Mentionsy
93. Podpalenie w Makowie
Leszek G. był natarczywym petentem, sfrustrowanym odmową skierowania do DPS w Makowie. W grudniu 2014 roku, tuż przed świętami, dokonał strasznego czynu – oblał benzyną Renatę Białkowską i Małgorzatę Kowalczyk, a następnie podpalił je. Obie kobiety spłonęły żywcem, walcząc o ratunek.
www.zmorderstwem.pl
Wsparcie
💀 https://buycoffee.to/zmorderstwem
💀 https://patronite.pl/zmorderstwem
💀 Wsparcie przez YouTube (przycisk na stronie kanału bądź pod filmem)
Źródła: https://tiny.pl/b42fxg7t
Muzyka:
Heartbreaking by Kevin MacLeod
Link: incompetech.filmmusic.io/song/3863-heartbreaking/
License: creativecommons.org/licenses/by/4.0/
Scenariusz: Aleksandra Chrzanowska
Korekta: Joanna Kupczak
Postprodukcja audio-wideo: Marcin Gmitrzyk
Szukaj w treści odcinka
Duch Świąt zmarł razem z nią.
W tym roku po raz pierwszy przy wigilijnym stole będą dwa puste miejsca.
Jedno dla nieoczekiwanego gościa, a drugie dla mamy.
Pierwsze dni grudnia to zawsze intensywny i na ogół wesoły okres w roku.
Zaczyna się nerwowe przygotowywanie do kilku wyjątkowych dni.
Zakupy, prezenty, wyjazdy do rodziny.
W tym wszystkim odnaleźć muszą się też dwie pracownice Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w niewielkim Makowie.
Ten przedświąteczny okres to czas wzmożonej pracy, także tej terenowej.
Renata Białkowska i Małgorzata Kowalczyk są pracownicami socjalnymi z dużym doświadczeniem.
Od lat związane z placówką w ich rodzinnej gminie.
z przysłowiową duszą na ramieniu, zawsze gotowe, by nieść pomoc potrzebującym.
Dlatego wybrały tę pracę, żeby być tam, gdzie są potrzebne najbardziej.
Ośrodek, w którym pracują, jest niewielki, bo i gmina jest stosunkowo mała.
To kilka malutkich wiosek, liczących po kilkaset mieszkańców.
W ośrodku mają swój wspólny pokoik.
Pracują razem nie tylko w terenie, ale też w biurze.
Rozmawiają o tym, co w domu, o planach na weekend, o tym, jak ich dzieci radzą sobie w szkole.
Czasami też zwierzają się sobie z codziennych trosk czy drobnych zmartwień.
Małgorzata i Renata nie postrzegają swojej pracy jak zwykłej pracy za biurkiem.
To była dla nich misja, coś, co miało realny wpływ na życie ludzi, którzy często nie mieli już do kogo się zwrócić.
Pracownicy socjalni to osoby, które każdego dnia zderzają się z trudnymi emocjami innych, gniewem, rozpaczą i bezradnością.
Rozmawiają z ludźmi uzależnionymi, samotnymi, pogrążonymi w biedzie czy uwięzionymi w kręgu przemocy domowej.
To praca, która nie kończy się w momencie zamknięcia drzwi do ośrodka.
Obciążenie psychiczne i odpowiedzialność towarzyszą im także w domu.
Myśli krążą wokół niej, nawet gdy spędzają czas z rodziną.
Nie brakuje też sytuacji, w których petenci stają się natarczywi, a ich oczekiwania nie mają pokrycia w możliwościach, jakie przewiduje system.
Pracownik socjalny musi wtedy stanąć w roli tłumacza przepisów i mimo, że nie ma wpływu na obowiązujące prawo, to w oczach proszącego to on bywa winny odmowy.
Ten rozdźwięk między ludzką potrzebą serca i szczerymi chęciami pomocy, a chłodnymi ramami prawa jest codziennym doświadczeniem takich osób jak Małgorzata i Renata.
Obie głęboko wierzą jednak, że nawet jeśli nie mogą spełnić wszystkich oczekiwań, to ich obecność, rozmowa
albo chociaż próba wskazania alternatywnego rozwiązania mają jakieś znaczenie.
