Mentionsy

Szkic Kryminalny
13.12.2024 21:00

Kujawsko-pomorskie: Człowiek o wielu twarzach (2002) | Karolina K. Trzebień, Kasia Z. Brąchnówko

Zniknięcie młodej dziewczyny, która wracała z imprezy zapoczątkowuje ciąg tragicznych zdarzeń. 00:01:19 Część 1 - Karolina 00:16:22 Część 2 - Kasia 00:29:09 Część 3 - Sprawca 00:55:02 Część 4 - Marcin i znów Karolina

--------------------------

Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji  z ogólnodostępnych źródeł. | ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1vsJP3nFzCWB7fEH4EipWgSDgi71GOYgK-95TtQG8Acs/edit?usp=sharing JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny KONTAKT: [email protected] MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 403 wyników dla "K"

Dzień dobry słuchacze, witam w nowym odcinku.

Odcinek nowy, ale województwo stare, bo nadal pozostajemy w obrębie Kujawsko-Pomorskiego i tym samym to druga i jak na razie ostatnia sprawa z tego województwa.

Nie wiem w sumie jak mam wam zapowiedzieć samą sprawę.

Na pewno jest bardzo złożona, więc proszę się skupić.

Plus jest to jedna z tych spraw, w trakcie słuchania której można się w sumie zdenerwować, więc tak tylko ostrzegam z góry.

Co do lokalizacji to pozostajemy w centralnej części województwa, bo wydarzenia, o których Wam opowiem, rozegrały się na wsiach mieszczących się niedaleko Torunia oraz Bydgoszczy.

I słowem wstępu to właściwie tyle, więc zapraszam do wysłuchania odcinka.

Część pierwsza, Karolina.

Przenosimy się do Trzebienia, wsi leżącej jakieś 30 km na północ od Bydgoszczy.

Wieś należy do tych mniejszych, zamieszkuje ją mniej niż 300 osób i tym samym jest to jedna z tych spokojnych miejscowości, gdzie zazwyczaj nic specjalnego się nie dzieje.

Jeżeli ktoś z mieszkańców Trzebienia jest spragniony jakichś większych wrażeń czy wydarzeń kulturalnych, albo chce iść np.

na jakąś imprezę, to najczęściej kieruje się do oddalonego o niecałe 5 km Pruszcza, nazywanego potocznie Pruszczem Pomorskim.

Pruszcz to miasto, też małe, bo zamieszkiwane przez niecałe 3 tysiące osób, ale nadal to 10 razy więcej niż w Trzebieniu, więc jednak trochę więcej się tam dzieje i to właśnie Pruszcz pozostanie nie bez znaczenia dla dzisiejszej historii.

Jedną z mieszkanek Trzebienia jest Karolina K. Karolina przyszła na świat 15 maja 1982 roku, a że wydarzenia, które będę omawiać rozgrywają się we wrześniu 2001 roku, to w tamtym czasie ma ona 19 lat.

Kilka tygodni wcześniej zakończyła naukę w szkole handlowej.

Nie wiadomo jakie ma plany na przyszłość, czy chce iść na studia, czy podjąć pracę.

W każdym razie póki co korzysta z uroków najdłuższych wakacji w życiu.

Karolina w Trzebieniu mieszka z rodzicami, a także z rodzeństwem.

Być może były też jakieś inne dzieci, ale na ich temat nie znalazłam żadnych informacji.

Mimo kilkuletniej różnicy wieku, Karolina ma bardzo dobry kontakt z rodzeństwem, a w szczególności z młodszym bratem Michałem.

Jeżeli któraś z nich ma jakieś plany typu impreza albo jakieś spotkanie towarzyskie, to drugie zawsze mu w tym towarzyszy.

Rodzice pewnie są spokojniejsi, że dzieci nawzajem się pilnują, więc nie mają większych obiekcji, żeby Karolina zabierała młodszego brata na dyskoteki.

Nie wiadomo, czy rodzeństwo często imprezuje, ale na pewno od czasu do czasu zdarza im się gdzieś wyjść, żeby potańczyć czy spotkać się ze znajomymi.

Tym bardziej, że Karolina jest osobą bardzo towarzyską, ma niewątpliwie pozytywne usposobienie do życia, nie boi się ludzi, a nawiązywanie nowych znajomości przychodzi jej z dużą łatwością.

W 2001 roku pierwszy i drugi dzień września to weekend, więc wakacje wydłużają się o dodatkowe dwa dni, tym samym rok szkolny rozpoczyna się w poniedziałek 3 września.

W związku z tym, gdy Michał słyszy propozycję siostry, aby dzień wcześniej, czyli w niedzielę 2 września iść na imprezę, nie jest do końca przekonany.

Rano musi być w szkole, pewnie skoro ma 16 lat, to idzie do szkoły średniej, czyli czeka go nauka w nowym miejscu i zależy mu na tym, żeby pierwszego dnia się nie spóźnić.

To z kolei wiąże się z koniecznością wstania wcześnie rano, więc imprezowanie do późnych godzin nocnych nieszczególnie wchodzi w grę.

Z drugiej strony propozycja jest kusząca, bo to nie taka zwykła impreza, a dożynki, czyli niecodzienna okazja.

Dożynki organizowane są we wspomnianym przeze mnie wcześniej Pruszczu i sytuacja wygląda tak, że jeżeli Michał się nie zdecyduje, to Karolina, której zależy na zabawie, będzie musiała iść sama.

Początkowo plan był taki, że pójdzie z nimi również ich siostra Magda, z którą wobec tego mogłyby iść po prostu we dwie, ale niestety siostra jakiś czas temu złamała rękę i nadal ma założony gips.

W związku z tym, mimo że chce iść, to uznaje, że jednak na dożynkach będzie sporo ludzi, w tłumie ciężej uważać na uszkodzoną rękę, więc woli zostać w domu.

Ostatecznie sytuacja rozwiązuje się więc tak, że Karolina na dożynki idzie razem z Michałem, jednak on z góry zastrzega, że zamierza zostać na zabawie maksymalnie do wieczora.

Karolina dobrze się bawi i dużo tańczy, więc gdy brat zaczyna ją namawiać na powrót do domu, ona jeszcze nie chce wracać.

Michał tłumaczy, że naprawdę jutro nie może zaspać, więc w końcu ustalają, że się rozdzielą.

On wróci do domu teraz, a Karolina, gdy zabawa się skończy.

Takie działanie w ich przypadku to jest anomalia, bo jak gdzieś razem szli, to zawsze wracali też razem, ale żadne z nich nie przypuszcza, że może się stać coś złego.

Oboje doskonale znają drogę powrotną, Karolina na pewno da radę wrócić sama pieszo, a jeśli nie, to może zabierze się z kimś samochodem.

Michał zawraca więc do trzebienia sam, a ona zostaje na dożynkach do końca, czyli mniej więcej do godziny drugiej w nocy.

Kilka godzin później, czyli w poniedziałek rano, rodzice zauważają, że córka nie wróciła na noc.

Początkowo są trochę zaskoczeni, ale gdy ustalają z synem, że w nocy się rozdzielili, to to zaskoczenie zaczyna się powoli przekształcać w niepokój.

Działania policji to jedno, ale rodzina próbuje też działać na własną rękę, jeżdżą po znajomych, a także drukują ogłoszenia ze zdjęciem Karoliny i informacją o jej zaginięciu, które to rozwieszają na terenie pobliskich miejscowości.

Niestety nikt nie dzwoni z żadnymi nowymi informacjami.

Policjanci z kolei od razu przyjmują zgłoszenie, też zaczynają poszukiwania, ale odpowiedź na pytanie, co się stało z Karoliną, przychodzi dopiero kilkanaście dni później.

Grabówko to mała wieś w województwie kujawsko-pomorskim, jeszcze mniejsza od Trzebienia, ale że jakieś 12 km od Pruszcza, tuż przy brzegu Wisły.

W niedzielę 16 września jeden z miejscowych wybiera się w tamte okolice na ryby, więc też przemierza tereny nadwiślane w poszukiwaniu idealnego miejsca na połowy.

Gdy podchodzi bliżej, widzi, że to nie coś, a ktoś, bo w wodzie znajdują się zwłoki, kobiety i to w dość zaawansowanym stanie rozkładu.

Ciało udaje się więc w miarę szybko wyłowić i zabezpieczyć, a że najważniejsze teraz jest zidentyfikowanie, kim jest ta tajemnicza kobieta, to policjanci zaczynają sprawdzać listę ostatnio zgłaszanych zaginięć.

