką i synem, a rano w drodze do pracy zawsze odwozi dziewczynkę do przedszkola.

Z domu wyprowadza się również Jola, natomiast ona w ogóle opuszcza Lubzinę i zamieszkuje w mieście.

Wynajmuje pokój w Dębicy i rozpoczyna życie na własny rachunek.

Z tego powodu musi rozpocząć jakąś pracę, więc znajduje zatrudnienie w lokalnych delikatesach.

Wraz z koleżanką wynajmuje całe mieszkanie dla siebie, tak aby nie dzielić już przestrzeni z większą ilością współlokatorów.

Wprowadzają się do czteropiętrowego bloku przy ulicy Szkotniej w Dębicy.

Nowe mieszkanie to nowy etap, ale nie tylko to zmienia się w życiu Joli.

Znacie pewnie takie powiedzenie, stara miłość nie rcewieje i w tym wypadku ma ono zastosowanie.

Na przełomie lata i jesieni 2015 roku Jola i Grzesiek znów zaczynają się spotykać.

Z oczywistych względów najczęściej to on potajemnie odwiedza szwagierkę w jej mieszkaniu.

Współlokatorka Joli wie zapewne o ich spotkaniach.

Natomiast nie zna szczegółów, bo też ona i Jola nie są szczególnie blisko, a dla pary kochanków tak naprawdę dużo bardziej istotne jest to, że są poza zasięgiem wzroku Marysi i rodziców.

W tamtym czasie Jola nadal utrzymuje kontakt z rodziną, ale raczej jest to kontakt sporadyczny.

Rzadko dzwoni do rodziców, a jeżeli akurat chce z nimi spędzić trochę czasu, to odwiedza ich, jak to zostało ładnie określone w jednym ze źródeł, na niedzielnych obiadkach.

Ostatni raz mama i tata widzą ją w maju 2016 roku.

Wizyta odbywa się po dłuższej przerwie i gdy do niej dochodzi, rodzice są co najmniej zaskoczeni, bo okazuje się, że córka jest w zaawansowanej ciąży.

Rozmawiają z nią na ten temat, jednak ona jest bardzo tajemnicza i nie chce zdradzić, kim jest jej partner, a zarazem ojciec dziecka.

wi jedynie, że jest to już 30 tydzień ciąży, a termin porodu przewidziany jest na końcówkę lipca.

Jola szykuje się do wyjścia z domu, ale nie informuje współlokatorki dokąd idzie.

Nie jest to niczym nadzwyczajnym, bo nie mają w zwyczaju za każdym razem mówić sobie gdzie idą.

W niektórych źródłach jest informacja, że to wyjście było 31 maja, natomiast oceniając jakość źródeł, bardziej prawdopodobna wydaje mi się wersja z 20 maja.

Która wersja nie byłaby poprawna, to ani tego samego dnia, ani w ciągu następnych miesięcy Jola nie wraca do mieszkania na Szkotniej.

Koleżanka nie zgłasza zaginięcia, co może się wydawać trochę dziwne, ale jak się spojrzy szerzej na kontekst, to nie aż tak.

Po prostu była pewna, że Jola spakowała część rzeczy i przez wgląd na zbliżający się termin porodu wróciła do Lubziny.

Ma to sens, bo Jola faktycznie wywiozła część rzeczy z ich wspólnego mieszkania, ale nie dlatego, żeby wrócić do domu rodzinnego, a z innego powodu, który omówię później.

Natomiast współlokatorka mogła nie znać prawdziwej przyczyny, bo też tak jak wspominałam nie były ze sobą jakoś szczególnie blisko.

Poza tym Jola pracowała fizycznie, więc uwagi na ciążę już od dłuższego czasu była na zwolnieniu lekarskim.

Skoro nie musiała chodzić do pracy, to koleżanka mogła założyć, że wyjechała na dłużej do domu, żeby w razie czego móc liczyć na pomoc rodziców.

Prawdopodobnie się minęły i współlokatorka nie widziała momentu jej wyjścia, więc też nie widziała czy Jola wyglądała tak jakby wychodziła na chwilę, czy była spakowana i zabierała ze sobą na przykład kilka toreb.

Jednak poza nią są jeszcze rodzice, którzy również nie zgłosili zaginięcia ani w maju, ani w czerwcu, ani nawet w lipcu.

Tak jak wspominałam, mieli z córką kontakt sporadyczny.

Relacje mogły być napięte przez wydarzenia z przeszłości, ale trochę dziwne, że ani razu nie zadzwonili, wiedząc, że jest ona w zaawansowanej ciąży.

Chyba że dzwonili kilka razy, Jola nie odebrała, więc uznali, że nie chce rozmawiać i odpuścili.

Jest jeszcze jedna wersja, według której rodzice w ogóle nie wiedzieli o ciąży i dowiedzieli się o tym dopiero w trakcie poszukiwań od współlokatorki Joli.

Może, ale bardziej logiczne wydaje się, że jednak znali sytuację, bo też z tego powodu właśnie w lipcu rozpoczęli poszukiwania na własną rękę.

Minął termin porodu, córka nie dała znaku życia, więc zdecydowali się podjąć działania.

Sprawdzili okoliczne szpitale, żeby ustalić, czy może Jola tam jest, ale niestety jej nie znaleźli.

W ogóle ta informacja, że rodzina rzekomo nie wiedziała o ciąży, pochodzi od kogoś znajomego, być może sąsiada lub sąsiadki.

Sprzeczność mogła się wziąć stąd, że rodzina wiedziała o ciąży, ale trzymała to w tajemnicy przed sąsiadami.

Wiemy jak działają tak małe społeczności, więc mogli zdecydować się na takie rozwiązanie, aby uniknąć plotek na swój temat.

