Mentionsy

Kryminalne Historie
18.12.2025 18:00

SPRAWA, KTÓRA WRÓCIŁA PO 20 LATACH. SERYJNY SPOD OTMUCHOWA | ZBRODNIA PO POLSKU II #14

Partnerem odcinka jest DKMS. Zamów pakiet rejestracyjny na ➡️ www.dkms.pl/kryminalnehistorie

Zbrodnia po polsku to seria, w której przedstawiam 16 polskich spraw, po jednej z każdego województwa. Dziś województwo opolskie i sprawa, która wstrząsnęła Otmuchowem i jego okolicami. Za wszystkim stał jeden człowiek - Szczepan W.


📖“Niebezpieczna sieć” już w sprzedaży! Książkę zamówisz tutaj ➡️ ⁠⁠⁠⁠⁠https://bit.ly/46ia12I⁠⁠⁠⁠⁠ [autopromocja]

ZAPROPONUJ SPRAWĘ ➡️ ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://forms.gle/tTUPgnEBZGur47ds9⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠ ----------------------------------------------------------------

☕Postaw mi kawkę: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://buycoffee.to/kryminalnehistorie⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

📩Newsletter: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://kryminalnehistorie.com/newsletter-zapis⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

✉️Współpraca: [email protected]

----------------------------------------------------------------

Dziękuję wszystkim, którzy wspierają mnie na Youtube :) A także za każdą inną formę Waszego wsparcia. Przypominam, że podcast tworzony jest na podstawie ogólnodostępnych źródeł, które znajdziecie poniżej :)

☛ Sklep: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://kryminalnehistorie.com/sklep/ ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Facebook: ⁠⁠ ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.facebook.com/kryminalne0historie⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Grupa na Facebooku: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.facebook.com/groups/kryminalnehistorie⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Instagram: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.instagram.com/kryminalne⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Youtube: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.youtube.com/kryminalnehistorie⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Spotify: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://open.spotify.com/show/4MP3dZZu5efb5qvPSXu89k?si=e9c65befc023463d ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

☛ Mail: ⁠⁠[email protected]⁠⁠


✔Animacja w intro została stworzona przez Sławka:⁠⁠www.vimeo.com/smdesigns⁠

✔Montaż: Paulina Kulpińska

✔Muzyka:

Kai Engel - Great Expectations

Slow Hammers

Źródła: https://docs.google.com/document/d/1WSE5dIyzk19_049dMIBbQWMDHZn_HhPk4r2TO5oB1Rw/edit?usp=sharing


Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 475 wyników dla "Komenda Wojewódzka Policji w Opolu"

Dzień dobry, dobry wieczór, w zależności od tego, kiedy się słyszymy.

Często w sprawach kryminalnych szukamy takiego jednego momentu, który zmienił wszystko.

Ale są też historie, które nie mają nic wspólnego ze zbrodnią, a także potrafią wywrócić czyjeś życie do góry nogami.

I teraz wyobraźcie sobie, że nie mówimy o sprawie sprzed lat, tylko o czymś, co dzieje się tu i teraz.

Bo co 40 minut ktoś w Polsce słyszy diagnozę, która brzmi jak wyrok.

Nowotwór krwi.

Ale w przeciwieństwie do wielu historii, które Wam opowiadam, ta nie musi kończyć się źle.

Fundacja DKMS robi jedną, ale absolutnie kluczową rzecz.

Szuka dawcy dla każdego pacjenta na świecie chorującego na nowotwór krwi.

Czasem to zajmuje miesiące, czasem lata, a czasem ten dawca jest bliżej niż ktokolwiek się spodziewa.

Warunek jest jednak jeden.

Najpierw musi znaleźć się w bazie potencjalnych daww szpiku.

Rejestracja w bazie fundacji DKMS jest naprawdę prosta.

Wystarczy jeden patyczek i chwila na pobranie wymazu.

W skrócie są to trzy kroki.

Zamawiacie pakiet rejestracyjny przez link dkms.pl ukośnik kryminalne historie.

Robicie wymaz z wewnętrznej strony policzka i wrzucacie pakiet do skrzynki Poczty Polskiej zupełnie bezpłatnie.

Całość zajmuje kilka minut, a dla kogoś może znaczyć wszystko.

I ważna sprawa.

W dobrym stanie zdrowia.

I świadomy swojej decyzji.

Czyli myślę, że tak naprawwiększość z nas.

Wystarczy dosłownie chwila, aby podarować być może komuś najpiękniejszy prezent.

Szansę na powrót do zdrowia.

i odegrać kluczową rolę w czyjejś historii, nie kolejnego odcinka, tylko czyjegoś życia.

Jeśli czujecie, że macie w sobie na to gotowość, wejdźcie na dkms.pl ukośnik kryminalne historie.

Link znajdziecie też w opisie.

Odcinek nie ucieknie, a po chwili znów się usłyszymy.

Dziękuję i zapraszam do wysłuchania dzisiejszej historii.

Dziś zapraszam Was na odcinek z serii Zbrodnia po polsku i przeniesiemy się do województwa opolskiego.

Województwo to jest najmniejszym obecnie w Polsce, a według danych z 2020 roku było też województwem z najmniejszą liczbą mieszkańców, czyli trochę ponad 980 tysięcy osób.

Siedzibą władz tego województwa jest Opole, ale my dziś przeniesiemy się do innych miejscowości, między innymi Otmuchowa, Kałkowa i Piotrowic Nyskich.

To właśnie w tych okolicach grasował seryjny morderca.

Szczepan W. zapisał się w historii polskiej kryminalistyki jako sprawca wyjątkowo brutalnych czynów.

Za swoje zbrodnie usłyszał najwyższy możliwy wymiar kary.

Był to pierwszy taki wyrok na Opolszczyźnie.

Po latach śledcze powiązali go jeszcze z jedną sprawą.

Szczepan W. urodził się w 1958 roku.

Mieszkał w Piotrowicach Nyskich, niewielkiej miejscowości zamieszkiwanej przez około 290 osób, oddalonej o kilka kilometrów od Kaukowa.

Rzadko dzieje się tam coś, co wykracza poza codzienność.

Jako czterdziestolatek Szczepan był wysokim mężczyzną z lekko siwiejącymi włosami.

Kimś, kto mógł sprawiać wrażenie zupełnie zwyczajnego.

