Mentionsy
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta w pokoju | Mirella ze Świętochłowic
W latach 90. 15-letnia Mirella dostaje się do wymarzone szkoły średniej. Zaledwie po jednym semestrze rodzice ją wypisują, a nastolatka znika bez śladu.
-------------------
SŁUCHAJ WCZEŚNIEJ I BEZ REKLAM - WSPARCIE CYKLICZNE:https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg/join
JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: https://buycoffee.to/szkickryminalny
CHESZ USŁYSZEĆ WIĘCEJ HISTORII? ZAPRASZAM NA TIK TOK-A: https://www.tiktok.com/@szkic.kryminalny
KONTAKT: [email protected]
ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1q42w2-xcNxLkW9lKXzV_7u_RejBAeSaHzZk8Btsbgco/edit?usp=sharing
MUZYKA W TLE: Utwór I Am a Man Who Will Fight for Your Honor (autor: Chris Zabriskie) jest dostępny na licencji Licencja Creative Commons – uznanie autorstwa 4.0. https://creativecommons.org/licenses/by/4.0/Źródło: http://chriszabriskie.com/honor/Wykonawca: http://chriszabriskie.com/
MUZYKA INTRO: Sound ride music - Countdown to apocalypseCredits:Music: Countdown to Apocalypse by SoundridemusicLink to Video: https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s
MUZYKA INTRO 2:"Nyoko - Flowing Into The Darkness" is under a Free To Use YouTube license / redowthered Music powered by BreakingCopyright: • Dark Ambient Music (No Copyright)
MUZYKA POCZĄTEK / KONIEEC: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE
Materiały video zawarte w odcinku pochodzą z dostępnych zasobów Canvy, a także z archiwum własnego. // Scenariusz, realizacja, montaż: Aleksandra Orłowska
Szukaj w treści odcinka
Dzień dobry słuchacze, witam w nowym odcinku.
Dziś obiecana ostatnia sprawa, którą pominęłam w ostatnim odcinku, gdzie omawiałam najgłośniejsze sprawy z 2025 roku, a to dlatego, że materiałów na jej temat jest mnóstwo, więc uznałam, że opowiem o niej w osobnym filmie.
Sprawa Mireli ze Świętochłowic, bo to o nią chodzi, budzi ogromne emocje, nie jest to standardowa sprawa kryminalna, bo nikt nie zginął, nikt też nie zaginął, chociaż przez długi czas tak się właśnie wydawało i właściwie całkiem możliwe, że nie wydarzyło się nic, co można by uznać za przestępstwo w świetle obowiązującego kodeksu karnego.
A nawet jeśli to ciężko to będzie udowodnić.
O sprawie znalazłam sporo informacji, też o dzieciństwie głównej bohaterki, więc nie będę zaczynać od kluczowych wydarzeń, a jak zawsze zgodnie z chronologią od początku, czyli w tym przypadku od lat sześćdziesiątych, zapraszam.
Jeżeli doceniasz mój podcast, daj łapkę w górę i subskrypcję na YouTube albo wystaw ocenę na Spotify.
Dziękuję za każde wsparcie.
Przenosimy się do Świętochłowic, miasta leżącego w południowej Polsce, dokładnie w województwie śląskim.
Świętochłowice są średniej wielkości miastem, zamieszkiwanym przez około 45 tysięcy osób.
ale tak naprawdę są częścią dużo większej aglomeracji, mianowicie Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, więc graniczą z Chorzowem, Bytowem, Rudą Śląską, a żeby dojechać do centrum stolicy województwa, czyli do Katowic, wystarczy pokonać zaledwie kilka kilometrów.
Historia zaczyna się w latach 60. w okresie, kiedy masowo budowano bloki, a właściwie całe osiedla z wielkiej płyty.
To właśnie w latach 60. powstaje tam pewien blok, w którym wiele lat później rozegra się tragiczna historia, a do tego bloku wprowadzają się pewni młodzi małżonkowie, państwo K.
Jak mówi jedna z sąsiadek, pani Aniela, która w tym bloku mieszka od samego początku, państwo K, podobnie jak ona, byli jednymi z pierwszych lokatorów.
Jak wynika z kontekstu, gdy tam zamieszkali, musieli być bardzo młodzi, może trochę po dwudziestce, więc pewnie niedługo przed przeprowadzką wzięli ślub.
Zamieszkali na drugim piętrze, ona ma na imię Lidia, a jego imię nie zostało nigdzie podane.
O panuka praktycznie nie ma informacji w źródłach.
Na temat Lidii można coś znaleźć, ale też są to zaledwie jakieś skrawki.
Wcześniej ich rodziny mieszkały w sąsiednich kamienicach przy mieszczącej się w centrum ulicy Cmentarnej.
Jak mówi sąsiadka, Lidia miała starszego brata, który gdy osiągnął dorosłość, wyjechał do pracy do Niemiec i z tego co wiadomo został tam na stałe.
Ona sama wydawała się bardzo zamknięta, nie można powiedzieć, żeby Aniela znała ją jakoś rewelacyjnie, ponieważ Lidia właściwie od zawsze unikała kontaktów z koleżankami z podwórka i była raczej typem samotniczki.
O jej dorosłym życiu wiadomo tyle, że po skończeniu szkoły podjęła pracę w chorzowskiej palarni kawy Posti i już trochę wybiegając w przyszłość, ale żeby zamknąć ten wątek, to powiem, że pracowała tam praktycznie całe życie, aż do emerytury.
Zarówno Lidia, jak i jej mąż są wierzący, ale nie należą do kościoła katolickiego, są protestantami i przynależą do kościoła ewangelickiego św.
W związku z tym, gdy zostają rodzicami, to swoją córkę najpewniej wychowują w takiej samej wierze, jaką sami praktykują.
Czy w takim razie urodzona w 1982 roku Mirella została ochrzczona w ich kościele?
Czy jest o tym jakiś zapis w księgach kościelnych?
Trudno powiedzieć, bo odnośnie tego, czy Mirella w ogóle przyszła na świat w tej rodzinie czy w innej, pojawiło się kilka nieścisłości, do których jeszcze wrócimy.
Natomiast jeżeli państwo K to jej biologiczni rodzice, to wychodzi na to, że dziewczynka musiałaby się urodzić po dłuższym czasie ich małżeństwa, dokładnie jakieś kilkanaście lat po ich ślubie.
Mała Mirella pojawia się we wspomnieniach sąsiadów, ale te wszystkie wspomnienia dotyczą okresu, gdy już była starsza, to znaczy była już takim kontaktowym dzieckiem, a nie niemowlakiem w wózku, a już tym bardziej nikt nie wspomina czasów, gdy Lydia miałaby być w ciąży.
O tym nikt w ogóle nie mówi, co oczywiście nie znaczy, że tak nie było.
Jak mówią sąsiedzi, Mirella była takim ciekawskim dzieckiem, momentami nawet wścibskim.
Interesowało ją wszystko, co się dzieje dookoła.
Była ciekawa świata, ludzi, otwarta i komunikatywna.
W podobny sposób daje się poznać w szkole.
Jest końcówka lat 80., gdy Mirella rozpoczyna naukę w szkole podstawowej, gdzie poznaje pewną dziewczynkę, Beatę, z którą bardzo szybko się zaprzyjaźnia, a ta przyjaźń trwa przez kolejne lata.
Dziewczynki siedzą w jednej ławce przez całe 8 lat podstawówki, oczywiście przez ten czas coraz lepiej się poznają, wielokrotnie odwiedzają się nawzajem w domach, a Beata nawet po wielu latach bardzo dobrze wspomina Mirelę.
Jak mówi, ona od zawsze była taką sympatyczną osobą, nie wdawała się w konflikty, była pomocna i świetnie się uczyła.
Poza tym była ogólnie mówiąc zadbana, widać było, że rodzice na niej nie oszczędzają, zawsze miała nowe podręczniki, ładne zeszyty i modne ubrania.
Beata wspomina, że czasem zazdrościła jej śniadań, bo wiadomo, że czasy były różne, ceny żywności się zmieniały, a Mirella codziennie miała jakieś pyszne rzeczy do jedzenia.
Pytana przez dziennikarzy odpowiada, że nie pamięta, aby jej koleżanka miała jakieś problemy zdrowotne.
Na pewno chodziła na lekcje WF-u i aktywnie w nich uczestniczyła.
Uczęszczała też na szkolny basen, nie opuszczała żadnych zajęć, więc według niej w tamtym momencie, czyli na etapie podstawówki, wszystko było w porządku, tak patrząc pod kątem zdrowia fizycznego.
To, co rzuca się w oczy, to, że nastoletnia Mirella jest perfekcjonistką i sporo uwagi przywiązuje do swojego wyglądu.
Po WF-ie czy po basenie Beata nieraz musi na nią czekać, bo Mirella, która najbardziej lubi czesać się w dwa kitki, każdorazowo po zajęciach chce doprowadzić swoją fryzurę do idealnego stanu, tak żeby mieć perfekcyjny, równiutki przedziałek i ogólnie wyglądać perfekcyjnie.