Gdy rodzice zaczynają szukać Joli, Grzesiek i Maria lecą z dziećmi na wakacje do Hiszpanii.

Po powrocie dowiadują się, że Jola nadal nie dała znaku życia.

Ostatecznie to pani Ślusarczyk w środę 3 sierpnia zgłasza policji zaginięcie córki.

Sprawę prowadzi komenda powiatowa w Dębicy.

W międzyczasie rodzinie udaje się ustalić, że z parkingu przed blokiem na Szkotniej zniknął samochód Joli.

Funkcjonariusze, gdy dowiadują się, że zaginiona była widziana po raz ostatni ponad dwa miesiące temu i dodatkowo była wtedy w zaawansowanej ciąży, od razu zaczynają działać.

Zwierzchnictwo nad śledztwem przejmuje prokurator Jacek Żak z prokuratury rejonowej w Dębicy.

Śledczym udaje się uzyskać wyciągi z konta Joli i to jest pierwsze ciekawe odkrycie, bo okazuje się, że tuż po jej zaginięciu z konta były wypłacane pieniądze.

Wypłat dokonano w kilku bankomatach, z których Jola nigdy wcześniej nie korzystała.

Żaden z użytych bankomatów nie miał zainstalowanego monitoringu, więc może taki zabieg był celowy, aby nie dało się ustalić, kto wypłacał środki.

Dla śledczych jest to pierwszy sygnał, że poszukiwanej mogło stać się coś złego.

Kolejnym jest fakt, że Jola do tej pory bardzo aktywna w mediach społecznościowych, nagle przestała cokolwiek dodawać.

Zerwała kontakt ze znajomymi i z nikim nie pisała na czatach.

Ostatnia aktywność miała miejsce w dniu jej zaginięcia.

Za pośrednictwem Narodowego Funduszu Zdrowia śledczy sprawdzają, czy Jola rodziła w którymś z polskich szpitali, ale okazuje się, że nie.

Zaczynają więc poszukiwania za granicą.

Pojawiają się kolejne spekulacje i możliwe scenariusze, takie jak potajemny wyjazd z kraju czy zabójstwo.

Policjanci kontaktują się z pracodawcą, który informuje, że Jola już od dawna nie przychodziła do pracy, ale na bieżąco dostarczała zwolnienia lekarskie.

Tylko, że w ostatnim czasie przestała to robić.

Dwa dni po zgłoszeniu zaginięcia policji, czyli w piątek 5 sierpnia, mama Joli dostaje z jej numeru dziwnego smsa.

Wiesz dobrze, że nie zaginęłam.

Sprzedałam swoją córkę, a twoją wnuczkę.

To jedyny cytat jaki znalazłam, ale kolejne wiadomości zostały sparaprazowane w źródłach, więc mogę wam je teraz opisać.

Jola miała w nich zapewniać, że czuje się dobrze, układa sobie życie i nie chce, żeby rodzice jej szukali.

Zaznaczyła też, że jeśli zajdzie w kolejną ciążę, to znowu sprzeda dziecko, ponieważ takie działanie zapewnia jej dostatnie życie.

Z SMS-ów wynika, że ma pretensje o to, że rodzina zgłosiła zaginięcie policji, bo jeżeli ją znajdą, może trafić do więzienia.

Mamie Joli te SMS-y wydają się bardzo podejrzane.

Sama treść jest szokująca, natomiast forma i dobór słów w ogóle nie pasują do jej córki.

W związku z tym niezwłocznie przekazuje nowe informacje śledczym.

W grę może wchodzić handel ludźmi, więc śledztwo przejmuje prokuratura okręgowa w Rzeszowie.

Jeżeli okaże się, że treść wiadomości jest prawdziwa, Joli grozi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności.

Jednak nie tylko mama podchodzi do tematu sceptycznie, ponieważ prokurator również wydaje się nie być przekonany, że SMS-y pisała zaginiona.

Razem z psychologiem analizują treść wiadomości i porównują je z wcześniejszym stylem pisania Joli.

Według psychologa te najnowsze smsy pisał ktoś inny, prawdopodobnie osoba mająca związek z jej zaginięciem.

Zostaje powołana specjalna grupa śledcza, która ma za zadanie znaleźć sprawcę.

Grupa złożona jest z policjantów pracujących w różnych wydziałach Komendy Wojewódzkiej, a wspomagać ich mają kryminalni z Dębicy.

Na pierwsze efekty ich działań nie trzeba długo czekać, bo już wkrótce namierzają Toyotę, którą jeździła Jola.

Okazuje się, że samochód został sprzedany w czerwcu, czyli niecały miesiąc po jej zaginięciu.

Podejmują coraz to nowsze ustalenia i w efekcie po niecałych dwóch miesiącach poszukiwań typują dwóch podejrzanych.

Pierwszym z nich jest kolega Joli z pracy, który z jakiegoś niewyjaśnionego powodu był współwłaścicielem jej auta.

Niewątpliwie z tego powodu było mu łatwiej sprzedać samochód, ale to jedyne co świadczy na jego niekorzyść.

Nie ma innych dowodów przeciwko niemu, więc ten trop zostaje szybko porzucony.

Do śledczych już wcześniej docierały informacje na temat potajemnych spotkań i romansu.

Łączą fakty i uznają, że może Grzesiek z jakiegoś powodu chciał się pozbyć kochanki.

Wiadomo, że Jola była w ciąży, więc pojawiają się hipotezy, że może to on był ojcem.

Są to jedynie spekulacje, nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, ponieważ Jola nikomu nie zwierzała się z tego, czyje to dziecko.

Grzesiek był już raz przesłuchiwany, krótko po zgłoszeniu zaginięcia.

