Mentionsy

Heweliusz. Prawdziwa historia 
04.11.2025 06:30

Heweliusz. Wdowy, sąd i tajemnice I Heweliusz. Prawdziwa historia #4

Batalia sądowa i poszukiwanie prawdy. Kilkadziesiąt rozpraw, podczas których zapadały wyroki raz obwiniające kapitana, innym razem armatora, a jeszcze innym - warunki pogodowe. Dramat wdów i sierot po ofiarach tragedii, które przez lata nie mogły doczekać się sprawiedliwości dla swoich bliskich i należnych odszkodowań. Historia katastrofy Heweliusza nie zakończyła się feralnej nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku. Roman Czejarek w kolejnym odcinku podcastu "Heweliusz. Prawdziwa historia" bada następny wątek historii największej katastrofy w dziejach polskiej żeglugi po II wojnie światowej.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 402 wyników dla "Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu"

To jest w raporcie niemieckiego lotnictwa, że eine Explosion muss es gegeben haben.

Ta broń mogła mieć związek, że oni się tam bardzo spieszyli, żeby wyjść.

To byli obywatele różnych krajów, to byli kierowcy tirów, to byli kierowcy ze Szwecji, Węgier, Austrii, Niemiec.

Tam niektórzy kierowcy płynęli z dziećmi, z żonami.

Płynęliśmy na głębokości około 20 metrów, szukając tego miejsca, gdzie będzie pokład łodziowy.

Zaczęliśmy od śrub oczywiście, od tego wychylenia sterów.

Na tym pokładzie łodziowym widać wylewkę betonową.

Powyżej 5 centymetrów udało się znaleźć.

Katastrofa rozegrała się w końcowej fazie w całkowitych ciemnościach.

Zabierał latarki, które ukryww różnych miejscach, nawet w toalecie.

Heweliusz.

Prawdziwa historia.

Już wiecie z poprzednich odcinków, że w tej historii wiele rzeczy wyglądało zupełnie inaczej.

W poprzednich podcastach w tym miejscu było słychać szum fal oraz odgłosy okrętowych syren i krzyk przelatujących mew.

Bo w tym miejscu powinien być szelest archiwalnych dokumentów i gwar sądowych sal.

A szczerze mówiąc bardziej krzyk.

Krzyk zdenerwowanych kobiet, pogróżki, propozycje dziwnych ugód i trzask zamykanych w gniewie drzwi.

Bo jak inaczej zareagować na próbę uciszenia protestów za żenującą sumę 5 tysięcy złotych.

I ani grosza więcej.

Tuż po piątej nad ranem na Bałtyku tonie prom Jan Heweliusz.

Ale nic nie dzieje się tak jak powinno.

Statek ma wady.

Dziurę w furcie.

Jest spóźniony, a w ostatniej chwili na pokład wjechał dziwny ładunek.

Gdy zaczyna tonąć uderzony przez rekordowej siły sztorm, znów wszystko idzie nie tak.

Brak nawet prostych procedur.

Dyspozytor śpi, a ratownicy w śmigłowcach i na statkach nie radzą sobie i zamiast wyciągać żywych ludzi z wody przyczyniają się do ich śmierci.

Władze obiecują, że wszystko wyjaśnią, a rodziny otoczą opieką.

Wtedy jeszcze nikt nie wie, że procesy będą się ciągnąć przez kilkanaście lat, a krewni ofiar przestaną się do siebie odzywać.

Heweliusz.

Prawdziwa historia.

Sąd i wina.

W Gdyni pod pomnikiem Konrada na skwerze Kościuszki przy symbolicznej urnie złożono wieńce i zaciągniętą marynarską wartę honorową.

W uroczystościach pogrzebowych ofiar katastrofy Heweliusza uczestniczył prezydent Wałęsa.

W waszych i w moich myślach.

To relacja Polskiego Radia z oficjalnych uroczystości w Gdyni.

Polska jest w szoku.

Rządzący prześcigają się w zapewnieniach o rzetelnym śledztwie, o ujawnieniu i ukaraniu winnych.

Wtedy jeszcze można wierzyć, że tak się stanie.

Wróćmy na razie do tego dramatycznego poranka.

14 stycznia, tuż po zakończeniu pechowej akcji ratunkowej.

Właśnie wrócił pan z identyfikacji ofiar Jana Heweliusz.

No było to niesamowite przeżycie.

Po prostu mogliśmy my również podzielić ich los.

Dlatego jestem mocno zdenerwowany i pod wrażeniem tej tragedii.

Odpowiednie ekipy, które identyfikują zwłoki.

Wśród podjętych z rozbitku na nasz statek są osoby zarówno z załogi, są kierowcy, jest również mała dziewczynka około 6 lat.

Najbardziej szokującym dla mnie widokiem było właśnie przenoszenie zwłok tego dziecka, a mianowicie Bosman, na rękach jakby w objęciu, jakby się ona chciała chwycić jego szyi, no niestety nie mogła.

Na tym promie zwłok nie ma mojego ojca.