I to właśnie ta wiara, że pomagają, że ich praca coś znaczy, jest ich największym motorem napędowym.
Nie pracują dla uznania, bo tego często nie doświadczają.
O szczególnych korzyściach majątkowych też trudno mówić.
Mimo to wstają każdego ranka, by mierzyć się z kolejnymi ludzkimi problemami, a przynajmniej, by spróbować im zaradzić.
Dla wielu są cichymi bohaterkami, ale dla niektórych, szczególnie tych, którzy spotkali się z odmową pomocy, stają się przeszkodą, a nierzadko wrogiem.
W makowskim ośrodku, jeśli mówi się o kimś wyjątkowo natarczywym, to od razu przychodzi na myśl Leszek G. Uchodzi za petenta trudnego, któremu wytłumaczenie czegokolwiek graniczy z cudem.
To mężczyzna po sześćdziesiątce, mieszkaniec Słomkowa, niewielkiej wsi oddalonej o kilka kilometrów od Makowa.
W swoim domu żyje samotnie, a zdrowie coraz częściej daje mu się we znaki.
niemal regularnie pojawia się w gminnym ośrodku, prosząc o skierowanie do domu pomocy społecznej.
Na podstawie dostępnych informacji nie można jednoznacznie stwierdzić, z czego dokładnie się utrzymuje, bo źródła niestety tego nie precyzują.
Nie wiadomo też, czy gdzieś sobie dorabia, ale wiadomo jedno.
Jego determinacja, by trafić do placówki, graniczy już z obsesją.
Trudno też powiedzieć, czy faktycznie sytuacja Leszka G. wymagała pomocy, a jeśli tak, to jakiej.
Być może naprawdę była to osoba w potrzebie, która odbijała się od sztywnych ram systemu i związanych rąk urzędników.
Bez względu jednak na to, jak było naprawdę i czy możemy i chcemy mu współczuć, nic nie usprawiedliwia tego, czego się niedługo dopuści.
Im bliżej zimy, tym częstsze są jego wizyty, a prośby coraz bardziej rozpaczliwe.
Ale przepisy jasno określają, kto może liczyć na miejsce w DPS-ie.
Pan Leszek w świetle prawa nie spełnia tych kryteriów, ale dla niego to żadna odpowiedź.
Kieruje sprawę do samorządowego kolegium odwoławczego, a potem, gdy i tam przegrywa, do sądu administracyjnego.
Gdy w grudniu sędziowie również nie znajdują podstaw, by przyjąć go do domu pomocy społecznej, jego wszystkie prawne możliwości zostają wyczerpane.
Leszek G. wciąż krąży między swoim domem a urzędem, składa kolejne wizyty, choć dobrze wie, że niczego już nie wskóra.
Do znajomych mówi wprost.
Czuje się oszukany, zlekceważony, zdradzony przez instytucje, które miały mu pomagać.
Zamiast przygotować się do zimy, skupia się na pielęgnowaniu poczucia krzywdy.
Z tygodnia na tydzień rośnie w nim żal i gniew.
które zaczynają przesłaniać zdrowy rozsądek.
W jego myślach zaczyna kiełkować plano zemście, która w jego opinii jest jedynym, co mu pozostało, po tym, z jaką zniewagą potraktowały go instytucje, na których polegał.
Wyrównanie rachunków staje się priorytetem.
Kierując się pokrętną logiką, dochodzi do wniosku, że jeśli ośrodek nie dostrzegł w nim potrzebującego,
Tylko w ten sposób zaprowadzi równowagę w tym okrutnym i głuchym na ludzką krzywdę świecie, samemu ją wyrządzając.
Ostatni pełny tydzień roboczy przed świętami.
Jeszcze tylko kilka wizyt w terenie, jeszcze kilka spraw do zamknięcia, zanim nadejdzie przerwa.
Renata i Małgorzata zaczynają ten dzień rutynowo.
Trochę pracy biurowej, a potem wyjście do podopiecznych.
Zadania prewencyjne zaplanowane.