Przesłuchanie odbyło się po tym, jak razem z Marysią wrócili z Hiszpanii.

Nie było to wtedy niczym dziwnym ani nadzwyczajnym, ponieważ były to dopiero początki śledztwa i policjanci przesłuchiwali wszystkich członków rodziny.

Grzegorz nie powiedział wtedy niczego przełomowego, natomiast gdy grupa śledcza uznaje go za podejrzanego w sprawie, zostaje ponownie wezwany do złożenia wyjaśnień.

Wbrew oczekiwaniom to przesłuchanie również nie wnosi niczego nowego, nie ma mocnego materiału dowodowego przeciwko niemu, więc nie zostają mu postawione żadne zarzuty.

Pozostaje na wolności, ale policja mocno się nim interesuje i nie tylko oni, bo o ile dla teściów to pierwsze przesłuchanie było czymś naturalnym, o tyle wezwanie Grześka po raz drugi na komendę zaczyna budzić ich wątpliwości.

Stają się podejrzliwi w stosunku do Zięcia i zaczynają coraz bardziej naciskać, aby opowiedział im, co stało się z Jolą.

Wkrótce przeradza się to w otwarte oskarżenia, a rodzinna atmosfera staje się nie do wytrzymania.

Presja robi się tak duża, że Grzegorz postanawia odgrodzić się od teściów i na środku działki stawia betonowy mur.

Tym sposobem rodzina praktycznie przestaje się do siebie odzywać.

Mijają kolejne tygodnie, a śledczy nie przekazują rodzinie żadnych nowych informacji w sprawie.

W drugiej połowie listopada dochodzi do nieoczekiwanego przełomu, bo na policję zgłasza się właściciel firmy zajmującej się prefabrykacją szaf sterowniczych.

Mężczyzna zgłasza kradzież firmowego sprzętu, którego łączną wartość szacuje na kilkaset tysięcy złotych.

Jak się pewnie domyślacie, w Dębicy nie ma zbyt wielu firm o takim profilu działalności, więc szybko udaje się wywnioskować, że kradzież dotyczy miejsca pracy Grzegorza.

Znalazłam komentarz jednego z pracowników tej firmy, który pisał, że sprzętu o tak dużej wartości nie da się wywieźć naraz i ktoś musiał wywozić go etapami.

Dziwne więc, że w międzyczasie nikt tego nie zauważył.

Ani właściciel firmy, który podobno był bardzo spostrzegawczy, ani pracownicy.

Grześka omija cała ta sytuacja, ponieważ nie pojawia się w pracy od kilku dni.

Co ciekawe, nie ma go również w domu, z dnia na dzień po prostu zniknął.

Zaniepokojeni członkowie rodziny na portalach społecznościowych publikują apele z prośbą o pomoc w poszukiwaniach, jednak nie przenoszą one oczekiwanego rezultatu.

Grzesiek nie wraca do domu ani z nikim się nie kontaktuje.

Ostatni raz był widziany w środku tygodnia, więc bliscy przez cały weekend szukają go na własną rękę, ale w końcu poddają się i w poniedziałek, 21 listopada, Maria udaje się na komisariat, aby zgłosić zaginięcie męża.

Policjanci przyjmują zgłoszenie i od razu zapala im się czerwona lampka, ponieważ dwa zgłoszenia, które dostali w ostatnim czasie, łączy jedna osoba.

Są prawie pewni, że Grzegorz odpowiada za kradzież sprzętu z firmy, więc natychmiast rozpoczynają poszukiwania.

Dziewięć dni później, w środę 30 listopada, poszukiwania zostają zakończone, a podejrzany aresztowany.

Grzesiek przez cały ten czas jeździł po Polsce, natomiast w tamtą środę postanowwrócić na chwilę do Lubziny.

Śledczy nie ujawniają z jakiego powodu, może został w jakiś sposób zwabiony, w każdym razie pod osłoną nocy chciał po coś wejść do domu.

Na jego nieszczęście pod domem czekała zasadzka, więc został aresztowany i przewieziony na komendę.

Miał świadomość, że jest poszukiwany, w związku z tym nie zmienił w żaden sposób wyglądu, ale zachowywał inne środki ostrożności.

Nie używał swojego telefonu komórkowego, a także unikał płatności kartą.

Dysponował jedynie gotówką i to w sporej kwocie, a te pieniądze zabezpieczono przy nim w trakcie zatrzymania.

Okazało się, że policjanci mieli rację i to Grzesiek odpowiada za kradzież firmowego sprzętu.

Ukradł go, aby następnie go spieniężyć, a ze zgromadzonych środków opłacić sobie wyjazd za granicę.

W tym celu sprzedał go parze paserów z Krakowa, 30-letniemu Dariuszowi K. i 26-letniej Marii K. W zamian otrzymał od nich kwotę blisko 500 tys.

Podobno nawet udało mu się ich przekonać, że sprzęt pochodzi z legalnego źródła, a na potwierdzenie swoich słów miał im wystawić fakturę, którą podpisał nazwiskiem fikcyjnej kobiety o imieniu Jadwiga.

Według niego była to właścicielka sprzętu, co miało potwierdzać jego zgodne z prawem pochodzenia.

W siebie przedstaww tym wszystkim jako kogoś w rodzaju pośrednika, który pomaga tajemniczej jadwidze sprzedać produkt.

Prawdopodobnie paserzy nie zdążyli puścić wszystkiego w obieg, ponieważ policjantom udało się odzyskać znaczną część skradzionych maszyn.

Grzegorzowi zostają postawione dwa zarzuty.

Sfałszowania faktury oraz kradzieży mienia o znacznej wartości, za co grozi mu do 10 lat więzienia.

Policjanci oczywiście korzystają z tego, że mają go do pełnej dyspozycji, więc ponownie wypytują go o zaginięcie Joli.

