Mentionsy
Odcinek 1. Do źródła
W pierwszym odcinku serialu "Fala" cofamy się do września 2024 roku - do momentu, kiedy znaliśmy już niepokojące prognozy pogody, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, co dokładnie i w jakiej skali nas czeka. Krzysztof Story odwiedza Beskidy, gdzie na własne oczy obserwuje, jak zachowuje się woda w górach. I jak ważne jest, by zatrzymać ją tam jak najdłużej. Poznaje również dwie perspektywy na ochronę przed powodzią - tę od podstaw w górze potoków i tę opierającą się na potężnych zbiornikach i wielomilionowych inwestycjach. Rozmawia z ludźmi, którzy na wodzie znają się jak mało kto. Wszystko to by zrozumieć, jak żyć z powodzią.
Serial "Fala" wyprodukowany przez redakcje Frontstory.pl i TOK FM to opowieść o sile żywiołu, ludzkiej determinacji i granicach naszej władzy nad przyrodą. O tym, co wypływa na wierzch, gdy przychodzi wielka woda, co zostaje, gdy fala opadnie i co zrobimy, zanim przyjdzie kolejna. Bo przyjdzie na pewno.
FRONTSTORY.PL ujawnia to, co inni chcą ukryć. Inwestuj w jakościowe dziennikarstwo śledcze na frontstory.pl/wspieram
TOK FM Premium to nagradzane podcasty i całe archiwum radia TOK FM. Kup subskrypcję na tokfm.pl/premium
Szukaj w treści odcinka
Obawiasz się konfliktu zbrojnego?
Martwicie sytuacja geopolityczna?
Słuchaj podcastu Przed Wojnie, gdzie Maciej Miłosz, dziennikarz od lat zajmujący się wojskiem i obronnością, rozmawia z ekspertami, czasem też politykami i wojskowymi.
To jest podcast, który porządkuje wiedzę o wojnie, która nam grozi.
Zabrane dzieciństwo.
Moje dziecko ma 12 lat i jego dzieciństwo skończyło się 15 września.
On stał i patrzył, jak muchata odpływa, tak?
Płynie przez sąsiednie miasto.
Maria Łukaszewska z tamtego popołudnia 15 września nie pamięta prawie nic.
Wyraźnie tylko jeden moment.
W ulewnym deszczu idzie ratować pięć koni stojących na dworze.
Jest taka jednostka chorobowa u koni, jak mięśnio ochwat.
I to jest taka historia, której każdy koniarz słyszał, a nikt jej nie widział, bo to na przykład konie na wojnie, jak gdzieś tam dużo galopowały, były rozgrzane i wpadły do wody.
To jest taki gwałtowny parazisz cały wszystkich mięśni.
No tylko, że jako, że to jest taka legenda wojenna, to nie wiedzieliśmy, czy to się cofa, czy nie, czy to jest odwracalne.
Mój mąż mówił, jak to jest nieodwracalne, to jadę po margiełek, żeby się nie męczyły w paraliżu, nie umierały godzinami.
No ale w końcu udało się jakieś wszystkie je postawić na nogi i sianem tam, nie wiem, ile godzin nie rozcieraliśmy miejsce przy miejscu.
Były w wodzie?
Nie, one stały na tym deszczu.
Ten deszcz był tak ulewny i tak długo trwały, że ten organizm nie był w stanie się odbudować jakby tej ciepłoty.
To dowodzi, że to było ponadnaturalne, bo to były konie, które cały rok stoją na dworze, gotowe na minus 32, jak trzeba.
Z Marią Łukaszewską siedzimy na parterze prowadzonego przez nią pensjonatu.
Willa Marianna stoi na obrzeżach Lądka Zdroju, niewielkiego, pięciotysięcznego miasteczka w województwie dolnośląskim.
Kilkadziesiąt metrów za budynkiem spokojnie płynie Biała Lądecka.
Aż ciężko uwierzyć, że to ta sama rzeka, co na filmach z września 2024 roku, gdy południową Polskę zalała wielka woda, porównywana z powodzią tysiąclecia z 1997 roku.
Wtedy cała jadalnia, w której właśnie rozmawiamy, tonęła w wodzie.
Na wypadek bycia ofiarą katastrofy najlepiej jest mieć jednego małego psa.
Bo pies jest samobieżny.
Krótkie włosy, energiczna, a gdy opowiada o powodzi, to z całym wachlarzem emocji.
Otóż w sytuacji konieczności ewakuowania całego swojego majątku na raz, posiadanie dwóch wolnych rąk jest nie bez znaczenia.
Pies będzie szedł z nami jako tako przy nodze, czy tam nawet na smyczy.
Natomiast kota trzeba nieść.
Czyli kot nam zabiera jedną rękę na uratowanie majątku.
Za to do uratowania przemarzniętego i słaniającego się na nogach konia potrzeba nie tylko kilku rąk, ale i sprzętu.
Później w jakiejś takiej technologii, że ja ciągnęłam za łeb, mój mąż popychał landrowerem zderzakiem, moja siostra strzelała batem.
Też nie wiem ile to trwało, mogłyśmy przejść 300 metrów, bo ta babka miała stajnię, w której miała dwa boksy wolne.
I te pięć koni do tych dwóch boksów udało nam się zapchać jakoś tak na tyle rozgrzanych, że one mogły te nogi w ogóle przestawiać jakoś.
Konie doszły do siebie bezpieczne w stajni sąsiadów.
Ja się bałam, że będzie powikłaniem jakieś zapalenie płuc albo coś, ale następnego dnia rano tam przyjechaliśmy i ten, co już miał białka na wierzchu i leżał, nas przywitał w okienku, stał.
Takie właśnie historie z filmu katastroficznego.
Dziś willa Łukaszewskiej z powrotem przyjmuje gości, choć nadal trwa remont i sprzątanie terenu dookoła.
A przecież od powodzi minął ponad rok.
Lądek Zdrój i leżące zaledwie 7 km w górę rzeki Stronie Śląskie były jednymi z najciężej poszkodowanych miejscowości.
Ja mam bardzo mądre dzieci, więc mój syn mówi, mamo nie przejmuj się, przed tornadem jest dużo ciężej spierdalać niż przed wodą.
Ja mówię, no ma szansę synu.
Więc pod tym względem pożar, który się przemieszcza 80 na godzinę, może tornado.
To są jeszcze gorsze żywioły, bo ten był taki, że w sumie jak człowiek miał w miarę 4 klatki, to mógł uciec przynajmniej.
To jest chyba najważniejsze, że wszyscy żyjemy i jesteśmy w jednym kawałku.
Nazywam się Krzysztof Story i zapraszam na serial Fala, wyprodukowany przez redakcję FrontStory.pl i TokFM.