Nie wyróżniał się niczym szczególnym.

Ale to wrażenie szybko znikało.

W jego obecności wiele osób czuło się niekomfortowo.

Pojawiał się niepokój, a z czasem i strach, zwłaszcza u kobiet.

Jego zachowania od dawna odbiegały od normy.

Już jako nastolatek przejawiał brutalne skłonności seksualne, które wyładowywał na zwierzętach.

We wsi znajdowano martwe ptaki, okaleczone i porozrywane, noszące ślady skrajnej przemocy.

Z biegiem czasu Szczepan W. przestał się także kontroloww przestrzeni publicznej.

Mieszkańcy zgłaszali, że obnażał się, biegał na go po ogrodzie, a nawet na cmentarzu w Kałkowie, gdzie odwiedzał grób swojej matki.

Dla wielu osób było to szokujące, ale przez długi czas pozostawało bez realnej reakcji.

Nawet wtedy, kiedy dzieci mówiły rodzicom o mężczyźnie jeżdżącym na rowerze, który zatrzymywał się i pokazywał im swoje genitalia.

Te opowieści krążyły po wsiach, budząc lęk i bezradność.

Ludzie czuli, że coś jest bardzo nie tak, że od tego człowieka lepiej trzymać się z daleka.

Szczepan W. po raz pierwszy zaatakoww 1974 roku.

Miał wtedy 17 lat i wykorzystał seksualnie kobietę.

stanął przed sądem jako nieletni, a jego czyn potraktowano jak w cudzysłowie błąd młodości.

Oznaczało to, że otrzymał, wydawałoby się, niewielki wyrok, bo raptem kilka miesięcy pozbawienia wolności.

Szybko więc opuścił zakład karny i wrócił do przemocy.

Dwa lata później odpowiadał za ten sam czyn.

Ponownie dopuścił się wykorzystania seksualnego kobiety.

Tym razem sąd skazał go na 2,5 roku pozbawienia wolności.

I choć był już recydywistą, nadal wydawało się, że było to traktowanie z pewnym pobłażaniem.

W jego przypadku wyglądało na to, że resocjalizacja nie zadziałała.

Albo właściwie nawet jej nie przeprowadzono.

Po wyjściu na wolność sytuacja się powtórzyła.

Ponownie zaatakował kolejną kobietę i tym razem była to napaść seksualna.

W efekcie w 1980 roku zapadł kolejny wyrok, tym razem 5 lat pozbawienia wolności.

Ale nie odsiedział tego wyroku w całości.

Po czterech latach został warunkowo zwolniony z więzienia.

Niedługo później ponownie stanął przed sądem za kolejny atak na kobietę.

wnież wykorzystał ją seksualnie.

Ponownie trafił do więzienia.

W teorii miał tam spędzić dwa i pół roku.

Sytuacja wciąż się powtarzała.

Jego życie wyglądało w bardzo podobny sposób.

Siedział w więzieniu, wychodził na wolność, dopuszczał się ataku i wracał do więzienia.

Jako 43-latek miał za sobą już około 20 lat odsiadki, co oznaczało, że przez niemal połowę dorosłego życia przebywał za kratami.

W 1984 roku Szczepan znów został warunkowo wypuszczony na wolność.

Wkrótce potem brutalnie wykorzystał seksualnie młodą dziewczynę.

Najpierw działał sam, później używał różnych przedmiotów, powodując u ofiary potworne obrażenia.

Krwawiącą kobietę zaciągnął do pobliskiej obory.

Przeżyła tylko dlatego, że przypadkowo przejeżdżał tamtędy żołnierz Straży Granicznej, który udzielił jej pomocy.

Za ten czyn sąd skazał go na 12 lat pozbawienia wolności.

I znów, mimo długiej listy wcześniejszych wyroków i faktu, że za każdym razem sytuacja się powtarzała, że za każdym razem, kiedy wychodził z więzienia, dokonywał napaści, nie odsiedział kary do końca.

Został przedterminowo zwolniony.

Wieść o jego wypuszczeniu ponownie wywołała fale paniki wśród mieszkańców.

I nie bez powodu.

Że jeśli trafią na tego człowieka, to nie będą miały szans.

A później on i tak znów wyjdzie.

To wszystko nie miało sensu.

Stało się więc tak, jak wszyscy przypuszczali.

Szczepan W. po raz kolejny dopuścił się napaści seksualnej.

W efekcie sąd dołożył mu jeszcze półtora roku pozbawienia wolności.

I choć wiele to nie zmieniało, bo półtora roku więcej to nie jest jakiś czas, który daje gwarancję tego, że ten człowiek już nie wróci w te rejony, to jednak przez chwilę kobiety mogły odetchnąć i przestać się bać.

Był to też moment, w którym niektórzy dostrzegali, że jego przemoc eskaluje, że być może dopuści się wkrótce czegoś o wiele gorszego.

Te przypuszczenia miały okazać się prawdziwe.

Dodatkowe półtora roku pobytu w więzieniu Szczepan W. usłyszał w 1994 roku.

Ale wiosną 1999 roku odsiedział już cały wyrok w więzieniu, a to oznaczało, że ponownie miał je opuścić.

W zakładzie karnym w Grotkowie przebywał do marca 1999 roku, a potem wrócił do Piotrowic Nyskich, powodując tym, że wśród kobiet ponownie zapanował strach.

Nie było to oczywiście takie skrajne zachowanie, raczej niepokój skrywany w sercu, ale narastał z dnia na dzień.

Obawy nie dotyczyły już tylko tego, co wydarzyło się w przeszłości, ale też tego, jak obecnie Szczepan W. się zachowywał.

Było to zachowanie coraz bardziej agresywne i coraz bardziej nieprzewidywalne.

Na przykład mieszkańcy znajdowali na swoich posesjach martwe, okaleczone kury.

Mężczyzna też przez całe dnie miał jeździć rowerem po wsi, zaczepiać kobiety, przyglądać im się zbyt długo, czy krążyć bez celu, powodując, że niektórzy mieli poczucie, jakby sprawdzał, kogo można by zaatakować.

Jego ulubionym miejscem stał się cmentarz w Kałkowie.

Pewnego dnia według świadków biegał po niemnego.

Ludzie bardzo często o nim rozmawiali, przede wszystkim o jego zachowaniu w stosunku do kobiet.