Pokazali czekać, nie ma go ani na liście tych właśnie odnalezionych, ani nie ma... Listy zaginionych nie ma jeszcze po prostu.

To relacje reporterów nagrywane w Polsce.

Uratowani marynarze byli wtedy w szpitalu w Niemczech.

Och, mistrz Edward Kurpiel.

Praktycznie to nie mieliśmy ani chwili spokoju, a nawet aż żenujące, ale muszę powiedzieć, że doszło do tego, że baliśmy się wychodzić na korytarz, bo gdyśmy tylko otwierali drzwi i wychodzili na korytarz, to byliśmy od razu napastowani przez

Przez całe gromady ludzi, nawet nie wiedzieliśmy kto jest kto, skąd, jedni przekrzykywali drugich, no wie pan, nie patrząc nawet na to, w jakiej my jesteśmy kondycji psychicznej, fizycznej, wiadomo, że uratowaliśmy się z tej katastrofy, to oni w ogóle na to nie zważali, pomimo że byli na terenie szpitala.

Ten psychiczny napór, ta bezpardonowość, nie liczenie się właściwie nikogo z niczym, byleby tylko była informacja i to nie zawsze potwierdzona, widzieliśmy to i było nam bardzo ciężko, bardzo ciężko i rozmawialiśmy między sobą, no popatrzcie, czasami tam nam łatwiej szło niż tutaj, niż tutaj w szpitalu.

Lucyna Petruk, żona motorzysty z Heweliusza, czekała na wiadomość w domu z trójką małych dzieci.

Rano dowiedziała się z radia, że mąż nie żyje, ale po kilku godzinach nagle przybiegła jej przyjaciółka, mówiąc, że Jerzy Petruk jest w nielicznym gronie uratowanych, tylko został uśmiercony przez pomyłkę, bo ktoś w Niemczech przekręcił jego nazwisko.

Około szesnastej to pierwszy raz zobaczyłam męża w telewizji w szpitalu, jak był pokazany.

Wtedy była pokazana cała relacja, jak Heweliusz jest za toną, jeszcze po morzu jest odwrócony.

No i później po dwóch dniach, czy to na drugi dzień, no dopiero jak mąż przyjechał do domu, no to wtedy tak jak to się mówi, wszystkim mówię, że to była radość, ale to była dziwna radość.

Ja nie mogę tego opisać słowami, bo to przy takiej tragedii to nie ma radości.

I można by powiedzieć, że byłam w tym momencie, o Jezu, wszyscy są szczęśliwi, ale tutaj nie było takiej pełnej radości.

To też była tragedia ogromna dla rodzin, które straciły mężów, żon i dla tych też, co uratowały się, bo oni też, ci rozbitkowie, przeżyli tragedię.

Myśleli, że więcej osób się uratował, a ich się uratowała tylko garstka, dziewięć osób, tak?

A byli pewni, że... To też jest takie, dla nich była radość, nie radość, tak?

Nie można powiedzieć, że oni też skakali z radości, że się uratowali.

O tej dziwnej radości przemieszanej ze smutkiem wspominało mi bardzo wiele osób.

To utkwiło w ich pamięci.

Ale jeszcze nikt nie przewidywał, co wydarzy się później w sądzie.

Na razie ofiary upamiętniano na całym wybrzeżu.

Od Gdyni i Gdańska po Szczecin i Świnoujście.

Polskie Radio relacjonowało to tak.

Proszę zwrócić uwagę na zapowiedź spikera i liczbę ofiar, którą wymienia.

Czy wiecie, dlaczego się pomylił?

14 stycznia 1993 roku zatonął prom Jan Heweliusz.

Zginęło wówczas 55 osób.

To wtedy pierwszy raz widziałem tak złą pogodę.

Akurat byłem na wachcie.

Cały czas słuchaliśmy telewizji.

Byliśmy w żywo tym zainteresowani.

Dajemy sobie wszyscy sprawę, jak to jest ważne dla ojczyzny.

Ale też zdajemy sobie sprawę, jak ta praca na morzu jest niebezpieczna.

Dlatego ta nasza modlitwa jest za wszystkich, którzy troszczyli się o to, by morze służyło jak najowocniej człowiekowi, ale i za tych, co w tej walce z żywiołem przegrali.

To jest intencja bardzo przykra, bo to jest rzeczywiście po śmierci znajomych, naszych rodzin również.

Z pana rodziny również też?

Cóż mogę powiedzieć, to jest wzruszenie i sięga daleko, daleko.

Na żadną katastrofę nikt nie jest przygotowany, a ta szczególne piętno na nas wywarła, chociażby ze względu na to, że zginęli w ogóle ludzie.

Dyrektor naczelny Euro Africa Line Paweł Pożycki.

Morze to jest żywioł.

Kolizje statków się zdarzają, ale to co jest najtragiczniejsze, że niestety są ofiary.

To nie tylko ci, którzy pływają na statkach, ale ich rodziny.

Katarzyna Opalińska, rzecznik prasowy Akademii Morskiej w Szczecinie.