Wracając do biura, mijają po drodze znajomą sylwetkę.
Leszek G., mężczyzna, którego obecność w ośrodku stała się już niemal codziennością.
Być może w myślach zastanawiają się, czy i dziś złoży im wizytę w ośrodku.
Czas je goni, a w biurze czeka na nie jeszcze trochę zadań na dziś.
Wracają więc do pokoju i zabierają się za bieżące obowiązki.
Chwilę później, kilka minut po trzynastej, do budynku faktycznie wchodzi Leszek G. Jego obecność nigdy nie pozostaje niezauważona.
Nie musi nic mówić, wystarczy, że się pojawia, a atmosfera samoistnie gęstnieje.
W poczekalni nie ma nikogo, więc niemal od razu wchodzi do pokoju Renaty i Małgorzaty.
Urzędniczki nie są jednak same, przebywa tam jeszcze ich koleżanka.
Jej spojrzenie mówi wszystko, znowu on.
Zanim sytuacja zdąży się rozwinąć, zanim emocje jak zawsze wezmą górę, kobieta podejmuje decyzję, by wyjść.
Kieruje się w stronę gabinetu kierowniczki, by poinformować ją, że Leszek znów przyszedł.
Liczy na to, że przełożona spróbuje jeszcze raz wytłumaczyć mu bezcelowość dalszych wizyt.
bo mają związane ręce i że wreszcie utnie tę niekończącą się, męczącą dla wszystkich dyskusję.
Nie wie jeszcze, że wyjście z pokoju koleżanek uratowało jej życie.
Nikt nie spodziewa się, że ta wizyta zakończy się w sposób pokojowy, ale nikt też nie mógł przewidzieć, że Leszek G. wcale nie przychodzi dziś po raz kolejny się poskarżyć ani domagać się tłumaczeń.
Ma plan i właśnie przystępuje do jego realizacji.
W dłoniach trzyma cztery plastikowe butelki, po brzegi wypełnione benzyną.
Odkręca jedną po drugiej, a ciężki duszący zapach paliwa momentalnie wypełnia pomieszczenie.
Strumienie ciecze rozlewają się po wykładzinie, oblewają biurka, papiery, a w końcu także Renatę i Małgorzatę, które bezradnie protestują i krzyczą, żeby przestał.
On jednak zachowuje się jak w transie.
Nic nie dociera do jego świadomości.
Żadne słowo, żadna prośba.
Nie przyszedł, żeby przekonać kogokolwiek czy udowodnić, że ma rację.
Chce ukarać kobiety, które odmawiały mu pomocy.
Wystarczy jedno pstryknięcie, jeden płomień, by benzyna zajęła się w ułamku sekundy.
Pokój natychmiast staje w ogniu.
Płomienie wspinają się po zasłonach, trawią drewniane meble.
W tym czasie...
Leszek wychodzi z pokoju i zatrzaskuje za sobą drzwi.
Jakby tego było mało, przytrzymuje je z drugiej strony, świadomie uniemożliwiając kobietom ucieczkę.
Dopiero gdy za drzwi dobiegają rozpaczliwe wołania, a potem coraz cichsze jęki i szlochy, uznaje, że już wystarczy.
Zwyczajnie stwierdza, że na pomoc i tak będzie już za późno i może odejść.
Wykonał swoje zadanie i ucieka z miejsca zbrodni.
Po korytarzu rozlewa się dym, a pracownicy ośrodka w panice wybiegają z pokoi, zasłaniając twarze przed gryzącym powietrzem.
Słychać trzask ognia, alarmowe krzyki, a chaos narasta z każdą sekundą.
Pod ośrodkiem zbiegają się już przypadkowi przechodnie, pracownicy i klienci okolicznych sklepów.
Ktoś wzywa pogotowie i karetkę, ktoś inny pomaga osobom, którym udało się wybiec z budynku.
Do środka bez zawahania wbiega przypadkowy mężczyzna.
Nie zważając na własne życie i bezpieczeństwo, rzuca się w stronę płonącego pokoju.
Chwyta Małgorzatę, wciąż objętą ogniem i z ogromnym wysiłkiem wyciąga ją na zewnątrz.