Tak trafiają na sprawę Karoliny, więc niezwłocznie kontaktują się z rodziną, którą to proszą o pomoc w identyfikacji.

Niestety ciało po i tak już wstępnym doprowadzeniu do porządku jest nadal w takim stanie, że rodzina ma spore wątpliwości.

Magdalena, która razem z rodzicami uczestniczy w identyfikacji jest dosłownie przerażona.

Leżąca przed nią kobieta jest naga i opuchnięta, trudno jej uwierzyć w to, że to może być jej siostra, ale mimo wszystko ma złe przeczucia.

Jak się szybko okazuje, te przeczucia były w pełni uzasadnione, bo specjalistyczne badania potwierdzają, że wyłowiona z rzeki kobieta to Karolina.

Odnalezienie zwłok sprawia, że śledztwo wkracza na zupełnie nowe tory.

Tezy są dwie, pierwsza to nieszczęśliwy wypadek, a druga to zabójstwo.

Już w trakcie poszukiwań przesłuchiwani byli świadkowie, więc teraz śledczy mają jakąś bazę i wracają do materiałów z przesłuchań.

Szczególną uwagę zwracają na Adriana W., który pojawił się w zeznaniach koleżanki Karoliny, Ewy S.

Ewa powiedziała, że widziała, jak po zabawie Karolina wsiada razem z Adrianem do jego samochodu, białego Fiata 126P.

Wcześniej na dożynkach też utrzymywali jakkontakt, bawili się razem, tańczyli itd.

Gdy śledczy dopytują o ten samochód, aby się upewnić, że zeznania Ewy są wiarygodne, ona mówi, że na pewno dobrze zapamiętała zarówno samego Adriana, jak i jego Fiata, ponieważ nie miała z nim styczności po raz pierwszy.

Kiedyś pracowała w zajeździe w pobliskim Zbarchlinie, to jest taka wieś 5 km od Pruszcza, a że to miejsce należy do teścia Adriana, to zięć często go tam odwiedzał, więc też ona często go widywała.

Ciekawych informacji dostarcza też sąsiad podejrzanego, który widział, że krótko po zaginięciu Karoliny Adrian miał palić w beczce jakieś rzeczy.

Śledczy postanawiają więc skonfrontować się z samym Adrianem, jednak rozmowa nie jest zbyt owocna.

On jak twierdzi nie znał wcześniej Karoliny, ale też nie zaprzecza, że mógł z nią tańczyć w trakcie imprezy, bo jak to na takich potańcówkach tańczy się po prostu z różnymi osobami.

Co do kwestii samochodu, to jak udaje się potwierdzić, jego Fiat był tamtej nocy zaparkowany pod posterunkiem policji, a on wypiera się tego, że gdziekolwiek jeździł z Karoliną.

Ostatecznie Fiat nie zostaje więc sprawdzony, natomiast śledczy, mając wątpliwości, zdobywają nakaz przeszukania mieszkania Adriana.

To wtedy zabezpieczają jakieś jego ubrania, które przekazują do analizy.

W 2001 roku sposoby na wyodrębnianie śladów czy też badania DNA nie były jeszcze na szczególnie zaawansowanym poziomie, ale mimo tego na ubraniu udaje się zabezpieczyć jakiś włos,

który po przebadaniu okazuje się być włosem Karoliny.

Adrian ma na to jednak gotową odpowiedź, bo tak jak zeznawał wcześniej, tańczył z nią, więc niewykluczone, że włos przypadkiem znalazł się na jego ubraniu.

Jedyne, co nadal może nie obala, ale szkodzi tej jego wersji, to pozostające w aktach zeznania złożone jakiś czas wcześniej przez Ewę, a także upartość członków rodziny Karoliny, którzy coraz bardziej naciskają na śledczych.

Niestety jeszcze w tym samym miesiącu sprawy przybierają zupełnie inny obrót, a dzieje się to na skutek dwóch niepokojących wydarzeń.

Pod koniec września pod dom rodziny Karoliny w Trzebieniu podjeżdża jakieś auto, w którym siedzi kilku mocno zbudowanych mężczyzn.

Mężczyźni nie wysiadają, nie wykrzykują żadnych gruźb ani nic takiego, nie zostawiają też żadnej wiadomości.

Po prostu przez jakiś czas siedzą zamknięci w samochodzie i obserwują dom.

Niby nic takiego, ale członkom rodziny K, którzy naturalnie ich zauważają, działa to na wyobraźnię.

Mimo tego nie chcą się dać zastraszyć i zamierzają walczyć o prawdę, ale staje się to znacznie trudniejsze już kilka dni później, gdy ma miejsce kolejna wizyta, tym razem nie u nich, a u Ewy S.

Prawdopodobnie są to ci sami mężczyźni, szczegóły przebiegu spotkania nie są znane, być może było to tak samo w cudzysłowie pokojowe zdarzenie, a może doszło do jakiejś konfrontacji.

W każdym razie efekt jest taki, że Ewa udaje się na policję i odwołuje wszystkie złożone wcześniej zeznania.

Ten nagły zwrot akcji natychmiastowo budzi zainteresowanie mediów, ale gdy dziennikarze jadą pod dom Ewy, nie udaje im się niczego nowego ustalić.

Nie udaje im się nawet porozmawiać z samą Ewą, bo przed dom wychodzi tylko jej tata.

Każe im odejść, kategorycznie odmawia komentarza i dodaje, że jego córka nic im nie powie.

Gdy jeden z dziennikarzy dopytuje, on odpowiada tylko Niech pan zrozumie, ja mam jeszcze trzy córki.

Niestety cały ten splot wydarzeń skutkuje tym, że pół roku później, w marcu 2002 roku, sprawa zostaje umorzona.

Teza, jaką ostatecznie przyjęto jest taka, że Karolina utonęła, a w rzece znalazła się bez ingerencji osób trzecich.

Teoretycznie można by rozważać nieszczęśliwy wypadek, gdyby nie fakt, że w momencie odnalezienia zwłok Karolina nie miała na sobie żadnych ubrań.

Gdyby przypadkiem wpadła do rzeki idąc brzegiem, to raczej te ubrania na sobie by miała.

Prowadzący śledztwo uznają więc, że może dobrowolnie rozebrała się i weszła do rzeki, aby się wykąpać, chociaż nie wiem skąd takie założenie, bo brzmi to jak scenariusz, który nigdy się nie zdarzył.

Może jeszcze bardziej by się to kleiło, gdyby impreza odbywała się nad rzeką i wiecie, ludzie pod wpływem alkoholu wpadają na jakieś głupie pomysły, ale z Pruszcza nad Wisłę jest kawał drogi.

Karolina musiałaby przejść minimum dwa razy taki dystans jak do siebie do domu, czyli jakieś dwie godziny marszu, no chyba, że ktoś ją podwiózł i był tam z nią, ale wtedy wykluczenie udziału osób trzecich nie jest najtrafniejsze.

Druga kwestia to, jak mówią bliscy, lęk Karoliny przed wodą, bo ona się tej wody bała, nie umiała pływać, więc też unikała kąpieli nawet w takich spokojnych zbiornikach, więc co tu mówić o rzece.

Generalnie rodzinie bardzo trudno jest pogodzić się z takimi tłumaczeniami i zamknięciem sprawy, tym bardziej, że wiedzą coś, o czym niestety brakuje informacji w aktach.

W ekspertyzie z sekcji zwłok biegły wskazał, że przyczyną śmierci było prawdopodobnie utonięcie, a prawdopodobnie, bo miał co do tego małe wątpliwości, którymi przy jakiejś okazji podzielił się z bliskimi Karoliny.

Powiedział, że nie wyklucza całkowicie wersji, zgodnie z którą Karolina miała najpierw zostać uduszona czymś miękkim, np.

apaszką, a dopiero po tym wrzucona do wody.

A skąd takie przypuszczenia?

Otóż w jej płucach praktycznie nie było wody, a właśnie obecność wody w płucach jest jednoznacznym potwierdzeniem utonięcia.

Prokurator opiera się jednak na oficjalnej ekspertyzie, a nie na domniemaniach, więc ostatecznie sprawa zostaje umorzona.

Przez następne lata, co roku, 15 maja, czyli w dniu urodzin Karoliny, rodzina odwiedza jej grób, licząc na to, że prawda w końcu wyjdzie na jaw.

Od umorzenia poprzedniej sprawy minęło kilka miesięcy, jest sierpień 2002 roku, a my przenosimy się o niecałe 60 kilometrów od Trzebienia, tym razem również do małej wsi o nazwie Brąchnówko.