Pojawiały się też sugestie, że prawdopodobnie to on kradł damską bieliznę, która suszyła się na sznurkach.

Szybko do mieszkańców doszła także informacja z pobliskich Regulic, gdzie po kolejnym obnażaniu mężczyzna pokazywał genitalia małym dziewczynkom.

Miał zostać obrzucony kamieniami przez mieszkańców.

Problem jednak polegał na tym, że tego nikt oficjalnie nie zgłaszał, że wszyscy o tym mówili, ale nie za bardzo mieli zaufanie do służb, aby to zgłosić, więc te zdarzenia nie istniały w żadnych rejestrach, dokumentach.

To też sprawiało, że nie było podstaw, by policja mogła interweniować lub zapobiec temu, co miało się wydarzyć.

Ludzie wiedzieli jednak swoje.

Szczepan W. nie był tylko recydywistą.

A dowody na to dostarczał każdego dnia.

W maju 2000 roku doszło do kolejnego niepokojącego zdarzenia.

Przed jedną z obór w Piotrowicach Nyskich Szczepan zaczepił kobietę, która sezonowo pasła krowę.

Nie zamierzał kryć się ze swoimi intencjami.

składał jednoznaczne propozycje seksualne, a jego zachowanie nie pozostawiało wątpliwości, czego tak naprawdę chce.

Kobieta była przerażona i jedyne, co była w stanie zrobić, to po prostu zacząć krzyczeć.

Jeszcze odchodząc, krzyczał do niej, aby nikomu o tym nie mówiła.

Oczywiście nie zamierzała go słuchać.

Zwierzyła się swojemu mężowi, który stwierdził, że nie ma co zgłaszać tego na policję, ale też nie zamierza tego zostawić.

Uznał, że sam wymierzy sprawiedliwość.

Twierdził, że po prostu go pobił i że dzięki temu przez jakiś czas w ich miejscowości zapanował spokój.

Jednak i tym razem sprawa nie trafiła do żadnych rejestrów.

Nie powstała żadna notatka, nie było żadnego zgłoszenia, więc tak naprawdę na papierze nic się nie wydarzyło.

Policja miała związane ręce, a spokój, który nastał, okazał się tylko pozorny.

Minęło kilka miesięcy, nastało lato, a w Otmuchowie odbywała się coroczna impreza zwana Latem Kwiatów.

Otmuchów to miasto liczące ponad 6 tysięcy mieszkańców, a Lato Kwiatów to była jedna z takich imprez, na które w regionie chodziło się od lat.

Wiele osób na nią czekało i była to już niemal tradycja.

Stary rynek zamieniał się w scenę pełną kwiatów.

Między kamienicami wyrastały stragany, jakieś stoiska z jedzeniem, grilla, budki.

Mniej więcej wyobrażacie sobie, jak to wygląda, taki à la festiwal.

Do Tmuchowa zjeżdżali się ludzie nawet z całej Polski, a bliskość granicy przyciągała także gości z zagranicy.

Tmuchów leży w województwie opolskim, w południowo-zachodniej części Polski, więc znajduje się blisko granicy z Czechami i Niemcami.

W 2000 roku impreza miała potrwać kilka dni.

W piątek wszystko się dopiero rozkręcało, w sobotę był taki pierwszy kluczowy dzień, ale akurat tak wyszło, że przez cały dzień padał deszcz i w niedzielę rynek również wypełniał się tłumami, a o północy odbywał się taki finałowy pokaz sztucznych ogni.

Pojawiła się na niej razem z siostrą.

Chciały pospacerować po rynku, zobaczyć wystawy, posłuchać koncertów i po prostu spędzić czas wśród ludzi.

W trakcie festiwalu Krystyna poznała pewnego mężczyznę, który opowiedział jej, że do Otmuchowa przyjechał z Krakowa i sprzedawał kiełbasę z grilla.

Rozmawiali i było całkiem miło, więc spędzili razem trochę czasu.

W pewnym momencie siostry zdecydowały się rozdzielić.

Uzgodniły, że wrócą do domu osobno.

Krystyna miała wrócić później.

I właśnie wtedy ślad po niej się urwał.

Bo jak się domyślacie, nie wróciła do domu.

Od tamtej chwili nikt z bliskich nie miał z nią kontaktu.

Początkowo podejrzenia skierowano na mężczyznę, z którym była widziana parę z ostatni.

Wydawało się to najbardziej logiczne.

Policja sprawdziła ten trop niemal natychmiast.

Ustalono, że po ich spotkaniu Krystyna zamierzała wrócić do domu.

Nie znaleziono żadnych dowodów, które łączyłyby go z jej zaginięciem.

Trop więc odrzucono.

Poszukiwania nie przynosiły rezultatów.

Z czasem zaczęła pojawiać się sugestia, że może Krystyna po prostu wyjechała.

Zniknęła z własnej woli, nikogo o tym nie informując.

Nie wierzyli, że zostawiłaby syna i tak po prostu bez słowa zniknęła.

Dla jej rodziny od początku było jasne, że to nie jest zwykłe zaginięcie.

Jej siostra próbowała zrobić wszystko, co w jej moce.

Wskazywała też konkretne miejsca, m.in.

Chciała, żeby ktoś tam pojechał, sprawdził, przeczesał teren krok po kroku.

Za każdym razem słyszała jednak to samo, że już tam sprawdzono, że szukali, że niczego nie znaleziono.

Z jej perspektywy zamiast realnych działań pojawiały się tylko sugestie, które dla rodziny były nie do przyjęcia.

Zdawało się jednak, że policja w ogóle nie brała pod uwagę tego, że Krystyna była matką, a w domu został jej kilkuletni syn, więc po prostu od tak by nie wyjechała.

Mimo, że wszyscy z jej otoczenia twierdzili, że to nie pasowało ani do niej, ani do jej życia, niestety wydawało się, że nie potraktowano tego poważnie.

Zdawało się, że policjanci raczej już przyjęli swoją hipotezę, a brzmiała ona właśnie tak, że po prostu Krystyna wyjechała.

Sprawa utknęła w martwym punkcie, a kilka tygodni później w pobliskim Kałkowie zniknęła kolejna kobieta.

6 sierpnia 2000 roku wypadał w niedzielę.

Dla Władysławy ten dzień zaczął się dokładnie tak samo jak wiele innych.