To opowieść o sile żywiołu, ludzkiej determinacji i granicach naszej władzy nad przyrodą.
O tym, co wypływa na wierzch, gdy przychodzi wielka woda.
Co zostaje, gdy fala opadnie i co zrobimy, zanim przyjdzie kolejna.
Bo przyjdzie na pewno.
Dla mnie to nie jest zwykły reportaż.
Tak jak dzieciństwo syna Marii Łukaszewskiej skończyło się powodzią, tak moje się od niej zaczęło.
Urodziłem się w 1993 roku we Wrocławiu.
Wielka Woda z 97. jest pierwszym wydarzeniem z historii, które zapamiętał mój dziecięcy umysł.
Mój dom rodzinny na wschodzie Wrocławia też został zalany.
Mnie rodzice wywieźli do babci na ósme piętro bloku z wielkiej płyty.
Codziennie chodziliśmy z babcią Pelagią na nieistniejącą już dzisiaj kładkę dla pieszych nad ulicą Grabiszyńską i patrzyliśmy jak podnosi się i opada woda na Starym Mieście.
Jezioro zaczynało się kilkaset metrów dalej.
Po ulicach ludzie pływali kajakami i pontonami.
Pierwszy i ostatni jak na razie raz w życiu widziałem wtedy amfibię.
Ale nie tylko dla mnie było to szczególne doświadczenie.
Jak się tak zastanawiam, skąd mi się to wzięło i skąd mam taką łatwość pracy z wodą, to chyba to, że w 1997 roku w Lądku Zdroju w wieku 12 lat też przeżyłem powódź.
Pojechałem oczywiście na kolonię dla powodzian, jak wszyscy w tamtym okresie.
Przyznaje Borys Bednarek, specjalista w dziedzinie budownictwa wodnego, hydrologii i gospodarki wodnej.
Borys pochodzi z Lądka Zdroju i tu spotykamy się na rozmowę.
Dobrze znam jego rodzinne miasto.
Stąd wielokrotnie zaczynają górskie wędrówki.
Tu przyjeżdżaliśmy z rodzicami po nartach na pobliskiej Czarnej Górze.
Choć od powodzi minął już niemal rok, kiedy rozmawiamy, to ślady katastrofy widać na każdym kroku.
W korycie rzeki jest pełno głazów, drzew i wszystkiego, co przyniosła woda.
Zabytkowy most świętego Jana jest zamknięty i przykryty blaszanym dachem.
Na kilku domach widać wymalowane sprejem wielkie litery zakaz wstępu.
Późnym wieczorem siadamy z Borysem w barowym ogródku w uzdrowiskowej części miasta.
Tej, którą powódź ominęła.
Pytam go, czym różni się powódź w górskim lądku od tych, które nawiedzają miejscowości położone na nizinach.
Bo to nie jest tak, że my tu mamy powódź, która jest kilka dni, tygodni i ta woda stoi.
Ta woda tu pojawia się dosyć szybko i jeszcze szybciej odpływa i zaraz następnego dnia wychodzi słońce albo nawet tego samego już po tym szczycie fali.
I już jest po powodzi u nas.
Tak, dokładnie.
Ta fala powodziowa leci tam w dół, przepływa po kolejnych miastach.
Na nizinach woda powoli się podnosi i powoli opada.
Im wyżej, tym wszystko dzieje się dużo gwałtowniej i szybciej.
Gdy zbieram materiały do tego podcastu, ekstremalny pokaz takiej siły daje rzeka Guadalupe w Teksasie.
4 lipca 2025 roku jej poziom podniósł się o 8 metrów w 45 minut.
Takie powodzie, typowe dla terenów górskich, określa się często mianem błyskawicznych.
W momencie, kiedy występuje deszcz, do momentu, kiedy występuje już powód, jest tak dosyć krótki, że możemy mówić o takich właśnie flashach, że to właściwie błysk.
Błysk kilkanaście, kilkadziesiąt godzin.
Tak, wczoraj zaczęło padać, następnego dnia my już jesteśmy po przejściu tej takiej fali wezbraniowej.
No i ona ma bardzo dużą prędkość, porywa wszystko w dół, ale też szybko się przemieszcza.
Często powodując ogromne zniszczenia.
Widząc wielkie drzewa leżące w korycie rzeki i wyrwany z posad most w lądku zdroju, aż ciężko wyobrazić sobie taką siłę.
A wszystko przecież zaczyna się od zwyczajnego deszczu i coraz gorszych prognoz pogody.
Jeśli widzimy, że prognozy w ciągu tygodniach pokazują opady rzędu 30, 40, 60 milimetrów,
w ciągu dnia, a jest mowa o tym, że idzie jakiś kolejny nisz, który gdzieś może jeszcze skoncentrować, to dla nas to jest sygnał o tym, że zlewnia zaczyna się po prostu wypełniać wodą, kilka dni to potrwa, zanim ona jakby nasyci się tą wodą.
Pierwsze doniesienia o intensywnych opadach deszczu pojawiły się na początku września 2024 roku.
Mieszkańcy Wrocławia i innych miejscowości na Dolnym Śląsku już dostają alerty.
W Polsce w najbliższych kilkudziesięciu godzinach ma się pojawić tzw.
niżgen łeński i spowodować ulewy.
Wiele modeli pogodowych przewiduje, że może nam przynieść bardzo intensywne opady.
IMGW informuje, że to mogą być opady nawet do 100 litrów, czyli 100 mm na metr kwadratowy, ale są też inne modele, które pokazują, że to może być nawet więcej.
Wtedy jeszcze nikt nie podejrzewał skali zagrożenia.
Kiedy 9 września w poniedziałek Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzegał przed nadchodzącymi opadami i możliwością powodzi w dorzeczu Górnej Odry, to ogłosił alert, ale drugiego, a więc nie najwyższego stopnia.
Tak wspomina to Borys Bednarek.
To było mówione, że ten niż genułyński dopiero do nas dociera, jakby ta kulminacja i nie wiadomo, czy przejdzie przez góry i pójdzie dalej, powiedzmy w kierunku Bielska i potem na północ, czy jednak zostanie zduszony przez jakiś wyż z północy.
Już dwa dni po alercie IMGW, 11 września, czeskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w komunikacie prasowym informowało,
że sytuacja będzie podobna do powodzi z 1997 roku.
Niestety tak się stało, że ten wyż z północy przycisnął te chmury nad naszymi górami, no i je wycisnął jak gąbkę.
Materiały do tego serialu zbieram latem 2025 roku, czyli prawie rok po powodzi w Dorzeczu Odry.
W prognozach znów mówi się wtedy o niżu genueńskim.
Tym razem mamy szczęście.