To bohaterski gest, ale dramat trwa dalej.
Renata wciąż pozostaje w ośrodku, w pułapce.
Po kilku minutach na miejsce docierają strażacy i ratownicy, a ich syreny zagłuszają krzyki i płacz tłumu zebranego pod ośrodkiem.
Kłęby dymu wciąż wypełniają pomieszczenia, a płomienie pochłaniają resztki wyposażenia.
Jednak w końcu udaje się dotrzeć do Renaty.
Ratownicy wyciągają ją z płonącego pokoju i natychmiast udzielają pierwszej pomocy.
Niestety, mimo wysiłku i reanimacji, na ratunek jest już za późno.
Renata umiera na miejscu w wyniku poniesionych obrażeń.
Dosłownie spłonęła żywcem.
Z kolei Małgorzata, która została wyniesiona z budynku nieco wcześniej, zostaje przewieziona w stanie krytycznym do szpitala w Warszawie, gdzie lekarze walczą o jej życie.
W tym samym czasie prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie celowego podpalenia, a także zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.
Poza Renatą i Małgorzatą, przeciwko którym ten atakt był bezpośrednio wymierzony,
Poszukiwanie podejrzanego nie zajmuje dużo czasu.
Świadkowie od razu relacjonują przybycie natrętnego gościa na krótko przed wybuchem pożaru.
Wiadomo, kim jest i gdzie mieszka.
Motyw jego działania również jest jasny od samego początku.
Gniew i poczucie niesprawiedliwości wobec instytucji, które odmówiły mu pomocy.
Aresztowanie staje się więc jedynie kwestią czasu.
Kiedy funkcjonariusze pukają do drzwi domu Leszka G., mężczyzna nie jest zaskoczony.
Wydaje się spokojny, wręcz obojętny.
Zostaje przewieziony do prokuratury na pierwsze przesłuchanie, a w tym samym czasie policjanci przeszukują jego dom.
Technicy znajdują i zabezpieczają cztery plastikowe butelki.
W jednej wciąż znajduje się resztka łatwopalnej cieczy.
Podczas obecności w domu podejrzanego policjanci nie mogą nie zauważyć silnego, gryzącego zapachu benzyny, który unosi się wszędzie wewnątrz.
Pierwsze przesłuchanie odbywa się w środę, 17 grudnia.
Jednak trudno nazwać je owocnym.
Leszek G. zasłania się utratą pamięci i twierdzi, że nie pamięta, by był w poniedziałek w Makowie.
Z detalami opowiada o swoich bezskutecznych staraniach o miejsce w domu pomocy społecznej.
Krok po kroku relacjonuje każdy swój ruch, każdy wniosek, każde odwołanie.
Opowiada to z wyraźnym rozżaleniem, a jego wersja wydarzeń pokrywa się z relacjami pracowników ośrodka, którzy wcześniej mieli z nim do czynienia.
Jeszcze tego samego dnia prokuratura wnosi o tym czasowy areszt.
Jest podejrzany o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, usiłowanie zabójstwa oraz wywołanie pożaru stwarzającego zagrożenie dla życia i zdrowia wielu osób.
Grozi mu kara od dwóch lat więzienia do dożywocia włącznie.
Ale wszystko zmienia się już następnego dnia.
W czwartek, 18 grudnia, z Warszawy napływają tragiczne wieści.
Małgorzata, cudem uratowana z pożaru, właśnie zmarła w szpitalu.
To oznacza, że Leszek G. jest podejrzany teraz nie o jedno, a o dwa zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.
Śledztwo nabiera tempa, a każdy kolejny postęp relacjonują krajowe media.
Portale rozpisują się o czarnym poniedziałku w niewielkiej wsi, nie szczędząc przy tym makabrycznych szczegółów.
Pojawia się też niepotwierdzona informacja, jakoby Leszek G. w przeszłości był pacjentem szpitala psychiatrycznego.
To i jego zobojętniałe zachowanie podczas przesłuchania, a do tego rzekoma amenezja, sprawiają, że pojawia się zasadne pytanie o jego poczytalność.