I to jest szczególna intencja właśnie, taka msza i bycie Akademii Morskiej razem z armatorem podczas tych uroczystości.

My musimy i z rodzinami, i z ludźmi morza po prostu być wszędzie tam, gdzie okoliczności wskazują, że powinniśmy.

Zimno, noc, ci ludzie giną z zimna, z wyczerpania, to zostaje w pamięci.

Jest to jedna z największych tragedii na Bałtyku, nie tylko w historii polskiej marnarki handlowej.

Wzywam Was, zaginieni pasażerowie i członkowie załogi promu Jan Heweliusz.

Światłem płonącego znicza tętniam gorących, bagnarskich serc.

Tu, do Szczecina, pod szczególny pomnik poświęcony pamięci tym, którym okrutny los nie pozwolił zawinąć do portu przeznaczenia.

To była straszna tragedia i współczujemy tym wszystkim, którzy cierpią z tego powodu, że zginęli najbliżsi.

To jest dzień, w którym my pamiętamy o tych wszystkich bohaterskich ludziach, którzy tam zginęli lub o tych wszystkich bohaterskich ludziach, którzy musieli stawić czoło stracie najbliższych.

Dziś wydaje się to dziwne.

Ale samo ustalenie rzeczywistej liczby ofiar zajęło, uwaga, kilkadziesiąt lat.

Jeżeli tak prosta rzecz była tak trudna do sprecyzowania, to co sądzić o rzetelności pokazywanych dokumentów?

Od samego początku był pewien problem z ustaleniem prawdziwej ilości ofiar katastrofy.

Podczas oficjalnych uroczystości na Skwerze Kościuszki w Gdyni

Dwa tygodnie po tragedii odczytano 54 nazwiska.

Przez trzy dekady we wszystkich encyklopediach była liczba 55.

Członków załogi i pasażerów.

Okazuje się, że jednak ta podawana oficjalnie liczba była nieprawdziwa.

Wpadłem na to trochę przypadkowo.

Czytając akta gdańskiej prokuratury, to znaczy umorzonego przez tę prokuraturę śledztwa, natrafiłem na list

ówczesnego ambasadora Austrii w Warszawie do prokuratora Ryszarda Paszkiewicza.

Ten list można streścić w następujący sposób.

Gdzie jest dwójka obywateli Austrii?

Karl Eichert i jego córka Sylwia Eichert.

Ta dziewczyna miała 17 lat i prawdopodobnie ojciec podczas zimowych ferii w szkole zabrał ją ze sobą w rejs, żeby zrobić tej swojej córce wycieczkę.

I oni bez wątpienia byli na pokładzie Heweliusza.

Karl Eichert był kierowcą Tyra, Sylwia Eichert to jego 17-letnia córka.

Bez wątpienia byli na Heweliuszu.

Ich ciała wydobyto po kilku miesiącach.

Jedno z tych ciał było u wybrzeży Bornholmu, drugie na Helu.

Nie mogłem przestać myśleć o tej siedemnastolatce, która w ten sposób zginęła trochę przez przypadek.

Zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, że na liście ofiar, która co roku ukazuje się wraz z nekrologiem drukowanym w ogólnopałowskiej prasie, taki nekrolog wykupywał armator, że nie ma tej dziewczyny.

Trudno gdzieś wyjaśnić, dlaczego ona zniknęła z oficjalnej listy.

Można to wytłumaczyć jakimś bałaganem, ale również tym, że od samego początku, również trochę z winy kieroww, był kłopoty z otworzeniem listy pasażerów.

Oni nie zawsze wpisywali nazwisko osoby towarzyszącej.

Była też taka historia, że na Heweliuszu miała być czwórka młodych ludzi, studentów.

W jednej z gazet na wybrzeżu dzień po katastrofie, czy też dwa dni, ukazała się informacja, że oni zginęli.

W rzeczywistości oni w ogóle nie dotarli na Heweliusza.

Z powodu ślizgawicy jechali zbyt wolno.

Dwójka z nich dotarła na nabrzeże.

Prom już właściwie odpływał.

Miał zamkniętą furtę rufową.

Oni nawet awanturowali się, bo marynarze nie chcieli już ich wpuścić.

Było po prostu za późno na wjazd.

Wrócili

Do Akademika, no i kiedy następnego dnia w tymże Akademiku dowiedzieli się z mediów co się stało, to po prostu pil alkohol cały dzień, świętując, że udało im się przeżyć, bo wiedzieli, że na pewno by zginęli, gdyby byli na tym promie.

To Adam Żadworny, autor książki Heweliusz.

Studentom, którzy spóźnili się na prom, wcale się nie dziwię.

Z czasem okazało się, że takich osób jest więcej.

Jeden z kieroww PKS-u w ostatniej chwili zamienił się z kolegą, który przez to zginął później na promie.

Ten kierowca do dziś ma wyrzuty sumienia, bo przecież na tym promie miał być on.

Do tego też jeszcze wrócimy.

Bo na razie, wtedy w styczniu 1993 roku, zaczynały się pierwsze przesłuchania.

Wspomina ratownik, kapitan Benedykt Hatz.