Podobnie jest zresztą przy wychodzeniu z domu, gdy Beata czasem spontanicznie wpada po nią z pytaniem, czy wyjdą na dwór, zawsze musi poczekać od kilku do kilkunastu minut, aż koleżanka ułoży włosy tak, żeby efekt był dla niej zadowalający.
Mirella nie potrzebuje przy tym raczej aprobaty z zewnątrz, nigdy nie dopytuje Beaty, czy dobrze wygląda, ani nic takiego, po prostu sama musi być zadowolona z tego, co widzi i wtedy dopiero może wyjść.
Przez tą perfekcję zdarzają się jej spóźnienia, poza tym ogólnie ma taką osobowość, że nie lubi się śpieszyć, bywa trochę wolniejsza niż pozostałe koleżanki, ale jej zdaje się to nie przeszkadzać, a Beata też z czasem przyzwyczaja się, że koleżanka tak ma i czasami trzeba na nią poczekać.
Co do sytuacji szkolnej, to jedyne z czym Mirella ma większe problemy, to matematyka.
Zrozumienie zagadnień omawianych na lekcjach przychodzi jej czasem z trudem, natomiast tak się składa, że akurat z tego przedmiotu Beata jest całkiem dobra, więc zdarza się, że tłumaczy przyjaciółce jakieś trudniejsze zagadnienia.
Poza tym na przerwach najczęściej rozmawiają, grają też w statki, w kółko i krzyżyk, zdarzają im się też wspólne wyjazdy, przykładowo do Czech na zieloną szkołę, a przechodząc już do czasu wolnego tak na co dzień, to tak jak mówiłam, popołudniami dość często odwiedzają się w swoich domach.
Beata, która wiele lat później ogląda zdjęcia pokoju Mirelli, mówi, że w tamtym czasie on wyglądał praktycznie tak samo.
W domu nie działo się nic niepokojącego, było zwyczajnie, rodzice Mirelli robili dobre wrażenie na Beacie, a jej mama, gdy się bawiły, często proponowała im coś do picia albo do jedzenia.
Lidię Beata też zapamiętała jako bardzo elegancką kobietę, która podobnie jak Mirella, albo może bardziej Mirella podobnie jak ona, bardzo dbała o wygląd.
Jak mówi, mama przyjaciółki zawsze była pomalowana, miała idealnie ułożone włosy i wydawała się tą bardziej dominującą w ich domu.
Tata był gdzieś w tle, wysoki, szczupły i raczej milczący.
Bardziej to żona trzymała stery, natomiast z tego co wiadomo, nie dochodziło między nimi do żadnych kłótni na tym polu.
Przynajmniej w trakcie wizyt Beaty wyglądało to bardziej tak, jakby obie strony akceptowały taki układ.
Gdy siedziały u Mirelli, to zazwyczaj oglądały telewizję, słuchały muzyki albo bawiły się w chowanego.
Przez te wszystkie lata Mirella nigdy nie wspominała jej nic o rzekomej adopcji, nie zwierzała się też z żadnych problemów z rodzicami, a z takich bardziej osobistych rzeczy to opowiadała jedynie o swojej wierze, mówiła, że jest wiary ewangelickiej, tłumaczyła Beacie czym jest konfirmacja, którą miała przejść albo może przeszła, bo to taki odpowiednik bierzmowania w kościele katolickim, ale na tym koniec.
Jedyny sygnał, że coś mogło być nie tak, to ewentualnie stan, w jaki wpadała Mirella każdorazowo, gdy ona i Beata się żegnały.
Robiła się wtedy smutna, starała się przeciągnąć moment, w którym koleżanka wyjdzie, a Beata, jak mówi po latach, czasami w jej oczach widziała taką samotność.
Trochę ją chyba dziwiła taka reakcja, bo wiadomo, przykro się żegnać jak spotkanie było fajne, ale też wiadomo było, że następnego dnia znów się zobaczą w szkole, a i te wizyty domowe należały do często powtarzanych.
W czasach, o których mówimy nauka szkolna jest obowiązkowa jedynie do ukończenia podstawówki.
Dalej jest to kwestia dobrowolna, natomiast Mirella i Beata są pewne, że chcą się uczyć dalej.
Im obu bardzo zależy na tym, aby dostać się do dość prestiżowej szkoły średniej.
czyli do I Liceum Ogólnokształcącego im.
Jana Kochanowskiego w Świętochłowicach.
Liceum charakteryzuje się wysokim poziomem, więc dostanie się tam wcale nie jest takie oczywiste, a Mirela niestety niezmiennie ma problemy z matematyką.
Wobec tego jej mama pyta jedną z sąsiadek, czy jej córka mogłaby dawać Mireli korepetycję.
Ta sąsiadka się zgadza, Mirela zaczyna więc chodzić na te korepetycje, co ostatecznie przynosi oczekiwany skutek, bo podciąga się z tego przedmiotu na tyle, że podobnie jak Beata dostaje się do wymarzonej szkoły.
Pani Lidia, jak mówią sąsiedzi, widocznie się z tego cieszyła.
Opowiadała im, że od września córka zaczyna naukę w liceum Kochanowskiego i na tamten moment wszystko wydawało się być w porządku.
Od nowego roku szkolnego Mirela i Beata rozpoczynają naukę w nowej szkole, ale zupełnie inaczej niż dotychczas, bo w osobnych klasach.
Beata jest na profilu przedsiębiorczości, Mirela na jakimś innym, więc wychodzi na to, że muszą się rozdzielić i nie spędzą kolejnych lat w tej samej ławce.
Chyba to Mireli bardziej zależy na podtrzymaniu kontaktu mimo wszystko, na przerwach to ona zawsze szuka Beaty, próbuje ją namówić, aby przeniosła się do jej klasy.
Ale ostatecznie koleżanka nie ulega namową, więc zostają na innych profilach.
Tym samym wraz z upływem kolejnych tygodni ich kontakt słabnie, rozmawiają coraz rzadziej, Beata poznaje nowe koleżanki, w nowej szkole jest też dużo więcej nauki, mają zupełnie inny plan lekcji i w efekcie widują się o wiele rzadziej niż kiedyś.
Z czasem ten kontakt praktycznie zanika, więc Beata pytana po latach odpowiada, że nie ma pojęcia co działo się z Mirellą pod koniec pierwszego semestru.
Wtedy już nie rozmawiały, więc trudno powiedzieć czy ona miała wtedy jakieś duże zmartwienia, a jeśli tak to co ją dręczyło.
Ze względu na późniejsze wydarzenia istotnym wątkiem są jej nogi, więc dziennikarze w rozmowie też poruszają z Beatą tą kwestię.
Pytają, czy Mirella miała jakieś problemy z nogami, ale ona odpowiada, że nigdy nie zauważyła niczego takiego.
Jest pewna, że koleżanka nie kulała, nie miała też na nogach żadnych ran czy plam i nie było nigdy sytuacji, żeby miała jakieś problemy z chodzeniem.
Nie zwierzała jej się też, aby z powodu nóg miała jakieś kompleksy, czy żeby coś jej się w tych nogach nie podobało.
Po prostu nie było między nimi takiego tematu.
Jaki powód by jednak nie wystąpił, to w pewnym momencie Mirella przestaje chodzić do szkoły, czego Beata zapewne w pierwszej chwili nie zauważa, ale wkrótce i do niej zaczynają docierać różne plotki.
Mirelli nie ma na tyle długo, że mówi się nawet, że trafiła podobno do jakiegoś szpitala, ale ostatecznie nie zostaje to przez nikogo oficjalnie potwierdzone.
Bardziej wygląda to tak, jakby szkoła nie wiedziała, co się do końca dzieje, a można to wywnioskować stąd, że nauczyciele próbują się czegoś dowiedzieć od uczniów.
W tamtym czasie do Beaty podchodzi pani pedagog, prawdopodobnie przez wgląd na fakt, że one wcześniej spędzały razem przerwy i było wiadomo, że kiedyś się przyjaźniły, zakłada, że może Beata coś wie.
Pyta, czy ma jakiś pomysł, co się dzieje z Mirellą, dlaczego nie chodzi do szkoły, czy ma jakieś problemy, czy wagaruje, ale Beata nie wie.
Pani pedagog pyta, czy w takim razie mogłaby kiedyś podejść do niej do domu i sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Na co ona przytakuje i jeszcze tego samego dnia idzie do bloku koleżanki, dzwoni domofonem, ale nikt nie otwiera.
Udaje jej się jednak wejść na klatkę schodową, pewnie przy okazji, gdy ktoś wychodzi, więc podchodzi pod same drzwi, puka, dzwoni dzwonkiem, ale ponownie nikt nie reaguje, tak jakby w środku nikogo nie było.