Miała 42 lata i mieszkała w Kałkowie, które liczyło ponad 600 mieszkańców.

Pracowała w zakładzie rolnym, zajmowała się dozorowaniem spółdzielczego bydła.

Każdego dnia, również w niedzielę, wstawała wcześnie.

Około szóstej rano wychodziła z domu i razem ze swoim psem szła na pastwisko za wsią.

Tam pilnowała dużego stada krów podczas wypasu.

Tamtego poranka nie było w tym nic nadzwyczajnego.

Władysława jak zwykle zabrała za sobą radio, przygotowała śniadanie i rozłożyła się na łące pod lasem.

Kolejny dzień w pracy w dobrze znanych jej okolicznościach.

Wszystko zmieniło się jednak w południe.

Nie wróciła wtedy do domu.

Rodzina naprawdę już zaczęła się niepokoić, kiedy nie pojawiła się nawet na obiedzie.

Z czasem przyszła kolejna rzecz, która nie dawała spokoju.

Późnym popołudniem bydło samo wróciło do obory.

Bez Władysławy i psa, który zawsze jej towarzyszył.

Było tam też jej nienaruszone śniadanie, a radio wciąż grało.

Wyglądało to tak, jakby wyszła gdzieś tylko na chwilę i zaraz miała wrócić, ale z jakiegoś powodu nie wróciła.

Rozpoczęły się poszukiwania.

Wzięły w nich udział policja, straż pożarna, mieszkańcy wsi i pogranicznicy.

Wszyscy przeczesywali okolice.

Sprawdzali po kolei lasy, pola, pastwiska, drogi prowadzące w stronę wsi i dalej, ale bez skutku.

Po Władysławie nie było żadnego śladu.

Zastanawiające było jednak to, że zniknęła razem ze swoim psem.

Im więcej czasu mijało, tym bardziej ludzie zaczynali łączyć fakty.

Komuś przypomniało się, że w okolicy niedawno pojawił się Szczepan W., który wyszedł na wolność.

Wśród mieszkańców jego nazwisko nie było obce.

W głowie matki Władysławy również pojawiła się ta myśl.

A potem przypomniała sobie coś jeszcze, że kilka dni wcześniej córka opowiadała jej o przerażającym dla niej zdarzeniu.

Na łące zaczepił ją jakiś mężczyzna, a potem onanizował się na jej oczach.

Była w szoku i nie wiedziała, co ma zrobić.

I gdyby nie przypadek, kto wie, co mogło ją spotkać.

A tym przypadkiem było to, że w tej okolicy pojawił się akurat chłopiec, który spłoszył napastnika.

Władysława nie miała wątpliwości.

Tym mężczyzną, który ją zaczepiał, był Szczepan W. Od tej pory zaginięcie kobiety bardzo szybko zaczęto łączyć z jego osobą.

Ludzie przypomnieli sobie, że przecież dopiero co wyszedł na wolność.

Był wtedy po czterdzieste i prawie połowę życia spędził w więzieniu.

ale najważniejszym faktem, który naprowadzał na jego osobę, było to, że on również zniknął.

Do poszukiwań skierowano policjantów z komisariatów w Otmuchowie oraz mieszkańców okolicznych wsi.

Po kilkunastu minutach do poszukiwań mężczyzny dołączyli także funkcjonariusze Straży Granicznej z Jasienicy Górnej.

Ściągnięto też dodatkowe patrole z rejonu granicy, a także policjantów, którzy mieli wolne albo właśnie zakończali służbę.

Jednocześnie prowadzono dwie akcje poszukiwawcze.

Jedna dotyczyła Władysławy, a druga Szczepana.

Tereny wokół pastwiska i pobliskie okolice przeszukiwano do późnych godzin nocnych.

Wykorzystywano noktowizory i psy tropiące.

Do akcji włączono także nurków, którzy sprawdzali okoliczne stawy oraz rzekę.

Łącznie w poszukiwaniach brało udział około 60 osób.

Jeśli chodzi o poszukiwania Szczepana, to przez dwa dni policja nie była w stanie go odnaleźć.

W końcu cierpliwość mieszkańców Kaukowa się wyczerpała.

Postanowili działać na własną rękę.

Działali intuicyjnie, a to oznaczało, że w pierwszej kolejności zaczęli się w pobliżu jego domu.

Cierpliwie czekali na mężczyznę.

Byli pewni, że w końcu będzie musiał wrócić.

Do dziś w okolicy wspomina się pościg przez pole kukurydzy.

Emocje były tak duże, że jak mówiono później, gdyby nie szybka interwencja policji, którą ktoś w porę zaalarmował, to Szczepanówu mógłby nie przeżyć tego spotkania.

Do wspomnianego pościgu doszło rano 8 sierpnia 2000 roku.

Jak to później opowiadał mężczyzna, po prostu zrobił się głodny i postanowwrócić do domu.

Wtedy zauważyli go mieszkańcy i postanowili osobiście złapać.

Mogło dojść wtedy do samosądu, ale ostatecznie przekazali go funkcjonariuszom.

Po zatrzymaniu w trakcie przesłuchania Szczepan wydawał się mieć dwie twarze.

Z jednej strony sprawiał wrażenie człowieka, który jest kulturalny, schludnie ubrany, dba o siebie.

Uśmiechał się i zachowywał spokój.

Na tyle było to autentyczne, że prokurator, która miała go przesłuchać, aż przez chwilę zwątpiła, czy to właściwa osoba.

Określiła go nawet jako takiego przystojnego, budzącego zaufanie.

Trudno było uwierzyć, że to jest ten człowiek, który ma taką opinię we wsi i taką kartotekę.

Ale w trakcie rozmowy wyszło, że pod tą maską skrywał się prawdziwy potwór.

Nie trzeba było długo, aby Szczepan przyznał się do zabójstwa Władysławy.

Opisał wszystko ze szczegółami, a następnie wskazał miejsce, w którym ukrył jej ciało.

Był to zagajnik w Bukowie, kilka kilometrów od pastwiska, na którym kobieta pracowała.

Jej ciało ukrył w krzakach jeżyny, a następnie przykrył gałęziami.

Jednak co najbardziej szokujące, kiedy funkcjonariusze dotarli we wskazane miejsce, przy ciele Władysławy znaleziono jej psa.

Wciąż przy niej czuwał.

Był to czarny kundelek, który codziennie towarzyszył jej w pracy.

