Mentionsy

Pokój Zbrodni
10.09.2025 18:10

Kamilek z Częstochowy. Trwa proces oprawców chłopca | Pokój ZBRODNI

Śmierć 8-letniego Kamila z Częstochowy wstrząsnęła całą Polską. Chłopiec był brutalnie bity i poparzony – mimo sygnałów o przemocy instytucje nie zareagowały. Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie urzędników, ale rodzina złożyła zażalenia. Teraz to sąd zdecyduje, czy winni zaniedbań odpowiedzą za tragedię. Cały kraj pyta: kto zawinił i czy sprawiedliwości stanie się zadość?

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 185 wyników dla "Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach"

Kamilek z Częstochowy miał zaledwie 8 lat.

Przed śmiercią przeżył prawdziwe piekło, które zgotowała mu biologiczna matka, Magdalena B., a przede wszystkim jej mąż, jego ojczym, Dawid B. Chłopiec był bity, poniżany, przypalany papierosami, polewany gorącą wodą, w końcu rzucony na rozżarzony piec węglowy.

Dramatu dziecka nie dostrzegł w porę nikt.

Kamilek umierał w straszliwych męczarniach.

Właśnie ruszył proces jego opraww, a ludzie domagają się dla nich najwyższej możliwej kary.

Ja nazywam się Bartosz Wojsa, a to jest pokój zbrodni.

Dzisiaj, 10 września 2025 roku ma premierę moja nowa książka, która nosi tytuł Dzieci odchodzą w ciszy.

Sprawa Kamilka z Częstochowy, opublikowana nakładem wydawnictwa Harde.

Historia tego chłopca w 2023 roku wstrząsnęła całą Polską.

Ośmiolatek katowany i poniżany przez ojczyma oraz własną matkę zginął w wyniku odniesionych obrażeń.

Po 35 dniach walki o życie w szpitalu.

Wieloletniego cierpienia dziecka nie zauważył w porę nikt, sąsiedzi, nauczyciele, pomoc społeczna ani służby.

Jego tragiczne doświadczenia zapoczątkowało jednak szereg zmian prawnych w kraju, by przeciwdziałać przemocy wobec najmłodszych.

Kamilek przyszedł na świat 19 lutego 2015 roku.

Uroczy chłopiec o niewinnej twarzy, na której często gościł uśmiech.

Zawsze wszędzie było go pełno, żywiołowy i energiczny, przepełniony dziecięcą radością.

Pięć lat później, niecałe trzy miesiące przed kolejnymi urodzinami, chłopiec doświadczył pierwszego aktu przemocy ze strony najbliższych.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

Zdaniem prokuratury to właśnie 27 listopada 2020 roku rozpoczęła się gehenna dzieci zamieszkujących z Magdaleną i Dawidem B. Ona jest matką Kamilka, on ojczymem, nowym partnerem kobiety, z którym postanowiła kroczyć przez życie.

Mieszkali razem w dwóch miastach, głównie w Częstochowie, przez kilka miesięcy w Olkuszu.

W obu mieszkaniach miało dochodzić do maltretowania Kamilka i jego rodzeństwa, ale to przy ulicy Kosynierskiej w częstochowskiej dzielnicy Stradom rozgrywały się najbardziej dramatyczne sceny.

W niewielkim mieszkaniu gnieździło się wówczas kilkanaście osób, pięcioro dorosłych, matka Kamilka Magdalena B. i ojczym chłopca Dawid B. oraz ciocia Aneta J. i wujek Wojciech J., a także ich pełnoletnie już dziecko Artur J.

Poza dorosłymi w lokalu przebywało kilkoro małoletnich, łącznie 10 osób, a po narodzinach kolejnych dzieci w kulminacyjnym momencie 12.

Zaczęło się niewinnie, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Dawid B. zwracał uwagę Kamilkowi na najdrobniejsze zachowania, które mu się nie podobały.

Wydawało się, jakby przeszkadzało mu w zachowaniu chłopca dosłownie wszystko, choć maluch miał zaledwie kilka lat.

Raz denerwował go zagłośnym płaczem, innym razem miał się wściec, bo Kamilek popuścił w majtki na widok wzburzonego mężczyzny.

We wściekłość wpędziła go też nieuważność dziecka, które przez przypadek zrzuciło ze stolika jego telefon komórkowy.

Dawid B. zaczął używać coraz mocniejszych słów.

W końcu sięgnął po wulgaryzmy i wyzwiska.

