Mentionsy

Zbrodnie Prowincjonalne
01.11.2025 17:00

Zapomniana rodzina (Wawrzeńczyce)

Z pewnej wsi znika pięcioosobowa rodzina. Mijają miesiące, później lata. I… nic się nie dzieje. Nikt ich nie szuka. Nikt nie prowadzi śledztwa. Co się stało z rodziną Łowczyków?

Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

⁠⁠⁠https://anchor.fm/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠  

Źródła: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/wawrzenczyce

Muzyka:

Purple Planet Music - Lazy Days

Sloppy Clav – Godmode

Minor Lament for Solo Bass - John Patitucci

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 98 wyników dla "Jan Łowczyk"

Zdjęcie, które umieszczono w dokumencie wyglądało na doklejone i milicjant zatrzymał dowód do wyjaśnienia, nakazując jego właścicielowi, żeby zgłosił się po dokument na komisariat za jakiś czas.

Kiedy milicjant zaczął sprawdzać dowód, który zarekwirował, dość szybko trafił więc na dokumenty śmierciaka, którego miejscowe władze miały na oku, a wtedy okazało się, że mężczyzna, którego zatrzymał w wierzbnie, nie był wcale Alojzym Śmierciakiem.

Oczywiście mężczyzna, od którego milicjant ten dowód wziął, nie zamierzał czekać na jego powrót, ani stawiać się po dokument na komisariacie.

Milicjanci przesłuchali Aloizego na tę okoliczność i dowiedzieli się, że mężczyzna, którego szukali, mieszkał u śmierciaka przez mniej więcej 4 miesiące.

Ten mężczyzna nazywał się Jan Łowczyk i od 1953 roku milicja szukała go po całej południowej Polsce, jego i jego rodziny.

Okazało się bowiem, że w 1946 roku Jan Łowczyk...

Tak więc trzeba było to wszystko na nowo stworzyć i podczas tego porządkowania ewidencji ludności wyszło, że obywatelki Maria Łowczyk i Michalina Łowczyk z Wawrzeńczyc nie dopełniły obowiązku wymiany dowodu osobistego w wyznaczonym urzędowo terminie.

Sprawdzeniem tego mieli się zająć milicjanci z posterunku w Nowym Brzesku, w dzisiejszym województwie małopolskim, którzy rzecz jasna słyszeli już to i owo o rzekomym zaginięciu rodziny Łowczyków, ale niewiele sobie z tego robili.

Cała okolica widziała, jak Jan Łowczyk z żoną i dwoma synami wyjeżdżali na zachód w lipcu 1946 roku.

W 1945 roku, kiedy skończyła się wojna, rodzina Łowczyków znalazła się w opłakanej sytuacji materialnej, jak zresztą większość ludzi w tamtych czasach, z wiadomych przyczyn, jak to po wojnie.

Jan miał wtedy 27 lat, żonę i czwórkę dzieci.

Pierwsze z nich urodziło się w 1939 roku, rok po ślubie Jana i Michaliny.

Na dodatek Jan został jeszcze wywieziony do III Rzeszy na roboty i kiedy wrócił po wojnie, razem z całą rodziną zamieszkał u teściów państwa Jakubowskich w Wawrzyńczycach.

W 1945 roku żyło się głównie z szabru i w ten sposób próbował sobie też radzić Jan Łowczyk.

Zatem Maria Łowczykowa namówiła syna, żeby wspólnie pojechali na ziemię zachodnie.

Jan wrócił do Wawrzeńczyc już po trzech tygodniach.

Maria Łowczykowa miała trudny charakter.

Natomiast jeśli chodzi o te możliwości, to mieszkańcy Wawrzeńczyc niewiele się mogli o nich dowiedzieć od Jana.

Pytali go, jak to wszystko tam wygląda, czy tak jak mówią, ale Jan zbywał ich jakimiś półsłówkami, był w kiepskim humorze, sporo pił.

Także taka postawa Jana nikogo jakoś specjalnie nie dziwiła.

Mężczyzna zatrudnił się na kilka miesięcy w hucie w Chorzowie, ale żyjąc z dala od rodziny, która jakoś go tam jeszcze trzymała w pionie, tylko coraz bardziej się rozpijał, prowadził hula z czterym życia i kiedy żona dowiedziała się, że Jan...