Był tak przywiązany do właścicielki, że kiedy próbowali zabrać jej ciało, to na nich warczał, nie chciał na to pozwolić.

Sekcja zwłok ujawniła przerażającą prawdę.

Przed śmiercią Władysława została wielokrotnie wykorzystana seksualnie, następnie uduszona rękawem flanelowej koszuli, a później, dla pewności, sprawca ugodził ją nożem w brzuch.

Szczepan niczego nie ukrywał.

Podczas przesłuchań opowiadał o wszystkim szczegółowo.

wił jednak bez emocji, jakby o czymś zupełnie mu obojętnym.

Jakby nic się nie stało, a on opisywał pogodę.

To, co robił ofierze przed śmiercią było tak brutalne, że zdecydowano się nie ujawniać wszystkich szczegółów.

ale w trakcie jego przesłuchania policjantów coś nagle jakby uderzyło, jakby taka lampka im się zapaliła.

Było to takie przeczucie, myśl, że skoro zawWładysławę, to może miał też coś wspólnego z zaginięciem 28-letniej Krystyny, kobiety, której szukano już od ponad miesiąca, a która po raz ostatni była widziana na imprezie Lato Kwiatów w Wodmuchowie.

Śledztwo oficjalnie skierowano wtedy na nowe tory.

Poniewwykluczono udział mężczyzny z Krakowa, którego Krystyna poznała podczas festiwalu, to zaczęto rozważać, czy w takim razie to Szczepan nie był tym, który doprowadził do jej zaginięcia.

Śledczy postanowili go o to zapytać.

Bez żadnego wahania Szczepan od razu zaczął mówić.

Przyznał się do tego, że wykorzystał seksualnie Krystynę, a następnie ją zabił.

Wskazał też miejsce, w którym zakopał jej ciało.

Jak się okazało, ukrył je w parku w Otmuchowie.

Nocą w eskorcie policji poprowadził śledczych do miejsca zbrodni.

Opowiedział, jak ją napadł, a potem udusił.

I tym razem robił to bez emocji, spokojnie, rzeczowo i na temat.

Jakby zdawał jakieś sprawozdanie, a nie opowiadał o potwornej zbrodni.

Obie ofiary zostały potem pochowane tego samego dnia.

gdy na światło dzienne wyszły bestialskie czyny Szczepana W. Sprawa natychmiast trafiła do mediów w całym kraju.

Pisano o niej wszędzie.

Komentowano w gazetach, telewizji i radiu.

I niemal od razu zaczęło padać jedno pytanie, powtarzane non-stop.

Jak to możliwe, że człowiek z taką historią, skazany za takie potworne przestępstwa, był kilkukrotnie przedterminowo zwalniany z więzienia?

Co też w efekcie kosztowało życie dwóch kobiet.

Bardzo szybko z tym medialnym zainteresowaniem przyszła fala gniewu.

wypowiadali się ostro, bez owijania w bawełnę.

Jedna z kobiet, która brała udział w schwytaniu Szczepana, mówiła wprost, że nie widzi sensu w utrzymywaniu go przy życiu.

Siostra zamordowanej Władysławy mówiła o zasadzie śmierć za śmierć, zdając, że jeśli sprawca ma już siedzieć do końca życia, to przynajmniej powinien pracować na utrzymanie dziecka Krystyny, któremu odebrał matkę.

Sąsiedzi opowiadali o jego zachowaniach, które przez długi czas były ignorowane albo bagatelizowane.

Wspominali o tym, jak pojawiał się na cmentarzu, gdzie była pochowana jego matka i że wielokrotnie widywano go tam nagiego.

To też powodowało, że kobiety bały się chodzić same na cmentarz.

Wypłynęły też wtedy wieści z regulic, gdzie małe dziewczynki mówiły rodzicom o mężczyźnie na rowerze, który obnażał się przed nimi.

Z kolei sąsiedzi z Piotrowic pamiętali go jeszcze z młodości i tego, że już jako nastolatek dopuszczał się potwornych rzeczy.

Tutaj mieli na myśli to, co robił zwierzętom.

Jedna z mieszkanek wspomniała też, że zobaczyła go kiedyś nagiego, wybiegającego na ogródek.

Znała go od dziecka i pamiętała, że był ruchliwy, wszędzie go było pełno.

Jednak w ostatnich latach rzadziej zostawał na miejscu.

Najczęściej wsiadał na rower i jeździł po okolicznych wsiach.

Jednak gdzie jechał i co działo się w jego głowie, tego nikt nie był w stanie powiedzieć.

Jedno było pewne.

Sygnały pojawiały się od lat.

Proces szczepa na W od początku zapowiadał się jako jeden z najtrudniejszych, jakie trafiły na Wakandę w tym regionie.

Ze względu na drastyczny charakter zbrodni było właściwie oczywiste, że rozprawy będą toczyć się za zamkniętymi drzwiami i tak też się stało.

Utajniono nie tylko sam proces, ale także uzasadnienie wyroku.

Skala okrucieństwa i szczegóły czynów były zbyt brutalne, by trafiły do publicznej relacji.

W 2002 roku, dwa lata po zabójstwach, Sąd Okręgowy w Opolu wydał wyrok.

Szczepan W. został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności z zastrzeżeniem, że o przedterminowe zwolnienie będzie mógł się ubiegać nie wcześniej niż po 30 latach odbywania kary.

Jak wspomniałam na początku, był to pierwszy tak surowy wyrok na Opolszczyźnie.

Sąd uznał, że sprawca stanowi absolutne zagrożenie dla społeczeństwa.

Mimo tego apelacje złożyli zarówno oskarżony, jak i jego obrońca.

Co istotne, nie kwestionowali winy, ale domagali się zmiany kary z dożywotniego pozbawienia wolności na 25 lat pozbawienia wolności.

Ich wniosek jednak nie został uwzględniony.

Sąd apelacyjny we Wrocławiu utrzymał wyrok w mocy.

W uzasadnieniu podkreślano, że kara dożywotniego pozbawienia wolności ma na celu ochronę społeczeństwa przed najgroźniejszymi przestępcami i jest orzekana wyłącznie w skrajnych przypadkach, czyli jak mamy do czynienia z maksymalnym stopniem demoralizacji i najwyższej społecznej szkodliwości czynu.