Dzięki ich dociekliwości w końcu w sprawie pojawia się przełom.

Grzesiek na jednym z przesłuchań, odbywającym się dwa dni po aresztowaniu, czyli w piątek 2 grudnia, wyznaje śledczym, że widział się z Jolą w dniu jej zaginięcia.

Wie, co się z nią stało, a dalszy opis nie pozostawia nawet cienia nadziei, że Jola odnajdzie się jeszcze cała i zdrowa.

Zeznaje, że wtedy w maju nadal potajemnie się ze sobą spotykali.

W piątek 20 maja zaproponował Joli, że zabierze ją na wieczorną wycieczkę za miasto, gdzie razem będą oglądać gwiazdy.

On chciał zrobić kilka zdjęć i uwiecznić zarówno okoliczności przyrody, jak i samą Jolę.

Miało to być coś w rodzaju amatorskiej sesji zdjęciowej.

Ona się zgodziła, więc w piątek podjechał swoim służbowym Fiatem na ulicę Szkotnią i zawiózł ją w miejsce, które wybrał już wcześniej.

Odnośnie tego, co to za miejsce, jest kilka wersji.

W niektórych źródłach pojawia się informacja, że było to przy zjeździe z autostrady A4 w okolicach Żyrakowa.

W innych, że było to 15 km od Straszęcina i nie jest to równoznaczne, bo Żyraków i Straszęcin leżą praktycznie obok siebie.

Kilka razy jest też informacja, że pojechali do wsi o nazwie Borowa i taka wieś faktycznie istnieje, ale leży blisko granicy województwa.

Relatywnie daleko od Dębicy i autostrady, więc raczej nie o nią chodzi.

Drogą dedukcji doszłam do tego, że prawdopodobnie pojechali do Bobrowej, a nie Borowej i to literówka, którą później źródła po sobie powtarzały.

Przypominam, że Grzesiek pochodził z Bobrowej Woli, leżącej tuż obok Bobrowej, więc dobrze znał te okolice i dlatego mógł wybrać właśnie to miejsce.

Poza tym Bobrowa leży dość blisko autostrady i Dębicy, a od wcześniej wspomnianego Straszęcina dzieli ją około 10 kilometrów.

10 to nie 15, ale może w źródłach zostało to naciągnięte.

Natomiast jeżeli okazałoby się, że pojechali do samej Bobrowej Woli, to tą wieś od Straszęcina dzieli już 13 kilometrów, dlatego te okolice wydają mi się najbardziej prawdopodobne.

Gdy dotarli do celu, weszli na piętnastometrowy nasyp, więc Grzesiek musiał wcześniej tam być, żeby wiedzieć, że na miejscu znajdą tak sprzyjający punkt widokowy.

Zrobili kilka zdjęć, natomiast zaraz po tym romantyczne spotkanie przemieniło się w splot tragicznych wypadków.

Przynajmniej tak w pierwszych zeznaniach przedstawił to Grzegorz.

Jola w trakcie pozowania stała się mniej uważna, co poskutkowało tym, że poślizgnęła się, a następnie spadła z nasypu.

Jeżeli nasyp faktycznie miał 15 metrów wysokości, to upadek z niego był równoznaczny mniej więcej z upadkiem z dachu czteropiętrowego bloku.

Grzegorz po zejściu na dół nie wiedział jak jej pomóc, więc sprawdził tylko, że nie oddycha i zaczął panikować.

Idealnym miejscem do tego wydawał się kompleks leśny niedaleko Robczyc, zaledwie kilka kilometrów od Lubziny.

Po zakopaniu grobu ziemię polał środkami chemicznymi, głównie wybielaczem, aby zwierzęta nie wyczuły zapachu zwłok i go nie odkopały.

Gdy bliscy zgłosili zaginięcie Joli, on nadal dysponował jej telefonem, więc żeby zniechęcić wszystkich do poszukiwań, wysłał do swojej teściowej wcześniej wspomniane smsy.

Nierozwiązaną zagadką pozostaje dlaczego, skoro telefon był w użyciu, nikomu nie udało się go namierzyć.

Zapis logowań nie ujawnia co prawda dokładnego miejsca użycia komórki, ale pokazuje stacje bazowe, z jakimi telefon się łączył.

Mogłoby to więc znacznie zawęzić obszar poszukiwań.

Śledczy o wyniku przesłuchania natychmiast powiadamiają prokuratora, który tego samego dnia zleca znalezienie i przebadanie obszaru rzekomego ukrycia zwłok.

Samo namierzenie miejsca trwa kilka godzin, jednak w końcu się udaje.

Ziemia faktycznie polana jest chemikaliami, które spełniły swoją funkcję, ponieważ zwłoki są nienaruszone.

Mimo tego, że ukryto je dość płytko, bo dół ma zaledwie pół metra głębokości.

Po wielu godzinach pracy i skrupulatnego wydobywania zawartości grobu, ciało w końcu zostaje zapakowane i przewiezione do zakładu medycyny sądowej w celu wykonania dalszych badań.

Następnego dnia, w sobotę 3 grudnia, Sąd Okręgowy w Rzeszowie wydaje postanowienie o tymczasowym aresztowaniu Grzegorza na okres trzech miesięcy.

Decyzja zapada wyłącznie na podstawie postawionych już zarzutów kradzieży mienia, ponieważ sprawa nieszczęśliwego wypadku nadal jest wyjaśniana.

Jeszcze tego samego dnia zostaje przeprowadzona sekcja zwłok.

Na początku mniej zaskakujące ustalenia, Jola była w ciąży, a badania genetyczne nie pozostawiają wątpliwości, że to Grzegorz był ojcem dziecka.