Dochodzenie trwa, a każde kolejne przesłuchanie nie przynosi w zasadzie żadnych dodatkowych informacji.
Leszek G. nie chce powiedzieć, w jaki sposób i od kiedy planował zbrodnię.
Nie wyraził skruchy i wciąż podtrzymuje, że nie pamięta nic z tamtego feralnego dnia.
Nie przyznaje się wprost, jednak podczas jednego z przesłuchań stwierdza, że jeśli prokurator twierdzi, że to on jest winny...
To najwyraźniej tak musi być.
Nie próbuje się też bronić ani tłumaczyć, a śledczy odnoszą wrażenie, że wszystko, co dotyczy Leszkagia, rozgrywa się jakby zupełnie poza nim, bez jego udziału.
Mimo poważnych zarzutów i wizji długoletniej odsiadki, mężczyzna pozostaje niewzruszony.
Być może jest świadomy, że nic, co powie, nie może mu pomóc.
Jednorazowe badanie nie jest w stanie bezsprzecznie potwierdzić lub zaprzeczyć, czy podczas popełniania zbrodni był świadomy swoich działań.
Decyzją prokuratury zostaje więc wysłany na obserwację na oddział szpitalny w zakładzie karnym w Łodzi, gdzie psychiatrzy zdecydują, czy był poczytalny, a więc czy będzie mógł zostać osądzony za zarzucanemu przestępstwa.
Na podstawie zeznań świadków, którzy widzieli Leszka G. tego grudniowego poniedziałku, udaje się odtworzyć, gdzie był i co robił.
Mężczyzna około godziny 10 rano był w Słomkowie, swojej rodzinnej wsi.
Tam był widziany w jednym ze sklepów i już wtedy miał przy sobie torbę z plastikowymi butelkami.
Prokuratura przypuszcza, że była już w nich benzyna wykorzystana do ataku.
Później około 12.30 był już w Makowie i wszystko wskazuje na to, że kręcił się w pobliżu ośrodka, czekając na to, aż Renata i Małgorzata zakończą pracę w terenie i wrócą do biura.
Zebrane dotychczas dowody są wystarczającą podstawą, by sformułować akt oskarżenia.
Tym bardziej, że zgodnie z opiniami biegłych, mimo ograniczonej poczytalności w chwili popełniania czynu, Leszek G. może stanąć przed sądem.
W maju 2015 roku
Prokuratura przekazuje do Sądu Okręgowego w Łodzi akt oskarżenia przeciw Leszkowi G., zarzucając mu zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem dwóch urzędniczek Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Makowie oraz podpalenie zagrażające życiu wielu osób.
Grozi mu minimum 12 lat więzienia, aż do kary dożywotniego pozbawienia wolności.
Proces rozpoczyna się stosunkowo szybko, bo już 15 grudnia i toczy się za zamkniętymi drzwiami.
Sąd analizuje zeznania współpracowników ofiar, ratowników i techników, a także dowody, butelki z benzyną, obrażenia i zabezpieczenia miejsca zbrodni.
Każde świadectwo, każdy element materiału dowodowego rysuje brutalny obraz zbrodni zaplanowanej z zimną krwią.
Wyrok zapada 3 lutego 2016 roku, nieco ponad rok po wydarzeniach.
Sąd skazuje Leszka G. na dożywotnie pozbawienie wolności, 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz pół miliona złotych za tość uczynienia dla rodzin ofiar.
Obrona resztkami sił próbuje jeszcze wywalczyć niższy wymiar kary, wnosi więc apelację, podnosząc wątpliwość co do poczytalności i braku bezpośrednich świadków podpalenia.
Sąd apelacyjny w Łodzi podtrzymuje wyrok, wskazując, że z uwagi na to, że działanie Leszka G. było celowe, zasługuje na szczególne potępienie.
Wyrok staje się zatem prawomocny i zamyka etap procesu karnego, a społeczność, koledzy po fachu, a przede wszystkim rodziny obu kobiet mogą zaznać chwili spokoju i poczucia sprawiedliwości.
Tragedia w Makowie odbija się szerokim echem w środowisku pracowników pomocy społecznej w całym kraju.