W ocenie sądu Szczepan W. oczywiście spełniał te kryteria w pełni.

Z niewielu informacji, jakie pojawiły się odnośnie Szczepana i jego procesu, ujawniono, że biegli stwierdzili u niego głęboką dewiację seksualną, polegającą na osiąganiu satysfakcji poprzez przełamywanie oporu innych ludzi.

Miał być sprawcą, który działał metodycznie, bez empatii i z wyjątkowym okrucieństwem.

Prokurator, która prowadziła tę sprawę, po latach przyznawała, że nawet samo czytanie aktu oskarżenia wciąż wywoływało u niej silne emocje.

Mimo, że miała już wieloletnie doświadczenie i codzienny kontakt z najciemniejszą stroną ludzkich zachowań.

Ta sprawa jednak zapadła jej w pamięci szczególnie.

I trudno się dziwić, bo to na pewno jedna z tych spraw, o której trudno zapomnieć.

Wiemy też, że siostra Krystyny opowiadała o jej synu.

Chłopiec miał wtedy 8 lat i był wychowywany przez nią wspólnie z jej siostrami.

Wciąż pamiętał swoją mamę i za nią tęsknił.

Na sali sądowej kobieta powiedziała Szczepanowi prosto w twarz, co o nim myśli.

Jego reakcja jednak tylko dolała oliwy do ognia.

Odpowiedział agresjom, wręcz jej groził.

Powiedział, że to jeszcze nie koniec i będzie się mścił.

Matka Władysławy z kolei wspominała, że na korytarzu sądu usłyszała od niego słowa, które do dziś budzą w niej strach.

Straszył ją używając wulgarnych słów i dając do zrozumienia, że nawet fakt osadzenia go w więzieniu nie oznacza, że ludzie są bezpieczni.

Twierdził, że zna prawo tak samo dobrze jak sędzia, mówił o odwołaniach i dawał do zrozumienia, że on wyjdzie i znów będzie stanowił zagrożenie.

Sugerował też, że na wolności ma braci i kolegów.

Tym samym przeraził bliskich ofiar, powodując, że żyli w ciągłym napięciu i strachu, że system ponownie ich zawiedzie.

Po ogłoszeniu wyroku ponownie zaczęły padać pytania, które każdy miał w głowie, ale nikt nie znał na nie odpowiedzi.

Dlaczego policja nie zareagowała wcześniej?

Dlaczego ten człowiek wychodził na wolność i nigdy nie trafił na skuteczne leczenie, skoro po każdym wyroku wracał do tych samych zachowań?

Dlaczego przez ponad miesiąc od zniknięcia Krystyny śledczy nie powiązali jej zaginięcia z tym człowiekiem, o którym mówiono od lat i którego bali się mieszkańcy kilku miejscowości?

Zastanawiano się, kto zawiodł i postanowiono to sprawdzić.

Na komisariacie w Otmuchowie zarządzono kontrolę z polecenia komendanta wojewódzkiego.

Policja tłumaczyła się jednym, miała związane ręce.

Żaden z pokrzywdzonych, ani świadków jego wcześniejszych zachowań nigdy nie zdecydował się złożyć oficjalnych zeznań.

Bez tego, jak twierdzili funkcjonariusze, nie było podstaw, by go zatrzymać czy zamknąć.

Kontrola nie wykazała formalnych nieprawidłowości.

A jednak wśród mieszkańców pozostawało takie gorzkie przekonanie, że wszyscy wiedzieli, kim jest Szczepan W. Że można było go przesłuchać, obserwować, reagować szybciej.

Że gdyby ktoś wcześniej połączył fakty, być może nie zginęłyby dwie kobiety.

ponieważ ludzie już nie do końca wierzyli w system, mimo że mężczyzna otrzymał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności.

Nie spowodowało to tego, że ich strach zniknął.

Zwłaszcza, że byli świadomi, że pierwszą możliwość ubiegania się o opuszczenie więzienia Szczepan W. miałby w 2030 roku.

Skończyłby wtedy 73 lata.

Dla mieszkańców Piotrowic i okolic to wciąż było za mało, by mówić o poczuciu bezpieczeństwa.

Szczepan W. odsiedlował swój wyrok w więzieniu, a w powiecie nyskim w 2004 roku doszło do kolejnego makabrycznego odkrycia.

Wtedy też rolnik znalazł w rowie melioracyjnym ludzkie szczątki.

Miało to miejsce w listopadzie na terenie wsi Śliwice, dziś części Otmuchowa.

Odnaleziono wtedy szczątki kobiety w stanie daleko posuniętego rozkładu.

Śledczym nie udało się ustalić jej tożsamości ani sprawcy.

Sprawę więc wkrótce umorzono.

Biegili z zakresu antropologii, określili cechy ofiary i zrekonstruowali jej wizerunek, dając cień szansę na jej identyfikację.

Dopiero po latach sprawą mieli zająć się funkcjonariusze tzw.

Archiwum X, czyli Zespołu do Spraw Przestępstw Niewykrytych Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu.

Od początku brano pod uwagę, że związek z tą zbrodnią mógł mieć seryjny morderca, jak go już wtedy nazywano, spod Otmuchowa.

Nie było na to jednak żadnych dowodów.

Do tej sprawy jeszcze wrócimy.

Ale teraz chciałabym na chwilę skupić się jeszcze na innej sprawie, którą także analizowano w kontekście Szczepana.

Kiedy w 2000 roku nazwisko mężczyzny zaczęło się pojawiać w rozmowach mieszkańców i działaniach policji, śledczy patrzyli nie tylko na bieżące zaginięcia, ale także na sprawy sprzed lat.

I w ten sposób wrócili do historii Doroty Wdowczyk.

Dorota miała niespełna 20 lat i mieszkała w Mależowicach Małych, niedaleko Nysy i Otmuchowa.

Pracowała w zakładach wytwórczych cukry nyskie i dojeżdżała do pracy autobusem.

Potem jeszcze kawałek musiała iść pieszo.

Ludzie, którzy ją znali, określali ją jako towarzyską, lubianą.

I, jak niektórzy mówili, była bardzo ufna, a może nawet zbyt.

3 października 1991 roku wracała z drugiej zmiany.

Około godziny 22.45 dojechała autobusem do wsi Grądy.

Jechała z kolegą i wraz z nim wysiadła na tym przystanku.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów ich drogi się rozeszły.