Natomiast w trakcie sekcji wychodzą na jaw też zupełnie nowe fakty odnośnie okoliczności śmierci.

Okazuje się, że badana z całą pewnością nie zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku.

Co prawda ma obrażenia świadczące o upadku z wysokości, ale nie był to upadek śmiertelny.

Ma za to inne obrażenia, takie jak rany głowy zadawane narzędziem tempokrawędzistym oraz ranę na szyi zadaną prawdopodobnie nożem.

Jest pewne, że sprawca zadawał ciosy celowo.

Śledczy konfrontują wyniki sekcji z Grzegorzem, który w ciągu następnych dni pod naciskiem zmienia zeznania i przyznaje, że faktycznie nie był to nieszczęśliwy wypadek.

Wyznaje, że gdy Jola zaszła z nim w ciąże, to wierzyła, że dla niej i dziecka on porzuci Marysię, a także ich córkę oraz syna.

Nie były to bezpodstawne oczekiwania, bo Grzegorz nieraz sam ją o tym zapewniał.

Wtedy, gdy pojechali oglądać gwiazdy, powrócił temat wspólnej przyszłości.

Kilka dni wcześniej sfinalizowali wynajem nowego mieszkania w Dębicy i przewieźli tam część rzeczy Joli.

wiłam o tym wcześniej w kontekście tego, dlaczego współlokatorka mogła myśleć, że Jola wraca na dłuższy czas do Lubziny.

Dlatego, że z mieszkania zniknęła spora częściej rzeczy, ale trafiły one nie do domu rodzinnego, a do nowego mieszkania wynajętego przez Grzegorza.

Na wieczornym spotkaniu on zaczął wycofywać się z wcześniejszych deklaracji, a dokładnie z części o wspólnym życiu.

Powiedział, że nie chce się rozwodzić ani zmieniać dotychczasowego stylu życia i wyprowadzać się z Lubzinę.

Od tego zaczęła się wymiana zdań, która szybko przerodziła się w zaciętą kłótnię.

To wtedy w silnych emocjach Grzegorz miał celowo zepchnąć Jolę z nasypu.

Gdy zszedł na dół, ona nadal żyła, więc kilkukrotnie uderzył ją w głowę cegłą leżącą obok.

Włożył ciało do bagażnika, a żeby mieć pewność, że Jola nie żyje, podjechał do swojej firmy w Dębicy.

gdzie najwidoczniej mógł jakimś sposobem wejść po godzinach pracy i zabrał stamtąd nóż, który wbił jej w szyję.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, podczas sekcji zwłok okazuje się, że żaden z ciosów nie był śmiertelny.

Nóż, który miał zadać ten ostateczny cios o dosłownie kilka milimetrów, ominął główną tętnicę.

Zgon nastąpił w wyniku zakrztuszenia się krwią, która dostała się do dróg oddechowych.

Teraz niestety znów jest rozbieżność w źródłach, ponieważ jak wiemy Grzegorz i Jola pojechali do Bobrowej jego samochodem.

Wiadomo też, że przez kolejne dni on jeździł nim do pracy, a po pracy badał okolice i szukał miejsca, gdzie mógłby ukryć zwłoki.

Część źródeł sugeruje, że przez cały ten czas zwłoki były w jego bagażniku.

Przypomnę, że działo się to w maju, a wysokie temperatury przyspieszają proces rozkładu, więc nie wiem, czy to możliwe, żeby jeździł kilka dni samochodem, w którym było czuć smród rozkładającego się ciała.

Pomijając jego odczucia, to przecież woził tym samochodem dzieci i parkował go przed domem i nikt miałby tego nie wyczuć?

Znalazłam też taką wzmiankę, że przełożył ciało do samochodu Joli i poruszał się przez kilka dni jej autem, ale to też brzmi bezsensownie, bo tylko ściągnęłoby na niego uwagę.

Mieszkał przecież tuż obok rodziców swojej ofiary, którzy zapewne rozpoznaliby samochód córki.

Jeżeli faktycznie była jakaś zamiana, to najbardziej sensownie brzmi przełożenie ciała do samochodu Joli i zostawienie go gdzieś na te kilka dni.

To też niosłoby za sobą ryzyko, ale na pewno mniejsze niż trzymanie zwłok w samochodzie, w którym Grzegorz sam jeździł.

Dzięki temu zabiegowi jego auto byłoby w cudzysłowie czyste, mógłby go w międzyczasie używać i znaleźć odpowiednie miejsce na wykopanie grobu bez wzbudzania większych podejrzeń.

Gdy jeżdżąc po okolicy znalazł las obok robczyc, pojechał po ciało i przewiózł je tam swoim samochodem.

Po zakończeniu procederu wyczyścił auto Joli i wystawił je na sprzedaż.

Prawdopodobnie dysponowwszystkimi niezbędnymi dokumentami, więc transakcja bezproblemowo doszła do skutku.

Po wykonanej sekcji zwłok ciało zostaje wydane zrozpaczonej rodzinie.

Cztery dni później, w środę 7 grudnia, odbywa się uroczystość pogrzebowa.

Jolę żegnają bliscy, to jest rodzice, rodzeństwo i przyjaciele, ale nie tylko, bo na pogrzeb przybywają również dalsi członkowie rodziny, znajomi i ogólnie rzecz ujmując prawie cała wieś.

Ksiądz rozpoczyna ceremonię następującymi słowami.

Drodzy, mam nadzieję, że zgromadziła nas tu wiara i miłość, a nie ciekawość.

Na mszę przychodzą tłumy, więc pewnie niejeden szuka tam taniej sensacji, ponieważ informacja o tragedii, jaka spotkała ślusarczyków, błyskawicznie obiega całą Lubzinę.