Obrywało się zresztą nie tylko Kamilkowi, lecz również młodszemu o rok bratu, Fabianowi.

Jak wynika z dokumentacji zgromadzonej przez prokuraturę, na krótko przed szóstymi urodzinami Kamilka, oprawca przeszedł ze słów do czynów.

W okresie od 27 listopada 2020 roku do 3 kwietnia 2023 roku, zarówno w Olkuszu, jak i Częstochowie, miał stosowwobec obu chłopców przemoc fizyczną i psychiczną.

Poniżał ich, bił bez opamiętania przy użyciu gołych dłoni i różnych przedmiotów,

Ich malutkie ciała zamienił w ludzkie popielniczki, bez żadnych skrupułów, gasząc na nich papierosy, czym spowodował liczne rany i ślady po przypalaniu.

W przypadku Kamilka doprowadził również do złamania kości prawego i lewego przedramienia oraz prawego podłudzia.

Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że w tym samym okresie znęcał się także nad własnym synem, Mateuszem B., jeszcze młodszym od Kamilka, niemowlęciem.

Miał nim potrząsać, szarpać, uderzać po całym ciele i rzucać na łóżko z wysokości, doprowadzając do wielu obrażeń.

Jego kolejną ofiarą, według ustaleń służb, był pasierb Damian J., pasierb Dominik J. oraz pasierbica Julia J. Znieważał ich słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe, wzbudzał w nich poczucie zagrożenia.

niepokoju i obawy o ich los poprzez demonstrowanie i używanie przemocy w stosunku do innych dzieci, a także rzucał w nich różnymi przedmiotami i naruszał nietykalność cielesną", wylicza prokurator Mariusz Marciniak, rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Gdańsku.

Bestialstwo Dawida B. zdawało się nie mieć granic, bo, jak okazało się w toku śledztwa, ten miał również dopuścić się molestowania seksualnego kilkuletniej pokrzywdzonej, do czego miało dochodzić w latach 2020-2022.

Prokuratura ustaliła, że kilkakrotnie doprowadzał ją do poddania się innej czynności seksualnej, polegającej na dotykaniu dziewczynki w miejsca intymne.

Z uwagi na dobro dziecka, służby prosiły o nieujawnianie szczegółów tych wstrząsających zdarzeń.

I choć detale zbrodni ukazałyby jeszcze większe okrucieństwo oprawcy, uszanuję tę prośbę.

Część zarzutów, o jakie prokuratura oskarżyła Dawida B., miała zaistnieć w warunkach recydywy.

Mężczyzna miał dopuścić się tych przestępstw w ciągu pięciu lat po odbyciu dwuletniej kary pozbawienia wolności.

Podejrzany znany jest bowiem służbom.

Pierwsze zapiski pochodzą jeszcze z czasów jego dzieciństwa, kiedy w 2003 roku wraz z bratem bliźniakiem bawili się nad wodą.

Towarzyszyła im 9-letnia Sandra.

Chłopcy z miejsca zdarzenia wrócili sami, bez dziewczynki, której przez kilka dni szukała cała okolica.

Okazało się, że Sandra utonęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

Sąd Rodzinny w Częstochowie, który przyglądał się tej sprawie, uznał ostatecznie, że doszło wtedy do nieszczęśliwego wypadku.

14 lat później, 28 stycznia 2017 roku, Dawid B. trafił do więzienia.

skazany przez Sąd Okręgowy w Częstochowie za przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu.

Miało dojść wtedy do rozboju z jego udziałem.

Na wolność wyszedł po dwóch latach, 27 stycznia 2019 roku.

W przeszłości, jeszcze przed zamknięciem, także dopuszczał się przestępstw.

Wśród nich funkcjonariusze wyliczają rozboje, groźby karalne, pobicia oraz kradzieże.

Resocjalizacja, jak już wiemy, w przypadku mężczyzny nie zaistniała.

29 marca 2023 roku Kamilek doznał z jego strony najpoważniejszych obrażeń.

Ledwo miesiąc wcześniej skończył 8 lat.

Feralnego dnia chłopiec wstał w dobrym humorze.

Pogoda za oknem zaczęła się poprawiać.

Zima ustępowała wiośnie.

Oprócz zajęć w szkole i lekcji do odrobienia, wśród planów miał zapewne zabawę.

Dziecięce dokazywanie ponownie rozwścieczyło jego ojczyma.

Do tego stopnia, że ten nie tylko pobił chłopca, lecz, jak ustalili śledczy, miał rzucić nim na rozżarzony piec węglowy.

