Mentionsy
Katastrofa Heweliusza. Co wydarzyło się naprawdę?
W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku w pobliżu Rugii zatonął prom Jan Heweliusz. To była największa tragedia w powojennych dziejach polskiej żeglugi. Katastrofa pochłonęła życie 56 ofiar. Mimo upływu lat wokół tego wydarzenia mnożą się pytania. Roman Czejarek po 30 latach wraca do tematu i wszczyna dziennikarskie śledztwo, by poznać prawdę o przyczynach katastrofy. Pomogą mu w tym unikatowe archiwalne nagrania, z których część nie była do dziś emitowana, relacje świadków oraz opinie ekspertów.
Szukaj w treści odcinka
Tak nam było żal i mówię, wszyscy jej pomagali.
Wszyscy właśnie, żeby wytrwała.
Tam na tej tratwie naprawdę.
Nie ma ciała, no właśnie o to chodzi.
Włączyłam radio i wiadomość dziewiątej są wiadomości.
I podane jest, że dzisiaj nad ranem zatonął statek Jan Heweliusz i z załogi nikt się nie uratował.
Ułasiewicz Andrzej, kapitan.
Alarm szalupowy, załoga opuszcza statek, nadał sygnał Mayday i od tego czasu łącznie się urwała.
Heweliusz.
Prawdziwa historia.
Im więcej czasu mija od tamtej katastrofy, tym bardziej dręczą mnie pytania, na które do dziś nie ma odpowiedzi.
Największa katastrofa morska w powojennej historii Polski.
Na Bałtyku tonie prom Jan Heweliusz.
Wtedy mówi o tym cały kraj, bo Polska jest w szoku.
Z początku wszystko, choć dramatyczne, wydaje się proste.
Prom, płynąc w nocy ze Świnoujścia do Szwecji, trafia na wielki sztorm, przewraca się pod naporem olbrzymich fal i pociąga ze sobą na dno 56 osób.
Ale później wszystko zaczyna się nagle komplikować, bo prognoza jaką miał kapitan nic nie mówiła o rekordowym w swej sile sztormie.
Prom miał opóźnienie, bo zepsuła się furta zamykająca pokład, a dla oszczędności, zamiast odstawić statek do naprawy, kazano prowizorycznie załatać uszkodzenie załodze.
A może prom był rzeczywiście wadliwy?
Teraz wiemy, że kilka lat wcześniej Heweliusz sam wywrócił się w czasie załadunku w porcie.
A może tej nocy ktoś popełnił fatalny w skutkach błąd?
I dlaczego było tak wiele ofiar?
Przecież część osób wydostała się z tonącego promu, dostała na tratwy i zginęła już później, gdy ratunek był dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Powstały setki artykułów.
Mamy też teraz serial telewizyjny.
A w radiu zachowały się oryginalne nagrania sprzed lat.
Nikt do nich wcześniej nie sięgał.
Czas, by opowiedzieć historię na nowo i ujawnić niewygodne, a nagrane na taśmach, fakty.
Heweliusz.
Prawdziwa historia.
Wiadomości poranne na wstępie ważniejsze informacje w skrócie.
Mimo niezwykle trudnych warunków przez całą noc trwała akcja ratownicza w rejonie zatonięcia promu Heweliusz.
O świcie mają wznowić poszukiwania śmigłowce marynarki wojennej.
Wydarzyła się jedna z największych w powojennej historii Polski katastrofa na morzu.
Zatonął prom samochodowo-kolejowy Jan Heweliusz będący własnością spółki Euroafrika.
Mówi główny nawigator spółki Euroafrika, armatora promu kapitan Antoni Janusz.
Ze Świnoujścia do Iśca do 23.30 z ładunkiem 10 wagonów i 29 samochodów.
W trakcie wychodzenia pogoda była dobra, wiatr miał 5 do 7, prognoza była też wiatr 8, z możliwością wzrastania do 10.
No ale ostatecznie takie pogody cały czas tu panują i promy pływają w tym czasie.
No i później o godzinie 4.35 kapitan właśnie promu naszego, tego Heweliusza, na UKFC powiadomił, że statek ma 30 stopni przechyłu i że raptowny podmuch bardzo silnego wiatru jest.
Alarm szalupowy.
I proszę Pana od tego czasu łączność się urwała.
Kapitan Silesi powiedział, że on był kilkanaście mil za nim.
I mówi, że też przyszedł tak raptowny podmuch silnego wiatru, który przekraczał.
No taki wiatr hulaganowy 35-37 metrów na sekundę wiał.
Mówi, może było białe zupełnie.