Z wielkiej chmury spadł stosunkowo mały deszcz.
Były tylko lokalne podtopienia.
Ale dla mnie to i tak idealna okazja, by pojechać i na własne oczy zobaczyć, jak zachowuje się woda w górach.
Ruszam z Krakowa i jadę w Beskidy.
Z głównej drogi na Zwardoń i granicę ze Słowacją skręcam w Milówce, małej wsi położonej kilkanaście kilometrów od trójstyku granic polskiej, czeskiej i słowackiej.
Parę kilometrów pod górę i zostawiam auto na leśnym parkingu.
Czeka tu na mnie Adam Ulbrych, który od lat zajmuje się wodą, naturalną retencją.
Wita mnie ubrany w góralski kapelusz, w ręku ma ciupagę, a w drugiej kosz na grzyby.
Idziemy leśną ścieżką w górę wzdłuż potoku.
Zbieramy kurki, a Adam pokazuje mi, jak wyglądają takie potoki kilka dni po sporym deszczu.
Pół metra wody w momencie jak deszcze padały, tak?
Teraz już leci, bo leci, a za trzy dni będzie kapać.
To wystarczy tylko te zapory, że one ten deszcz o jeden dzień przetrzymają.
O jakich zaporach mowa?
Po chwili marszu Adam się zatrzymuje.
Schodzi do potoku i pokazuje mi przykład.
Nie wyobrażajcie sobie żadnej wielkiej technologii.
To po prostu kilka pni umocowanych w poprzek koryta.
Bliżej temu do bobrowej tamy niż naszych betonowych zapór i zbiorników retencyjnych.
Przed przeszkodą woda zwalnia.
Rozlewa się szerzej.
Takie zapory pozwalają spowolnić jej spływ.
Kiedyś na potoku wzdłuż którego idziemy ludzie utrzymywali całą sieć takich kaskad.
Spowalniając nurt powstrzymywały także erozję koryta.
Dzięki temu z potoku mogły pić nie tylko studnie wykopywane przez mieszkańców górskich wiosek, ale też rosnące na brzegach drzewa i cała okoliczna gleba.
Wszystko działało jak naturalna, biologiczna pompa.
To nie chodzi o zatrzymanie tylko i wyłącznie wody, ale zatrzymanie tego humusu, tej biomasy, tego wszystkiego, co tutaj napływa.
Te martwe drewno pije tą wodę.
Zaraz tam hem, to robi się torfowisko.
Robią się takie kieszenie na tych jarach wypłukanych.
I to nie jest coś wbrew naturze, bo to normalnie w naturze się dzieje, że się drzewo przewraca i robi jakby taką zaporę i na tym drzewie się gromadzi, a my jedynie naśladujemy w tym momencie tą przyrodę i jakby przyspieszamy ten proces.
Tylko, że dookoła nas jest dziś klasyczny górski las gospodarczy.
Leśnicy jeszcze przed II wojną światową zastąpili naturalne dla beskidów buki iglastymi świerkami, a martwe drewno jest zwożone na dół zamiast gnić w potokach.
Idziemy pod górę.
Ciupaga Adama stuka o kamienie, a ja odbieram praktyczną lekcję z naturalnej retencji, czyli sztuki zatrzymywania wody.
Szkoda, że uczę się głównie na błędach.
Na własne oczy widzę, co dzieje się, gdy taki potok pozbawi się pożywienia w postaci organicznej materii.
Woda wypłukuje go coraz bardziej i w końcu na dnie zostają tylko gołe skały.
W nie woda już nie wsiąka, tylko coraz szybciej płynie w dół.
Gdy przychodzą nawalne deszcze, potok zamienia się w rynnę.
Wtedy zaczyna się wodna partyzantka, którą właśnie widzę.
Wzdłuż całego koryta po ziemi ciągną się niebieskie plastikowe rury, jak jakieś futurystyczne węże.
Z każdym rokiem coraz wyżej.
To robota mieszkańców, którym brakuje dostępu do wody.
Ratują się jak mogą.
Zamiast stworzyć taką kaskadową zabudowę biologiczną, drewniane kłody, żeby powstrzymać trochę tą orozy i utrzymać ten sam poziom wody,
w tych studniach, no to wolą ciągnąć te rury na szczyty, bo tam na szczytach są ich prywatne działki.
Stamtąd jakby czują się, że biorą ze swojego.
Że nikim się tam nie powinien wtrącać do tego.
Ale to jest bezsensowne i kompletnie absurdalne.
Wygląda to okropnie, ale jest potwierdzeniem, że susza i powódź to dwie strony tego samego procesu.
W ostatnich latach niemal każde górskie schronisko w Beskidach ma problemy z dostępem do wody.
A ludzie tutaj potem i tak nie czekają na jakieś zbawców z Warszawy, tylko robią sami.
Bo tak robili 100 lat temu, 200 lat temu i tak robią dzisiaj.
Więc jeśli sami nie zrobią, to tutaj żaden prezes Wód Polskich nie przyjedzie i nie zrobi.
Dlaczego to zatrzymywanie wody jest takie ważne?
W górach, gdzie nie ma miejsca ani warunków na duże zbiorniki przeciwpowodziowe,
Często bardziej liczy się czas niż ilość zatrzymanej wody.
Chodzi o to, by cała woda z nawalnych deszczy lub zimowych roztopów nie spływała na miasta i wsie w tym samym momencie.
Niestety problem tej retencji górskiej jest taki, że sobie biorą narzędzia jakieś analogiczne do dolin i się potrzebują metrami sześciennymi zatrzymanej wody.
rozliczyć za tą retencję.
Podają jakieś absurdalne wartości.
Zbiorniki w górach budują, bo to dopiero jak w zbiorniku zgromadzisz wodę, metry, kubiki policzysz, to jest retencja.
To, że się z takiego potoku na przykład rynną drewnianą wodę wypuści pod...
Także tam ona się z powrotem może zacząć rozlewać po zboczu i jakby tą glebę zasilać, to to już nie jest traktowane jako retencja, bo trudno tym policzyć.
Dochodzimy do źródeł.
Takie szlaki służą do transportu drewna.
Powstaje ich coraz więcej, bo przecież dzisiaj drzewa, także w górach, nie zwozi się już końmi, tylko ciężkim sprzętem.
Teraz, póki tej drogi nie było, to to źródło płynie tam na dół z boczem.
W momencie, jak powstała droga, to przecina ten potok.
I teraz, żeby to ratować, to się robi takie wodopusty drewniane, przepusty.
Adam pokazuje na kilka takich wodopustów, które powstały tu z jego inicjatywy.
Jeśli chodzicie po górach, możecie wiedzieć, jak wyglądają.