Przed tym siłą zaciągnął go pod prysznic, gdzie polewał twarz malucha gorącą wodą.

Przeraźliwy krzyk dziecka, zdolny rozedrzeć kamienicę na pół, nie zaalarmował sąsiadów.

Nie wzbudził też współczucia pozostałych domowników.

Przez kolejnych kilka dni nikt nie wezwał karetki pogotowia, ani nie udzielił chłopców szczególnej pomocy, której tak bardzo potrzebował.

Matka nieudolnie próbowała jedynie smarować jego głębokie rany zwykłą maścią.

Łzy spływające po twarzy dziecka zatrzymywały się na licznych śladach poparzeń.

Niemal w każde z nich wydało się zakażenie.

Upadając, Kamilek doznał ponadto stłuczenia głowy i złamania lewej kości ramiennej.

25% jego ciała pokrywały blizny, piekące tak bardzo, że ośmiolatek nie mógł się nawet dotknąć.

Każdy ruch potęgował ból.

więc większość czasu maluch spędził siedząc skulony w kącie.

W pewnym momencie nie miał już nawet siły, by dalej płakać.

Przez pięć dni pozostawiono go samemu sobie.

Sytuacja, w której reszta domowników nie dostrzegłaby cierpienia chłopca, jest niemożliwa.

W niewielkim dwupokojowym mieszkaniu mogliby go wręcz podeptać, a mimo tego pozostawali ślepi na krzywdziecka.

Za tę znieczulicę przed sądem prokuratura postawiła także matkę Kamilka, Magdalenę B. Zdaniem służb kobieta w tym samym okresie miała pomagać swojemu mężowi Dawidowi w znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad synami, Fabianem i Kamilem.

Jak podkreślono, miała też udzielić mężczyźnie pomocy w zabójstwie Kamilka.

Zaniechała działania i nie podejmowała żadnych reakcji chroniących synów, a także tolerowała, nie reagowała i nie przeciwdziałała w adekwatny i skuteczny sposób nasilającemu się sadystycznemu zachowaniu Dawida B., co w konsekwencji doprowadziło do spowodowania przez niego licznych ciężkich obrażeń ciała dziecka, przekazuje prokurator Mariusz Marciniak.

Ale nie tylko brak reakcji znalazł się wśród zarzutów wobec matki dzieci.

Ona również miała psychicznie i fizycznie znęcać się nad nimi.

W długiej liście wymienionych zachowwyliczano, że krzyczała bez powodu, zabraniała wychodzenia z domu z innymi dziećmi na podwórko, wyzywała i przeklinała.

Traktowała w sposób poniżający.

Utrzymywała też maluchy w warunkach niehigienicznych, nieodpowiednich dla ich wieku.

Ponadto groziła porzuceniem i stosowała przemoc fizyczną.

Biła po całym ciele, w tym również przy użyciu różnych przedmiotów.

Wylicza prokuratura.

Zarzuty usłyszeli także pozostali dorośli lokatorzy mieszkania Wojciech J., Aneta J. i Artur J., którzy mieli zaniechać udzielenia pomocy dziecku w okresie największej stosowanej wobec niego przemocy, czyli od 29 marca 2023 roku do 3 kwietnia 2023 roku w Częstochowie.

To wtedy, gdy Dawid B. rzucił Kamilkiem na rozgrzany piec.

3 kwietnia stał się datą graniczną wyznaczoną w okresie zarzutów wobec opiekunów dziecka, bo to właśnie wtedy do mieszkania przyszedł biologiczny tata Kamilka, Artur Topul.

Widząc w jakim stanie jest jego syn, wybrał na komórce numer alarmowy.

Chłopiec wymagający bardzo pilnej interwencji lekarskiej trafił do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, gdzie zaczęła się nierówna walka o jego życie.

Niestety, po 35 dniach nadeszły koszmarne wieści.

Kamilka nie udało się uratować.

Pan Artur Topul opowiedział mi, że gdy dojechał na miejsce ze swoją ówczesną narzeczoną i razem weszli do mieszkania na Kosynierskiej, uderzył ich stęchły zapach dobiegający z pomieszczeń, jakby mocz pomieszany z ropą.

Po przejściu do jednego z pokojów ich oczom ukazał się wstrząsający widok.

Ośmioletnie dziecko pana Artura leżało skulone na łóżku i zwijało się z bólu.

Chłopiec błagał o pomoc, wołał do taty, jego partnerki i syna kobiety, Mateusza, którego zdążył rozpoznać.