On do domu miał kilka minut, ją jeszcze czekał półgodzinny spacer szosą prowadzącą przez pola w stronę Mależowic Małych.

Ale do domu wtedy nie dotarła.

W poszukiwania włączyli się nie tylko policjanci, ale także mieszkańcy.

I dość szybko natrafiono na ślady, które od razu zmieniały wszystko.

Znaleziono rzeczy należące do Doroty i krew w pobliżu.

Ciała jednak wtedy nie odnaleziono.

Wtedy wędkarze zauważyli zwłoki w Nysie Kłodzkiej, w okolicy Wójcic.

Prokuratura szczęła śledztwo w sprawie zabójstwa.

W tle zaczął pojawiać się też bardzo niepokojący szczegół, o którym kobieta miała mówwcześniej.

Jeździł białym Fiatem 126P i jeszcze pojawiało się hasło, że osoby, które były w środku tego auta proponowały jej podwiezienie, ale ona zawsze odmawiała.

Lata mijały, a sprawa pozostała niewyjaśniona.

Gdy później okolica zaczęła żyć strachem, który wiązał się z działaniami Szczepana, wrócono myślami również do tej historii.

Bo miejsce, czas, charakter przestępstw i wcześniejsza przeszłość Szczepana sprawiały, że dla części osób ta sprawa zaczęła wyglądać tak, jakby miał z nią coś wspólnego ten mężczyzna.

Ale niestety przez lata nie pojawiła się żadna wskazówka, żaden ślad czy trop prowadzący do tego człowieka, ani też właściwie do rozwiązania tej sprawy i zatrzymania mordercę.

W 2016 roku do zabójstwa Doroty wrócili policjanci z opolskiego Archiwum X.

Chcieli sprawdzić zabezpieczone ślady, ale okazało się, że część materiałów została zniszczona.

Chodziło o powódź z 1997 roku.

Mimo to śledczy nadal nie odpuszczali, a w kolejnych latach pojawiała się informacja, że nowe okoliczności i zeznania rodziny pozwoliły wytypować podejrzanego i prowadzić dalsze czynności.

Minęły kolejne dwa lata i policjanci z Opolskiego Archiwum X poinformowali, że podejmą kolejną próbę rozwiązania zagadki śmierci Doroty.

Śledczy nie ukrywali, że liczą na to, iż nowoczesne metody badawcze pozwolą im po latach dotrzeć do prawdy.

Policjanci zwrócili się też wtedy do mediów z prośbą o publikację apelu.

Miało to miejsce w momencie, gdy do jej zabójstwa doszło niemal 28 lat wcześniej.

Podkreślano, że współczesna kryminalistyka daje możliwości, których wcześniej nie było, a nowe techniki pozwalają identyfikować spraww nawet po wielu latach.

Policja nie ujawniła żadnych szczegółów ani motywów podjęcia działań.

Tłumaczono, że takie decyzje zapadają wyłącznie w interesie śledztwa, a sprawa Doroty pozostawała otwarta.

Ostatecznie nie pojawiły się żadne informacje, które miałyby świadczyć o tym, że Szczepan miał coś wspólnego z tym morderstwem.

I tak docieramy do 2024 roku i sprawy, o której wcześniej Wam mówiłam, czyli kobiety, której zwłoki znaleziono w rowie melioracyjnym, ale ani się nie udało ustalić jej tożsamości, ani tego, kto odebrał jej życie.

Jednak w 2024 roku coś się miało zmienić.

Do zakładu karnego, w którym przebywał Szczepan W., przyjechali śledcze z Czech.

Prowadzili poszukiwania kobiety z Bryna, która zaginęła wiele lat wcześniej.

Do dzisiaj nie odnaleziono, ale w toku tamtego śledztwa pojawiło się nazwisko Szczepana.

Zanim trafił do polskiego więzienia, bywał bowiem po południowej stronie granicy.

Był tam też widywany w sytuacjach, które zwracały uwagę lokalnych służb.

Między innymi obnażał się w miejscach publicznych, zachowywał agresywnie i budził spory niepokój.

Częsty śledczy chcieli z nim porozmawiać.

Liczyli na przełom, na szczegół, który pozwoliłby połączyć go z zaginięciem kobiet z Brna.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

Szczepan nie przyznał się do żadnej zbrodni, nie podał konkretów, nie wskazał miejsca.

Zatem czescy policjanci wyjechali bez żadnych efektów.

Ale stało się jakoś tak, że właśnie ta wizyta uruchomiła coś po polskiej stronie.

I jeden z policjantów o polskiego archiwum X wspomniał później, że gdy dowiedzieli się o rozmowach Czechów ze Szczepanem, to znów zapaliła im się ta lampka.

Funkcjonariusz akurat pochodził z tamtych okolic, dobrze znał region i pamiętał sprawy sprzed lat.

Przypomniał sobie wtedy o odnalezionych w przeszłości szczątkach kobiety, czyli śledztwie, którym nikt obecnie się nie zajmował.

Do zespołu dołączył też drugi policjant pochodzący z okolic Odmuchowa.

Obaj zaczęli wracać do archiwalnych akt, miejsc i szczegółów, które przez lata uznawano za niewystarczające.

Rozpoczęli też regularne wizyty w zakładzie karnym w Ołowie, gdzie Szczepan W. odbywał karę.

Nie zaczęli od konfrontacji, bo wiedzieli, że to nie zadziała.

Na początku były to zwykłe rozmowy.

Sprawdzanie jego reakcji i budowanie relacji.

W pewnym sensie takie oswajanie.

W końcu podczas jednego ze spotkań Szczepan postanowił się otworzyć.

I wtedy opowiedział o zbrodni sprzed lat.

Z jego relacji wynikało, że tamtego wieczoru jechał rowerem w kierunku domu.

Na moście w Śliwicach zauważył kobietę.

Przedstawiła się jako Krystyna i jego zdaniem była po czterdziestce.

Powiedziała, że wraca do domu do Frydrychowa, niosła reklamówkę i wspomniała, że była w szpitalu, choć nie powiedziała z jakiego powodu.

Zaproponowwtedy, że ją odprowadzi.

Szli wzdłuż kanału.

W pewnym momencie zaproponował jej seks.

Z jego opisu wynikało, że do kontaktów seksualnych doszło w kilku miejscach.