Kolejne próby kontaktu również pozostają nieudane, ale Beata myśli o Mirelli każdorazowo, gdy przechodzi pod jej blokiem, a w tamtej okolicy spaceruje dosyć często, bo niedaleko jest biblioteka.
Nurtuje ją, co mogło się stać, że koleżanka tak nagle zniknęła.
Chciałaby się dowiedzieć czegoś więcej, więc zawsze, gdy idzie pod jej blokiem, spogląda w jej okna, czasami woła ją też po imieniu, ale to na nic.
Mirella nigdy nie reaguje, a okna zawsze pozostają zamknięte.
Ten zwyczaj kontynuuje dość długo, bo porzuca go dopiero kilka lat później, gdy wyprowadza się na studia.
Jak mówi dyrektor liceum imienia Kochanowskiego, w szkole średniej Mirella uczyła się dosyć dobrze.
Po ocenach widać, że miała jakieś problemy z przedmiotami ścisłymi, matematyką czy fizyką, ale też to nie były tak ogromne problemy, żeby groziło jej np.
niezdanie do następnej klasy.
Z przedmiotów ścisłych miała gorsze oceny niż z historii czy polskiego, które te przedmioty widać po prostu lubiła i z którymi radziła sobie znacznie lepiej.
Zanim na dobre przestała chodzić do szkoły, to nieobecności nie zdarzały jej się często.
Bardziej były to sytuacje sporadyczne, nic długofalowego, najwyżej kilka dni nieobecności pod rząd z uwagi na przeziębienie, ale na pewno nie żadna trwająca tygodniami choroba.
Tak jak wcześniej w podstawówce uczęszczała na zajęcia WF-u, chodziła też na basen, więc widać była sprawna fizycznie.
Dodatkowo nie korzystała też z poradni psychologiczno-pedagogicznej, a w starych papierach brakuje informacji, aby miała jakiekolwiek uwagi od nauczycieli dotyczące zachowania.
Wszystko wyglądało więc zwyczajnie, ale jednak jakaś zmiana musiała nastąpić, bo 6 stycznia 1998 roku, czyli po spędzeniu zaledwie jednego semestru w nowej szkole, na której tak bardzo jej przecież zależało, Mirella zrezygnowała z nauki.
To znaczy trudno powiedzieć, czy ona sama, bo jako, że nie była pełnoletnia, no to wypisali ją rodzice, ale tak czy inaczej została skreślona z listy uczniów.
Dopiero rok później w Polsce został wprowadzony obowiązek nauki do 18 roku życia, więc na moment jej wypisu wszystko odbyło się legalnie, rodzice mieli pełne prawo ją wypisać, a szkoła nie musiała się interesować tym, dlaczego nastolatka już nie będzie kontynuować nauki.
Wystarczyło, że skończyła podstawówkę i tym samym spełniła nałożony przez prawo obowiązek.
Mimo wszystko rodzice chyba podają jakiś powód rezygnacji, bo w źródłach znajduje się taka wzmianka, że śledczym udało się uzyskać informację na temat tego dlaczego nastolatka została wypisana ze szkoły, ale prokuratura nie chce tego ujawniać do wiadomości publicznej.
Szkoła to jedno, ale w jednym z artykułów pojawia się też wątek szczepień, bo o ile nikt nie musiał sprawdzać, dlaczego Mirella do szkoły nie chodzi, o tyle szczepienia były wtedy obowiązkowe i ich przyjęcie było egzekwowane, tylko że tu znów nastąpił zbieg okoliczności na jej korzyść albo na niekorzyść.
Co prawda szczepienia wykonywano wtedy w szkole, jeżeli ktoś się uchylał to do domu najczęściej przychodził dzielnicowy ustalić z jakiego powodu, natomiast ta procedura dotyczyła raczej młodszych dzieci.
Co do Mireli to ona wcześniejsze szczepienia przyjęła, w okresie nastoletnim, ale jeszcze przed osiągnięciem dorosłości nie miała już żadnych szczepionek do odhaczenia.
Dopiero w wieku 18 lat powinna przyjąć jeszcze jedną dawkę na tężec.
Na to szczepienie nie stawiła się oczywiście w przychodni, natomiast jak mówi pielęgniarka, dorosłych nikt za szczepienia nie ścigał, bo nie było do tego narzędzi.
W szkole jej nagłe zaginięcie ostatecznie przychodzi bez większego echa, natomiast na osiedlu niektórzy sąsiedzi, tutaj są w sumie dwie opcje, albo zauważają, że Mirella nagle zniknęła z przestrzeni publicznej, albo rodzice zawczasu sami inicjują rozmowy na ten temat, aby przekazać odpowiednie tłumaczenie i uciąć dalsze spekulacje.
Tak czy inaczej pierwsza wersja jaka się pojawia, powiedzmy w obiegu,
To, że Mirella była adoptowana i nagle zniknęła, ponieważ wróciła do swoich biologicznych rodziców.
O tym jednej z sąsiadek opowiada jej mama.
Często zaczyna wtedy płakać, mówi, że nie może mieć swoich dzieci i bardzo przeżywa to, że Mirella odeszła.
Sąsiedzi są trochę zaskoczeni takim obrotem zdarzeń, ale mając przed sobą tak zrozpaczoną osobę, trudno drążyć temat.
Bardziej starają się ją pocieszyć niż wypytywać o szczegóły dlaczego tak, gdzie Mirela teraz mieszka itd.
I generalnie ci, którzy o tym wiedzą, no to bardzo współczują państwu K.
Może gdyby mimo tych emocji trochę podrążyli, to doszliby do tego, że w tej historii są pewne luki, a największa to to, że gdyby Mirella faktycznie została kiedyś adoptowana, to nie mogłaby tak swobodnie wrócić do swoich biologicznych rodziców.
W przypadku adopcji rodzice biologiczni tracą do dziecka wszelkie prawa, sąd pozbawia ich władzy rodzicielskiej, nie mogą się z nim kontaktować, chyba że rodzice adopcyjni wyrażą na to zgodę, no i ewentualnie samo dziecko może ich też szukać na własną rękę, ale to dopiero po osiągnięciu pełnoletności.
Co więcej, jak wynika z jednego ze źródeł, zeznania członka bliskiej rodziny nie potwierdzają wersji o adopcji.
Do tego, jak wynika z dokumentów, Mirella pod tym samym adresem była zameldowana przez całe życie, od urodzenia, a z innych informacji uzyskanych z Urzędu Stanu Cywilnego też wynika, że to Lidia jest jej biologiczną matką.
Trudno powiedzieć, dlaczego rodzice przekazywali więcej niż jedną wersję dotyczącą zniknięcia córki.
Może było to na różnych etapach od tego, w cudzysłowie, zniknięcia.
A może to po prostu sąsiedzkie plotki, które wyszły od kogoś innego.
W każdym razie powrót do biologicznych rodziców to nie jedyne, o czym się mówiło w okolicy.
Druga wersja, i to był chyba bardziej efekt plotek niż coś, co mówili sami rodzice, to to, że Mirella wyjechała za granicę.
Otóż, jak Wam wspominałam wcześniej, pani Lydia miała starszego brata, który wiele lat przed tymi wydarzeniami wyjechał do Niemiec, gdzie został na stałe, więc teoretycznie Mirella mogła do niego pojechać z jakiegoś powodu, ale no właśnie z jakiego.
Może zmiany otoczenia albo ewentualnie lepszych perspektyw?
W każdym razie część sąsiadów wiedziała o tym, że jej wujek mieszkał za granicą, więc tak spekulowano, że może dziewczyna po prostu do niego wyjechała.
I w końcu trzecia wersja, czyli porwanie, ukośnik, zaginięcie.
O tym tata Mirelli miał mówić wprost komuś z sąsiadów, powiedział, że jego córka zaginęła, została porwana, ale dla mieszkańców bloku to było po prostu nie do pojęcia.
To znaczy sam fakt porwania jeszcze tak, to w końcu lata dziewięćdziesiąte, które kojarzą się z mocno rozwiniętą w Polsce przestępczością.
W Świętochłowicach w tamtym czasie nie było lepiej niż w reszcie kraju.
Jak mówią mieszkańcy, na terenie miasta grasowały różne bandy, okradali ludzi na ulicach, strach było wyjść z domu, więc porwanie piętnastolatki nie brzmiało aż tak nierealnie.
Nerealnie wyglądał za to brak zaangażowania rodziców w poszukiwania, bo oni właściwie nic nie robili, nie nagłaśniali tego w ogóle, nie chodzili po ludziach, nie pytali czy może ktoś widział ich córkę i generalnie nie podejmowali żadnych działań, które mogłyby pomóc ją odnaleźć.
Ostatecznie jej prawdziwość wyklucza to, że państwo K. nigdy nie zgłosili zaginięcia policji, bo co jak co, ale to na pewno by zrobili.
Tak czy inaczej, gdy jakiś czas później jedna z sąsiadek dopytuje pana K. jak tam Mirela i czy może się już znalazła, on ucina temat mówiąc, pani córki też nie widać.