Pierwsi na ratunek tonącym ruszyli ratownicy niemieccy.
Mówi kierownik niemieckiego Centrum Ratownictwa Morskiego dr Bernd Anders.
Około godziny 5 rano stacja radiowa w Rugii odebrała sygnały alarmowe od polskiego promu Jan Heweliusz płynącego ze Świnoujścia do Isztat.
Kapitan promu zameldował duży przechył na burtę przy sile wiatru przekraczającej 10 stopni w skali Beauforta.
Sygnały zostały niezwłocznie przekazane niemieckim służbom ratownictwa morskiego.
Już o godzinie 5.15 port w Sassnitz opuścił statek ratunkowy Arkona.
Wkrótce potem w stronę promu udały się dalsze jednostki ratunkowe z Niemiec i z zagranicy.
Archiwalnych nagrań zachowało się zaskakująco dużo, także te rejestrowane tamtej dramatycznej nocy.
Ale muszę Państwu zdradzić jeszcze jedno.
Dlaczego to akurat ja próbuję na nowo opowiedzieć o dramacie Heweliusza?
Już mówię.
Gdy tonął nasz prom, byłem młodym reporterem polskiego radia, chłopakiem ze Szczecina, a tamtej pechowej nocy miałem po prostu dyżur.
Proszę sobie wyobrazić pokój pełen telexów, tak wtedy przekazywano te najpilniejsze informacje.
Jest świt i telex zaczyna nagle bardzo głośno stukać.
Patrzę na wysuwającą się kartkę.
To pilna depesza z polskiej placówki dyplomatycznej w Niemczech.
A na niej nazwiska.
Imiona i nazwiska, które dobrze znam.
Wstępna lista ofiar śmiertelnych zatonięcia promu Jan Heweliusz.
Za chwilę ciąg dalszy.
Pamiętam moje zaskoczenie, moje zdziwienie, mój strach i pytanie.
Prognozy 6 do 7 w skali Beauforta, a więc dla nas zwyczajowo normalna pogoda.
Oprócz załogi sporo kierowców, dwóch pasażerów, jeden ANPKO.
Każdy rozpoczął pracę na swoim stanowisku.
Ja jako ochmistrz wieczorem otworzyłem sklep dla kierowców i pasażerów.
Rejs odbywał się normalnie.
Przed nami wypłynął prom Silesia, prom samochodowo-pasażerski z wieloma pasażerami na pokładzie, też traktując tę pogodę jako normalną.
Na trasie wyprzedziliśmy zresztą Silesię.
Gdy kładłem się spać, gdzieś około w pół do drugiej, nie odczuwałem żadnych przechyłów, żadnych wstrząsów.
W nocy zbudził mnie szum uderzeń przesuwanych naczyń w kabinie.
Zareagowałem, że jest przechył lekki, ale przy pogodzie lekko szturmowej to było normalne.
Położyłem się z powrotem i w niedługim czasie dosłownie nastąpił większy przechył i wówczas wszystko zaczęło się sunąć w kabinie, więc zerwałem się, zapalałem światło, założyłem, że przechył się zwiększa, lecą mi różne sprzęty, chociażby fotel, stolik na drzwi, które się otwierają do wnętrza kabiny, więc bardzo szybko zabrałem się do tego, aby dostać się do ubrania ratunkowego i wydostać się jak najszybciej na korytarz.
Dosłownie wydostałem się w pijamie i na boso.
Tam na korytarzu, ledwo, ledwo, ledwo otwierając drzwi, tam wybierając powoli skafander ratunkowy, przesuwałem się w kierunku wysian na pokład.
Przechył się ciągle zwiększał, tak że już sam samodzielnie na pokład bym się nie wydostał.
Starszy mechanik, który szedł za mną, również był w takiej samej tragicznej sytuacji, tak że gdyby nie pomoc kolegów, którzy nam spuścili pas ratunkowy z szelkami i za te szelki żeśmy się chwycili, to nie wyszlibyśmy.
Dwóch kolegów na pokładzie ciągnęło nas do góry i my przy pomocy poręczy pomału pomału wydostaliśmy się na pokład.
Kapitan był cały czas na mostku, wydawał polecenia i jednocześnie zawiadamiał obok wszystkie promy i stacje, na lądzie i gdziekolwiek tylko były, o pozycji promu.
Nie widzieliśmy go, ale żeśmy go słyszeli po prostu, pomimo wichury jaka.
To Edward Kurpiel, ochmistrz cudemu ratowany z Heweliusza.
Takich nagrań nawet dziś słucha się z dreszczem na plecach.