Był cały poparzony, wyglądał tak jakby oblali go jakimś kwasem, wspomina pana Artur, nie mogąc powstrzymać łez.

Ojciec próbował przeciąć materiał nożyczkami, ale chłopiec skręcał się z bólu.

Nikt nie pomógł mu się nawet przebrać.

A Magdę B. miało wówczas interesować tylko to, kiedy pan Artur przeleje jej pieniądze z alimentów.

Potem wyszła z mieszkania.

Od razu zadzwoniłem na 112 i wyniosłem go na rękach na zewnątrz, gdzie czekaliśmy na karetkę.

Służby zareagowały błyskawicznie.

Oprócz ambulansu przybył helikopter lotniczego pogotowia ratunkowego.

Zanim jednak ratownicy zabrali Kamilka do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, odwodniony i niedożywiony chłopiec resztkami sił opowiedział tacie, co go spotkało.

Kamilek umiał jeszcze mówić, wszystko mi powiedział.

Oni celowo mu to zrobili, wyznaje gorzko pan Artur.

Zarzekał się, że wcześniej nie docierały do niego sygnały o szczegółach cierpienia syna.

Ukrywała prawdziwe dowody.

Był kochanym dzieckiem, oczkiem w mojej głowie.

Gdybym wiedział, że tam dzieją się rzeczy o takiej skali, to osobiście bym go stamtąd wyrwał – zapewnia mężczyzna.

Kamilek nie mógł zamieszkać z ojcem, ponieważ ten został pozbawiony praw rodzicielskich przez sąd w 2017 roku przy okazji rozwodu z Magdaleną.

Nie przetrwali jednak próby czasu.

Gdy w szpitalu wyszło najaw, co stało się źródłem obrażeń chłopca i że niektóre z nich sięgają nawet bardzo odległego czasu od przybycia do placówki, lekarz prowadzący poczuł potworną złość.

Niejednym specjalistom mocno by to wstrząsnęło.

Jak coś takiego mogło się wydarzyć?

Stan Kamilka wprawiał w osłupienie nawet najbardziej doświadczonych lekarzy.

Doktor Andrzej Bulandra, koordynator Centrum Urazowego dla Dzieci w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach, który w zawodzie jest od ponad 22 lat, nawet dziś potrząsa głową z niedowierzaniem.

Widziałem mnóstwo oparzeń, również znacznie gorsze, ale rzadko kiedy pacjenci trafiają do nas z tak zaniedbanymi, nieleczonymi przez tygodnie ranami, wspominał w rozmowie ze mną.

Pojawia się pytanie, dlaczego nikt nie zareagowwcześniej?

Czy naprawdę nie zauważono cierpienia chłopca?

Sąsiedzi przed kamerami powtarzali jak mantrę, że po prostu nic nie słyszeli, ani nic nie widzieli.

Okna ich mieszkań w odrapanej kamienicy ktoś obrzucił później kamieniami.

W końcu wszyscy się stamtąd wyprowadzili, a budynek został wyłączony z użytkowania.

Okna zamurowano.

Urzędnicy z Ośrodku Pomocy Społecznej twierdzą, że również nie dostrzegli niczego niepokojącego.

Nauczyciele zarzekają się, że próbowali reagować, ale mieli związane ręce.

Matka często ich zresztą kłamywała.

Niefortunne wypowiedzi osób ze szkoły specjalnej ośmiolatka, mówiąc delikatnie, nie pomogły w ratowaniu ich wizerunku.

Placówka o takim charakterze powinna być przecież szczególnie wyczulona na tego typu przypadki.

Kiedy Kamilek wielokrotnie uciekał z domu, policjanci za każdym razem oddawali go z powrotem w ręce opraww.

Dziś mówią, że musieli tak zrobić, bo matka była jego prawną opiekunką.

Za każdym razem pytali chłopca, czy jest ofiarą przemocy, lecz on z uwagi na strach i różne niepełnosprawności, w tym problemy z mową, nie potrafił wydusić z siebie słowa.

Do sądu ostatecznie wpłynął wniosek o ograniczenie władzy rodzicielskiej, lecz wnioskodawcy nie wskazali w źródłach na przemoc, a tylko na trudne warunki mieszkaniowe.

Wymiar Sprawiedliwości odrzucał więc dokumentację i nie wyrwdziecka z piekła, jakie mu tam zgotowano.

Ci, którzy powinni go chronić, zawiedli na całej linii.

Nikt nie dopytywał.