I tak powoli pamięć o Mireli się zaciera.
Poza tą sytuacją jej rodzice nie budzą żadnych podejrzeń w sąsiedztwie, oboje pracują, codziennie dojeżdżają samochodem do pracy, chodzą po zakupy, wychodzą z domu i zachowują się zwyczajnie, tak, że nikomu nie rzucają się w oczy.
Blok zapewne należy do jakiejś spółdzielni, w związku z czym odgórnie raz w roku prowadzone są kontrole instalacji, a do mieszkania wchodzą kominiarz oraz gazownik.
Oni nie sprawdzają jednak wszystkich pomieszczeń, zapewne pomijają ten mniejszy pokój, pokój za którego drzwiami toczy się dramat.
Mimo wszystko jest jedna osoba, która ma pewne podejrzenia, a dokładnie jest to mieszkający piętro niżej, tuż pod państwem K. sąsiad, pan Stanisław.
On wprowadził się do bloku znacznie później, nie mieszkał tam od początku, więc to od sąsiadów słyszał plotki o zaginionej pod koniec lat 90.
Dla niego ta wersja jest jednak dziwna, bo jest przekonany, że w mieszkaniu nad nim czasami słychać trzy głosy.
To trzy głosy rozmawiają, czasem się kłócą i są to dwie kobiety i mężczyzna.
O swoich spostrzeżeniach opowiada sąsiadom, ale oni zarzekają się, że to niemożliwe.
Mówią, że tam na pewno mieszkają dwie osoby, a jeżeli było słychać trzecią, to widać ktoś do nich przyszedł w odwiedzinę.
I taka wersja krąży w sąsiedztwie aż do krytycznego momentu, czyli do lata 2025 roku, a precyzyjniej mówiąc do lipca.
Już jakiś czas wcześniej, może jakieś kilka tygodni wcześniej, z mieszkania państwa K. zaczęło być słychać niepokojące dźwięki.
Dało się zauważyć, że coraz częściej dochodziło tam do awantur, którym towarzyszyły nie tylko krzyki, ale też tłuczenie garnkami czy uderzenia o meble.
Hałasy nie niosły się jedynie w dzień, wrzaski pojawiały się też w godzinach obowiązującej ciszy nocnej, czasem późnym wieczorem, a czasem bardzo wcześnie, o piątej lub o szóstej rano.
Sąsiedzi budzeni tymi odgłosami chodzili do nich, pukali do drzwi, często też z troski, w końcu państwo K to w tamtym momencie już starsi ludzie, po osiemdziesiątce, więc każdorazowo szli do nich i pytali, czy wszystko w porządku.
Gdy otwierał im panka, dopytywali też o Lidię, nie odchodzili dopóki ona też nie pokazała się cała i zdrowa, ale że ostatecznie zawsze wychodziła w dobrym stanie, no to odpuszczali.
Przy tym wszystkim pan Stanisław...
W ich głowach widać zaczęły kiełkować wątpliwości.
W końcu nadchodzi dzień przełomowy, kiedy wszystkie wątpliwości zostają rozwiane, mianowicie wtorek 29 lipca.
Tego dnia u państwa kaznów trwa awantura, tym razem pan Stanisław jest pewien, kłócą się dwie kobiety.
Udaje mu się co do tego przekonać resztę, kilkoro sąsiadów idzie więc do drzwi, pukają, otwiera im pani Lidia, a oni jak zwykle pytają, czy wszystko w porządku.
Jak zwykle pada też odpowiedź, że tak, ale tym razem sąsiedzi dodają, że jeszcze niech córka się w takim razie pokaże.
Wtedy pani Lidia nerwowo pyta, jaka córka i dodaje, że tu przecież nie ma żadnej córki, a następnie zamyka przed nimi drzwi.
Na tym samym piętrze, co państwo K, w mieszkaniu naprzeciwko mieszka pewna kobieta, Luiza.
Luiza mieszka w tym bloku od dawna, z tego co rozumiem mieszkała tam wcześniej z rodzicami, urodziła się w tym samym roku co Mirella, więc w 2025 jest po czterdziestce, jej rodzice prawdopodobnie już nie żyją, a ona mieszka ze swoim partnerem.
Luiza uznaje, że ostatnio w mieszkaniu naprzeciwko ciągle są awantury i że tak naprawdę trzeba by w końcu sprawdzić, czy tam rzeczywiście jest wszystko w porządku, w związku z czym zawiadamia dzielnicowego.
Po tym jak dzielnicowy przychodzi na miejsce, zaczyna mu opowiadać, że ma podejrzenia, że w mieszkaniu naprzeciwko ktoś jest przetrzymywany, że policjant według niej powinien sprawdzić zamknięty pokój, bo tam kiedyś mieszkała jej koleżanka z dzieciństwa, która dawno temu zniknęła w niejasnych okolicznościach.
Opowiada też o kłótni, o dziwnych trzaskach, które regularnie słychać, więc z takim zapleczem informacyjnym dzielnicowy puka do drzwi państwa K. Ponownie otwiera mu pani Lidia, tłumaczy, że faktycznie mogło być głośno, bo pokłóciła się z mężem, ale już żadnej kłótni nie ma i będą cicho.
Policjant drąży dalej, chce wejść do środka, aby sprawdzić, czy na pewno wszystko jest okej, chce też porozmawiać z mężem pani Lidii, jest przy tym bardzo stanowczy i ostatecznie kobieta wpuszcza go do mieszkania.
Tam okazuje się, że w środku nie ma jej męża, więc ona jeżeli się z kimś kłóciła, to na pewno nie z nim, ale jest za to jakaś kobieta, która wychyla głowę z jednego z pokoi.
Po chwili wychodzi, potwierdza, że faktycznie była kłótnia, ale że już wszystko jest w porządku, natomiast pytana o to, czy czegoś potrzebuje, odpowiada, że bolą ją nogi.
Wtedy policjant spogląda na te nogi, kobieta jest w podomce, więc są one odsłonięte i nawet w słabym świetle widać, że faktycznie jest z nimi jakiś problem.
Ma widoczne obrzęki, nogi są sine, prawie czarne, więc dzielnicowy uznaje, że lepiej jak spojrzy na to lekarz.
Po chwili na miejscu zjawia się karetka, a sanitariusze widząc w jakim stanie jest kobieta podejmują decyzję, że trzeba ją natychmiast przewieźć do szpitala.
Mirela, bo zapewne każdy już się domyśla, że to ona, w tamtym momencie ma 42 lata.
Na klatkę schodową wychodzi prowadzona przez policjantów oraz ratowników, bo na takich dłuższych odcinkach jest jej bardzo ciężko się poruszać.
Po schodach początkowo w ogóle nie wie jak ma zejść, ponieważ jak wspomina jednemu z ratowników, od ponad 20 lat nie wychodziła z mieszkania.
Jest zaskoczona tym jak wygląda klatka schodowa, mówi, że się zmieniła, ale że wygląda teraz naprawdę bardzo ładnie.
W tym czasie na klatkę wyglądają sąsiedzi.
Louisa jest w kompletnym szoku, bo początkowo w ogóle nie poznaje dawnej koleżanki.
Mirele zapamiętała jako energiczną nastolatkę o długich włosach.
a przed oczami ma wyniszczoną kobietę, która wygląda na więcej niż 42 lata, skrajnie zaniedbaną, z nogami, które są całe jakby w martwicy, z ranami i miejscami sięgającymi aż do kości.
Jak się później okazuje, w te rany wydało się zakażenie, później wystąpiła sepsa, a dla Mirelli ta końcówka lipca była tak naprawdę ostatnim momentem na ratunek.
Jeszcze kilka dni bez reakcji, a zakażenie mogłoby zacząć atakować cały organizm, tak że ostatecznie zakończyłoby się to śmiercią.
Nogi to jednak nie jedyny problem, bo wracając do tych włosów, kiedyś długich, które zawsze tak starannie spinała w dwa kitki, teraz tych włosów prawie nie ma.
To znaczy są, ale krótkie i bardzo przerzedzone, z boku jej głowa jest prawie łysa, a z tyłu ma mocno posklejane kosmyki.
Jest też problem z paznokciami u stóp, które poza pokaleczonymi nogami stanowią największą przeszkodę w swobodnym chodzeniu.
Jak mówi Luiza, tych paznokci nikt nie mierzył, ale były bardzo długie, na oko miały od 15 do 20 centymetrów długości, musiały być od dawna nieobcinane, więc gdy Mirella trafia do szpitala są całkowicie pozawijane i przy każdym kroku haczą o siebie nawzajem.
W szpitalu ona spędza dokładnie 66 dni.
Jako pierwsza odwiedzają Luiza, a także jej dwie przyjaciółki, którym opowiada o całej sprawie, Aleksandra i Laura.
Ogólnie Mirella, mimo ogromu tej tragedii i tego, w jak ogromnej traumie musi być, jest bardzo kontaktowa i rozmowna.