Powiem Panu coś, o co mnie nikt nigdy nie zapytał, a nad czym się wielokrotnie zastanawiam.

Mianowicie kontakt.

Z tą sprawą od strony prawnej miałem tylko drugiego czy trzeciego dnia, kiedy wróciłem do portu razem z znalezionymi, podniesionymi tratwami, sprzętem itd.

To wielogodzinne przesłuchanie, które prowadził prokurator, zakończyło się podpisaniem protokołu i w zasadzie w tym momencie mój kontakt z prawem się urwał.

Nikt nigdy mniej więcej o to nie zapytał.

Wtedy miałem dużo więcej do powiedzenia, bo było to na świeżo.

To zostało zamknięte jako pewnik, że się nic nie mogło zmienić już.

Było to dla mnie mocno stresujące, jak się dowiedziałem, że tam dołożono kilkadziesiąt ton betonu, że miał kłopoty z balastami, że z furtą miał.

No, to było bardzo ryzykowne.

Ale to jest odpowiedzialność armatora i załogi, niestety.

Beton wylany na pokład po pechowym pożarze Heweliusza, kilka lat wcześniej.

Ten wątek dziwnie zniknie później w czasie rozpraw.

Dziurawa rufowa furta, szwankujące balasty otwarte wbrew przepisom na pełnym morzu.

Ta lista błędów była zaskakująco długa i każdy wtedy pytał, czyja to jest wina?

Nie tylko z ciekawości.

Od tego zależało kto, kiedy i czy w ogóle dostanie jakieś odszkodowanie.

To jest suma błędów.

One są rozłożone chyba głównie po stronie EuroAfriki, tak?

To tak się nazywała ta firma, bo Nadzór Armatorski

Jest jednym z najważniejszych elementów zapobiegania, czyli właśnie terminowe przeglądy, terminowe sprawdzenia, jakieś doposażenie w sprzęt dodatkowy, który jest niezbędny.

To nie jest tak, że ten statek się przewrócił dlatego, że ktoś popełnił jeden błąd.

Jeden błąd pociągał za... one się kumnowały.

Tam była też historia związana z brakami, jeśli chodzi o wyposażenie, bo jak podbiegła załoga, miała kombinezony, pozostali nie mieli, co drastycznie ogranicza ich szanse na przetrwanie.

Pytanie, czemu nie przewidziano kombinezonów dla pasażerów na promie, który zawsze tych pasażerów na pokładzie ma, to oddzielny temat.

Na tle całej masy dużo poważniejszych zaniedbań można rzec drobiazg.

O tych poważnych rzeczach od dawna wiedzieli oficerowie, marynarze, także rodziny, ale gdy padały konkretne pytania, milczeli, albo często, tak jak trzeci oficer, jedyny uratowany z mostka Heweliusza, zasłaniali się niepamięcią.

Czemu tak mało osób miało wtedy odwagę powiedzieć całą prawdę?

Najtrudniejsze były rozmowy z niektórymi marynarzami, ale przede wszystkim z wdowami.

Ja domyślałem się, że marynarze przeżyli wielką traumę, bo na ich oczach ginęli ich koledzy, członkowie załogi Heweliusza.

Ci, którzy byli na tratwie widzieli, jak osuwają się w wodę, która wypełniała tratwę pasażerowie i umierają z hipotermii.

Ale byłem zaskoczony, jak te blizny psychiczne są wielkie.

Jeden z marynarzy opowiadał mi o tym, że już nigdy nie mógł zasnąć bez lampki nocnej.

Inny, kucharz Zakrzewski, mówił o tym, że jego blok w Gdyni, wydawało mu się, że on się kiwa na bok i zaraz się przewróci.

Kolejny, elektryk Grzegorz Sudwoj, mówił mi o tym, że w kolejne rejsy zabierał ze sobą latarki, bo ta katastrofa rozegrała się w końcowej fazie w całkowitych ciemnościach.

On bał się ciemności, zabierał latarki, które ukryww różnych miejscach, pod poduszką, nawet w toalecie.

Bardzo trudna była rozmowa z wdową po kapitanie, z Jolantą Łasiewicz, wspaniałą osobą, która przez ponad 30 lat nie chciała rozmawiać z dziennikarzami.

Była trochę, można powiedzieć, obrażona na media po tym, jak w jednej z gazet przeczytała tytuł

Wdowa po kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu musiała walczyć o jego dobre imię, bo od samego początku szybko zaczęło się oskarżanie kapitana.

Powiem szczerze, zwalenie wtedy całej winy na kapitana było wielu osobom z różnych powodów bardzo na rękę, więc nawet jak coś wiedzieli, woleli milczeć.

Zwłaszcza, że wiele osób powinno mieć tu mocne wyrzuty sumienia.

Część z nich z tą prawdą skrywa się chyba do dziś.

I tak, zamiast jednej prostej rozprawy, ustalającej wtedy kto winien, a kto nie, wokół dramatu katastrofy Heweliusza zaczął się sądowy taniec.

Od samego początku jeździłam na wszystkie rozprawy.