To takie małe rynny, kopane co kilkadziesiąt metrów w poprzek drogi.
Są zmorą dla rowerzystów, ale bez nich woda spływałaby drogą i zamieniała ją w błotnistą rzekę.
Jak ten przepływ się zatka, no to woda z tego źródła wypływa na drogę i płynie drogą.
Trzy kilometry do dołu, a po drodze zanieczyści wszystkie studnie, źródlisko, bo wtedy to błoto, po prostu jak tam to, nie wiem, trzy dni błoto w studni stoi.
Jak mówiłeś, że na to błoto mówią?
No żur, że żur płynie.
Żur płynie.
Tutaj żur spływa nie tylko do studni mieszkańców, ale w końcu trafia do Jeziora Żywieckiego.
Momentami widać je ze szlaku.
To wielki zbiornik retencyjny, który powstał tu jeszcze w latach 60.
W złotych czasach polskiej hydrotechniki.
Z tym w Polsce głównie kojarzymy ochronę przed powodziami, wielkie zbiorniki i milionowe inwestycje.
Patrząc na lustro wody i wysoką na prawie 40 metrów tamę na rzece Sole, ciężko poważnie traktować drewnianą rynnę na leśnej drodze.
Efekt jest taki, jaki jest, że tutaj się problemy generują, a instytucja centralna mówi, tam na dole w żywcu problem rozwiąże, jak dostanie 200 milionów, żeby odkopać jezioro.
Od uruchomienia jeziora Żywieckiego w latach 60. jego pojemność zmniejszyła się o co najmniej 7 milionów metrów sześciennych, czyli o 7%.
Wszystkiemu winien wspomniany żur, czyli po prostu muł i ziemia, którą woda znosi do jeziora.
Co mają z tym wspólnego małe wódopusty, czyli drewniane rynny paręset metrów wyżej?
Na każdej takiej jednej rynnie jest parę metrów sześciennych błota.
Odkłada się w lesie z powrotem.
Na każdym takim wodopuściu.
Albo popłynie na dół i odłoży się przy zaporze elektrowni wodnej.
I wtedy jest setki milionów złotych, żeby to odzyskać tą biarnię.
Jeszcze w 2018 roku Wody Polskie szacowały, że koszt odmulenia zbiornika przekroczy 135 milionów złotych.
A za tę kwotę i tak nie udałoby się odzyskać nawet połowy straconej objętości.
Adam denerwuje się, że w Polsce łatwiej jest wydać miliardy na betonową inwestycję, niż po prostu przejść się po potoku i zrobić proste, tanie rzeczy.
Wkurza go, że naturalną retencję traktuje się dzisiaj jak jakieś nowum, a to są rozwiązania, którymi ludzie kierowali wodą od stuleci.
Nikt nie woził żadnych materiałów, szedł do lasu, wycinał takie drzewo i wkopywał.
I to była cała robota.
500 złotych dniówki, jeden przepust.
Choćby to ręcznie robił, bez koparki, bez niczego.
A jak jest uparty i zawzięty, to zrobi dwa.
Ale wtedy wody jest 70% mniej tam na dole.
Wiele krajów coraz częściej korzysta z naturalnych sposobów zatrzymywania wody.
Do potoków wrzuca się martwe drzewa, buduje proste kaskady, wykorzystuje wiklinę, skały, pozwala osiedlać bobrom.
W Alpach, w krajach wysoko rozwiniętych, w Szwajcarii, w Bawarii, to jest standardowa procedura.
A u nas, nie wiem, zaczęli to traktować jako zacofanie i wstawiać jakieś betonowe przepusty raz na 5 kilometrów.
Gdzie taka renna kosztuje 500 zł, a taki przepust kosztuje 50 tysięcy.
Myślę, że on rozwiąże problem, bo jest nowoczesny.
Tu się robi studzienkę, kopie się rurę i rurą wyprowadza na drugą stronę.
Po czym przychodzi deszcz, pierwszy deszcz zasypuje tą studzienkę liśćmi i kamieniami i już nie ma w lesinie żadnego pracownika, który by przyszedł łopatą i to odkopą.
Bo tam jest tylko leśniczy, który papierami się zajmuje.
Zagadaliśmy się i nawet nie zauważyłem, kiedy zza drzew wyłoniła się spora chałupa.
Ulbrych przeniósł się tutaj z rodzinnej Opolszczyzny w 2018 roku.
Do tej historii jeszcze wrócimy.
No nic tu nie było.
Komina nie było pieca, okna były wstawione i dziury w podłodze.
Na strychu były dwie przyczepy 40-letniego siana zastrane przez puny.
Dzisiaj jest już naprawdę przytulnie, choć do końca remontu jeszcze daleko.
O ile remont w górskiej chałupie kiedykolwiek się kończy, bo tu przecież zawsze jest coś do zrobienia.
Siadamy w izbie z piecem kaflowym.
Na patelni skwierczą pierogi.
Pytam Adama, skąd tyle wie o wodzie i dlaczego poświęcił jej pół życia, choć nie jest profesjonalnym hydrologiem ani nic podobnego.
To chyba, no mówię, ja się tam wychowałem na tej wsi i tam cała wieś była w ten sposób, że na północ były pola, na południe była dolina łąk.
Póki byliśmy małymi dziećmi takimi, że jeszcze tam nie pomagaliśmy, to siedzieliśmy całe bożednie w tej rzece.
od rana do wieczora.
Takie były czasy, nie?
Taki duży jazd na rzece.
I tu był traktowany jak basen.
Tam się wszyscy zjeżdżali kąpać.
Jaz, czyli budowla w poprzek rzeki, która zapewnia jej stały poziom wody.
Najczęściej na potrzeby żeglugi.
To taki schodek dla rzeki.
Ulbrych wspomina o tym, jak w dzieciństwie wykorzystywali taki jaz, by spiętrzyć wodę i stworzyć sobie kąpielisko.
Po tej stronie, gdzie był zamknięty, gdzie było dużo wody, kąpali się dorośli, a po drugiej stronie był basen dla dzieci.
I to było tak naturalne, oczywiste.
U nas tam pani przedszkolanka, z przedszkola było kilometr dalej, myśmy tam z przedszkola chodzili się kąpać, z wychowawczynią w lecie.
I dzisiaj jak robimy tam warsztaty, to nawet jak się kierownik Wód Polskich zmienił, to mówi, a skąd wy wiecie, że to tak działa?
Myśmy tutaj, mając 7 lat, to tym jazem kręciliśmy, bo jedni chcieli mieć wodę tu, a drudzy chcieli mieć tu.
Ci z tych stawów chcieli mieć wodę do stawu, a ci chcieli się kąpać, nie było tam kłódki.