Bliscy Joli bardzo to przeżywają, największa rozpacz maluje się na twarzy jej mamy oraz naturalnie Marysi, którą tragedia dotknęła zdecydowanie najbardziej na wielu płaszczyznach.

Gdy uczestnicy pogrzebu idą w kondukcie żałobnym za trumną, ledwo trzyma się na nogach.

Przez cały czas musi być podtrzymywana przez brata.

Jedna z jej ciotek, pani Halina, udziela komentarza mediom i podsumowuje sytuację tak, że Marię przy życiu trzymają na ten moment już tylko dzieci.

Jola zostaje pochowana na cmentarzu w Lubzinie, ale ten temat za chwilę rozwinę jeszcze bardziej.

Całą ceremonię ksiądz podsumowuje cytatem z piosenki Czesława Niemena Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła.

Następnego dnia, w czwartek, 8 grudnia, Grzegorzowi zostaje postawiony kolejny zarzut, tym razem zabójstwa.

W kolejnych dniach Maria udaje się do sądu rejonowego w Robczycach i składa papiery rozwodowe, aby zakończyć nieudane małżeństwo.

Teraz wracamy do miejsca pochówku, czyli na cmentarz w Lubzinie.

Tydzień po pogrzebie grób dosłownie tonie w kwiatach, zostawionych przez krewnych, przyjaciół i znajomych.

Żeby później nie mieszać wątków, ominiemy na chwilę chronologię zdarzeń i przeskoczymy o 4 miesiące.

Jest kwiecień 2017 roku, a grób pozostaje w niezmienionej formie.

Nie ma nagrobka, jest nadal taki grób prowizoryczny, jak zostaje po pogrzebach.

I co ciekawe, nie ma tam też żadnej nawet tymczasowej tabliczki.

Tym samym nie ma w ogóle wzmianki ani o Joli, ani o nienarodzonym dziecku.

Wszędzie leżą jedynie kolorowe wiązanki sztucznych kwiatów.

Być może w ogóle bym o tym nie wspominała, ale ta informacja zbiega się z innym odkryciem.

Gdy szukałam daty urodzenia Joli, to w pierwszej kolejności sprawdziłam grobonet.

Znalazłam tam osobę o takim samym imieniu i nazwisku, dodatkowo w tym samym wieku, z taką samą datą śmierci, natomiast przypisaną nie do województwa podkarpackiego, a do małopolskiego.

Kilka źródeł zawiera informacje o tym, że pochowano ją w Lubzinie, natomiast na grobonecie, w tym miejscu, gdzie zawsze wpisana jest nazwa cmentarza, pisano nazwę pomnika.

Dokładnie chodzi o pomnik ofiar wypadków komunikacyjnych i przestępstw we wsi Zabawa, czyli miejscowości leżącej w województwie małopolskim.

Inna nazwa tego pomnika to przejście.

Zacytuję teraz w jaki sposób opisano go na stronie visitmałopolska.pl Pomnik przejście powstał w latach 2010-2012 jako odpowiedź na potrzebę powołania przestrzeni kontemplacji i spotkania dla osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych i ich rodzin, a także jako miejsce upamiętniania tych, którzy zginęli.

Pierwszy raz widzę coś takiego, bo na grobonecie albo kogoś po prostu nie ma, a jak jest, to zawsze z dodaną nazwą cmentarza, a nie pomnika.

Nie wiem jak to zinterpretować.

W połączeniu z tym, że na jej grobie długo nie było żadnej tabliczki, to pomyślałam, że może rodzina zdecydowała się pochować ją w grobie bezimiennym.

Pewnie mogą być też inne powody, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.

To tyle na temat miejsca pochówku, więc wracamy do grudnia 2016 roku.

W poniedziałek 12 grudnia odbywa się wizja lokalna, na której Grzegorz odtwarza cały przebieg wydarzeń, nadal utrzymując, że wszystko co się stało było efektem działania silnych emocji.

Kolejne miesiące prokurator poświęca na zebranie materiału dowodowego i to wtedy na jaw wychodzą nowe fakty.

Gdy po otrzymaniu zgłoszenia śledczy zaczęli szukać Joli, Grzesiek podjął działania mające im utrudnić cały proces i zniszczył jej dowód osobisty oraz prawo jazdy.

Jak już wiemy sprzedał też jej samochód oraz jak się okazało laptopa, a także wypłacił pieniądze z konta.

Dzięki temu wzbogacił się łącznie o 17 tysięcy złotych, jednak to nie wszystko.

Dysponując telefonem Joli, podszywał się pod nią i wysyłał do jej znajomych smsy i mmsy, w których żądał spłaty prawdopodobnie wyimaginowanego długu.

W ten sposób od jednej osoby chciał wyłudzić tysiąc, a od drugiej pięć tysięcy złotych.

Mieli wątpliwości, czy to ona wysyła SMS-y, więc kilkukrotnie do niej dzwonili, żeby wyjaśnić kwestię telefonicznie, ale bez zaskoczeń nikt nie odbierał.

Ponadto prokurator wysnuwa wniosek, że nie była to zbrodnia w afekcie, a zabójstwo planowane.

Grzesiek wynajął mieszkanie i przewiózł tam rzeczy Joli, aby w razie wyjścia na jaw romansu odsunąć od siebie podejrzenia.

Chciał w ten sposób mieć w zanadrzu argument, że przecież planował z nią życie, wynajął mieszkanie, więc czemu miałby ją zabijać?

Poza tym kwestia tego noża.

Niby nie miał go ze sobą, ale wiedział skąd bez problemu może go wziąć.

Użycie cegły wydaje się być zupełnie losowe, ale mógł wcześniej oglądać teren i wtedy zauważyć, że obok nasypu tych cegieł leży sporo.