W Szczecinie odbyło się ich 20.

Tych posiedzeń w Gdyni było 17.

Na większości z nich też byłam.

Większość rodzin, większość ww pochodziła ze wschodniego wybrzeża.

To byli mieszkańcy Gdańska, Gdyni, Lęborka, Sopotu i wielu innych mniejszych miejscowości.

Kilku było ze Szczecina, ze Świnoujścia.

Te rozprawy były bardzo ciężkie, trudne.

Kobiety emocjonalnie reagowały na to, co się dzieje podczas Izby Morskiej.

Ale trzeba wiedzieć, że podczas Izby Morskiej w skład Izby Morskiej wchodzą marynarze, kapitanowie Żeglugi Wielkiej.

To nie są sędziowie takich, jakich my sobie wyobrażamy, że przyszedł z Sądu Najwyższego czy z Sądu Wojewódzkiego i Usia.

To są ludzie, zawodowcy.

I ja ich wszystkich znałam.

I rozmawiałam z nimi również.

Prosiłam o wywiady.

Nie chcieli udzielać tych wywiadów, ale prywatnie mnie jako córce ich kolegi często mówili różne rzeczy.

To była nieprawdopodobnie trudna rozprawa.

Każda, która się odbywała.

I może czasami za szybko podejmowano tę decyzję.

Może niepotrzebnie od razu obarczono całą winą kapitana.

Przecież nie on jeden był wtedy na mostku.

Nie on jeden decydował.

Oczywiście kapitan jest najważniejszy na statku.

Tam doszło jeszcze do kuriozalnej sytuacji o tych procedurach, o których bardzo rzadko mówimy i możliwościach technicznych.

Wówczas przecież nie było wspólnych procedur i ćwiczeń.

Ba, nawet nie było jednego języka do komunikacji.

To nie tak jak dzisiaj, że wszyscy rozmawiamy po angielsku.

Dlaczego tak późno w Świnoujściu dowiedziano się o tragedii promu?

Niektóre z dokumentów zaginęły.

Nie ma tych niektórych dokumentów.

Ciężko jest to wszystko wyjaśnić, a potem oczywiście pojawiły się spekulacje, w które ja nie wierzę.

Ja uważam, że to są po prostu bzdury o tym, że tam doszło do jakiegoś wybuchu.

Czy prom przewoził broń?

Nie mamy na to dowodów.

Czy prom był przeładowany?

Jak mógł być przeładowany, skoro w tym ostatnim rejsie miał na pokładzie 28 tirów, a mógł zabrać 47?

I to były tiry z żarówkami, cebulą, papierem, meblami, plazmą krwi, konserwami, nawet z paletami.

I przewoził 10 wagonów kolejowych, a mógł ich przewozić 30.

I miał niepełen komplet pasażerów.

wiła Kinga Brandys, wtedy najpopularniejsza dziennikarka szczecińskiej telewizji, córka kapitana żeglugi wielkiej, której zaufały wdowy po marynarzach z Heweliusza.

A to był ciągle dopiero początek bitwy.

Bitwy o ustalenie, co w rzeczywistości stało się na promie.

I czyja to jest wina.

Tam oczywiście na wschodnim wybrzeżu zawiązał się taki komitet.

No wiadomo, razem możemy zdziałać więcej.

To było niesprawiedliwe i o tym wszyscy wiedzieli, a co chyba najbardziej tragiczne, wiedzieli także o tym orzekający.

Nie można było wszystkiego zrzucić na kapitana.

Ta walka toczyła się również nie tylko przez rodziny, ale przez środowisko ludzi morza w Szczecinie.

Oni powiedzieli również nie.

Nie może być tak, że obciąża się tylko jednego człowieka.

Raz winą obarczano kapitana, uznając, że to on ponosi odpowiedzialność za katastrofę.

Chwilę później kapitana uniewinniano, twierdząc, że winien jest armator.

A jeszcze za moment kolejny ekspert twierdził, że zawiniła ekstremalnie niebezpieczna pogoda, o której nie było mowy w prognozie przed rejsem.

Więc ani armator, ani kapitan winy nie ponoszą.

W tej walce było niestety drugie i trzecie dno.

Jedni walczyli o honor, inni po prostu o pieniądze.

Jeszcze inni o udowodnienie, że Polacy potrafią pływać i na Bałtyku nie są gorsi od Szwedów lub Niemców, którzy mieli chrapkę na przejęcie dochodowej linii ze Świnoujścia do Isztat.

Były takie osoby jak kapitan Marek Buś, które na szale położyły cały swój autorytet, pokazując czarno na białym, że pewne fakty się uparcie ukrywa.

Takich ukrytych elementów było kilka.

Świetny przykład to beton wylany na pokład Heweliusza w czasie remontu po pożarze.

Było go dużo, dużo więcej niż wcześniej sądzono i nie był na dolnym, lecz na najwyższym, najwyższym pokładzie, co burzyło stabilność całego promu.

Mamy na to dosłownie namacalne dowody.

O betonie nie padło ani słowo na rozprawach.