Tą wieś podobnie jak poprzednią zamieszkuje trochę mniej niż 300 osób, więc to ponownie jedna z tych miejscowości, gdzie niewiele się dzieje.

Jeżeli chodzi o odległości do większych miast, to z Brąchnówka zdecydowanie bliżej niż do Bydgoszczy jest do Torunia, bo żeby tam dojechać trzeba pokonać dystans około 20 kilometrów.

Natomiast jeżeli mieszkaniec Brąchnówka chciałby się udać na jakąś, dajmy na to, imprezę, nie musi nawet koniecznie jechać do Torunia, bo z miast bliżej jest też Chełmża, tylko 5 kilometrów dalej, a także oddalona o 3 kilometry Grzywna.

która co prawda jest wsią, ale liczniej zamieszkiwaną, więc jakąś dyskotekę też da się tam znaleźć.

Przechodząc już do głównej bohaterki, to w Brąchnówku mieszka Kasia Z.

Tak jak mówiłam, wydarzenia, które będę omawiać, toczą się w sierpniu 2002 roku, a Kasia zaledwie kilka tygodni przed nimi świętowała swoją osiemnastkę.

Rodzice Kasi, Danuta oraz Stanisław mają własne gospodarstwo, ośmiohektarowe, więc nie jakieś szczególnie duże i z tego co mówią, w domu im się nie przelewa.

Utrzymują się z hodowli bydła, zwierzęta sprzedają na mięso, a dodatkowo mają też dochód ze sprzedaży mleka.

Poza Kasią są jeszcze inne dzieci.

Imiennie wymieniona jest dwójka, czyli brat Krzysztof, którego wiek nie jest znany, ale jak wynika z kontekstu, jest on mniej więcej w wieku Kasi lub starszy, a także o dwa lata młodsza, czyli 16-letnia siostra Ilona.

Co do charakteru Kasi, to z opisu wydaje się ona w sumie dość podobna do opisywanej wcześniej Karoliny.

Jest otwarta na ludzi, łatwo nawiązuje kontakty, poza tym jest też energiczna, rodzinna i stara się wspierać swoich rodziców tak jak może.

Nadal się uczy, ale oczywiście skoro jest sierpień, to trwają wakacje, więc też w pełni korzysta z uroków letnich miesięcy.

Jest 23 sierpnia 2002 roku.

Tego dnia, mimo że wypada w czwartek, to w oddalonej o 3 kilometry grzywnie organizowana jest dyskoteka.

Kasia planuje się na nią wybrać i tu ponownie jak wcześniej regułą jest chodzenie na imprezy w towarzystwie młodszego rodzeństwa, tylko że Karolina chodziła z bratem, a Kasia z siostrą.

Dziewczyny o swoich planach informują więc mamę, która raczej nie ma nic przeciwko.

Do Grzywne jest blisko, a córki już nieraz chodziły tam na zabawy, więc dobrze znają to miejsce.

Wieczorem szykują się i wychodzą, docierają na miejsce i na zabawie mijają im kolejne godziny.

W nocy, gdy impreza nadal trwa w najlepsze, Ilona podchodzi do Kasi i informuje ją, że chce już iść do domu.

Akurat tańczy z Łukaszem, czyli kolegą z Torunia, którego niektóre źródła określają też jako jej chłopaka, więc Ilona wnioskuje, że Kasia pewnie jeszcze chciałaby zostać.

Proponuje zatem, że może wrócić bez niej, a Kasia niech jeszcze zostanie i potańczy.

Tym bardziej, że Ilona ma towarzystwo na drogę powrotną, bo jak informuje, dobrą chnówka zamierza wracać z koleżanką.

Do domu nie jest daleko, więc Kasia ostatecznie się zgadza.

Siostra się z nią żegna, po czym opuszcza dyskotekę.

Natomiast Kasia bawi się do końca, czyli mniej więcej do godziny czwartej rano.

Niewiele godzin później, w piątek wczesnym rankiem, państwo Z wstają do pracy na gospodarstwie.

Zauważają, że starsza córka nadal nie wróciła, a wraz z upływem kolejnych godzin zaczynają się coraz bardziej martwić.

Po pierwsze słyszą od Ilony, że w nocy ona i Kasia się rozdzieliły, więc też nie wracały razem, a po drugie Kasia nawet jeśli chciała zostać u kogoś na noc, to zawsze dzwoniła z informacją gdzie jest i kiedy zamierza wrócić, a teraz takiego telefonu nie było.

Ilona przypomina sobie, że gdy opuszczała dyskotekę, to Kasia tańczyła z Łukaszem, więc to z nim jako pierwszym rodzice się kontaktują.

Mówią, że córka nie wróciła do domu i pytają, czy może jest z nim, ale niestety nie.

Oni również się rozdzielili, Łukasz opowiada, że zostali do końca, ale nie odwoził Kasi do domu.

Pożegnali się przed dyskoteką.

Kasia już wiele razy wracała sama do Brąchnówka.

Jest to prosta i relatywnie krótka trasa, więc oznajmiła, że da radę podejść sama.

Ostatni raz widział ją więc jakoś po godzinie czwartej na skrzyżowaniu w Grzywnie, bo to tam się rozstali.

Jeszcze przez kilka godzin czekają, ale jako, że Kasia się nie pojawia i nie daje żadnego znaku życia, sprawę zgłaszają policji.

Policjanci nawet dobrze nie rozkręcają jeszcze poszukiwań, gdy nadchodzi tragiczny przełom.

Zaledwie trzy dni później, w poniedziałek 27 sierpnia, pewien mężczyzna jedzie do pracy.

Drogę pokonuje rowerem, a gdy przejeżdża przez Bruki Unisławskie, czyli wieś oddaloną o trochę ponad 20 km od Brąchnówka, coś przy drodze zwraca jego uwagę.

Dokładnie chodzi o dość głęboki rów, w którym, jak mężczyzna kątem oka zauważa, leży coś dużego.

Z daleka wydaje mu się, że to lalka, ale ponamyśle uznaje, że jednak chyba jest to dość duża postać jak na lalkę, więc decyduje się podjechać bliżej.

Gdy staje nad rowem, widzi, że to nie lalka, a dziewczyna, do tego częściowo rozebrana i nieżyjąca zapewne już od kilku dni.

Na miejsce natychmiast zostaje wezwana policja i tu nie ma co przedłużać, po identyfikacji nie ma wątpliwości, że znaleziona dziewczyna to Kasia.

W sprawie nie brakuje znaków zapytania, bo poza oczywistym, czyli osobą sprawcy, zagadkowy jest też motyw jego działania, bo Kasia była częściowo obnażona, co nasuwa raczej jednoznaczne skojarzenia, natomiast zgodnie z wynikami sekcji zwłok nie doszło do stosunku.

Miała też posiniaczoną twarz, więc ktoś musiał ją zaatakować, ale w jakim celu?

Drugie z takich oczywistych rzeczy, co się nasuwa, to motyw rabunkowy, ale sprawca zostawił przy niej wszystkie cenne rzeczy, pierścionki, łańcuszki, a nawet portfel z pieniędzmi.

Na miejscu nie było za to brakujących części garderoby i tym, czego też nie było, to śladów na jej szyi, takich klasycznych jak często w przypadku zabójstw poprzez duszenie.

To jest, Kasia nie miała żadnych pręgów po jakimś na przykład pasku czy sznurku, ani też śladów po palcach.

To początkowo wywołuje konsternację, ale ostatecznie śledczy wysnuwają wniosek, że sprawca musiał w takim razie użyć czegoś miękkiego, co nie zostawiło śladów, np.

apaszki albo szalika.

Ciało było ułożone w taki sposób, jakby ktoś wcześniej wlukł je do rowu, więc najpewniej do zabójstwa doszło w innym miejscu, a dopiero po nim sprawca przyszedł albo, co znacznie bardziej prawdopodobne, przyjechał do znajdującego się przy drodze rowu,

I przeciągnął do niego zwłoki.

A skoro przyjechał, to znaczy, że w tej historii jest jakiś samochód, którego właścicielem trzeba by się zainteresować.

Gdy policjanci rozpoczynają przesłuchania, jednym z pierwszych przesłuchiwanych jest naturalnie Łukasz, bo z tego co wiadomo do tej pory, to on jako ostatni widział się z Kasią.