Poznaje Luizę, pamięta ją z czasów dzieciństwa, dodaje też, że pamięta jej mamę Jolę, a Luiza wygląda teraz zupełnie tak jak ona.
Lekarze przekazują Mireli w jak tragicznym była stanie, mówią jej wprost, że gdyby nie otrzymała pomocy, mogłaby umrzeć, więc ona bardzo dziękuję Luizie za to, że ona i jej partner zadzwonili po policję, bo jak widać, ten telefon uratował jej życie.
Wygląda na to, że ona mimo tylu lat w zamknięciu pamięta wszystkich sąsiadów, jest w stanie wymienić ich z imienia i nazwiska i ogólnie mimo tej niestandardowej sytuacji całkiem dobrze się z nią rozmawia.
Jak zauważają koleżanki ma duży zasób słów, chociaż przez to, że tyle czasu przebywała w zamknięciu, zachowuje się momentami trochę nieadekwatnie, nie jak dorosła osoba, tylko bardziej jak dziecko, które dopiero od zera poznaje świat.
W szpitalu bardzo jej się podoba, mówi, że jest tam jak w niebie, że jedzenie jest pyszne, herbata też i ogólnie to tak dobrej herbaty dawno nie piła.
Te zachwyty to jedno, ale momentami wybrzmiewają też bardziej niepokojące wypowiedzi, bo w pewnym momencie Mirella zaczyna na przykład opowiadać, że bardzo podoba jej się to, że może brać takie długie prysznice i swobodnie stać pod wodą, tak jakby w domu tak nie mogła.
Koleżanki dopytują, co ma na myśli, a ona w końcu przyznaje, że w domu miała utrudniony dostęp do łazienki.
Co więcej, wraz z upływem kolejnych dni i z kolejnymi opowieściami Mirelli, ta sytuacja zarysowuje się jeszcze gorzej.
Okazuje się, że ona nie tylko nie mogła swobodnie korzystać z łazienki, ale też nie miała żadnej piżamy, butów, bielizny czy też zwykłych ubrań.
Chodziła tylko w starych podomkach, które donaszała po swojej mamie.
Oczywiście nie miała też żadnych ubrań wierzchnich, ale to chyba aż tak nie dziwi, bo skoro nie wychodziła nigdy z domu, no to gdzie miałaby je nosić?
ale do tego praktycznie nie wychodziła ze swojego pokoju, nie było mowy nie tylko o wyjściu na balkon, ale w ogóle nie miała wstępu do tego drugiego pokoju, czyli do pokoju rodziców.
Podobnie było z łazienką, co prawda chyba mogła czasem z niej korzystać, ale rzadko, co prawdopodobnie też było narzucone przez kogoś z domowników.
Z zakażeniem Mirelli żyło się strasznie.
Wiązało się to z codziennym cierpieniem, rany bardzo ją bolały, a rodzice nie otwierali w ogóle okna w jej pokoju, bo nogi były do tego stopnia podrażnione, że nawet lekki podmuch wiatru wzmagał ból.
Pytana o to, czy zażywała jakieś leki, odpowiada, że to byłoby bezsensowne, bo gdyby miała zażywać tabletki przeciwbólowe, to musiałaby je łykać garściami, żeby cokolwiek dały przy bólu o takim nasileniu.
To znaczy nie siłą, bo to jest największy problem w tej sprawie, że nikt Mirelli prawdopodobnie nie więził, nie była zamknięta w pokoju, w każdej chwili teoretycznie mogła wyjść, ale trzymał ją tam ogromny wpływ rodziców.
Gdy powiedziała im, że chce iść do lekarza, jej mama zaczęła ją straszyć.
Jak mówi, tu cytuję, mamusia ją zachukała i wyrobiła w niej poczucie wstydu.
Powiedziała, że jeśli pójdzie do szpitala, to najpewniej jej te nogi utną, a poza tym w szpitalu dają do jedzenia tylko suchy chleb, więc w czasie pobytu tam z całą pewnością będzie głodować.
Dopytuje też, jak ona to sobie w ogóle wyobraża, skoro nie wyrobiła dowodu osobistego.
Mówi, że jak to wyjdzie na jaw, to na pewno zostanie na nią nałożona kara, albo bardziej na nich, jej rodziców, którzy nigdy się z tego nie wypłacą, będą musieli oddać mieszkanie i wszyscy wylądują na bruku.
Za ten brak dowodu może kary by nie było, ale w perspektywie są za to inne koszta, rachunek ze szpitala, bo jak się pewnie domyślacie Mirela nie była ubezpieczona.
O tym chyba jej mama nie pomyślała, bo na pewno jakby wiedziała to też by wyciągnęła ten argument.
Na koniec uderzyła jeszcze w wygląd córki, zapytała jak ona chce wyjść z takimi nogami, co sąsiedzi powiedzą, gdy ją taką zobaczą, no i ostatecznie Mirella zrezygnowała z tego pomysłu.
W rozmowie z koleżankami, gdy wspomina tamtą wymianę zdań, to powtarza, że bardzo nie chce, żeby jej rodzice poszli do więzienia.
Koleżanki rozumieją, ale nie wiedzą za bardzo nawet co odpowiedzieć.
Jest im jej zwyczajnie żal, a wraz z poznawaniem kolejnych elementów układanki zaczynają coraz intensywniej myśleć, jak mogą jej pomóc.
Jak opowiada Mirella, w ostatnim czasie w jej domu nie układało się najlepiej.
Mówi, że zrobiło się dużo bardziej nerwowo niż wcześniej, jej mamę irytowało dosłownie wszystko, regularnie dochodziło między nimi do kłótni, a jedną z nich Mirella odczuła szczególnie boleśnie, bo mama rzuciła w jej kierunku plastikowym stolikiem w taki sposób, że trafiła w nogi.
Można sobie tylko wyobrażać, jak ogromny był to ból, jeżeli nawet delikatny powiew wiatru sprawiał jej dyskomfort, to co dopiero uderzenie twardym przedmiotem rzuconym z jakąś siłą.
Pewnego razu z jej ust pada nawet takie stwierdzenie, że jej mama jej nie cierpiała, nienawidziła.
Luiza, Aleksandra i Laura próbują ustalić, jak to wszystko w ogóle się zaczęło i jaka była geneza problemu,
Co do nóg natomiast, to wspomina tylko, że na początku były po prostu czerwone, dopiero potem zaczęły robić się te rany, ale skąd wzięło się to początkowe zaczerwienienie?
Pytana o to, co robiła przez cały ten czas, skoro non-stop była w domu, nie pracowała i mało wychodziła z pokoju, odpowiada, że w ostatnim czasie głównie spała.
Te nogi cały czas ją bolały, więc sen przynosił ukojenie, ale co poza tym nie mówi.
Początkowo ona odpowiada na wszystkie pytania, dość chętnie opowiada też o rodzicach i o tym, co działo się w domu, w tym również takie rzeczy, które stawiają ich w negatywnym świetle, ale wszystko zmienia się, gdy w odwiedziny do szpitala zaczyna przychodzić jej tata.
Mama nie pojawia się ani razu, ale tata po początkowej nieobecności zaczyna co jakiś czas odwiedzać córkę i niestety skutek tych wizyt jest taki, że Mirella zamyka się w sobie.
To znaczy nadal chętnie przyjmuje koleżanki, rozmawia z nimi i tak dalej, ale nie opowiada już nic o swojej sytuacji domowej ani o rodzicach, a gdy one pytają natychmiast odwraca głowę i milknie.
Koleżanki póki co rezygnują więc z tych cięższych tematów i rozmawiają z nią o innych rzeczach, takich, które nie budzą dyskomfortu.
Mirella przykładowo opowiada im, że bardzo lubi czekoladę i że kiedyś lubiła lody z McDonalda, szczególnie te z polewą czekoladową, na co one obiecują, że od razu jak wyjdzie ze szpitala, to pójdą razem do McDonalda, żeby mogła znów ich spróbować.
Ona jest z tą wizją bardzo podekscytowana, podobnie jak planem, zgodnie z którym razem z koleżankami ma iść kupić buty, a także różnymi innymi planami, które wspólnie omawiają.
Luiza, Aleksandra i Laura często ją odwiedzają, a ona każdorazowo bardzo się cieszy, gdy je widzi.
Powoli tłumaczą jej jak teraz wygląda świat, w pewnym momencie któraś z nich proponuje nawet, że może dałyby jej telefon komórkowy, oczywiście taki zwykły z klawiszami, bo dotykowy z internetem raczej byłby zbyt dużym skokiem technologicznym.
Tak czy inaczej opowiadają jej o tym pomyśle, ale ona jest przestraszona wizją takiego prezentu.
Poza tym boi się, że ktoś mógłby jej go ukraść i ostatecznie koleżanki uznają, że może jeszcze jednak za wcześnie na takie rzeczy.
Mniej więcej po miesiącu pobytu Mirelli w szpitalu, pod koniec września Aleksandra zakłada zbiórkę na portalu pomagam.pl.