I nie padło ani słowo, znaczy w żadnej formie, z żadnej strony, od żadnego z aktorów.

Chociaż ławnikami, podkreślam ławnikami, czyli w składzie sędziowskim byli, byli kapitanowie Jana Heweliusza.

Czyli zakładam, że oni musieli wiedzieć.

O tym wiedziały też niektóre z ww.

Niektóre z ww.

Ja tego akurat jestem absolutnie pewien.

Ale one wiedziały, bo marynarze dzielą się na takie dwie wyraźne grupy.

Są ludzie, są prawdopodobnie tak jak w ogóle wszyscy mężczyźni.

Grupy jedna mówi żonie o problemach w pracy, a druga z tych grup swoim żonom nic nie mówi.

Wszystko będzie, wszystkie problemy, prawda?

Skrywa w sobie, jakoś tam tłamsi i daje czy nie daje sobie z tym rady psychicznie.

Natomiast przynajmniej niektóre z ww wiedziały o tym betonie i nie użyły tego argumentu.

Który wywróciłby stolik.

On by wywrócił stolik w czasie każdej z rozpraw.

Do sprawy betonu jeszcze wrócimy, bo już po zakończeniu rozpraw na pokład zatopionego Heweliusza zeszła specjalna ekipa nurków, by wbrew opiniom sądu wykazać, że ten beton tam jest i to w dużej, napraww dużej ilości.

Mam te nagrania z zejść nurków i widziałem ten beton.

Oni mówprawdę.

Ale to zdarzyło się już po kolejnym wyroku, o którym radio informowało tak.

Izba Morska w Gdyni orzekła, że prom Jan Heweliusz, wychodząc w swój ostatni rejs, był niezdolny do żeglugi.

Zgodnie z orzeczeniem, bezpośrednimi przyczynami katastrofy, oprócz huraganowego wiatru, było przedostanie się wody na pokład kolejowy przez nieszczelną furtę rufową i przemieszczenie się ładunków na pojazdach i samych pojazdów.

W ponad trzy lata po zatonięciu promu sędzia Witold Kuczorski, który przewodniczył składowi orzekającemu Izby Morskiej, oświadczył, że do największej tragedii w historii polskiej marynarki handlowej przyczynił się armator.

Do wypadku przyczynił się w sposób zawiniony w stopniu nie dającym się ustalić armator promu Euroafrika, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w Szczecinie, poprzez swoje zaniedbanie.

Gdyńska Izba nie orzekła winy zaginionego w katastrofie kapitana statku.

O winie kapitana promu.

Kapitana żeglugi wielkiej Andrzeja Łasiewicza i starszego oficera kapitana żeglugi wielkiej Rogera Janickiego nie orzeka się.

Wyrokiem zdziwiony był przedstawiciel Euroafriki.

Jesteśmy zaskoczeni wyrokiem aż takim, że tak powiem, mocnym postawieniem sprawy co do

W związku przyczynowego z zatonięciem promu, a zaniedbaniami działu technicznego armatora.

Wzruszenia nie kryły rodziny ofiar katastrofy.

Jestem szczęśliwa, że wreszcie wyszła, wydaje mi się, że prawda.

W końcu ten dostał, kto zasłużył.

Wiemy jaki był statek, jaki jego stan techniczny.

Mężowie o tym ciągle mówili.

Wyrok nie jest prawomocny i może być zaskarżony do odwoławczej Izby Morskiej.

Z Izby Morskiej w Gdyni Maciej Bogdanowicz, Radio Gdańsk.

Sprawa z Gdyni przechodziła do Szczecina.

Ze Szczecina wracała do Gdyni.

Raz zadowolone były rodziny, raz armator.

Mijały lata, odszkodowań jak nie było, tak nie było.

W tej sytuacji część rodzin próbowała działać na własną rękę.

Ale te wszystkie działania spowodowały, że trzeba było jeszcze raz przyjrzeć się całej sprawie.

Tutaj kluczową osobą był uratowany trzeci oficer.

To wtedy, kiedy ja pisałam książkę, 15 lat po tragedii, Jan Heweliusz pamiętamy, inne ważne wydarzenia takie jak msze święte w Bazylice w Szczecinie i świętej Brygidy w Gdańsku.

I kiedy doszło po raz pierwszy, po 15 latach,

Do spotkania uratowanych i rodzin w Muzeum Morskim nad Motławą to był taki połowiczny sukces.

Próbowaliśmy pogodzić te zwaśnione strony, ale chyba do końca nam się nie udało.

I kiedy później do tej publikacji mojej przeprowadzałam rozmowy i z uratowanymi, i z rodzinami, to to wszystko tak odżywało, to się wszystko na nowo pojawiało i to był ból, którego nie da się po prostu opisać.

Rozpacz, ból, to byli w większości młodzi ludzie.

Rodziny wystosowały protest i skargi na orzeczenia izb morskich w Szczecinie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Dopiero w latach 2005-2006 państwo polskie jedenastu krewnym ofiar, bo to niekoniecznie żonom, wypłaciło po 4600 euro.