Wydaje się, że Grzesiek był wcześniej w okolicy i wiedział, że takie wzniesienie znajduje się w pobliżu.

więc będzie ono dobrym punktem do tego, żeby obserwować gwiazdy, tudzież dobrym punktem do tego, żeby zepchnąć kogoś z dużej wysokości.

Biegły psychiatra stwierdza, że w trakcie dokonywania zabójstwa Grzegorz nie miał ograniczonej poczytalności.

Według prokuratora jest on mężczyzną bardzo inteligentnym, który z łatwością umie manipulować ludźmi i tworzyć w ich oczach taki swój obraz, jaki chce, żeby oni widzieli.

Naturalnie za popełnioną zbrodnię grozi mu do żywocia.

Ponadto pojawiają się medialne doniesienia, że być może nie będzie odpowiadać jedynie za zabójstwo Joli, ale też za odebranie życia ich nienarodzonemu dziecku.

To, czy faktycznie taki zarzut zostanie mu postawiony, zależy od tego, czy jeśli dziecko urodziłoby się w tamtym momencie, mogłoby samodzielnie funkcjonować.

Żeby już w tym miejscu zamknąć ten wątek, to powiem, że ostatecznie po zasięgnięciu opinii biegłych, ze względu na stan rozwoju płodu, prokurator zrezygnował z postawienia zarzutu podwójnego zabójstwa.

Mijają kolejne miesiące, które Grzesiek spędza w areszcie.

17 marca 2017 roku ma się stawić na rozprawie w sądzie rejonowym w Robczycach.

Postępowanie tam prowadzone nie jest w ogóle związane ze sprawą zabójstwa, a dotyczy jego prywatnych spraw w źródłach określonych jako sprawy rodzinno-majątkowe.

Być może była to więc rozprawa rozwodowa, ale niekoniecznie.

Postępowanie przebiega bez zakłóceń, ale Grzesiek prawdopodobnie nie jest do końca skupiony na tym, co dzieje się na sali sądowej, ponieważ obmyśla kolejny złożony plan.

Po wyjściu z budynku sądu nagle wyrywa się pilnującym go policjantom i zaczyna uciekać.

Funkcjonariusze reagują błyskawicznie i rzucają się za nim w pościg.

Jeden z nich oddaje w powietrze dwa strzały ostrzegawcze, po których Grzegorz pada na ziemię.

Tym sposobem zostaje ujęty i odprowadzony z powrotem do aresztu.

Jakby do tej pory miał za mało zarzutów, to dochodzi jeszcze próba ucieczki, za którą grozi do trzech lat pozbawienia wolności.

Zwróćcie uwagę, jak bardzo taka postawa kłóci się z jego opisem, który przedstawiłam na początku odcinka.

Po tamtej charakterystyce wydawałoby się, że już sama zbrodnia w ogóle do niego nie pasuje, natomiast jeśli już ją popełnił, to raczej można by się spodziewać, że po prostu okaże skruchę i przyjmie karę, a nie będzie kombinował za wszelką cenę, w jaki sposób uniknąć odpowiedzialności.

Po próbie ucieczki zostaje ponownie skierowany na obserwację psychiatryczną, której wynik nie został podany w źródłach, natomiast jak się pewnie domyślicie po usłyszeniu wyroku, wynik obserwacji w żaden sposób nie wpłynął na jego złagodzenie.

Kilka miesięcy później, w drugiej połowie listopada 2017 roku, do sądu zostaje skierowany akt oskarżenia.

Krótko przed tym, już pod koniec postępowania, Grzegorz nagle wycofuje się ze złożonych wcześniej zeznań.

Wraca do pierwszej wersji zdarzeń, w której doszło do nieszczęśliwego wypadku, a jedynymi jego przewinieniami miały być nieudzielenie pomocy oraz ukrycie zwłok.

Proces rozpoczyna się w styczniu 2018 roku.

Grzegorz nie jest jedynym oskarżonym, ponieważ równolegle toczy się postępowanie przeciwko passerom Dariuszowi i Marii K. z Krakowa.

Ich wątek jest zdecydowanie krótszy, więc od razu wszystko opiszę.

Tak jak wspominałam wcześniej, Grzesiek wystawił im fikcyjną fakturę, która miała być dowodem na to, że sprzęt, którego dotyczy transakcja, pochodzi z legalnego źródła.

W związku z tym sąd uznał ich za winnych nieumyślnego paserstwa i skazał każde z nich na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

Ich obrońcy wnioskowali, aby sprawę włączyć do osobnego postępowania, natomiast sąd na ich wniosek nie przystał, dlatego obie sprawy toczyły się w tym samym czasie.

Wracając do procesu o zabójstwo, przytoczę teraz cytat z Gazety Wyborczej, w którym opisane są pierwsze chwile Grzegorza na sali sądowej.

Ten cytat dobrze pokazuje, jaki wizerunek udawało mu się kreować, mimo że w tamtym czasie już było wiadomo, jak okropnej zbrodni się dopuścił.

Na salę dla szczególnie niebezpiecznych przestępców, gdzie ława oskarżonych jest za szybą, został wprowadzony skuty w czerwonym ubraniu w asyście policji z długą bronią.

Jego blada twarz kontrastowała z mocnym odcieniem więziennego uniformu i ciemnymi, krótko ściętymi włosami.

Łagodna twarz miłego, przyjaznego człowieka o drobnej posturze.

Siedział ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Łącznie proces trwa ponad rok.

Na temat jego przebiegu oraz wydarzeń z sali sądowej właściwie w ogóle nie ma informacji, ponieważ już na samym początku jawność zostaje wyłączona.