I tak, żebyśmy dokładnie wiedzieli, gdzie zakręcić, gdzie otworzyć, żeby była możliwość.
Po czym po 40 latach ci ludzie poumierali, ten system zanikł, a my zostaliśmy jedni jedyni, którzy wiedzieliśmy, do czego to służy.
Gdzie trzeba kręcić, żeby woda poleciała, nie?
Imał się różnych prac.
Gdy w 1997 Polska przeżywała powódź tysiąclecia, był palaczem na kotłowni.
Władysław Havel też był palaczem, bo czas na czytanie książek w robocie.
Wyjeżdżał też do Niemiec.
I tam trafiłem do takich organizacji przyrodniczych dużych.
Gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, obserwował jak wykorzystujemy pierwsze unijne środki na rolnictwo, gospodarkę wodną i przyrodę.
Często z katastrofalnym skutkiem dla tej ostatniej.
Weźmy przykład dopłat dla rolników.
Zaczęliśmy od prostych dopłat do uprawianego hektara.
Zielone pomysły zostawiając na później.
W ten sposób za unijną kasę pozbyliśmy się większości mokradeł i torfowisk w kraju, bo dotowany hektar trzeba było najpierw osuszyć i zaorać, żeby go można było uprawiać.
Jak już w następnym okresie programowania przyszedł czas te łąki chronić, to się okazało, że w tym pierwszym się wszystkie zaorali i kukurydzą obsiali.
Już nie ma co chronić.
No i wtedy jak już ten rolnik był świadom tego, że może dostać pieniądze za koszenie łąki, to się okazało, że już połowy tych łąk nie ma.
Adam Ulbrych przez lata dzielił życie między Polskę i Niemcy.
W 2004 roku kupił gospodarstwo nad rodzinną rzeką Stobrawą.
15 hektarów staw, użytek ekologiczny zrobiłem i miałem na rogu tego gospodarstwa, było takie stare wyrobisko, już to nie należało do mnie, do mojej działki i ludzie wozili to wyrobisko śmieci.
No i myśmy wpadli na pewne, żeby to wyrobisko posprzątać, no ale nie było pieniędzy na sprzątanie śmieci, to był konkurs takiej fundacji Batorego na różne jakieś tam inicjatywy takie małe, lokalne i myśmy zrobili także odtwarzanie siedlisk płazów, żeby tam będziemy odtwarzać takie oczka małe, odtwarzać siedliska płazów, a głównym kosztem było wywiezienie śmieci z tych siedlisk.
No i to się udało.
Jakbym ja napisał, że chcemy pieniądze na usunięcie dzikiego wysypiska śmieci, nikt by nam nie dał.
We współpracy z organizacjami przyrodniczymi Adam poszedł dalej.
Chciał policzyć ile jeszcze takich zapomnianych stawów może być w dolinie jego ukochanej Stobrawy.
Jak nam to na mapach pozaznaczali?
to nam wyszło, że 90% tych dzikich wysyp i smieci to są na mapach istniejące zbiorniki wodne.
I z tego się wzięło jakby pomysł na tą drugą inwentaryzację, odtwarzanie tych obiektów mikroretencji w tej zlewni sto brawi.
Po inwentaryzacji okazało się, że zbiorników jest około 40.
Mniej więcej wiedzieliśmy, jaki jest koszt odtwarzania takiego zbiornika.
Zrobiliśmy to nam razy 40 i nam wyszły koszty, ile by trzeba było środków, żeby to przywrócić.
Poniżej tych wszystkich stawów na Stobrawie w 2012 roku otwarto nowy betonowy zbiornik retencyjny w Kluczborku.
Koszt budowy wyniósł prawie 30 milionów złotych.
Adam i spółka zaczęli sprawdzać co się bardziej opłaca.
Wyniki były porażające.
Wtedy to porównano do tego, że powierzchnia i ilość wody zretencjonowanej w tych zbiornikach była dokładnie taka sama jak ten 50 hektarowy zbiornik zaporowy na rzece.
Tylko koszt ich odtworzenia był 10 razy mniej.
Tylko, że na takie skromne, rozproszone i realizowane bardziej naturalnymi metodami projekty do dziś ciężko jest pozyskać fundusze.
Stworzony przez Adama plan dla Stobrawy to jeden z pierwszych w Polsce projektów renaturyzacji rzeki, a powstał w 2013 roku.
Mówisz, że to była pierwsza inwentaryzacja, to znaczy co pierwszy raz w III Rzeczpospolitej ktoś po prostu przeszedł rzekę i zobaczył, co na niej jest?
Ale wróćmy do tego, dlaczego Adam wyprowadził się z nadukochanej Stobrawy.
Tę historię już znałem i opisywałem kiedyś w Tygodniku Powszechnym.
W 2014 roku Ulbrych wraz z innymi mieszkańcami zaczęli protestować przeciw nielegalnej wycińce drzew w sąsiedniej gminie.
Zaorano tam i osuszono mokradła porośnięte drzewami.
Setki dębów wycięto, by zwiększyć powierzchnię upraw.
Dęby rosły na starej grobli, którą zbudowano 200 lat temu jako suchy zbiornik przeciwpowodziowy.
Myśmy to zgłosili, no i taka się batalia zaczęła.
Za wycinki odpowiedzialna była pobliska fabryka mebli i jej właściciel.
Dla Adama to były najcięższe chwile w życiu.
Wraca do nich bardzo niechętnie.
To się skończyło podpaleniem domu, spaleniem.
Ci sprawcy wylądowali w więzieniu i jakoś się to po paru latach skończyło, ale mnie to zmusiło do opuszczeń.
Wyjechałem stamtąd po prostu w góry, bo już jakby psychicznie nie byłem w stanie tego tam kontynuować.
Zbyt dużo mnie tego szkodowało.
Za zlecenie podpaleń, ogień podłożono też w okolicznym gospodarstwie, skazano Michała A., właściciela wspomnianej fabryki mebli, który dostał 6 lat więzienia.
Adam jeszcze w trakcie procesu zdążył wyprowadzić się w góry.
Nad Milówką znalazł dom do kupienia.
Niektórzy to powiedzą, że do dzisiaj jest ruina.
Tak wydawało mi się wtedy, byłem cały szczęśliwy, że kupiłem dom, a tak naprawdę to kupiłem ściany z belek i blachę na dachu.
Nic więcej nie było.
Komina, wody, prądu, światła, niczego nie było, więc to wszystko... Cały czas sobie wmawiałem, że to był remont domu, ale to była budowa domu od nowa, no i dalej jeszcze trwała.
Gdy zasypiam na przytulnym poddaszu, przypominam sobie, jak pewien polski przyrodnik powiedział mi kiedyś, że woda też nie jest ekspertką.
Ona po prostu płynie w dół.