To właśnie Łukasz jako pierwszy zwraca uwagę policjantów na białego Volkswagena Passata, który został zaparkowany na poboczu niedaleko dyskoteki w Grzywnie, kiedy to odbywała się impreza.

Nie tylko w jego zeznaniach przewija się ten samochód, bo też inni świadkowie o nim wspominają.

Niektórzy mówią też, że siedział w nim jakiś mężczyzna, chociaż nie widzieli jego twarzy, a ktoś wspomina nawet, że w drodze powrotnej do tego samochodu wsiadła Kasia.

Jedna z jej koleżanek widziała za to, że samochód ruszył w stronę brąchnówka, więc daje to jakiś obraz sytuacji.

Być może Kasia po prostu umówiła się z kierowcą, że ten podwiezie ją do domu.

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego zdecydowała się skorzystać z tej propozycji?

Czy była na tyle nieostrożna, żeby wsiąść do samochodu kogoś obcego?

Czy może za kierownicą siedział ktoś znajomy?

Prowadząca sprawę prokurator Małgorzata Piotraszewska po zapoznaniu się z treścią zeznań świadków podejmuje decyzję o zorganizowaniu eksperymentu, aby mieć pewność, że wszyscy przedstawiają jednoznaczny obraz sytuacji.

Eksperyment wypada pomyślnie, bo świadkowie niezależnie od siebie bez wahania wskazują, gdzie stał zaparkowany samochód i w którą stronę się skierował, więc prokuratura przy współpracy z policją przystępuje do poszukiwań jego właściciela.

Szybko udaje się ustalić numery rejestracyjne, więc tym samym śledczy zyskują personalia właściciela, którym okazuje się być trener hełmżyńskiej drużyny Wioślarek.

Chełmża to jest to miasto, o którym na początku Wam mówiłam, to które leży jakieś 5 kilometrów od Brąchnówka.

Policjanci nie mają więc daleko, trener szybko trafia na przesłuchanie, a prokurator bardzo szybko wydaje nakaz przeszukania jego mieszkania.

To przeszukanie niewiele wnosi, niczego tam nie znaleziono, natomiast przesłuchanie jest już bardziej owocne.

Mężczyzna tłumaczy, że w dniu, o którym mowa, 23 sierpnia, pożyczył auto koledze, który był zainteresowany jego kupnem.

Pewnie ustalili, że skoro ten drugi ma kupić samochód, to wcześniej sobie przetestuje jak się jeździ.

W każdym razie dzięki temu policjanci, którzy są naturalnie zainteresowani personaliami tego kolegi, otrzymują jego dane, a okazuje się nim być 26-letni Adrian W.

Tym samym Adrian znów staje się głównym obiektem zainteresowania lokalnej policji, zwłaszcza, że w międzyczasie przychodzą wyniki bardziej szczegółowych badań i okazuje się, że Kasia jednak odbyła stosunek przed śmiercią, a biegłym udało się zabezpieczyć próbkę nasienia.

Plotki widać szybko rozchodzą się po okolicy, bo do Adriana docierają informacje, że policja się nim interesuje i już kilka dni po odnalezieniu zwłok, dobrowolnie udaje się on na komisariat w Chełmży, gdzie jak mówi chce wyjaśnić sytuację.

Od razu informuje policjantów, że znał Kasię, ale z jej śmiercią nie ma nic wspólnego, więc nie rozumie, dlaczego jest podejrzewany.

Zdaje się w tym wszystkim bardzo pewny siebie, tylko że chyba coś nie idzie po jego myśli, ponieważ po rozmowie z policjantami opuszcza komisariat, ale w kajdankach.

Gdy trafia do aresztu, prokurator zleca przeprowadzenie badań DNA, a ma ku temu przesłanki, bo w białym pasacie technicy zabezpieczyli odciski palców Kasi, a także ozdobny kamyk, który jak zostaje ustalone, został oderwany od zapięcia jej stanika.

Badania nie pozostawiają wątpliwości, że zabezpieczona próbka to nasienie należące do Adriana.

Ponadto pod paznokciami Kasi znajdowały się fragmenty jego naskórka, a na jego spodniach ślady jej krwi, co raczej nie pozostawia dużego pola na wątpliwości.

Mimo tego on usilnie próbuje się bronić i podważa wszystkie dowody świadczące przeciwko niemu, mówiąc, że zostały one podrzucone lub spreparowane.

To taki, można powiedzieć, przedsmak batalii sądowej, jaka ma się stoczyć w przyszłości, ale o tym później, a teraz może parę słów na temat tego, kim właściwie jest Adrian.

Nie wiadomo nic na temat jego dzieciństwa, a szkoda, bo może dałoby to jakiś obraz, dlaczego jego osobowość ukształtowała się w taki sposób i co sprawiło, że dopuścił się on tak brutalnych czynów.

Jak powiedział jeden z oficerów pracujących przy wyjaśnieniu zabójstwa Kasi, Bóg jeden wie, co ten człowiek robił w życiu i dlaczego wyrządził tyle krzywd.

Co do rodziny, to w wątkach dotyczących jego dorosłego życia przewija się jedynie ojciec.

O matce nie ma ani słowa, więc może nie żyje, może nie utrzymują kontaktu, a może po prostu pozostaje gdzieś w tle, poza zasięgiem mediów.

Jeżeli chodzi o jego wygląd, to Adrian jest wysoki, postawny, a do tego ma ciemne, krótko ostrzyżone włosy.

Osiągnął wykształcenie średnie zawodowe, pewnie w jakiejś szkole samochodowej albo technicznej, bo w dorosłości pracuje jako mechanik.

W źródłach można przeczytać, że wcześniej zameldowany był w Bydgoszczy, natomiast ostatnie miesiące przed wydarzeniami w Grzywnie spędził w Chełmży, gdzie pracował w Chełmżyńskim Towarzystwie Wioślarzy.

przy konserwacji motorówek i ogólnie mówiąc cieszył się bardzo dobrą opinią.

Pracownicy klubu w swoich opowieściach nazywają go Złotą Rączką i nieraz podkreślają, że gdyby nie on, to większość klubowych motorówek nie nadawałaby się do użytku.

Jego ojciec również może okazjonalnie, a może zawodowo zajmował się reperowaniem różnych sprzętów, a wiemy to stąd, że zdarzało mu się świadczyć usługi dla państwa Z, czyli dla rodziców Kasi.

Zdarzało się, że na naprawy zabierał syna i tak właśnie było w tym przypadku.

Gdy dostał zlecenie naprawy ciągnika w brąchnówku, Adrian mu towarzyszył.

To właśnie w takich okolicznościach on i Kasia się poznali.

Zatrzymanie w 2002 roku to nie była jego pierwsza styczność z policją w Chełmży, bo ogólnie funkcjonariusze operacyjni już wcześniej go kojarzyli.

Aczkolwiek nie było to chyba tak znaczące przewinienie, żeby cały czas mieli go na oku.

Nie on jeden w tamtym czasie oddawał się takim zajęciom.

W Chełmży był to całkiem popularny proceder, a że pewnie nie działał na jakąś dużą skalę i też właściwie nie wiadomo, jakie to dokładnie miały być podejrzane interesy, to policjanci nie poświęcali mu szczególnie dużej uwagi.

Idąc dalej wątkiem rodziny, to o rodzicach co prawda niewiele wiadomo, natomiast Adrian miał żonę, o której wiadomo trochę więcej.

Z kontekstu wynika, że musieli się oni pobrać dość wcześnie, maksymalnie w jego wczesnych latach dwudziestych.

Małżeństwo jednak nie przetrwało nie tyle próby czasu, co próby zachowań Adriana, który został oskarżony o znęcanie się nad żoną.

Były ku temu wyraźne przesłanki, bo jak podaje jeden z artykułów, mężczyzna miał pewnego dnia wywieźć ją do lasu, tam zgwałcić, przywiązać do drzewa i jak powiedział, zostawić lisom na pożarcie.

W innym źródle znajduje się z kolei informacja, że miał na koncie dwa udowodnione gwałty, nie tylko żony, ale również jej koleżanki.

W związku z ciążącymi na nim oskarżeniami sąd skazał go na 4,5 roku więzienia i tą karę na pewno odsiadywał, ale nie jest pewne czy w całości, czy może wyszedł na warunkowe.

Adrian w swoim dwudziestokilkuletnim życiu został również ojcem, ale kto jest matką dziecka, czy ta jego była żona, czy inna kobieta, na ten temat nie ma informacji w źródłach.