Najpierw w okolicy kanału, potem pod mostem, a następnie kilkaset metrów dalej, na polu w stronę Meszna.

Tam przemoc eskalowała.

Później zrzucił jej ciało do rowu, przykrył trawą oraz liśćmi.

Jak to było w przypadku wcześniejszych przesłuchań, taki tym razem mówił o tym chłodno, rzeczowo, bez emocji.

Przyznał jedynie, że sprawa do niego wracała, że czasami męczyła go po nocach, ale nie towarzyszyło temu jakieś takie poczucie winy.

Śledczy podkreślali później, że kluczowe znaczenie dla tej sprawy miało to, iż archiwalne akta dawnych postępowań nie zostały zniszczone, bo gdyby np.

trafiły do niszczarki, to wielu elementów tej historii nie dałoby się już odtworzyć.

Nadal nie wiadomo jednak, kim była ta kobieta, ale Szczepan powiedział coś, co wydawało się dosyć istotne, a mianowicie, że kobieta wracała ze szpitala.

I choć wydawało się to ważnym tropem, niestety okazało się, że dokumentacja medyczna z tamtego okresu się nie zachowała i zamknęło to jedną z potencjalnych dróg identyfikacji.

Ustalono, że do tej zbrodni mogło dojść między 10 lipca a 6 sierpnia 2000 roku, więc w tym samym okresie, w którym zginęły pozostałe ofiary Szczepana.

Na podstawie materiału dowodowego wyodrębniono profil DNA kobiety i rozpoczęto badania porównawcze z rodzinami zaginionych.

Następnie śledztwo przejęła Komenda Wojewódzka Policji w Opolu.

W efekcie mężczyzna usłyszał kolejne zarzuty.

wnolegle rozpoczęto żmudną próbę ustalenia tożsamości ofiary.

Policyjni eksperci odtworzyli jej wygląd.

Miała około 160 cm wzrostu, ważyła mniej więcej 60 kg.

Miała okrągłą twarz, szerokie czoło, nos złamany po prawej stronie, niewielkie oczy w odcieniu brązowym lub zielonym, szerokie brwi i pełne policzki.

Proste, gęste, brunatne włosy.

Z kolei jej umięśnione ramiona i nogi wskazywały na wieloletnią, ciężką pracę fizyczną.

W dniu śmierci miała na sobie ciemną spódnicę, rajstopy, wzorzystą bluzkę zapinaną na guziki i białą halkę.

Badania wykazały, że około dwa lata wcześniej przeszła operację.

Sprawdzano archiwa szpitalne, listy pacjentów i dokumenty, ale bez skutku.

W 2025 roku Szczepan ponownie stanął przed sądem w Opolu.

Prokuratura wskazała, że zabił ofiarę, stając na jej szyi po wcześniejszym doprowadzeniu do obcowania płciowego.

Działał w warunkach multirecydywy.

Szczepan przyznał się do zarzucanych mu czynów, nie chciał jednak składać nowych wyjaśnień.

Sąd więc odczytał jego wcześniejsze zeznania, w których szczegółowo opisywał spotkanie z kobietą na moście w Śliwicach.

Policja opublikowała jej wizerunek i apeluje o pomoc w identyfikacji.

Jeśli macie jakiekolwiek szczegóły na temat tej sprawy, koniecznie zgłoście się na policję.

Jeśli chodzi o Szczepana, to usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności.

choć ma on raczej wymiar symboliczny, bo Szczepan i tak prawdopodobnie resztę życia spędzi za kretami.

Ale historia jego zbrodni wciąż jest niedomknięta i będzie tak dopóki nie uda się ustalić tożsamości jego trzeciej ofiary.

Ale jeśli chodzi o historię samego Szczepana, to stała się ona jednym z tych przypadków, które każą zadawać trudne pytania o sens resocjalizacji albo o jej skuteczność.

Trzeba przyznać, że jego przykład nie za dobrze świadczy o całym systemie.

W jego przypadku po prostu ten system nie zadziałał.

Pojawiają się też jednak głosy, że są ludzie, których nie da się w cudzysłowie naprawić.

I nie chodzi o to, że nikt nie próbował, ale o to, że skala tej demoralizacji i zagrożenia dla innych jest zbyt duża.

W związku z tym w takich przypadkach właśnie tym jedynym sposobem ochrony społeczeństwa pozostaje izolacja.

Wizerunek Szczepana jest dziś ogólnodostępny w rejestrze spraww przestępstw na tle seksualnym.

Mężczyzna jest dziś przed 70 i ma za sobą lata spędzone w więzieniach.

Kolejne wyroki i historie, która zakończyła się śmiercią kilku kobiet.

W teorii wciąż ma jednak prawo ubiegać się o zwolnienie warunkowe.

I to wszystkie informacje, jakie przygotowałam na temat tej sprawy.

Dajcie znać, co Wy o niej sądzicie i jak będziecie mieli chwilę, przyjrzyjcie się proszę portretowi trzeciej ofiary tego mordercy.

Być może Wam uda się pomóc rozwiązać tajemnicę jej tożsamości.

Dziękuję Wam za wysłuchanie i całe wsparcie.

Dziękuję też za wszystkie wieści o tym, że książka do Was dociera.

Jak coś, też jest już możliwość zamówienia jej z autografem na stronie wydawnictwa Znak, ale liczba egzemplarzy jest mocno ograniczona.

Widziałam, że wysyłka idzie całkiem szybko, więc w razie co może jeszcze zdążycie ją zamóww ramach prezentu świątecznego.

Mowa oczywiście o książce Niebezpieczna sieć, w której opowiadam o różnych sprawach, które swój początek miały w internecie.

Dziękuję też za wszystkie udostępnienia odcinka, łapki w górę, podbicia, Wasze komentarze, subskrypcje i całą Waszą aktywność, a także za dołączanie do wspierających i postawione kawki.

To już ostatni moment przed świętami, kiedy się słyszymy, więc życzę Wam, aby ten czas był dla Was momentem na odpoczynek.

Niezależnie czy świętujecie, czy po prostu jest to dla Was czas wolny, ale żebyście właśnie spędzili te chwile z bliskimi albo tak jak lubicie, żebyście byli zdrowi i uważali na siebie.

Przed Nowym Rokiem jeszcze się usłyszymy, więc na razie noworocznych życzeń nie składam.

0:00
0:00