Noc ze środy na czwartek z 13 na 14 stycznia 1993 roku.
Promian Heweliusz, spóźniony przez prowizoryczną naprawę furty, wychodzi ze Świnoujścia.
Gdy oddala się od lądu, trafia na wyjątkowo silną burzę.
Na bliźniaczym promie Kopernik, który też płynął tej nocy, bardzo podobną trasą, w mierniku określającym warunki pogodowe, po prostu skończyła się skala.
Sztorm gwałtownie przybiera na sile.
Heweliusz mocno przechyla się z burty na burtę, ale koło 4.30 nad ranem, po kolejnym uderzeniu fali, już nie wraca idealnie do pionu.
Załoga próbuje korzystać z balastów.
Moim zdaniem tu popełnia kilka poważnych błędów.
O 4.37 kapitan Andrzej Ułasiewicz łapie za radiotelefon i mówi słowa, których żaden kapitan nigdy nie chce wypowiedzieć.
Wierzę, że musiało go to bardzo dużo kosztować.
Oryginalne nagranie zachowało się do dziś.
Dla wyjaśnienia dla tych, którzy nie znają się na morskich sprawach.
Angielskie słowa kapitana with heavy list to the port side oznacza silny przechył na burtę.
Końcówka wypowiedzi to informacja, że kapitan za chwilę poda pozycję tonącego promu.
Odzywa się niemieckie radio z Arkony oraz duńskie z borholmskiego Rene.
Dramatyczne wołanie o pomoc słyszą także inne polskie promy, które też są tej nocy w drodze.
Silesia, Nieborów i Kopernik.
Wszyscy pytają o jedno, gdzie jest Jan Heweliusz?
Bo aby płynąć na pomoc, trzeba przede wszystkim wiedzieć dokąd.
Prawdziwa historia nbsp.
Nikt nie zna prawdziwej pozycji Heweliusza.
W eterze robi się straszne zamieszanie.
O 4.42 kapitan Łasiewicz odzywa się ponownie i podaje pozycję promu, ale robi to niestety nieprecyzyjnie.
Tak przynajmniej przez długie lata twierdzono.
Tak też było zapisane w dokumentach.
Ale później, w czasie kolejnego procesu sądowego, wdowy po marynarzach i wdowy po oficerach rozpoznają zapisane na taśmach głosy.
I mówią, że głos podający złą pozycję, to nie jest głos kapitana, to głos radiooficera.
Nie zmienia to faktu, że podana pozycja była zła, a to też miało swoje konsekwencje.
Zaniżono także ilość pasażerów i załogi, mówiąc, że na pokładzie jest w sumie 60 osób i tyle potrzebuje pomocy.
W rzeczywistości było więcej.
Radio Rene, Radio Arkona i inni kapitanowie chcą wiedzieć gdzie dokładnie tonie prom.
Pytania lecą cały czas w ether.
Ale Heweliusz już się więcej nie odzywa.
I don't know, I don't know who is police.
Jan Heweliusz, Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Jan Heweliusz.
Czwartek 14 stycznia Polska budzi się w szoku.
Wielu informacji nie ma albo są, ale niekompletne.
Pytanie co działo się wtedy na tonącym promie.
Jedyne szczegóły jakie znamy pochodzą od uratowanych członków załogi.
Część jest w szoku i nie ma w tym nic dziwnego.
Wracamy do Polskiego Radia.
Ponieważ statek utrzymywał się na powierzchni, mówiło się, że w powstałej pod pokładem poduszce powietrznej mogą przebywać żywi ludzie.
Jednak zdaniem kapitana żeglugi wielkiej Stanisława Petrusewicza, który do niedawna był kapitanem Heweliusza, pod przewróconym statkiem nikt nie mógł ocaleć.
Bardzo dramatyczny obraz katastrofy wyłania się z wypowiedzi uratowanych z Heweliusza, którzy przebywają w szpitalu w Straslundzie.
Kilka tratw na wodę.
My żeśmy wsiadali do tych tratw.
Z tym, że dwie osoby zmarły w tratwie, bo po prostu woda nas zalewała.
Nie zdążyliśmy tego zasznurować.
W wyniku katastrofy doszło do sporu ekspertów.
Część z nich twierdzi, że prom Heweliusz był promem niebezpiecznym oraz w złym stanie technicznym.
Inni są przeciwnego zdania wskazując, że prom w sierpniu przeszedł przegląd inspekcyjny dokonany przez Urząd Morski.
Szwedzcy kierowcy zagrozili jednak bojkotem polskich promów.