Sterując tym spływem mądrze, możemy wiele osiągnąć, często za pomocą bardzo skromnych środków.
I odwrotnie, nawet pozornie błahe błędy mogą mieć katastrofalne skutki, zwłaszcza w górach.
Rano Adam zabiera mnie na spacer w szczególne miejsce, by to pokazać.
Gdy dochodzimy do celu, nie widzę nic szczególnego.
Stoimy na leśnej drodze przydzinającej zbocze.
Przez kilka metrów droga robi się szersza.
Po śladach kół widzę, że to mijanka dla samochodów.
Gdybym był tu sam, nie zwróciłbym na to miejsce najmniejszej uwagi.
Zresztą nie tylko ja.
O tym, jakie konsekwencje miało parę machnięć łyżką koparki, żeby samochody mogły się mijać, mieszkańcy poniższej wsi dowiedzieli się dopiero, gdy w 2010 roku nad Beskidami spadły ulewne deszcze.
W tym momencie woda poszła drogą w dół, popłynęła między domami.
I zwaliło tam 5 czy 7 gospodarstw.
Doszły takie ilości wody, że jak w 2010 roku, tu sąsied mówi, to takie kamienie tłukło tą drogą, że jakby wyszedł, to by nogi połamało.
Taka ilość wody płynęła i to wszystko szło na tą wieś.
Zamiast rozlewać się po zboczu, normalnie tak jak się rozlewało wcześniej.
Przez zatoczkę do mijania samochodów.
Osuwająca się ziemia zerwała drogę w leżącym poniżej Prusowie, odcinając od świata prawie 60 osób.
Zdjęcia z katastrofy robią wrażenie.
Rozsypane domy, podziurawione górskie zbocze.
Na tym terenie nie będzie można już mieszkać.
Tak oceniali wówczas geolodzy.
I do dzisiaj tam Instytut Geologiczny Badania prowadzi, czy się grunt rusza, czy się nie rusza, ale nikt tu do góry nie przyszedł.
Łączne straty są liczone w milionach, a wszystko przez bezmyślnie wykopaną mijankę dla samochodów.
Adam opowiada mi, że po pożarze boi się zbyt aktywnie działać, ale nie odpuścił sobie zupełnie.
Ciągle pisze do różnych instytucji, konsultuje nowe rozwiązania, jest gościem na komisjach sejmowych.
Często jeździ do Warszawy, ale Warszawa rzadko przyjeżdża do niego.
Mówi, że od lat obserwuje, jak kolejne strategie, inwestycje i programy powstają zza biurka.
Wspomina czerwiec tego roku, kiedy na Starym Zamku w Żywcu odbyło się wyjazdowe posiedzenie Państwowej Rady Gospodarki Wodnej.
To tam właśnie debatowano o odmulaniu Jeziora Żywieckiego, ale też budowie ścieżki rowerowej dookoła zbiornika i wielu innych programach.
W góry, żeby zobaczyć skąd faktycznie woda spływa do tego jeziora i co można z nią zrobić, nie przeszedł nikt.
Po spotkaniu Ulbrych wysłał listy do wielu instytucji.
Niektóre odpowiedzi są absurdalne, ale dobrze ilustrują poziom polskiego zarządzania wodą.
Anna Mączka z Wód Polskich stwierdziła na przykład, że na terenach górskich nie da się robić retencji, a tereny naturalnie podmokłe tu nie występują.
To co ja mam za domem, dziwi się Adam, skoro nie występują.
No ale odpisał też pan dyrektor główny Lasów Państwowych z Katowic nam odpisali, że oni, owszem, że oni robią retencję, że zakładają drewniane wodopusty w drogach i w ogóle, i że mają program górskiej retencji, gdzie z funduszy unijnych i NFOS-u dostaną 50 milionów złotych, a tam zatrzymają 400 tysięcy metrów sześciennych wody.
400 tysięcy metrów sześciennych wody to zatrzymują bobry na jednym górskim potoku.
I nie potrzebują na to 50 milionów złotych.
Zadaję proste, a jednocześnie diabelnie trudne pytanie.
Kto jest temu winien?
Prostej odpowiedzi, Adam od razu zaznacza, nie ma.
Ale mówi o dwóch błędach.
Pierwszym było wycięcie z programów szkolnych tematu melioracji.
Minister Rolnictwa ma pod sobą 50 szkół rolniczych.
I te szkoły rolnicze miały techniki amelioracyjne.
Ale całe lata 90. ta amelioracja zaczęła przez ekologów, była od czci i wiary odżegnana.
że nam tu zmeliorowali komuniści, zniszczyli, zdewastowali.
I te techniki melioracyjne zamieniono często na technikum architektury krajobrazu.
Tylko, że ta architektura krajobrazu tam polegała na zaprojektowaniu płotku, oczka wodnego pod rynną, folii, kost brukowych na sadzenie, rozpoznawanie tuj i róży.
Drugą zmorą polskiej gospodarki wodnej, zdaniem Ulbrycha, jest centralizacja.
W 2018 roku powstała jedna instytucja – Wody Polskie.
Sam pomysł przez wielu był przyjmowany wtedy z entuzjazmem, bo w końcu planowano na rzeki spojrzeć całościowo, a nie w abstrakcyjnych odcinkach wyznaczanych przez nasze granice gmin, powiatów czy województw.
Rzeczywistość szybko rozjechała się z oryginalnym planem.
Adam Ulbrych wiele razy powtarza, że rzeka to żywy organizm, który trzeba znać i ciągle obserwować i że nie da się nim zarządzać z biura w Warszawie.
u nas tam za mojego dziedzinnictwa, jak myśmy się na tych rzekach kąpali, bawili, to było dwóch ludzi, którzy mieli swój rewir, oni jeździli rowerami, miał kosy, takie długie widły i jechali, na bieżąco patrzyli, tu się coś przewróciło drzewo, tu się coś zatkało, weszli, wykosili, to był ich rewir i oni tego pilnowali, to było bieżące utrzymanie.
Po czym tych ludzi brakło, siedem lat się nie robi nic,
A potem nagle dostaje się pieniądze, żeby zrobić i wtedy się tą rzekę kopie koparką.
Cało to życie biologiczne się niszczy, bo trzeba ją odetkać.
Potem znowu się 7 lat nie robi nic, bo nie ma tych pracowników do bieżącego utrzymania.
I ja nieraz dają takie porównanie, że to tak jakby pielęgnacja trawnika polegała na tym, że raz na pięć lat zrywamy darnie i czekamy, a znowu co wyrośnie.
Między innymi na tym polega utrzymanie rzek w Polsce.
Pytam Adama o wielkie zbiorniki retencyjne.