Demokracja czy nie, Łowczykowie dalej żyli na kupie z teściami, dalej nie mieli pieniędzy ani żadnych perspektyw, żeby je zdobyć i wtedy znowu wrócił pomysł wyjazdu na ziemię odzyskane.

Ale akurat Łowczykom dopisało szczęście.

Podobno pod koniec sierpnia 1946 roku Jan przyjechał znowu do Wawrzeńczyc, tym razem sam, i chciał zabrać od teściów córkę, dwuletnią Marysię,

Kiedy jednak Jan przyjechał po nią sam, teściowie odwiedli go od zamiaru zabrania dziewczynki, tłumacząc, że droga jest za ciężka, za długa, Marysia jeszcze całkiem nie doszła do siebie po chorobie, a Jan nie ma doświadczenia w opiece nad dziećmi i podczas takiej drogi powinna mu towarzyszyć żona.

Oczywiście, gdyby Jan się uparł, to by dziecko zabrał.

Ale Jan szybko się wycofał, powiedział, że musi już iść, że musi jeszcze odwiedzić swoją siostrę.

Następnego dnia Jan opuścił Wawrzyńczyce i już więcej się tam nie pojawił.

Od łowczyków nigdy żaden list nie przyszedł.

Kiedy Jan i Michalina nie mieli niczego, to szybko znaleźli drogę do Jakubowskich i chętnie korzystali z ich pomocy.

Kiedy Jan odwiedził ich w sierpniu, mówił, że jak się urządzą na miejscu, to wezmą teściów do siebie, że im pomogą.

Jakubowscy nie mieli nawet aktualnego adresu, wiedzieli tylko, że łowczykowie wyjechali gdzieś w okolice Jeleniej Góry, więc i tak niewiele mogli zrobić.

Nieznajoma powiedziała im, że Łowczyk zabił swoją matkę, żonę i dzieci.

Żadna z instytucji nie podjęła próby odnalezienia łowczyków.

Życie toczyło się dalej bez Łowczyków i aż do 1953 roku nikt nie podjął żadnej próby ustalenia, gdzie przebywają Maria, Michalina, Jan, Dionizy i Piotr Łowczykowie.

Opis kobiety był na tyle ogólny, że nie dało się na jego podstawie odnaleźć osoby, która jako jedyna prawdopodobnie miała informację o zaginięciu rodziny Łowczyków.

Milicjantom udało się jednak ustalić, że Jan Łowczyk jest zameldowany w Żarowie, małym miasteczku na Dolnym Śląsku, a w zasadzie to jeszcze wsi, bo Żarów uzyskał prawa miejskie dopiero właśnie w 1954 roku w październiku.

Także kiedy Jan Łowczyk tam zamieszkał, była to jeszcze wieś.

Jan Łowczyk prowadził życie na granicy prawa, niejednokrotnie te granice zdarzało mu się już przekroczyć, popełniał drobne przestępstwa, kradzieże, za które był karany i aktualnie ukrywał się przed milicją.

Tak więc dość szybko udało się milicjantom ustalić, że Jan Łowczyk pomieszkuje u swojej konkubiny, niejakiej Marii Kurki.

I odtąd twierdzili, że są małżeństwem, choć tak formalnie być nim nie mogli, jako że Jan wciąż oficjalnie był żonaty.

Jego nowa wybranka miała tego świadomość, choć to, w jaki sposób Jan przedstawił jej swoje rozstanie z żoną, chyba nie do końca pokrywało się z prawdą.

Ta strategia przyniosła spodziewany efekt i 13 września 1954 roku Jan Łowczyk został aresztowany.

Kolejne zarzuty prokuratura miała nadzieję postawić już po przesłuchaniach prowadzonych przez milicjantów.

przesłuchaniach dotyczących losów zaginionej w tajemniczych okolicznościach rodziny Łowczyka.

Kiedy za pierwszym razem milicja pytała Łowczyka o żonę i synów, powiedział, że rozstał się z nimi we Wrocławiu w 1946 roku i nie wie, co się z nimi działo od tamtej pory.