I teraz winna już była cała Polska, to znaczy nasze państwo.

Tak relacjonowało to Polskie Radio.

Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że Polska naruszyła prawo do sprawiedliwego procesu w sprawie o zatonięcie promu Jan Heweliusz.

Rodziny ofiar tragedii, które wystąpiły do Trybunału mają otrzymać po 4600 euro za dość uczynienia.

Stowarzyszenie Ww i Rodzin po zmarłych marynarzach zarzuciło Izbom Morskim nieprawidłowości w dochodzeniach.

Skarżący twierdzili, że były prowadzone w sposób stronniczy.

Nie przysługiwało im prawo odwołania się od wyroku Izby Morskiej, bowiem polskie prawo nie dawało takiej możliwości.

Zdaniem Trybunału uniemożliwienie skarżącym wniesienia skargi do sądu było naruszeniem Europejskiej Konwencji.

Przypomnijmy, że prom zatonął w 93 roku na Bałtyku.

W katastrofie zginęło 55 osób, 35 pasażerów i 20 członków załogi.

Izby Morskie w Polsce badały przyczynę katastrofy przez 10 lat.

Ostatecznie Gdyńska Izba uznała, że choć nie można jednoznacznie wskazać winnego, to pośrednio odpowiadają armator, kapitan i starszy oficer z Jana Heweliusza.

Dlaczego pozornie prosta sprawa, sprawa wypłaty odszkodowań, tak poróżniła ocalonych i rodziny ofiar?

Czemu wreszcie jedna z ww spaliła zgromadzoną dokumentację całego stowarzyszenia?

Poszukajmy odpowiedzi.

Trudne były rozmowy z niektórymi.

Wdowami, które założyły takie stowarzyszenie i przez lata walczyły nie tylko o prawdę, o tej katastrofie, ale też o odszkodowania, bo musimy pamiętać, że w tamtym czasie w wielu marynarskich rodzinach panie nie pracowały zawodowo, bo było to niemożliwe, bo ich mężów nie było 11 miesięcy w roku w domu, musiały same podołać tym obowiązkom.

One dostały dosłownie wdowi grosz, pieniądze wynikające z takiego podstawowego ubezpieczenia, które mieli ci marynarze w miejscu pracy.

Tylko w sytuacji jasnej winy właściciela statku lub armatora, one miały szanse na większe odszkodowania, dlatego tak bardzo angażowały się w te procesy.

Bo w sytuacji, kiedy jedynym winnym byłaby siła wyższa, czyli huragan junior, jak początkowo orzekła Polska Komisja Resortowa, no to te pieniądze im się nie należały.

I rzeczywiście ja byłem zdziwiony, jak długo jest z nich żal, wielka gorycz.

Nie tylko towarzystwa ubezpieczeniowe czy prywatny armator ich źle potraktowali, ale przede wszystkim państwo polskie, które się od nich odwróciło.

One po latach poszły ze swoją krzywdą do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i wygrały ten proces.

Kiedy Trybunał w Strasburgu wydał ten wyrok, wtedy w 2005 roku,

Nikogo już to nie interesowało, bo szukałem tej informacji w gazetach i informacje bardzo krótkie, lakoniczne na temat tego wyroku trafiały już wtedy na szóste, siódme strony papierowych gazet.

Nikogo już historia Heweliusza wtedy nie interesowała.

To Adam Zadworny, który publikując niektóre rozmowy nieźle się naraził.

Ale to zauważyli tylko zainteresowani.

Bo wtedy Polska o Heweliuszu już zapominała, choć oficjalnie ciągle upamiętniano kolejne rocznice.

W tle muzyczka.

Reporter Polskiego Radia, przekrzykując hałas, nagrywa w kuluarach rozmowy z ocalonymi rodzinami.

Nie z każdym, tylko z tymi, którzy chcieli mówić.

Jesteśmy opuszczali o północy port Świnoujście i na ósmą rano mieliśmy być w Isztat.

Byłem trzecim mechanikiem na Heweliuszu.

Po północy, gdzieś około pierwszej, drugiej, duży sztorm, ale to nie był pierwszy mój rejs.

Próbowałem po prostu zasnąć, żeby być na szóstą rano wypoczęty w miarę do pracy.

Myśmy żadna nie wierzyły.

Pokąd nie zobaczyłyśmy, to myślę, że każda myślała, że będą uratowani.

Że to nazwisko nie padnie tego dnia.

No i wtedy próbowałem wydostać się z kabiny, bo drzwi, które otwierały się do wewnątrz, bałem się, że staną się klapą taką, nie wyjdę.

Ja dowiedziałam się o godzinie 7 rano pracy.

Ktoś z pracowników szpitala usłyszał komunikat radiowy.

Ja byłam jedną z pierwszych, która weszłam do Plo przed godziną ósmą.

Kazali mi z jednego budynku do drugiego biegać, bo nawigatorzy coś wiedzą, ale też nie wiedzieli nic więcej.

Z pomocą tam niektórych kolegów wydostałem się do włazu na pokład.