Obecnie zebranych jest około 80 tysięcy złotych, przy czym cel jest ustawiony aż na pół miliona, bo poza tym, że pieniądze potrzebne są na kompleksowe leczenie, opłacenie rachunku ze szpitala, rehabilitację, opiekę psychologiczną oraz zakup właściwie wszystkiego, bo Mirela nie ma praktycznie nic, to założycielka zbiórki pisze też o większych celach, o tym, że Mirela, tu cytuję,
Musi mieć też alternatywę zamieszkania we własnym mieszkaniu, tak aby jedyną perspektywą nie był tylko powrót do dotychczasowej celi, czyli małego pokoju, gdzie prawie 30 lat spędziła bez kontaktu ze światem, bez otwartego okna i dostępu do świeżego powietrza.
Nie była w stanie pójść do toalety, funkcjonowała bez środków higieny osobistej, podpasek, pampersów, bo nikt jej takich rzeczy nie zapewnił.
Jak wynika z informacji zawartych w opisie zbiórki, niezbędne jest leczenie nie tylko nóg, ale też zębów.
Stan tych zębów jest krytyczny, tak naprawdę zagraża on zdrowiu całego organizmu, bo zęby, jak wiadomo, mogą mieć odniesienie na wiele innych obszarów, a jeżeli przez długi czas nie były leczone, no to zagrożenie wzrasta.
Przy czym długi czas to chyba i tak niewystarczające określenie w tym przypadku, ponieważ jak się okazuje Mirella u dentysty nie była nigdy.
Zresztą podobnie jak u fryzjera, dlatego w krytycznym stanie są też jej włosy, co do których koleżanki uznają, że najlepiej jakby obejrzał je trycholog i wypowiedział się co dalej i jakie leczenie czy pielęgnacja powinny być wdrożone.
Ale naturalnie zarówno prywatne wizyty u dentysty, jak i u trychologa kosztują, więc pieniądze ze zbiórki są wręcz niezbędne.
Na końcu wpisu pod zbiórką znajduje się przykre podsumowanie tego, na jakim etapie Mirella jest w tamtym momencie i jak wiele straciła przez te lata w zamknięciu, tu ponownie cytuję, Mirella cieszy się nawet z kawy z ekspresu, której nigdy wcześniej nie piła.
Nawet nie potrafi określić, na co ma ochotę, bo pamięta smak mleczka w tubie z czasów dzieciństwa, ale w większości rzeczy nigdy nie próbowała.
Na początku października ona opuszcza szpital, jej stan jest już wtedy na tyle stabilny, że nie musi być dalej hospitalizowana.
Problem jest jednak taki, dokąd ona ma wyjść i ostatecznie rozwiązuje się to tak, że trafia tam skąd przyszła, czyli do mieszkania rodziców.
To budzi wszechstronne oburzenie, że szpital odwiózł ją z powrotem do domu, gdzie rozgrywała się jej tragedia, ale rzeczniczka wyjaśnia to tak, że na prośbę pacjentki przydzielili jej transport do domu, a następnie odwieźli ją pod ten adres, który sama podała.
Nikt nie mógł tego kwestionować, bo Mirella jest dorosłą kobietą, nie jest ubezwłasnowolniona, więc miała prawo wskazać, gdzie chce być odwieziona, a kierowca musiał się do tej prośby dostosować.
Pojawia się jednak pytanie, co dalej, bo gdy Aleksandra w trakcie jednej z wizyt rozmawia z lekarzem, słyszy od niego, że po wyjściu ze szpitala Mirella powinna jak najwięcej wychodzić z domu i spacerować, aby przywrócić nogom pełną sprawność.
Nigdzie nie zostaje ujęte jaką diagnozę jej postawiono, ale wiadomo tyle, że choroba nóg nie była skutkiem urazów zewnętrznych czy stosowania przemocy.
Przyczyna była inna, więc po opuszczeniu szpitala kluczowa jest aktywność fizyczna, aby ciało dalej było sprawne.
Tylko, że tu pojawia się problem, bo już na początku pani Lydia znów wkracza do akcji.
Gdy Aleksandra, Luiza i Laura dowiadują się, że Mirella wyszła i jest znów w domu, robią jej zakupy, kupują bieliznę i kilka ubrań, idą do mieszkania, żeby jej to przekazać, a także, żeby zabrać ją na spacer i obiecane lody zabrać.
ale napotykają opór.
To znaczy Mirella bardzo się cieszy, że je widzi i jest chętna do wyjścia, ale na to wtrąca się jej mama, która mówi, że chyba zwariowała i że nigdzie nie pójdzie, bo przecież bolą ją nogi.
Wtedy Mirella kompletnie zmienia front, przytakuje mówiąc, no tak, nie dam rady, bolą mnie nogi i na tym wizyta się kończy.
To ostatni raz, kiedy koleżanki zostają wpuszczone do mieszkania, bo kolejne rozmowy, o ile w ogóle ktokolwiek im otwiera, toczą się na progu w drzwiach.
Któraś z koleżanek w trakcie jednej z takich rozmów próbuje wypytać mamę Mireli, jak ona to wszystko widzi i dlaczego jej córka przez tyle lat nie wychodziła.
Ona zaczyna to jakoś chaotycznie tłumaczyć, wspomina najpierw o tych chorych nogach, później, że jednak w szkole było coś nie tak, że Mirela zaczęła wagarować i przykładowo mówiła, że wychodzi do szkoły, ale nie docierała na lekcje, tylko szła gdzieś poza szkołę.
Przez to mama musiała ją przenosić z klasy do klasy, córka miała też problemy z nauką, z którą kompletnie sobie nie radziła, a ostatecznie w ogóle przestała gdziekolwiek wychodzić.
Pani Lidia twierdzi, że próbowała ją nakłaniać do wyjścia z domu, ale Mirella nie chciała.
Koleżanki nie mogą w to uwierzyć.
Według nich to, jak Mirella zachowywała się w szpitalu, jaka była towarzyska, otwarta na ludzi i chętna do planowania różnych wycieczek, wyklucza taką możliwość, że ona zamknęła się w domu dobrowolnie.
Zresztą nawet gdyby wziąć pod uwagę, że jej mama mówi prawdę i córka faktycznie w wieku nastoletnim z jakiegoś powodu przestała wstawać z łóżka i gdziekolwiek wychodzić,
no to rodzic powinien jej w takiej sytuacji jakoś pomóc.
Nawet biorąc pod uwagę fakt, że to były inne czasy, wiedza na temat ludzkiej psychiki, chorób i zaburzeń była mniej rozpowszechniona niż teraz, to trudno zrozumieć, dlaczego nie zapewnili jej chociażby godnych warunków życia, to jest dlaczego ona nie miała nawet własnych ubrań ani bielizny.
Co więcej, gdy to wszystko wyszło na jaw, a ludzie próbują wyciągnąć pomocną dłoń do Mireli, która widocznie potrzebuje integracji ze społeczeństwem i jest do tej integracji chętna, to rodzice usilnie próbują to ucinać.
Gdy koleżanki przynoszą dla niej nowe ubrania, jej mama kwituje to słowami, że oni z mężem mają dwie emerytury i nie potrzebują żadnych prezentów, bo w domyśle stać ich na to, żeby kupić córce kurtkę albo buty.
Dodaje też, że Mirela nie potrzebuje żadnych koleżanek, bo ma ich, rodziców i mama i tata w zupełności jej wystarczają.
Pani Lidia jest negatywnie nastawiona nie tylko do Luizy, Aleksandry i Laury, ale też do innych sąsiadów.
Mniej więcej dwa tygodnie po wyjściu Mireli ze szpitala kilkoro sąsiadów, m.in.
mieszkający piętro niżej pan Stanisław, idą ją odwiedzić.
Ponownie otwiera jej mama, ale w głębi mieszkania widzą Mirelę, która ma otwarte drzwi do pokoju.
Leży na kanapie, pan Stanisław woła ją, żeby podeszła, chwilę porozmawiała, ale ona odpowiada, ja już nie dam rady chodzić na nogach.
Dla wszystkich jest to zaskoczeniem, bo w szpitalu i po wyjściu z niego Mirela chodziła, co prawda nie tak w stu procentach sprawnie i żwawo jak zdrowy człowiek, ale jednak dawała radę samodzielnie się poruszać,
a tu minęło zaledwie kilkanaście dni i twierdzi, że już nie jest w stanie przejść kilku metrów.
Jej koleżanki, gdy się o tym dowiadują, są przerażone.
Lekarz wyraźnie mówił im, że Mirella musi chodzić, bo inaczej może stracić pełną sprawność, a jak ma chodzić, gdy rodzice cały czas niby na siłę, ale jednak robią wszystko, aby nakłonić ją do pozostania w zamknięciu?
Nie chcą już dłużej bezczynnie czekać, idą więc do mediów i tak w październiku 2025 roku historia Mirelli zaczyna obiegać całą Polskę.