No i Jan Łowczyk wyjaśnił to następująco.

Otóż według Łowczyka latem 1946 roku...

Jan nie wiedział, co się stało z resztą, nie widział.

ale reszta prawdopodobnie utonęła, a w każdym razie Janowi nie udało się ich już odnaleźć.

Przy tym Jan, zapewne celowo, nie podawał żadnej konkretnej nazwy miejscowości, nie podawał żadnej konkretnej daty, zasłaniając się upływem czasu i niepamięcią.

Także jeśli rodzina Jana Łowczyka uconęłaby w Odrze lub Nysie latem 1946 roku, nikt by o tym nie wiedział.

Wersja, którą przedstawił Łowczyk, była więc teoretycznie możliwa, a nawet wiarygodna, biorąc pod uwagę ówczesną sytuację.

Nie dało się udowodnić, że Łowczyk kłamie.

Pewne nadzieje milicja wiązała z Marią Łowczykową, która zaginęła przecież rok wcześniej.

Za to w dokumentacji pracowniczej Jana Łowczyka z kwietnia 1946 roku, kiedy mężczyzna krótko pracował w hucie, widniała informacja, że matka Łowczyka

Nie jako dowód w sądzie, bo to wciąż by było za mało do skazania za zabójstwo, ale podczas przesłuchań można już było ten dokument wykorzystać i skłonić łowczyka do przyznania się.

Milicjanci w tamtym czasie wiedzieli, jak podtrzymać rozmowę.

Tego już się dziś nie dowiemy, jakimi metodami ostatecznie milicjanci wymusili to przyznanie, ale Jan Łowczyk zaczął mówić.

Jan i jego matka docierają do majątku Kosinowo w pobliżu miasteczka Milicz.

Budynki należące do dawnego majątku miały wkrótce przejąć PGR, ale zanim to nastąpiło przybyli tu Maria i Jan Łówczykowie.

Dwor był dość okazały, więc mógł obudzić pewne nadzieje, ale przed nimi już się tu pojawił zapewne niejeden szabrownik, bo niczego szczególnie cennego łowczykowie nie znaleźli.

Co mogło być atutem do pewnego stopnia, ale gdyby już jakaś banda szabrowników tu przyszła, to łowczykowie nie mieliby z nimi żadnych szans.

Zwłaszcza, że Maria Łowczykowa generalnie była osobą konfliktową, do tego już od lat miała pretensje do syna i do swojego męża za to, że sprzeniewierzyli cały majątek.

No i w końcu podczas którejś z takich awantur, podczas których kobieta obwiniała syna o ich marny los, Jan złapał za karabin taki z urżniętą lufą, który dla bezpieczeństwa zabrał ze sobą w tę podróż.

A Jan poszedł spać w tym samym pokoju, w którym stygł właśnie trup jego matki.

Jan się upił, bo odkąd wrócił z Dolnego Śląska, to upijał się regularnie i wykrzyczał, że o nieprawdę.

Następnego dnia Jan powiedział jej, że kłamał, że zmyślił to w złości, ale żona mu nie uwierzyła.

Michalina nie powinna była nigdy godzić się na wyjazd z Janem do Jeleniej Góry.

Jan twierdził, że ma po nich ktoś wyjechać, ale czekali i czekali, a nikt się nie zjawiał.

W pewnym momencie Jan wyjął swój obrzyn i strzelił żonie w plecy.

Jan odciągnął ciało żony w zarośla, kilka metrów od drogi, a następnie zawrócił w stronę miasta, biorąc chłopców za ręce.

Jan miał nadzieję, że synowie nie zrozumieją tego, co się wydarzyło,

Jan zorientował się, że dzieci prędzej czy później zdradzą jego sekret.

Tymczasem Jan wrócił po Piotrusia, który był jego ulubieńcem.

Jan nie budził go, więc wziął go na ręce i poszedł z powrotem na dworzec, gdzie pierwszym pociągiem odjechał do Chorzowa do swojej kochanki Ireny.

i nie zamierzała mieć nic wspólnego z Janem, który ją okłamał i sprawiał jej tylko niepotrzebne problemy.