Koledzy i koleżanki z innych ośrodków wyrażają żal i solidarność.
Podkreślają, że mimo misji i empatii, jaka jest podstawą ich zawodu,
Praca ta kryje w sobie ogromne ryzyko, które wymaga systemowej ochrony.
Środowisko domaga się wprowadzenia obowiązkowych procedur bezpieczeństwa, m.in.
zgłaszania przemocy wobec pracowników socjalnych do centralnej bazy.
Chcą też szkoleń z deeskalacji oraz możliwości wezwania ochrony, gdy byłoby to konieczne.
Bo smutna rzeczywistość wygląda tak, że często pracownicy socjalni są pozostawieni sami sobie, a ewentualne trudności, które napotykają w pracy...
zrzucane są na garb specyfiki tego zawodu i po prostu bagatelizowane.
Państwo również przyłącza się do hołdu dla ofiar podpalacza z Makowa.
Renata Białkowska i Małgorzata Kowalczyk, które oddały życie w służbie drugiemu człowiekowi, zostają pośmiertnie odznaczone Złotym Krzyżem Zasługi, wyróżnieniem przyznawanym za ofiarność, odpowiedzialność i państwową służbę.
Niestety nieważne, ile słów wsparcia pojawiłoby się na portalach internetowych, ile odznaczeń by się nie przyznało i jak surowej kary by nie wymierzono, to nijak nie przewróci życia Renacie i Małgorzacie.
Dzieci straciły matki, mężowie stracili żony, rodzice stracili córki, których nie zastąpi żadne dobre słowo czy ciepły uśmiech.
Choć są też instytucje, które wyciągają pomocną dłoń właśnie do rodzin pracowników publicznych, których spotkała tragedia i właśnie pod opiekę takowej trafiła rodzina.
Jej synowie mogą liczyć na wsparcie, które ona sama niosła kiedyś innym ludziom.
Ośrodki te pomagają nie tylko w przezwyciężaniu trudności związanych z żałobą, ale też walczą o zachowanie pamięci o cichych bohaterach, którzy w tym codziennym zamieszaniu jakoś umykają naszej uwadze.
Właśnie w ten sposób powstała wystawa poświęcona funkcjonariuszom publicznym poległym na służbie, by dostrzec w nich nie tylko pracownika, ale przede wszystkim człowieka.
I to właśnie dzięki tej wystawie natrafiłam na dzisiejszą sprawę i bardzo chciałam się nią z wami podzielić.
Każdy z nich miał plany, marzenia, które zostały im odebrane, czasami przez żywioł, a czasami przez innego człowieka.
Jak wspomina młodszy syn Małgosi, mama była po prostu złotym człowiekiem w każdym calu.
Tak uważam, choć nie znałem jej tak długo, jakbym tego chciał.
Kochani, z mojej strony na dziś to już wszystko.
Dajcie znać, co sądzicie o tej sprawie.
Być może ją pamiętacie z mediów i macie jakieś swoje przemyślenia na jej temat.
Będzie mi też bardzo miło, jeśli zostawicie po sobie motywującą łapkę w górę.
Zachęcam też do wsparcia przez YouTube, Patronite albo wirtualną kawę.
Linki znajdziecie w opisie.
Tymczasem uważajcie na siebie i do usłyszenia wkrótce.
Ostatnie odcinki
-
112. Chore fantazje
03.02.2026 18:17
-
111. Kino, popcorn i śmierć - sprawa Curtisa Re...
27.01.2026 21:49
-
110. Granica desperacji
20.01.2026 19:53
-
109. Zbrodnia Hello Kitty
13.01.2026 18:48
-
108. Zaginięcie Kamili Szarmach
06.01.2026 19:29
-
107. Christine Paolilla i masakra w Clear Lake
30.12.2025 17:00
-
106. Krwawe święta
23.12.2025 15:38
-
105. Bestia z Klucova
16.12.2025 19:38
-
104. Niechciany chłopiec - historia Daniela Pełki
09.12.2025 20:50
-
103. Ostatnia impreza - sprawa Wiktorii Koziels...
02.12.2025 20:49