Nikt nie wysłał do chłopca wyspecjalizowanego psychologa, który mógłby poznać od niego prawdę.

wią, że działali w granicach prawa i zrobili wszystko, co na tamten czas mogli.

Postępowanie dotyczące niedopełnienia obowiązków umorzono, na razie nieprawomocnie, co oznacza, że urzędnicy prawdopodobnie nie odpowiedzą za śmierć chłopca.

Nikt nie poniesie konsekwencji niewłaściwych decyzji.

Trudno uwierzyć, że nie można było zrobić nic więcej.

Może jakieś działania podjęto, ale ludzie nie dają sobie wwić absurdalnych tłumaczeń.

Dlatego tak ważne są zmiany w prawie i mam nadzieję, że moja książka tą świadomość zmieni, jeśli przynajmniej u jednej osoby to znaczy, że było warto ją napisać.

Śmierć Kamilka rozpoczęła wielki ruch społeczny i doprowadziła do licznych zmian, m.in.

poprzez powstanie tzw.

Ustawy Kamilka, choć jeszcze dużo pracy przed nami.

Wszystko zaczęło się od zdjęcia, opublikowanego w mediach społecznościowych przez przyrodnią siostrę chłopca, jeszcze kiedy ośmiu latach żył.

Kobieta prosiła ludzi o modlitwę oraz wsparcie.

Na wstrząsającej fotografii jasne włosy i promienny uśmiech chłopca przysłaniają piętrzące się na całym ciele opatrunki i bandaże.

Zdjęcie, na którym poparzony Kamilek siedzi w karetce, obiegło media w całej Polsce i stało się symbolem.

Zrobił je biologiczny ojciec dziecka, Artur Topul, na dowód w sprawie.

Do dziś nie może uwierzyć w to, co się stało.

Ten widok zapamiętam do końca życia, mówi łamiącym się głosem.

Muszę być silna, bo chcę dotrwać sprawiedliwości.

Kochałam Kamilka i gdybym mogła, powiedziałabym mu w twarz, że kocham go nadal.

Zawsze będzie w moim sercu, dodaje siostra chłopca, Magdalena Mazurek.

Moja książka pod tytułem Dzieci odchodzą w ciszy.

Sprawa Kamilka z Częstochowy to reportaż o tym, jak bardzo zawiedliśmy instytucjonalnie, ale też jako społeczeństwo.

Wraca ze wskazaniem, co zrobić, by podobna tragedia nigdy już się nie wydarzyła.

Piszę nie tylko o samej sprawie Kamilka, lecz szerzej o problemie przemocy wobec najmłodszych w Polsce.

Rozmawiam z bliskimi chłopca.

przedstawicielami służb, lekarzami, ekspertami i psychologami.

Przypominam, podobne najgłośniejsze zbrodnie w naszym kraju.

Zastanawiam się nad znieczulicą społeczną, ale też brakiem reakcji ze strony instytucji państwowych, które powinny w porę zauważyć cierpienie chłopca, a jednak tego nie zrobiły.

W końcu dokonuję szerokiej analizy wraz z różnymi specjalistami.

To książka oskarżenie i książka apel do każdego z nas, by nie pozostawać obojętnym na krzywdę dzieci.

Swój honorowy patronat objęła nad nią Fundacja To Ja Dziecko im.

Kamilka Mrowska, której założyciel i prezes Piotr Kucharczyk, ogromnie zaangażowany w sprawę, w rozmowie ze mną zgodził się skomentować te wstrząsające wydarzenia.

Reportaż zawiera mnóstwo szczegółów, nieznanych dotąd faktów i informacji.

To lektura zwłaszcza dla tych, którym leży na sercu dobro dzieci.

Oprawcy Kamilka z Częstochowy po ponad dwóch latach od śmierci chłopca stanęli wreszcie przed sądem.

Proces w sprawie śmierci ośmioletniego dziecka rozpoczął się 30 czerwca 2025 roku przed sądem okręgowym w Częstochowie i, gdy nagrywaliśmy ten odcinek programu, nadal trwa.

W sprawie oskarżeni są matka i ojczym Kamilka, a także ich krewni.

Proces toczy się z wyłączeniem jawności, co oznacza, że nie jest publiczny, aby chronić dobro rodzeństwa chłopca i zapobiec samosądowi.

Zgodnie z aktem oskarżenia Dawidowi i Magdalenie B. grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności, a pozostałym bliskim Kamilka, którzy nie reagowali na jego cierpienie, do trzech lat więzienia.

Zanim poznamy wyrok, może minąć jeszcze wiele miesięcy.