Już teraz jest ich w Polsce niemal setka, a Wody Polskie po każdej powodzi planują budowę kolejnych.
Jego odpowiedź można streścić do tak, ale w ostateczności.
Nazywa je też wielkim marnotrawstwem wody.
Bo to jest tak, że te zbiorniki na rzece są zasilane wodą z rzeki, ale ponieważ rzeka płynie jakby lasem, jest zarośnięta drzewami, zacieniona, to w tej rzece jest woda chłonna.
Jak woda wpływa na patelnię, która ma powierzchni 50 hektarów, a wysypana jest dookoła tłuczniem, jakimś granitowym kamieniem, ten kamień się nagrzewa i od razu parowuje.
Jakby ktoś po piecu polewał wodą.
I w tym momencie te zbiorniki tą wodę odparowują, ale niekoniecznie odparowują zanieczyszczenia.
Czyli w tych zbiornikach te zanieczyszczenia się zagęszczają.
I nagle te zbiorniki zamieniają się w zupę.
To jest marnotastwo wody, nie?
No to pytanie, jeżeli się czystą wodę wpuszcza do zbiornika i się ją kisi, że ona się do niczego nie nadaje, no to w kubikach mamy retencję, ale retencję czego?
Zupy, której nikt nie chce, tak?
Wody polskie są łatwym wrogiem.
Notorycznie i nie bez powodu kojarzone wyłącznie z betonozą i wielkimi inwestycjami.
Faktem jest, że argumenty takich ludzi jak Ulbrych rzadko przebijają się do tej instytucji.
Posłuchajcie, co Wody Polskie piszą o zbiornikach retencyjnych na swojej stronie.
W Polsce na terenach zagrożonych występowaniem powodzi mieszka nawet 15 milionów ludzi.
Wielu z nich pamięta, jakie spustoszenie wyrządził ten żywioł w 2010 czy 1997 roku podczas powodzi tysiąclecia.
Wszystkie powyższe doświadczenia pokazują, że zagrożenia związane z wodą należy przekuć w szanse i możliwości rozwoju.
Dlatego budowa zbiorników jest koniecznością.
Podczas gdy coraz więcej ekspertów powtarza, że wielkie betonowe inwestycje powinny być ostatecznością, a nie oczkiem w głowie, inżynierowie i hydrotechnicy często przedstawiają je jako jedyne wyjście.
Odbicia tych sporów nie widać w strategicznych dokumentach.
Nieważne czy akurat walczymy z suszą, powodzią, czy rewitalizujemy odręb o katastrofie ekologicznej,
We wszystkich strategiach pojawia się podobna lista zapór, zbiorników, stopni wodnych.
W Polsce prawdziwa odpowiedź na pytanie, czy taka wielka betonowa retencja naprawdę jest koniecznością, brzmi niczego innego.
Jeszcze na serio nie próbowaliśmy.
Skąd wziął się ten utarty schemat?
By się tego dowiedzieć, spotykam się w Krakowie z Romanem Koniecznym, wieloletnim pracownikiem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, nestorem polskiej naturalnej retencji.
Z tego żyje ogromna ilość ludzi z hydrotechniki w Polsce, z projektowania, z realizacji tych obiektów.
Wody polskie też się przyzwyczaiły, że one robią hydrotechnikę.
Siedzimy w kawiarni przy Młynówce Królewskiej, najdłuższym parku w Polsce, rosnącym wzdłuż sztucznego koryta Rudawy, jednej z krakowskich rzek.
Roman Konieczny podaje jeszcze jeden argument, który jako dziennikarz obserwujący polityków od lat rozumiem aż za dobrze.
Ja myślę, że jednym z powodów na pewno jest to, że jak się opowiada o jakichś rowach migracyjnych albo o jakiejś zmianie gospodarki leśnej, to gdzie potem, kurczę, można stanąć i się pochwalić, że się to zrobiło, będąc politykiem, dyrektorem instytucji.
No nie ma gdzie, no co to jest za... Jak się stanie przy takiej zaporze, która ma 30 metrów wysokości...
Moja robota, można powiedzieć.
To jest w ogóle, nie da się tego pokazać.
Po koniecznym widać doświadczenie akademickie.
Z łatwością porządkuje wiedzę na temat ograniczania strat powodziowych.
Możliwe rozwiązania dzieli na trzy grupy.
Są takie trzy komponenty przy ograniczaniu ryzyka.
Pierwszy jest taki, żeby coś zrobić z powodzią, z samą wodą.
Czyli właśnie trochę ograniczyć, przytrzymać.
Nie dopuścić, czyli to są wały, zbiorniki, ale naturalna retencja przede wszystkim, czyli w górach opóźnienia spływu.
Ten spływ nie powodował tu dużych kulminacji i tej dynamiki wody, która tam jest straszna po prostu.
Czyli to są te drewniane zapory na potokach, które obserwowałem spacerując z Adamem.
Te małe wodopusty, czyli rynny w drogach, które Adam wyceniał na 500 zł za sztukę i te gnijące w potokach drzewa.
Druga grupa działań dotyczy nas samych.
Jest taki stary rzeczny bonmot.
Jedyną przyczyną powodzi są ludzie.
Przecież nawet w szkołach uczymy się o życiodajnych, corocznych wylewach Nilu.
Tym, co naturalne zachowanie rzeki zamienia w kataglizm, są nasze straty.
Gdy woda zalewa łąki i lasy, nie ma problemu.
Dopiero gdy pojawia się na ulicach, polach i w naszych domach używamy słowa powódź.
Może więc rozwiązaniem jest odsunięcie się od rzeki.
To zawsze budzi sporo emocji, ludziom kojarzy się z wysiedleniami i ograniczaniem wolności.
Może nie wiecie, ale w Polsce naprawdę obowiązuje prawo, które zakazuje budowania się na terenach zalewowych.
Do tego wątku wrócimy w następnych odcinkach.
Nie wiem ile ludzi tam mieszka w tej chwili, ale moim zdaniem około miliona osób.
A to są tylko ci, co mieszkają niechronieniem.
Bo jakby się policzyło tych zawałami, którzy są w dużym stopniu zagrożeni przy dużych powodziach, to szacuje się, że to jest od 3,5 do 5 milionów ludzi w Polsce.
Dlaczego gadanie o wyprowadzaniu się stamtąd jest w ogóle idiotyczne?
W Krakowie tereny zalewowe to prawie jedna czwarta miasta.
Roman Konieczny podkreśla, że wizja wyprowadzenia się z tych terenów wszystkich ludzi i zatrzymanie tam całej naszej aktywności jest czystą fantazją.
Możemy tam funkcjonować, ale możemy też robić to mądrzej.
To są ogromne obszary, więc co, nie budować szpitali?