Ciekawy jest za to wątek ojca jego byłej żony, gdzie no raczej w większości przypadków teść, delikatnie mówiąc, nie pałałby sympatią do zięcia, który w taki sposób potraktował jego córkę, ale tu zdaje się być zupełnie odwrotnie.

Adrian nawet po rozstaniu utrzymuje bardzo dobre stosunki z teściem, który, jak Wam wcześniej wspominałam, prowadzi zajazd w pobliskiej wsi.

Ten zajazd ma ciekawą reputację, bo uchodzi, tutaj cytuję, za miejsce spotkań ludzi podejrzanych interesów.

to sformułowanie podejrzane interesy bez żadnych dokładniejszych informacji często się tu przewija, ale już nawet pomijając, co to dokładnie ma znaczyć, to Adrian po prostu często odwiedza teścia w tym zajeździe.

W związku z tym, jeśli faktycznie było to miejsce spotkań lokalnego półświatka, to miał on szansę nawiązać takie znajomości i to nie tylko w cudzysłowie z tymi podejrzanymi biznesmenami, ale też, jak sugerują źródła, z miejscowymi policjantami.

Ta relacja Adriana z teściem, jak się o niej czyta, okazuje się więc być trwalsza niż ta z jego żoną, bo przetrwała nawet próbę czasu potrzebnego na jego odsiadywanie kary w więzieniu, ponieważ już później, gdy Adrian wychodzi na wolność i znów ma kłopoty w związku z podejrzeniami o zabójstwo Kasi, teść mocno angażuje się w jego obronę.

Wysyła listy do różnych instytucji, a także regularnie widywany jest w prokuraturze, gdzie nachodzi prokurator prowadzącą sprawę, a w rozmowach z nią Adriana każdorazowo przedstawia jako ofiarę niesprawiedliwego systemu prawnego w Polsce.

A teraz wracając do Kasi, to co tak naprawdę się stało?

Skoro główny podejrzany się nie przyznaje, to ciężko o pełną rekonstrukcję, ale według śledczych przebieg wydarzeń był mniej więcej taki.

Kasia po rozstaniu z Łukaszem skierowała się na drogę prowadzącą do Brąchnówka.

Na poboczu w samochodzie siedział Adrian, który zaczął z nią rozmowę i zaproponował podwózkę do domu.

Kasia widząc, że to znajomy, który kiedyś naprawiał z tatą ciągnik u nich na gospodarstwie i pewnie też zmęczona po imprezie, nie przeczuwając złych intencji zgodziła się, żeby ją podwiózł.

Adrian początkowo skierował się w stronę brąchnówka, ale w pewnym momencie zjechał na jakąś rzadko uczęszczaną drogę.

Być może najpierw zaproponował stosunek, a Kasia się nie zgodziła, więc wykorzystał swoją przewagę fizyczną, albo też od razu bez pytań zaczął zachowywać się wobec niej natarczywie.

Może w trakcie, a może już po akcie udusił ją, a ciało porzucił w rowie kilkanaście kilometrów dalej.

Śmierć Kasi to oczywiście niewyobrażalna tragedia dla rodziny.

Jej brat Krzysztof nie mógł sobie darować, że miał wcześniej Adriana na wyciągnięcie ręki i nic mu nie zrobił, ale kto mógł przewidzieć takie wydarzenia?

Niestety, zaledwie kilkanaście miesięcy później państwo Z muszą ponownie zmierzyć się ze śmiercią kolejnego dziecka, bo to właśnie Krzysztof ginie w wypadku samochodowym.

Do wypadku dochodzi na dokładnie tym samym skrzyżowaniu, przy którym Kasia wsiadła do samochodu Adriana.

Standardowo podejrzany trafia na obserwację psychiatryczną, a najważniejsze wnioski z niej są takie, że jest on człowiekiem zdrowym psychicznie, który doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robi, więc też może być sądzony.

Z dodatkowych informacji, jakie znalazły się w opinii, to Adrian charakteryzuje się wysokim ilorazem inteligencji, ale też nieprawidłową, aspołeczną i niedojrzałą osobowością.

Psycholog wskazuje na wybijający się w jego zachowaniu tzw.

donżuanizm, czyli dążenie do kontaktów seksualnych nie tylko w celu osiągnięcia przyjemności, ale też wzmocnienia poczucia własnej wartości jako mężczyzny.

On sam jest przekonany o własnej atrakcyjności i w ogóle nie dopuszcza do siebie myśli, że jakakolwiek kobieta byłaby w stanie mu się oprzeć.

Przy tym traktuje kobiety w sposób bardzo instrumentalny i żyje w przekonaniu, że należy do lepszej płci.

Jeżeli spotyka się z oporem ze strony kobiet albo one w jakiś sposób nie spełniają jego oczekiwań, to może reagować agresją.

Z łatwością nawiązuje nowe kontakty, ale w nawiązywanych relacjach nie liczy się z uczuciami innych osób.

Poza tym jest odporny na stres i cechuje go niski poziom lęku.

Trochę teraz przeskoczymy, bo powiem o wnioskach z samego procesu sądowego, ale jak już jesteśmy przy opinii psychiatrycznej i psychologicznej, to od razu dodam, że w ocenie sędziego Adrian nie respektuje norm prawnych, moralnych ani etycznych.

Kwestionuje też wszelkie autorytety, nie czuje potrzeby, aby komukolwiek się podporządkowywać, a to dlatego, że jedynym autorytetem dla niego jest on sam.

Co istotne, konkluzja z opinii sądowo-psychiatrycznej jest taka, że nie ma możliwości, aby na skutek psychoterapii jego osobowość uległa zmianie.

Proces toczy się przed sądem okręgowym w Toruniu, a Adrian niezmiennie nie przyznaje się do winy.

Twierdzi, że tamtego dnia, 23 sierpnia, nie miał z Kasią kontaktu, więc też nie mógł jej zabić.

Bardzo zależy mu na tym, aby na rozprawie byli obecni przedstawiciele ogólnopolskich mediów, bo chce nagłośnić, jak nierzetelnie zostało poprowadzone śledztwo w jego sprawie.

Ten fakt stara się też nagłaśniać jego obrońca, ale chyba ku rozczarowaniu ich obu w sądzie pojawiają się tylko lokalne media, które Adrian nazywa brukowcami i żąda usunięcia ich z sali rozpraw.

Kiedy dochodzi do składania wyjaśnień okazuje się, że ma on bardzo dużo do powiedzenia, na tyle dużo, że sąd musi podzielić wysłuchiwanie jego zeznań na dwa dni.

Jednak mimo obszernej treści to w sumie nic nowego.

Tak jak się wcześniej nie przyznawał, tak nadal się nie przyznaje.

Na temat tego procesu ogólnie nie ma zbyt wielu informacji, więc przechodzimy do wyroku, który zapada 23 czerwca 2005 roku.

Adrian zostaje skazany na 25 lat pozbawienia wolności, na co reaguje dość emocjonalnie, bo najpierw się śmieje, coś tam komentuje po cichu, aż w końcu wybucha i krzyczy, że to jest jakaś farsa i że wyrok ustalono już przed procesem.

Ponownie jest zainteresowany towarzystwem dziennikarzy, których akurat na ogłoszeniu wyroku jest sporo i których to zaprasza, aby odwiedzili go w areszcie, gdzie, jak twierdzi, ma dowody, że śledztwo zostało zmanipulowane.

Wyrok wzbudza duże poruszenie nie tylko u niego, ale też wśród bliskich Kasi.

Rodzice wychodzą z sali oburzeni, bo liczyli tylko na jeden wyrok, czyli na dożywocie.

Od razu po tym, jak opuszczają salę, podchodzą do nich dziennikarze TVP Bydgoszcz, chcący usłyszeć ich komentarz oraz opinię na temat wyroku, która, jak się łatwo domyślić, nie jest zbyt pochlebna.

Jako, że w sumie wszystkie strony są niezadowolone z tego, w jaki sposób zakończył się proces, to odwołanie składają zarówno obrońca Adriana, jak i prokurator, a także pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, czyli rodziców Kasi.

W ogóle z tym wyrokiem jest ciekawa sprawa, bo niby uznano go za winnego, zapadł wyrok skazujący, a sąd nie przyznał rodzinie Kasi żadnego zadośćuczynienia, bo jak uzasadnił, osoby te nie wykazały, by poniosły jakąkolwiek szkodę w związku ze zgonem córki.

Trochę absurdalnie to brzmi, bo jak można nie ponieść żadnej straty w związku ze zgonem córki?