Jan zabrał więc Piotrusia do baru na jakąś kolację i w czasie jedzenia zaczął z nim rozmawiać, usiłując wybadać, ile widział i ile z tego zrozumiał i czy będzie w stanie milczeć.

No i dla Jana stało się jasne, że jeśli ktokolwiek by zapytał chłopca o to, co się wydarzyło, to dziecko natychmiast go wyda.

Jan znał Chorzów, popracował tutaj w hucie, wiedział więc, dokąd się udać, żeby ukryć zbrodnię.

Milicjanci z Jeleniej Góry mieli przynajmniej w swoich kartotekach notatki służbowe z opisem ubrań, które miały na sobie osoby NN znalezione nad rzeką i w lesie latem 1946 roku.

Zostawała więc już tylko Maria Łowczykowa.

Dwór, w którego piwnicy Jan porzucił zwłoki matki, należał już teraz do PGR-u.

Wcześniej kilka razy się przewracał, był z powrotem wbijany w innym miejscu, przestawiany.

a więc przynajmniej jedne szczątki udało się odnaleźć i zidentyfikować, a tym samym potwierdzić historię opowiedzianą przez Jana Łowczyka.

I tym sposobem w czerwcu 1955 roku przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu stanął Jan Łowczyk, któremu postawiono zarzuty czterokrotnego zabójstwa i kilku pomniejszych przestępstw.

Łowczyk zadawał śmierć, mając pełną świadomość skutku swoich czynów.

Na liście świadków powołanych do tej sprawy znalazło się 100 nazwisk i żadna z tych osób nie miała właściwie nic dobrego do powiedzenia na temat Jana Łowczyka.

Wspominano jego pijackie awantury, to jak groził bronią, komu popadło, kiedy był pijany, jak strzelał w mieszkaniu szwagra w Chorzowie, powodując przedwczesny poród szwagierki.

Wszyscy mieli wojenne doświadczenia, często dużo gorsze i dużo bardziej drastyczne od tych, które stały się udziałem Łowczyka.

Teściowie Łowczyka wnieśli dodatkowo o pozbawienie go praw rodzicielskich do jedynego żyjącego jeszcze dziecka, czyli Marysi, która pewnie podzieliłaby los swoich braci, gdyby nie zdecydowany sprzeciw dziadków, żeby puścić ją w podróż z ojcem.

I 17 czerwca 1955 roku za każde z czterech zabójstw Jan Łowczyk został skazany na karę śmierci, co w efekcie dało karę łączną w postaci kary śmierci.

Łowczyk osunął się z wrażenia na ziemię, kiedy usłyszał wyrok, stracił przytomność, chociaż chyba mógł się spodziewać, że taki będzie ten wyrok.

I na tym przykładzie widać, dlaczego w niektórych krajach, na przykład w USA, można zostać skazanym na potrójną karę śmierci albo cztery dożywocia, albo wyroki się sumują i można zostać na przykład 100 lat pozbawienia wolności, bo to daje większe prawdopodobieństwo, że któraś z tych kar zostanie w pełni wykonana, nawet jeśli skazanego obejmie na przykład amnestię, bo tak się właśnie stało w przypadku Jana Łowczyka.

Więc to ma się nie jak do Jana Łowczyka.

Myślę, że tu autor popełnił błąd i że chodziło o amnestię z 1956 roku w ramach odwilży październikowej, bo to właśnie w ramach tej amnestii osoby, które zostały skazane na kary pozbawienia wolności do lat pięciu opuściły więzienia, a skazanym na śmierć i dożywocie wyroki zamieniono na 15 lat pozbawienia wolności i właśnie tak się stało w przypadku Jana Łowczyka.

Szczególnie, że po tym zabójstwie Jan nie starał się w żaden sposób zadośćuczynić, stać się kimś pożytecznym społecznie, nie opamiętał się, nie ustatkował, nie próbował, nie wiem, wynagrodzić jakoś tej straty własnej córce, którą porzucił.

I taka historia jak ta, historia zaginięcia rodziny Łowczyków, która przez 7-8 lat nikogo nie zainteresowała, mogła się wydarzyć chyba tylko w tamtym dziwnym czasie i dziwnym miejscu, jakim była ta część Europy.