Ściana nadbudówki stawała się już pokładem jak gdyby, bo taki był duży przechód.

Szelupy były w ogóle bezużyteczne.

Nie dało się je w ogóle zwodować, ale właśnie kratwy były otwierane i dostałem się na jedną taką kratwę.

Ja rutynowo wyszłam do miasta na domowe zakupy.

Wtedy nie było jeszcze takich połączeń, nie było komórek i nikt mnie nie wezwał.

Ja sobie chodziłam aż wreszcie ktoś na osiedlu powiedział, to ty nic nie wiesz?

Wracaj do domu, to się dowiesz.

Wspólnie ze mną jeszcze tak przyszedł się do mnie taki kierowca polski.

Pytał się, czy będzie wszystko w porządku.

Nie wiem czy jego, czy raczej bardziej siebie, że na pewno będzie wszystko w porządku.

Straszne fale, wiatr.

Kierowca niestety nie przeżył z wyziębienia.

On był ubrany tylko w krótkie rękawy, taką koszulkę.

Przyszłam do domu, był już tam syn ze swoim kolegą, sąsiadka i włączone to ledzico.

I tam już na wizji wszystko na bieżąco podawano i dowiedziałam się.

Natomiast nigdzie nie padało nazwisko wśród ofiar mojego męża, więc w ogóle nie dopuszczałam do świadomości, że on nie wróci z morza.

Kiedy byłem już w tej tratwie, bardzo zimno i właściwie już zasypiałem z tego wyziębienia i sobie myślałem, że powinienem przeżyć to, bo chciałbym zobaczyć jeszcze swoje dziecko, które się nie narodziło.

Teraz, jeżeli zaczyna się myśleć o jakichś tam trudnościach życia codziennego, to wtedy się myśli chwileczkę.

Sztąż się spóźnił na swój właściwy rejs, bo było tak ślisko i jeden rejs przeczekał jedną dobę na Śniadeckim.

W Świnoujściu prom wrócił, przesiadł się na Heweliusza i w drodze powrotnej Śniadecki go z powrotem przywiózł, ale już martwego.

Jeżeli zaczyna się myśleć o jakichś tam trudnościach życia codziennego, to wtedy się myśli chwileczkę.

Pomyśl, że żyjesz, że 15 lat już masz więcej niż mogłeś.

A jesteście ciekawi kto i dlaczego spalił dokumentację?

Z powodu ciągnących się latami procesów.

Dla niektórych ww te procesy odszkodowawcze trwały kilkanaście lat.

Jedna z ww, a konkretnie wdowa po cieśli okrętowym, powiedziała mi, że zamknęła za sobą sprawę tej katastrofy, trzaskając drzwiami jednej z sal Sądu Okręgowego w Szczecinie, po tym jak pełnomocnik armatora zaproponował jej za śmierć męża w ramach ugody 5 tysięcy złotych.

Myślę, że wdowy chciały w końcu zamknąć tę sprawę.

One mi powiedziały, że ponieważ ich sprawy nie były objęte jednym pozwem, każda z nich musiała walczyć samodzielnie, to

One miały później wzajemnie do siebie pretensje, bo dlaczego jedna matka z dwojgiem dzieci dostała określoną kwotę, a druga matka, która również została z dwójką, dostała dużo mniej.

No bo po prostu inny skład sędziowski wydał inny wyrok.

One oddaliły się od siebie, a niektóre nawet skłóciły.

I w takich właśnie okolicznościach wdowa po pierwszym mechaniku z Heweliusza

Pali archiwum Stowarzyszenia Ww, w którym być może były jakieś ciekawe dokumenty.

Sprawiedliwość to trudna rzecz.

Heweliusz.

Prawdziwa historia.

Wracamy nad wodę, bo zapraszam na decydujący piąty odcinek.

Najwyższy czas postawić kropkę nad i.

Jaką tajemnicę skrywał do śmierci trzeci oficer?

Dlaczego przed katastrofą Heweliusz wykonał brzemienny w skutkach zwrot, który zapoczątkował lawinę fatalnych i śmiertelnych wydarzeń?

Bo pewnie jeszcze nie wiecie, ale w chwili przewrócenia na burtę Heweliusz nie płynął, jak nam mówiono, w kierunku Szwecji, tylko do Świnoujścia.

Ale nie dlatego, że wracał lub uciekał przed sztormem.

Więc czemu?

Czemu Heweliusz zmienił kurs?

Wreszcie, co było w trzech rumuńskich wagonach?

Tych, które przyjechały w ostatniej chwili.

Czego później szukali na wraku nurkowie?

350 godzin schodzenia pod wodę.

Czemu do dziś nie pokazali, co stamtąd wyciągnięto?

Dlaczego na samym początku Niemcy nadali nieprawdziwy komunikat o wybuchu na promie?

Skąd w ogóle coś takiego przyszło im do głowy?

A może Niemcy wiedzieli coś więcej i podejrzewali, że wydarzyło się coś zupełnie innego?

Heweliusz.

Prawdziwa historia.

Brakujące ogniwo.

0:00
0:00