Gdy z państwem K zaczynają kontaktować się kolejni dziennikarze, to tak naprawdę jest już kilka miesięcy po przełomowych wydarzeniach, kiedy to Mirella po raz pierwszy wyszła z mieszkania.
To, co działo się w ciągu tych ostatnich miesięcy, sprawia, że ich frustracja widocznie narasta, a pani Lidia przy każdej próbie kontaktu reaguje bardzo nerwowo.
Większość dziennikarzy odprawia z kwitkiem, ale jednej dziennikarce faktu, Aleksandrze Ratajczak, jakimś sposobem udaje się przekonać ją do rozmowy.
Co więcej, dziennikarka nawet wchodzi do ich mieszkania.
Robi tam zdjęcia i prowadzi rozmowę, ale tylko z mamą, bo samej Mireli pani Lidia nie daje dojść do głosu.
Na wszystkie pytania odpowiada w jej imieniu.
Dzięki zdjęciom wiadomo, jak w tamtym momencie wygląda pokój Mireli.
Pokój jest niewielki, Mirela leży na jakiejś kanapie, nawet nierozłożonej, pod kołdrą, a nad nią na półce widać kilkanaście książek i pluszaki.
Jak w pokoju dziecięcym, więc jest to trochę taki klimat, jakby czas w jej pokoju się zatrzymał.
Dziennikarka podpytuje mamę o te pluszaki, na co pani Lidia odpowiada, że ona je wyrzuci, ale jeszcze do tego nie doszła.
Jak wynika z jednego z artykułów, poza łóżkiem w pokoju podobno stoi jeszcze niewielki telewizor, chociaż nie wiadomo, czy Mirela z niego korzystała.
Natomiast jak mówi Aleksandra, patrząc po jej zasobie słownictwa, obstawiałaby, że tak.
Obok łóżka stoi też z kolei stoliczek, na którym znajduje się wiele rzeczy, jakieś kubki, pudełka, a kawałek dalej stoi wiadro.
W momencie, gdy dziennikarka jest w mieszkaniu, w tym pokoju jest czysto, natomiast do kwestii higieny i tego, jak tam wyglądało wcześniej, jeszcze wrócimy.
Dziennikarka, podobnie jak koleżanki, próbuje wypytać panią Lidię o ich życie wcześniej, o to dlaczego jej córka przez tyle lat nie była na zewnątrz, na co ona zarzeka się, że z nią wychodzili, że byli na działce u znajomych, ale jednocześnie nie umie powiedzieć, kiedy to dokładnie było.
Jakimś cudem dziennikarce udaje się uzyskać w końcu odpowiedź od Mirelli, którą pyta o to samo, kiedy była na działce, a ta odpowiedź jest tak samo niekonkretna jak ta, którą wcześniej przedstawiła jej mama, mianowicie Ojej, no jakiś czas temu, nie pamiętam, dawno nie wychodziłam, nie jestem w stanie sobie przypomnieć.
Pani Lidia zarzeka się, że wszystko, co mówi się w sąsiedztwie, to bzdury.
Mireli nikt nie więził, jeżeli by chciała, to mogłaby wyjść, natomiast bardziej niż plotki rozpowiadane przez sąsiadów, oburzają fakt, że córka trafiła do placówki medycznej i to na tak długi czas.
Jak mówi, przez to, że była trzymana w szpitalu jest ogłupiała, poza tym nie podoba jej się, że ludzie znoszą im jakieś rzeczy do domu, te prezenty, bo oni z mężem mają dwie emerytury i niczego nie potrzebują.
Pytana o to, dlaczego Mirella nie ma nawet dowodu osobistego, odpowiada, że chciała to załatwić, chciała wypisać za nią wniosek, bo ładnie pisze, ale wtedy jej córka, jak mówi, zacięła się i koniec było.
Ta kwestia zostaje jednak w końcu wyprostowana, bo na początku października po wyjściu ze szpitala Mirella składa wniosek o dowód osobisty.
To jest taka opcja, którą stosuje się w wyjątkowych sytuacjach, a polega na tym, że urzędnik przyjeżdża do miejsca zamieszkania właśnie z taką stacją i pobiera wszystkie dane.
Odcisk palca i tak dalej, tak żeby nie trzeba było osobiście stawiać się w urzędzie, a do samego odbioru dowodu można kogoś upoważnić.
Tak też robi Mirella, która upoważnia do odbioru swojego tatę.
To jednak nie koniec istotnych wydarzeń, bo po tym jak wychodzi ze szpitala, a sprawa staje się medialna, ktoś składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.
Mirella w takim wypadku miałaby być oczywiście stroną poszkodowaną, składa więc zeznania też w miejscu zamieszkania, gdzie odwiedzają ją policjanci.
Tymi zeznaniami nikogo nie obciąża, tylko nie wiadomo, czy do końca świadomie, bo problem w tym, że zostaje przesłuchana dopiero po kilku tygodniach pobytu w domu.
gdzie w tym czasie rodzice mogli jej wmówić dosłownie wszystko, a jak już dało się zauważyć, ona na sugestie jest po prostu podatna.
To jest pierwsza sprawa, a druga to, że w stwierdzeniu, że dobrowolnie pozostawała w domu, tak naprawdę może nie być nic tak wprost nieprawdziwego.
Bo w końcu jeżeli ona jest dorosłą kobietą, która zgodnie z prawem może samodzielnie podejmować decyzje, to nawet jeśli ktoś regularnie jej wmawiał, że na zewnątrz jest niebezpiecznie albo że jak wyjdzie to stanie się coś złego i ona wskutek tego podejmowała decyzję, że wierzy tej osobie i lepiej w takim razie nie wychodzić z domu, to takie jej prawo i to nadal jest jej decyzja.
I wiadomo, co tu mogło zajść, jeżeli jakieś sugestie były powtarzane od wczesnego wieku, może nastoletniego, to były tak silnie zakorzenione, że ciężko tu mówić o świadomym wyborze.
Mirella mogła po prostu nie znać innego sposobu myślenia, ale czy w kontekście prawnym da się w takiej sytuacji udowodnić przetrzymywanie siłą?
Luiza, Aleksandra i Laura zauważają bardzo duży kontrast w zachowaniu Mirelli w szpitalu, czyli w powiedzmy neutralnym środowisku i w domu przy rodzicach.
Gdy stopniowo poznawała inne opcje na życie, w jej głowie zaczynały się kształtować różne marzenia, o których opowiadała, ale po powrocie do domu to wszystko jakby zniknęło z dnia na dzień.
Mirella z powrotem położyła się do łóżka i z czasem znów, w cudzysłowie, zniknęła, bo w drzwiach jej pokoju zamontowano zaciemniającą roletę, tak że nawet gdy ktoś przychodził do niej w odwiedziny i stał w progu mieszkania, to już nie był w stanie jej zobaczyć.
Zresztą jej rodzice i tak stopniowo przestawali komukolwiek otwierać, a dodatkowo, pewnie zmęczeni dziennikarzami oraz ciągłym zainteresowaniem, przestali też sami wychodzić z domu, co dało się zauważyć po tym, że zakupy zaczął im regularnie przynosić jakieś znajome.
Mirela na przełomie października i listopada złożyła zeznania przed sądem.
Prawdopodobnie znów nikogo nimi nie obciążyła, więc możliwe, że jej rodzice nie będą mieli postawionych żadnych zarzutów w związku z tą całą sprawą.
Został jej przydzielony opiekun społeczny, przychodzą jakieś kontrole z ośrodka pomocy społecznej i te osoby pani Lidia akurat wpuszcza,
Prawdopodobnie nie ma wyjścia, więc chociaż o tyle dobrze, że ktokolwiek ma wgląd do tego, co tam się dzieje u nich w domu.
Jak można przeczytać w jednym z artykułów, ośrodek wdrożył usługi opiekuńcze, które polegają na pomocy w utrzymaniu higieny osobistej, organizacji dnia, motywowaniu do podejmowania aktywności oraz kształtowaniu umiejętności społecznych.
W praktyce oznacza to, że ktoś z pracowników co jakiś czas ma zabierać Mirellę na spacery oraz na zakupy.
Podobno takie zakupy miały już miejsce, samodzielnie powybierała sobie ubrania, które teraz nosi, była też na zakupach spożywczych, natomiast co do tych spacerów, to z obserwacji koleżanek wynika, że nie są one zbyt częste.
Na spacerze widziały Mirele może raz i na tym koniec.
Część z tych usług w ośrodku pomocy społecznej jest płatna, pewnie jest jakieś dofinansowanie, ale za niektóre rzeczy trzeba dopłacić i jak się okazuje za wszystko faktycznie płacą teraz rodzice Mireli.
Aleksandra dzwoni w pewnym momencie do tej placówki, mówi, że jeśli są jakieś rachunki do uregulowania, to może je pokryć z pieniędzy ze zbiórki, ale uzyskuje informację, że nie ma takiej potrzeby, bo wszystko jest zapłacone.