Natomiast ogólnie sąd jakoś tak nieprzychylnie do nich podchodził, bo gdy państwo Z wnieśli o zwrot kosztów dojazdu na kolejne rozprawy, wniosek został odrzucony z argumentacją, że przecież nie muszą przyjeżdżać.

Po drodze miało miejsce jeszcze jedno, kompletnie niespodziewane wydarzenie, które sprawiło, że o sprawie usłyszała cała Polska.

Od ogłoszenia wyroku minęło prawie 8 miesięcy, są walentynki 2006 roku.

To wtedy pani Danuta, czyli mama Kasi, odbiera zaadresowany do niej list.

Treść kompletnie mrozi jej krew w żyłach, bo to nie jest zwykły list, a pozew, którego tutaj przytoczy fragment, cytuję za Dziennikiem Wschodnim.

Powód rozumie ból w sercu pozwanej po stracie bliskiej osoby i dlatego do dnia dzisiejszego nie reagował na zachowanie pozwanej.

W dniu 23 czerwca 2005 roku naganne zachowanie pozwanej osiągnęło apogeum bezczelności.

W obecności osób postronnych, mediów naruszyła godność i cześć powoda, zwłaszcza przez wypowiedź, z której wynika, że powód nie jest człowiekiem, że powód jest zwierzęciem, które trzeba zabić.

Powód nie ma nic wspólnego ze śmiercią córki pozwanej, co niebawem zostanie wykazane i kategorycznie sprzeciwiam się brutalnym atakom na moją osobę i rodzinę.

Pozew, jak łatwo wywnioskować, napisał sam Adrian, a powołuje się w nim na wypowiedź pani Danuty, która rzekomo padła w programie zbliżenia wyemitowanym przez TVP3.

To właśnie tam miała nazwać ona go zwierzęciem, a ta wypowiedź padła po tym, jak zdenerwowana wyszła z sali po usłyszeniu wyroku.

Otoczyli ją dziennikarze, pytali o komentarze i właśnie w ten sposób miała ona odpowiedzieć.

Adrian za swoją krzywdę oczekuje wypłaty za dość uczynienia w kwocie 70 tysięcy złotych, co sprawia, że pani Danuta jest w niemałym szoku, ale tylko na początku później zaczyna działać i sprawę nagłaśniać.

Jako pierwsza na pozew reaguje kujawsko-pomorska rzecznik praw ofiar, Mariola Tuszyńska, która organizuje wsparcie psychologiczne dla pani Z, a także bezpłatną pomoc prawną.

Małżeństwo otrzymuje też wsparcie sąsiedzkie, bo dyrektor zakładu produkcji rolnej z sąsiedniej wsi deklaruje, że jak będzie potrzeba, to zawsze mogą korzystać z jego telefonu, faksu oraz samochodu.

Wkrótce informacja o tym, że matka ofiary została pozwana przez skazanego mordercę swojej córki, zostaje nagłośniona na taką skalę, że ten pozew sam w sobie staje się chyba bardziej znany niż sama sprawa kryminalna.

Media kolejno opisują to, używając nazewnictwa z pozwu, apogeum bezczelności, więc też sprawa zatacza coraz szersze kręgi.

Na toruński wymiar sprawiedliwości są skierowane oczy całej Polski, bo taka sytuacja to zupełna nowość.

Przynajmniej ja nie kojarzę, żeby wcześniej działo się coś podobnego i później zresztą też nie.

W każdym razie w sprawę angażuje się Zbigniew Ziobro, pełniący w tamtych latach funkcję ministra sprawiedliwości, a także doradca rzecznika praw obywatelskich do spraw ochrony ofiar przestępstw, czyli Krzysztof Orszak.

Ten drugi zjawia się w Toruniu osobiście, aby wesprzeć panią Danutę, bo jak mówi, nie wyobraża sobie, aby ona tej sprawy nie wygrała.

Niestety przy tym wszystkim wygłasza swoją słynną wypowiedź, po której zmuszony jest złożyć rezygnację, mianowicie tutaj znów cytuję To coś, bo nie ktoś.

Takiej kreatury nie można nazwać człowiekiem, nie jest nawet zwierzęciem, bo zwierzę nie zabija z tak niskich pobudek.

Domaga się ochrony godności, której nie ma.

Jest bestią, obrazem ludzkiego szamba, fekaliami, gangreną na zdrowym, ludzkim społeczeństwie.

Później tłumaczy, że chciał tą wypowiedzią zasygnalizować, że rzecznik tak ogólnie stoi na straży praw wszystkich obywateli, ale też chce bronić ofiar, a nie oprawców.

Natomiast rzecznik praw obywatelskich, czyli wtedy Jan Kochanowski chyba nie jest do końca przekonany do tej argumentacji.

Mówi, że ta wypowiedź była niedopuszczalna i jakoś tak się to rozwiązuje, że Orszak sam składa rezygnację zaledwie kilka dni później, 2 marca 2006 roku.

Wracając do pozwu i do pani Danuty, to ostatecznie sprawa trafia na wokandę, ale sąd naturalnie potrzebuje dowodów, występuje więc do TVP o udostępnienie taśmy z tym kontrowersyjnym nagraniem i w tym miejscu pole do ewentualnych dyskusji właściwie się zamyka, bo na nagraniu wyraźnie słychać, że pani Danuta ani razu nie nazwała Adriana takimi słowami, jakie on jej zarzucał.

W ogóle nie mówiła nic personalnie o nim, a skomentowała jedynie, zgodnie z pytaniem, sam wyrok, o którym powiedziała, że sąd według niej powinien orzec karę śmierci.

Sąd uznaje więc pozew za niezasadny, a państwo Z mogą odetchnąć z ulgą, bo jak mówią, gdyby faktycznie musieli zapłacić to 70 tysięcy, to musieliby też sprzedać pół gospodarstwa,

co byłoby równoznaczne ze znacznym pogroszeniem ich sytuacji finansowej, która i tak już nie jest kolorowa.

Adrian jednak na jednym pozwie nie poprzestaje, bo po zakończeniu sprawy z panią Danutą do sądu wpływa kolejny wniosek, tym razem o wypłatę mu odszkodowania w kwocie 75 tysięcy złotych, a płacić ma jeden ze świadków.

Świadek ten składając zeznania przed prokuratorem miał powiedzieć, co myśli o Adrianie i nie było to nic pochlebnego.

Żeby było ciekawiej, to nie był świadek oskarżenia, tylko obrony, kolega Adriana, który w dniu zabójstwa bawił się z nim na dyskotece w Grzywnie.

Nie ma informacji na temat tego, jak zakończyła się ta sprawa, ale pewnie gdyby Adrian wygrał, byłoby to bardziej nagłośnione, więc skoro przeszło bez echa, to zapewne ten pozew też oddalono.

Jeszcze w tym samym roku odbywa się proces przed sądem apelacyjnym w Gdańsku, którego efekt jest taki, że sąd cofa sprawę do ponownego rozpatrzenia, dlatego też ponownie wracamy do Torunia.

W grudniu 2006 roku, kiedy to startuje kolejny proces, Adrian pojawia się w sądzie okręgowym zupełnie odmieniony.

Ubrany jest w garnitur, uśmiecha się do dziennikarzy i jak widać w międzyczasie nie próżnował, a pogłębiał swoją wiedzę prawniczą, którą teraz chwali się przed kamerami.

Efekty tej nauki widać też na sali sądowej i to już od pierwszej rozprawy.

Adrian non-stop składa kolejne wnioski, a to, że coś zostało źle zaprotokołowane, a to, że świadek coś nie tak powiedział i tym podobne kwestie.

A wiecie na pewno, jaka w Polsce jest biurokracja i możecie się domyślać, że jak on składa cały czas jakieś wnioski albo wysyła pisma do prezesa sądu, bo takie rzeczy też się pojawiają, to zupełnie paraliżuje tym przebieg rozpraw i całe postępowanie bardzo się przeciąga.

A czego dokładnie dotyczą jego zarzuty?

Oto kilka przykładów.

Po pierwsze stwierdził, że wszystkie dowody zostały spreparowane przez policję, a stało się tak, bo był jednym z uczestników buntu w areszcie śledczym w Chełmnie.

Po drugie, gdy jeden ze świadków zeznawał, że widział go tamtej nocy z jakiejś odległości, on to zakwestionował mówiąc, że świadek ma problemy ze wzrokiem i nie mógł go widzieć z takiej odległości.

Na kolejną rozprawę zostaje więc wezwana okulistka, która potwierdza, że owszem, mógł.