Wniosek o to, aby proces toczył się za zamkniętymi drzwiami złożyli zarówno adwokat oskarżonego, jak i pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, czyli rodziców Joli.

Wniosek uargumentowano tak, że podczas procesu będą omawiane sprawy ściśle związane z żoną Grzegorza oraz całą jej najbliższą rodziną, więc upublicznianie tych informacji mogłoby w zbyt dużym stopniu naruszyć ich prywatną przestrzeń.

Jeszcze przed wyłączeniem jawności w obecności dziennikarzy odczytano część zarzutów.

zabójstwa, kradzieży mienia, fałszowania faktur i próby ucieczki.

Mija dokładnie rok i dwa miesiące.

W trakcie tego czasu dokładnie przeanalizowano bardzo rozbudowany materiał dowodowy, przesłuchano licznych świadków, a także biegłych.

Finalnie wyrok zapada, jak na ironię, w Dzień Kobiet, czyli 8 marca 2019 roku.

Grzesiek w ogóle nie zjawia się na jego odczytaniu.

W sali numer 113 w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie są obecni jedynie bliscy Joli, dla których minione trzy lata były wypełnione żałobą oraz udanymi i nieudanymi próbami radzenia sobie ze stratą, co w obliczu cały czas toczącego się procesu nie było łatwe.

Jola, gdyby żyła, w tym momencie byłaby pewnie szczęśliwą mamą prawie trzyletniego dziecka.

Wyrok wraz z uzasadnieniem odczytuje przewodniczący składu sędziowskiego, czyli sędzia Tomasz Wojciechowski.

Informuje zebranych, że sąd zmienił kwalifikacje ze zwykłego zabójstwa na zabójstwo w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie i za to skazuje Grzegorza na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

Dodatkowo zobowiązuje go do zapłaty łącznie pół miliona złotych odszkodowania na rzecz rodziców Joli, po 250 tysięcy złotych dla każdego z nich.

To nie koniec odszkodowań, bo musi jeszcze naprawić szkodę względem pracodawcy, łącznie 320 tysięcy złotych, oraz oddać byłym teściom 17 tysięcy złotych, które wcześniej zainkasował ze sprzedaży rzeczy Joli oraz kradzieży jej oszczędności.

Zostaje również pozbawiony praw publicznych na okres 8 lat.

Wyrok budzi ogromne emocje, a rodzice Joli z trudem powstrzymują łzy.

Po wyjściu z sali sądowej prokurator udziela komentarza mediom, tutaj cytuję.

Ku naszemu zaskoczeniu z dnia na dzień okazało się, że Grzegorz G. to co najmniej dwulicowy człowiek.

Uznaliśmy, że taka osoba nie powinna żyć w społeczeństwie, a przede wszystkim społeczeństwo powinno być chronione przed taką osobą.

Sąd podzielił nasze stanowisko.

To nie koniec wyroków, ponieważ obrona, jak to zwykle bywa, wniosła apelację.

Adwokatowi Grzegorza zależało na uniewinnieniu lub uchyleniu wyroku i skierowaniu sprawy do ponownego rozpatrzenia.

Wyrok sądu apelacyjnego w Rzeszowie zapada trochę ponad pół roku później, to jest 28 listopada 2019 roku.

Frekwencja podczas jego odczytywania jest taka sama jak wcześniej w sądzie pierwszej instancji, ponieważ Grzegorz ponownie nie zjawia się na sali sądowej.

Wyroku w skupieniu wysłuchują wyłącznie bliscy ofiary.

Nikt inny nie ma wstępu na salę rozpraw, zarówno proces jak i uzasadnienie wyroku są całkowicie utajnione.

Przewodniczący składu sędziowskiego, sędzia Stanisław Urban, informuje, że kwalifikacja czynu została zmieniona na zwykłe zabójstwo.

Nie ma to jednak wpływu na wymiar kary, która pozostaje w niezmienionej formie, to jest odsiadywanie do żywocia.

Kwoty odszkodowań dla rodziców i pracodawcy również pozostają bez zmian.

Adwokat naturalnie korzysta z tej opcji, więc sprawa trafia do Sądu Najwyższego.

Tam proces trwa zdecydowanie dłużej niż w sądzie apelacyjnym, poniewwyrok zapada półtora roku później, czyli w kwietniu 2021 roku.

Znalazłam orzeczenie, niestety bez uzasadnienia, ale spodziewałam się, że tak będzie, skoro na wcześniejszych etapach jawność była całkowicie wyłączona.

Przewodniczącym składu sędziowskiego był sędzia Wiesław Kozielewicz, a treść orzeczenia jest bardzo zwięzła i dobrze podsumowuje całą historię, więc zacytuję.

Sąd Najwyższy oddala kasację jako oczywiście bezzasadną.

Jeżeli doceniasz moją pracę i chcesz wesprzeć dalszą podcastową działalność, możesz postawić mi kawę na BuyCoffee2.

Link znajduje się w opisie.

Odcinek o sprawie z województwa podkarpackiego oznacza, że wspólnie przeszliśmy przez wszystkie województwa i tym samym zakończył się pierwszy sezon szkicu kryminalnego.

Dziękuję za wytrwałość słuchacze, szczególnie tym, którzy od początku są i komentują każdy odcinek.

Ten podcast to nie jest oczywiście jakiś serial Netflixa, żebyście na drugi sezon czekali, nie wiem, dwa lata.

Myślę, że wrócę za jakieś dwa, trzy tygodnie.

W sezonie drugim nie będzie województw, ponieważ planuję trochę zawęzić obszar.

Do formy można powiedzieć ogólnopolskiej jeszcze kiedyś wrócę, ale teraz czas na coś nowego.

Miło było z Wami spędzić pierwszy sezon i do usłyszenia w kolejnym.

0:00
0:00