Od stycznia, czyli być może już, do Mireli ma przychodzić asystent osoby niepełnosprawnej, który ma jej pomagać w różnych codziennych czynnościach.
Jako, że ona ma już orzeczenie o niepełnosprawności, to prawdopodobnie dostanie też rentę i w końcu będzie mieć jakieś własne pieniądze.
Zaproponowano jej też włączenie do środowiskowego domu samopomocy.
Tam mogłaby chodzić na zajęcia terapeutyczne oraz integracyjne i dzięki temu trochę może odbudować relacje społeczne, ale z tego co wiadomo, wstępnie odmówiła.
Być może uczestnictwo w codziennych zajęciach grupowych to był zbyt duży krok jak na ten moment.
9 grudnia 2025 roku Mirella obchodziła swoje 43 urodziny.
Koleżanki wraz z innymi sąsiadami chciały jej zrobić niespodziankę.
Zamówiły nawet tort, taki jak najbardziej lubi, czyli czekoladowy, z napisem urodziny Mirelli, ale nikt nie został wpuszczony do mieszkania.
Luiza, Aleksandra i Laura liczyły się z tym, że ich trzech to pani Lidia raczej na pewno nie wpuści.
ale miały nadzieję, że chociaż starsi sąsiedzi, do których kobieta nie pałała aż taką niechęcią jak do nich, wejdą do środka.
Niestety były to złudne nadzieje, bo pani Lidia nie tylko nie otworzyła drzwi, gdy sąsiedzi odśpiewywali sto lat, ale dodatkowo poszła zgasić światło w pokoju córki, tak jakby Mireli w ogóle tam nie było.
Nie wiadomo do końca, czy to tym razem, czy jeszcze przy okazji jakiejś innej wizyty, ale doszło do incydentu.
Była taka sytuacja, że gdy sąsiedzi chcieli porozmawiać z Mirellą, pani Lidia wpadła w szał.
Kompletnie nie mogła nad sobą zapanować, zaczęła wrzeszczeć, kierowała przy okazji groźby karalne do zgromadzonych, co ktoś z nich nagrał, a jej krzyki było słychać na klatce przez około 40 minut.
Mimo bardzo dużego oporu Luisa, Aleksandra i Laura nadal nie odpuszczają i w grudniu pojawiają się w programie Państwo w Państwie, gdzie przekazują nowe informacje stawiające państwa K w jeszcze gorszym świetle.
Opisała też sytuację, kiedy tata kupił jej jakiś krem czekoladowy, nutelle albo coś podobnego, a jej mamę kompletnie to rozzłościło.
W zemście nie dawała mu potem jedzenia i wypominała, że Mirelli przecież nic się nie należy, że ona tylko generuje koszty, więc nie powinien jej kupować żadnych dodatkowych rzeczy.
Też tata, niedługo potem jak Mirele wywieziono do szpitala, miał sprzątać jej pokój i wynosić worki na jakieś osiedlowe wysypisko śmieci, ale to, co było w tych workach, sprawia, że ta sprawa zniepokojącej staje się czymś przerażającym.
Kiedy Luiza zauważa, że panka coś wynosi i tego jest tyle, że robi aż kilka kursów w tą i z powrotem, postanawia iść sprawdzić, co to.
Gdy skończył razem z koleżankami poszła na to wysypisko, bez problemu namierzyły te worki, o które chodzi i nagrały ich zawartość.
Okazało się, że tata Mirelli wynosił kołdry, pościele oraz prześcieradła.
Te rzeczy były kompletnie brudne.
W telewizji pojawia się nagranie jednej z kołder, ale mocno ocenzurowane i i tak podobno wybrano to najlżejsze.
Na tym nagraniu w telewizji widać kołdrę, która jest całkowicie brudna od odchodów, natomiast według tego, co mówią kobiety, były też znacznie gorsze rzeczy, przykładowo kołdra cała w robactwie.
Gdy sprawa krąży już w mediach, pokój Mirelli jest wysprzątany, ale po wyglądzie tych kołder można się chyba domyśleć, jak było wcześniej i przede wszystkim skąd tak rozległe zakażenie na jej nogach.
To nagranie z kołdrami jest pokazane po raz pierwszy właśnie w programie Państwu w Państwie, ale już wcześniej były przesłanki, że sytuacja mogła być krytyczna pod względem sanitarnym, bo raz, że Mirella wspominała o tym ograniczonym dostępie do łazienki, Louise miała nawet powiedzieć wprost, że często załatwiała się do łóżka, a dwa, już w programie Uwaga, publikowanym dwa miesiące wcześniej, czyli w październiku,
Sąsiedzi wspominali, że jak się otwierało okno z jednej strony, to było czuć straszny smród, dochodzący prawdopodobnie z mieszkania państwa K. Świadkowie wspominali też o fekaliach, które rzekomo widzieli na podłodze w ich mieszkaniu, tam w pokoju Mirelli, pewnie gdy ktoś otworzył drzwi na klatkę schodową, a gdy do mieszkania wchodzi dziennikarka faktu, to przypominam, że w jej pokoju stoi wiaderko, które też kojarzy się dość jednoznacznie.
Do tej pory żadna z instytucji, które badały Mirelę, nie potwierdziła, aby cierpiała ona na jakąś chorobę psychiczną albo miała niepełnosprawność intelektualną.
Jak opowiada opiekunka z ośrodka pomocy społecznej, Mirela mówiła, że przestała wychodzić, bo miała problemy z nauką oraz zdrowiem.
Wstydziła się swoich chorych nóg, a im dłużej była w domu, tym większy był ten wstyd i tym bardziej ruszył opór przed wychodzeniem.
W międzyczasie została uruchomiona procedura pozakarna zmierzająca do ubezwłasnowolnienia i umieszczenia Mirelli w domu pomocy społecznej, ale nie wiadomo, czy w ogóle zostanie sfinalizowana, bo póki co ona nie spełnia kryteriów do ubezwłasnowolnienia.
Co do jej rodziców z kolei to mieli oni zostać przesłuchani jako świadkowie, ale z tego co wiadomo do tej pory nie zostało to zrobione.
Sprawa budzi duże emocje, bo nie ma co ukrywać jest to bardzo niestandardowy przypadek.
W wielu materiałach na ten temat pojawiają się opinie różnych specjalistów, mające wytłumaczyć, jakie mechanizmy zaszły w tej rodzinie, że sytuacja postąpiła w taki, a nie inny sposób.
I dla mnie chyba najbardziej prawdopodobnie brzmi opinia doktora Stanisława Teleśnickiego, więc na koniec ją zacytuję.
Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem tej sytuacji wydaje się to, że ktoś z członków rodziny jest pod wpływem jakichś produkcji urojeniowych, doznań omamowych i w związku z tym udzielił swoje przekonania tej dziewczynie.
Dziecko może przejąć taki sposób myślenia.
Nie wiem, czy koniecznie chodzi o doznania urojeniowe, ale Mirella pod wpływem długotrwałych sugestii faktycznie najpewniej przejęła sposób myślenia któregoś z rodziców.
Którego?
Można tylko spekulować, ale zapewne tego bardziej dominującego.
W materiałach wideo dużo osób dziwiło się, dlaczego ona nie wzywała pomocy, nie buntowała się, nie krzyczała przez okno itd., ale mnie osobiście to w ogóle nie dziwi.
Miała narzucony taki, a nie inny sposób myślenia.
Możliwe też, że przeszła jakieś załamanie w okresie nastoletnim.
Wiadomo, nowa szkoła, wyższy poziom, więcej nauki, z którą sobie nie radziła.
Do tego utrata najbliższej przyjaciółki.
To wszystko nawet dla osoby dorosłej byłoby trudne, a nastolatka zapewne przeżyła to sto razy bardziej.
Mnie zastanawia jednak coś innego, a to zostało wskazane w zaledwie jednym artykule.
Mianowicie, dlaczego wtedy w latach 90. jej rodzice skłamali i powymyślali te wszystkie historie dla sąsiadów?
Okej, może nie chcieli mówić o chorobie córki, nie rozumieli co się dzieje, nie chcieli się nikomu tłumaczyć.
Teoretycznie mogło tak być.
tylko że te przedstawiane przez nich historie zastępcze brzmiały bardziej tak, jakby Mirella miała zniknąć na zawsze, a nie tłumaczyć tymczasową nieobecność.
Dlaczego nawet jeśli przechodziła ona jakieś załamanie i czasowo nie chciała wychodzić z domu, to oni założyli, że ten stan rzeczy będzie trwał już zawsze?
Jeżeli chcesz otrzymywać wcześniejszy dostęp do materiałów i oglądać odcinki bez reklam, możesz wesprzeć mój kanał na YouTube.
Możesz też jednorazowo wesprzeć mój podcast stawiając mi kawę na BuyCoffee2.
Wszystkie linki są w opisie.
Za każdą formę wsparcia bardzo, bardzo dziękuję.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00