Po trzecie, według niego przewodniczący składu sędziowskiego zapoznał się z materiałem dowodowym w domu, co jest niedopuszczalne.

Poza tym zadawał świadkom pytania w taki sposób, że sugerował im odpowiedź.

Po czwarte, sędziowie robią wszystko źle, przesuwają rozprawy, bo mają urlopy, ale on nie chce ich wyłączenia, bo rozprawa zacznie się od nowa.

Po piąte, stwierdza, że jednak chce wyłączenia jednego z sędziów.

I w końcu po siódme konwojenci nie odprowadzili go na przerwie do celi, a on tam miał notatki domowy końcowej, co ostatecznie poskutkowało tym, że sędzia musiał po raz kolejny odroczyć rozprawę.

W końcu Adrianowi udaje się jednak wygłosić mowę końcową, o którą tak walczył, a z której wniosek jest taki, że nie zamierza się on zmieniać.

Do takiego samego wniosku dochodzi sąd, który po analizie przedstawionej opinii i obserwacji podsumowuje, że Adrian faktycznie chyba nigdy się nie zmieni, dlatego kara choćby dla bezpieczeństwa państwa Zed musi być surowa.

Po dwóch latach ciągnącego się procesu, 19 grudnia 2008 roku, zapada więc kolejny wyrok, tym razem do żywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po odbyciu 25 lat kary.

Dodatkowo Adrian zostaje pozbawiony praw publicznych na okres 10 lat, a także musi zapłacić rodzicom Kasi, uwaga, 5000 zł, ale no cóż, to nadal więcej niż wcześniejsze zero.

A po wyroku wracamy znów do pozwów, bo tak, to jeszcze nie koniec.

Natomiast teraz tylko krótka wzmianka.

W trakcie tego drugiego procesu, który jako że trwał dwa lata, toteż wiele mogło się w międzyczasie wydarzyć, Adrian wysłał kolejny pozew do pani Danuty.

Tym razem chodziło o to, że jako oskarżycielka posiłkowa rzekomo kłamała w swoich zeznaniach.

Przez to on teraz siedzi w więzieniu i nie może wychowywać swojego dziecka.

Za to oczekuje zadośćuczynienia w kwocie 100 tysięcy złotych, ale znów nic z tego, bo sąd pozew odrzuca.

W końcu w 2009 roku całe to postępowanie dobiega końca, bo wyrok dożywocia się uprawomocnia.

Adrian jeszcze próbuje przed sądem apelacyjnym jakoś przechylić szalę na swoją stronę.

Mówi, że w trakcie poprzedniego postępowania sędzia groził mu, że zostanie zamknięty w piwnicy i nie będzie mógł mieć widzeń, ale chyba nie muszę wyjaśniać, że prawdziwości tych słów nie udało się potwierdzić.

Kasacja w Sądzie Najwyższym zostaje odrzucona, tym samym postępowanie się kończy, ale historia zdecydowanie jeszcze nie.

Ogólnie to jak widzicie Adrian nie poddaje się w walce o swoje prawa, więc w związku z jakimś wcześniejszym postępowaniem, być może tym dotyczącym gwałtu, złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Skarżył się na polski wymiar sprawiedliwości, na to, że tamto postępowanie się przeciągało i na jego szczęście w 2010 roku Trybunał tą skargę uznaje.

Zgodnie z decyzją Skarb Państwa ma więc wypłacić Adrianowi 20 tysięcy złotych za dość uczynienia, a skoro ma się u niego pojawić wpływ na tak znaczną kwotę, to też w perspektywie zarysowuje się spłata zaległych zobowiązań będących już teraz na etapie egzekucji komorniczej.

Te zobowiązania są łącznie na kwotę 15 tysięcy złotych, 5 tysięcy złotych zgodnie z decyzją sądu, jak pamiętamy, dla rodziców Kasi i 10 tysięcy na jakieś inne rozliczenia, m.in.

na opłacenie adwokata.

ale skoro zadośćuczynienie to 20 tysięcy, zaległości na 15 tysięcy, to prosta kalkulacja 5 tysięcy złotych ma po prostu trafić na konto Adriana.

Logiczne i proste, mam nadzieję, przynajmniej tak się wydaje, ale niestety w praktyce ta kalkulacja jakoś nie idzie.

Pierwszy problem jest taki, że ten wyrok Trybunału, żeby się uprawomocnić, musi jeszcze przejść przez Polski Sąd Apelacyjny,

a sąd popełnia błąd i nie dołącza do wyroku jakiegoś wymaganego papierka.

Przez to Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które jest zobowiązane do wypłaty tych 20 tysięcy, przeżywa chyba u siebie jakiś chaos informacyjny i przelewa komornikowi 10 tysięcy złotych zamiast 15, a skoro do komornika poszło tylko 10, to do Adriana zamiast 5 też 10.

I tu jest drugi problem, bo w sumie nawet nie do samego Adriana, a do jego ojca, ponieważ to jego numer konta syn podał we wniosku.

Konto Zdzisława W. oczywiście nie podlega zajęciu komorniczemu, takie zajęcie ma tylko i wyłącznie jego syn, więc komornik nie może od tak ściągnąć sobie tych pieniędzy z powrotem.

Zaczyna się więc niestety przepychanka między instytucjami.

Niestety, bo skoro do komornika finalnie trafiło mniej, to i do podziału na zobowiązania było mniej i w związku z tym pewnie państwo Z nie uzyskali pełnego zadośćuczynienia.

Przynajmniej wtedy, bo teraz to już parę lat minęło, więc jest nadzieja, że w końcu wypłacono im pełną kwotę.

wypadałoby zakończyć ten odcinek jakąś klamrą, a skoro zaczęłam od opisu sprawy Karoliny, to też na jej wątku ten odcinek zakończymy.

Zanim jednak o niej samej i rozwiązaniu tajemniczej sprawy jej śmierci, to najpierw o postaci, która rzuciła na to wszystko zupełnie nowe światło, a był to pewien mężczyzna o imieniu Marcin.

Przeskakujemy o 12 lat od tej sprawy z Trybunałem za dość uczynieniem i komornikiem, więc jest rok 2022, czyli od śmierci Karoliny minęło 21 lat.

Adrian odsiaduje swój wyrok w zakładzie karnym mieszczącym się na terenie województwa kujawsko-pomorskiego, dokładnie w Potulicach, a jednym ze współosadzonych jest właśnie Marcin.

Marcin odsiaduje karę za oszustwa, ma na koncie liczne przewinienia, za część już został skazany, a w sprawie kilku innych nadal toczą się przeciwko niemu postępowania.

Na początku 2022 roku policja składa mu nieoczekiwaną propozycję współpracy.

W trakcie spotkania jeden na jeden policjant mówi, że mają nierozwiązaną sprawę zabójstwa pewnej młodej dziewczyny, gdzie przedawnienie coraz bliżej, a to jedna z tych spraw, które teoretycznie dałoby się jeszcze jakoś ruszyć.

Wydaje im się, że jeden z potulickich skazanych, odsiadujących już wyrok za zabójstwo innej nastolatki, jest odpowiedzialny też za śmierć właśnie tej drugiej dziewczyny, bo przewijał się w zeznaniach świadków, ale niczego nie udało mu się udowodnić.

Żeby popchnąć tą sprawę dalej, potrzebne są jednak argumenty, jakieś przesłanki uzasadniające ponowne przejrzenie archiwów i zlecenie kosztownych badań.

Ten skazany, o którym mowa, to naturalnie Adrian, więc zadanie Marcina jest proste.

Ma zamieszkać w celi razem z nim, przekonać go do siebie, zaprzyjaźnić się, a gdy ten nabierze zaufania, wyciągnąć z niego prawdę na temat tego, co się stało z Karoliną K. Strzebienia.

Jeżeli Marcinowi się to uda, policjant obiecuje, że trzy sprawy, które toczą się przeciwko niemu, zostaną najpewniej umorzone, a w najgorszym wypadku dostanie zawiasy.

On jest na ten układ jak najbardziej chętny.

W końcu nie ma nic do stracenia, a może jedynie zyskać.

Najbardziej ze wszystkich ustaleń w pamięć zapadają mu słowa policjanta.

Może pan być spokojny.

Dodatkowa korzyść zostaje mu przedstawiona przez pracownika służby więziennej.

Dotyczy obecnego wyroku, który zgodnie z obietnicą Marcin będzie mógł odsiadywać w lepszych warunkach, bo jeżeli misja się powiedzie zostanie przeniesiony do zakładu półotwartego, dzięki czemu będzie mógł podjąć jakąś pracę.