Nie.
Budować tylko rozsądnie.
W Elblągu w 2017 była taka dramatyczna historia, że 400 strażaków broniło szpitala.
Woda była do kolan mniej więcej, tylko że szpital miał w piwnicy węzeł energetyczny i stację dializ.
A w internecie można znaleźć zdjęcie sprzed 1920 roku tego samego obszaru, gdzie dzisiaj stoi ten szpital, zalany w taki sam sposób.
Podobnie było w 2024 roku w Nysie, gdzie okazało się, że całe diagnostyczne serce szpitala znajdowało się na parterze i pod ziemią.
Woda zalała aparaturę do tomografii, laboratorium i jedyną w województwie opolskim pracownię terapii hiperbarycznej.
Roman Konieczny podkreśla, że naprawdę ważne jest mądre planowanie infrastruktury krytycznej.
Czyli na przykład duże stacje energetyczne, które doprowadzają gdzieś prąd.
Część stacji telefonicznych, czyli cała komunikacja, która po prostu w Kotlinie Płockiej wysiadła natychmiast.
Powinna być budowana tak, żeby była odporna, albo nie powinny być niektóre z tych elementów budowane na takim obszarze, który jest często zalewany.
Powstaje pytanie, czy warto budować tam więzienia?
Jak się człowiek wyobraził, jak się ewakuuje w więzieniu?
Był taki przykład w Nowym Odleanie, gdzie musieli to zrobić.
No rozpierducha, naprawdę na cztery fajery, bo sobie można wyobrazić, co może się dziać w takiej sytuacji.
Trzecią grupę działań mój rozmówca podsumowuje jednym zdaniem.
Nauczyć się żyć z powodzią.
Dla Lądka Zdroju, całej Kotliny Kłodzkiej i do Rzecza Odry test umiejętności życia z powodzią nadszedł we wrześniu 2024 roku.
W korycie Białej Lądeckiej w centrum miasta trwały wtedy prace, którymi kierował znany Wam już Borys Bednarek.
Byłem dlatego tutaj na miejscu, bo realizowaliśmy projekt taki hydrotechniczny w stronie śląskiej w Lądku Zdroju, który zaczął się rok wcześniej przed powodzią.
a był związany z zwiększeniem właśnie takiego bezpieczeństwa powodziowego poprzez głównie remont, naprawę, wzmocnienie tej istniejącej już zabytkowej infrastruktury, no bo te mury wzdłuż lądka często mają 100 lat.
I te prognozy pogarszały się z godziny na godzinę?
zarządził ewakuację ludzi i sprzętu z koryta rzeki.
To nie jest droga, czy jakiś budynek, który gdzieś stoi z boku, przejdzie deszcz, przejdzie wiatr i możesz budować dalej, tylko pracujemy w czynnym korycie rzeki, gdzie ta woda może nam narobić zniszczeń.
W tym samym czasie Maria Łukaszewska zastanawiała się, co zrobić z marznącymi na deszczu końmi.
Na kilka dni przed dramatyczną akcją przeciągania zwierząt do gospodarstwa sąsiadki planowała, żeby zaprowadzić je do własnej stajni.
Jakbym zrealizowała swój projekt, to byłoby tam 12 trupów, bo stajemy też po dach.
Więc gdyby mnie postanowiła uratować przed zimnem, to by się wszystkie utopiły.
Jeszcze w piątek, choć padało od pięciu dni, a służby słały kolejne alerty, Łukaszewska nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia.
W piątek to my byliśmy z mężem w Gliwicach oglądać samochód i jak wyjeżdżaliśmy, to rzeka była zupełnie nie... nic nie skazywało na to, że jest jakaś sytuacja podbramkowa.
Jak wróciliśmy, to mieliśmy takie schodki do tej rzeki, no to było, dwa schodki jeszcze widać, więc to jeszcze też w zasadzie, no tak nadal, nadal nic poważnego.
Ja wychodząc z tego, jakby komisu samochodowego, jeszcze rzuciłam na odchodne, bo oni się upierali, że zaliczka, zaliczka, ja mówię, no ale no wiecie, panowie, jak się okaże w niedzielę, że jesteśmy bezdomni, to mówię, to chyba oddacie.
Haha, hihi, mi się to wyłożyło, to jest jakiś w ogóle super joke.
a deszcz nie przestawał padać.
Prognozy pogarszały się z każdą godziną i cała Kotlina Kłodzka szykowała się na przejście wielkiej wody.
Były worki z piaskiem, były pierwsze ewakuacje i była wielka niepewność.
W następnym odcinku Fali sprawdzimy, jak wszystkie nasze procedury, służby i plany ewakuacji wytrzymały zderzenie z prawdziwym żywiołem.
Odwiedzimy Wrocław i poznamy jednego z bohaterów serialu Wielka Woda, a także przespacerujemy się po dnie największej budowli hydrotechnicznej w naszej części Europy, która we wrześniu 2024 roku przechodziła swój pierwszy poważny test.
Autorem serialu jest Krzysztof Story.
Produkcja Magdalena Birecka.
Konsultacja i redakcja scenariusza Barbara Sowa.
Montaż Daria Kędziora.
Za udźwiękowienie i postprodukcję odpowiada Bartosz Dąbrowski.
Współpraca Maciej Morzański.
Głosu użyczyli Bartosz Dąbrowski i Marietta Wiśniewska.
Produkcja frontstory.pl i TokFM.
Front Story ujawnia to, co inni chcą ukryć.
Inwestuj w jakościowe dziennikarstwo śledcze na frontstory.pl.
Ukośnik wspieram.
Tok FM Premium to nagradzane podcasty i pełne archiwum Radia Tok FM.
Ukośnik Premium.
Ostatnie odcinki
-
Trzęsienie ziemi na rynku złota i srebra: co da...
03.02.2026 13:40
-
KSeF jest już rzeczywistością. "Pojawia się duż...
03.02.2026 11:40
-
Ponad 330 szkół w całej Polsce zostało zamknięt...
02.02.2026 15:50
-
"Teraz to już nie umiemy rozpoznać, czy to prze...
01.02.2026 11:20
-
Jak wyglądała kapitulacja niemieckiej armii pod...
31.01.2026 16:00
-
"W dni smogowe rośnie śmiertelność na zawały se...
30.01.2026 17:10
-
Nominowana do Oskara i Globa rekonstrukcja zbro...
29.01.2026 14:00
-
"Bez telefonu, bez makijażu, skromne kieszonkow...
29.01.2026 11:00
-
Amerykańskie wojsko przerzuca siły na Bliski Ws...
28.01.2026 05:20
-
Kolejny dyskont wycofuje jaja z chowu klatkoweg...
27.01.2026 19:00