Niedługo później Marcin zostaje umieszczony w jednej celi z Adrianem, a policja montuje w pomieszczeniu dyskretny podsłuch.

Proces ich poznawania się trwa przez następne tygodnie, aż w końcu zgodnie z planem Adrian otwiera się przed kolegą.

Do tego co powiedział i do rekonstrukcji zaraz przejdziemy, ale zatrzymajmy się jeszcze przy samym Marcinie, który jakby nie patrzeć bezbłędnie wywiązał się z umowy.

Na początku wydaje mu się, że wszystko idzie zgodnie z ustaleniem, bo faktycznie, tak jak mu obiecano, zostaje przeniesiony na oddział półotwarty.

Może podjąć pracę, ale też nie na długo, bo już kilka miesięcy później, w październiku 2022 roku, kończy odsiadkę.

Po opuszczeniu murów więzienia wraca do Essen w Niemczech, gdzie mieszka jego rodzina.

Fakt jego wyjazdu z Polski nie jest żadną tajemnicą, bo jest zobowiązany podać nowy adres, pod którym będzie przebywał, co też robi.

Wymiar sprawiedliwości takie dane posiada, dlatego też w razie potrzeby może mu wysyłać pisma i zlecić zatrzymanie.

Trzy miesiące później, w styczniu 2023 roku, Marcin dowiaduje się, że toczące się przeciwko niemu postępowanie w Bielsku Białej zakończyło się nie tak jak gwarantował policjant, umorzeniem lub zawiasami, a wyrokiem trzech lat bezwzględnego więzienia.

Czuje się oszukany i wykorzystany przez policjantów, ale jak mówi dziennikarzom, bo zaczyna tę sprawę nagłaśniać, nie zamierza dobrowolnie stawiać się do więzienia.

Jego adres jest znany, jeżeli prokuratorowi zależy na doprowadzeniu go do więzienia, to może wydać nakaz zatrzymania przez niemiecką policję, jednak do tej pory nic takiego nie miało miejsca.

Ostatecznie w 2024 roku Marcin składa do Prokuratury Krajowej zawiadomienie o całym tym układzie z policją.

Stamtąd zawiadomienie trafia niżej, czyli do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku i tam pewnie nadal prowadzone jest dochodzenie.

mające na celu ustalić, czy policjanci przekroczyli swoje uprawnienia, albo czy może bardziej nie dopełnili jakichś obowiązków.

A co z Karoliną?

Zgodnie z rekonstrukcją przedstawioną w źródłach, sprawa miała wyglądać tak.

W lipcu 2001 roku Adrian opuścił zakład karny, gdzie odsiadywał poprzedni wyrok.

Dwa miesiące później, na początku września, jak pamiętamy, w Pruszczu organizowane były dożynki.

W trakcie rozmowy z Marcinem Adrian miał powiedzieć, że znał Karolinę z widzenia, bo już wcześniej zdarzało im się bywać na tych samych imprezach.

Na imprezie dożynkowej widział, jak pokłóciła się z jakimś chłopakiem, więc postanowił wykorzystać szansę i ją poderwać.

Przez jakiś czas tańczyli, a po zakończeniu potańcówki wsiedli razem do jego białego Fiata.

Podjechali pod komisariat, gdzie on zaparkował swój samochód, po czym przesiedli się do Passata, którym podjechał po nich jego dobry znajomy.

On i ten kolega już nie raz wcześniej zabawiali się z dziewczynami, podobno mieli nawet specjalny pokój, w którym kolekcjonowali ich bieliznę.

Doszło do stosunku, a Adrian był coraz bardziej brutalny, bo właśnie to najbardziej go kręciło.

Zaczął podduszać Karolinę przy użyciu apaszki, aż ona przestała dawać znaki życia.

W pierwszej chwili nie wiedział co robić, ale uznał, że najważniejsze to ewakuować się z domu kolegi.

Zaniósł Karolinę do samochodu, chociaż tu brakuje informacji do jakiego, bo przecież swoim tam nie przyjechał, chyba że po prostu się po niego cofnął.

W każdym razie, gdy już dysponował jakimś samochodem, przewiózł ją do swojego mieszkania.

Tam dodatkowo okaleczył ją tłuczkiem.

Prawdopodobnie chodziło o to, żeby wyglądało to tak, jakby uderzyła się w głowę np.

przy upadku i żeby tym sposobem łatwiej było upozorować nieszczęśliwy wypadek.

Po tym zawinął ciało w folię, podjechał nad rzekę i wrzucił je do wody.

Po chwili jednak zmienił zdanie, pewnie uznając, że ta folia nie szczególnie pasuje do tezy o nieszczęśliwym wypadku, więc wyciągnął z niej Karolinę i jeszcze raz wrzucił ją do rzeki, aby popłynęła dalej z nurtem.

Pozbył się wszystkich ubrań, jakie miał na sobie tego dnia, z wyjątkiem bluzy, na której później policja znalazła włos.

13 maja 2024 roku, czyli dwa dni przed urodzinami Karoliny, w mediach ponownie zaczyna się robić głośno o jej śmierci.

A są ku temu wyraźne powody, bo śledczy ogłaszają, że wiedzą kto zabił.

Niepodważalnym dowodem stały się jakieś próbki materiału genetycznego zabezpieczone w 2001 roku w mieszkaniu Adriana, a których w tamtym czasie nie udało się dokładnie przebadać.

Nauka jednak znacznie poszła do przodu, więc wiadomo, to, że wtedy z tych próbek nic nie wyszło, nie znaczy, że po 20 latach one nadal nic nie wnoszą.

Po najnowszych badaniach biegły uznaje, że materiał genetyczny nie tylko bezsprzecznie należy do Karoliny, ale też, że jest to taki rodzaj śladu, który w przeciwieństwie do włosa mogła ona zostawić wyłącznie będąc na miejscu, czyli w mieszkaniu Adriana.

To wyklucza prawdziwość jego wcześniejszych zeznań, zgodnie z którymi nie znał jej, nigdzie z nią nie jeździł tamtej nocy i nie zabierał do siebie do domu.

Prokurator stawia mu więc zarzut zabójstwa Karoliny, a następnie wrzucenia jej zwłok do Wisły.

We wszystkich źródłach jako kluczowy zostaje przedstawiony ten dowód DNA.

W konfrontacji z mediami prokuratura nie potwierdza wersji o pomocy Marcina, więc oficjalnie trzymamy się tej próbki i tego, że chyba policjanci przypadkowo po prostu trafili na taki ślad, wyciągając po latach z archiwum zebrany przed laty materiał dowodowy.

Tamci policjanci oraz prokurator już nie pracują, nie mają już więc dużego pola manewru, ale pozostało takie poczucie niesprawiedliwości.

Tym bardziej, że nie chodzi tylko o ten czynnik niezależny, czyli brak możliwości przebadania jakichś próbek na tamtym etapie, bo Magda, czyli siostra Karoliny, porusza jeszcze inne wątki.

W trakcie jednego z wywiadów mówi ona, że gdy w 2001 roku przeszukiwano mieszkanie Adriana, to znaleziono tam podobno nie tylko włos jej siostry, ale też fragmenty jej ubrań, co już stanowi dodatkowy element układanki.

Ale to jeszcze nie jest najbardziej szokujące, bo ponadto Adrian miał mieć przez te wszystkie lata powieszone w celi nad łóżkiem zdjęcie Karoliny, czemu nikt nie poświęcił większej uwagi.

Jeżeli materiał Ci się spodobał i chcesz wesprzeć moją dalszą podcastową twórczość, możesz postawić mi kawę na buycoffee2.

Jak zawsze link jest w opisie, serwis nie wymaga rejestracji, nie trzeba podawać żadnych danych, więc jakby ktoś chciał mi sypnąć groszem w ramach prezentu na święta, to będę wdzięczna.

A jakbyśmy się już nie słyszeli, bo nie wiem czy odcinek przed świętami jeszcze będzie, być może tak, być może nie, to życzę Wam słuchacze wszystkiego najlepszego, zdrowych i przede wszystkim spokojnych świąt.

Niezależnie od tego czy tam świętujecie czy nie, to żeby Wam te trzy dni minęły jak najlepiej się da i żebyście odpoczęli.

Jak zawsze za wszystkie do tej pory postawione kawy bardzo, bardzo dziękuję, pozdrawiam i do usłyszenia.

0:00
0:00