Zdaniem wielu ekspertów przyczyną katastrofy mogło być nieprawidłowe umocowanie ładunku wewnątrz przyczep samochodów i wagonów kolejowych.
Prezydent Lech Wałęsa skierował list do rodzin ofiar katastrofy.
Premier Hanna Suchocka powołała specjalną komisję, która ma zbadać przyczyny katastrofy i udzielić pomocy rodzinom.
Władze jak zawsze obiecują, że wszystko wyjaśnią i zajmą się rodzinami ofiar.
Jak zwykle.
Każdy kto mieszka nad morzem wie, że w takiej sytuacji dramat przeżywają także bliscy.
Mówi żona motorzysty Jerzego Petruka.
O katastrofie promu Jan Heweliusz ja dowiedziałam się z radia.
O godzinie dziewiątej rano wstałam i odruchowo zawsze włączałam radio.
Ja włączyłam radio i pierwsze wiadomo o dziewiątej są wiadomości.
I podane jest, że dzisiaj nad ranem zatonął statek Jan Heweliusz i z załogi nikt się nie uratował.
Usłyszałam tą wiadomość, się rozpłakałam, ale ja nawet nie mogłam tej wiadomości przekazać nikomu, bo ja byłam w domu tylko z trójką małych dzieci.
Ta wiadomość, ona mnie ścięła z nóg, ale ja musiałam się dziećmi zająć, bo dzieci się pobudziły.
Trzy lata, dwa lata i pół roku.
Około godziny pół do drugiej po południu informacja przekazana przez koleżankę, która gdzieś posłyszała znowu wiadomości, że wtedy była lista osób ocalałych i na tej liście było nazwisko, tylko że przekręcone było.
Ona biegiem do mnie przyleciała i powiedziała, że mąż żyje, tylko że nazwisko jest przekręcone.
Tragedia Heweliusza ściąga do świnoujścia dziennikarzy z różnych krajów, nie tylko z Polski.
Części reporterów udaje się nawet dostać na pokład naszych śmigłowców.
Są tam też korespondenci polskiej telewizji i polskiego radia.
I nagrywają.
Godzina 14.15, w dalszym ciągu krążymy nad przypuszczalnym miejscem tragedii.
Wyjdziemy jeszcze dalej, może około 40 mil od północnego cypla Rugi, zwanego Arkoną.
Jest tuż pod helikopterem poruszenie wśród nas szalupa z Heweliusza, nad którą stoi niemiecki helikopter.
Jest przewrócona do góry dnem.
Trudno powiedzieć, żeby w tej chwili ktoś tam mógł przeżyć.
Natomiast jest jeszcze szansa podjęcia z wody zwłok rozbitków.
Jesteśmy tuż nad miejscem, w którym przypuszczalnie dryfuje wrak.
Tron pływa, znaczy znajduje się 3 metry pod powierzchnią wody i została ustalona w tej chwili przez radio Arkona współrzędne jego położenia i jeden z helikopterów poleciał, żeby jeszcze raz zrobić ustalenia odnośnie jego pozycji.
Zostały znalezione dwie łodzie ratunkowe oraz pas ratunkowy i kamzelki ratunkowe.
Nie ma żadnej szans, żeby tam jeszcze ktokolwiek przeżył.
Pojawiają się pierwsze głosy, że akcję ratunkową można było przeprowadzić sprawniej.
Polacy mają pretensje do Niemców.
Wiele nagrań zrobionych tamtego przedpołudnia przez długi czas czekało na publikację.
Nie dlatego, że skrywają jakąś tajemnicę, choć zagadek też w nich nie brakuje.
Ale proszę sobie wyobrazić, proszę pomyśleć, jak powiedzieć rodzinie, która ciągle czeka i wierzy w cud, że tata albo mąż się uratował.
Nie, jeszcze na razie nikogo, przecież tutaj nic nie wiadomo, 14 osób jest zaginionych w ogóle.
To znaczy ojciec pracował na Heweliuszu, tak?
I nic nie wiadomo o nim?
Żyjemy taką nadzieją, ale wie pan, to jest wszystko, no musimy wierzyć do końca, no i dlatego czekamy tutaj zobaczyć co tu się stało, kto tutaj jest, no wręcz czego, żeby zobaczyć.
No człowiek chce wiedzieć, no bo żyć w niepewności to jest jeszcze gorzej.
Leszek Kochanowski normalnie dostał się do tratwy ratunkowej z burty statku, bo on był bez skafandra ratunkowego, on był tylko w kamizelce ratunkowej.
I przebywał już od początku w tej tratwie, oczywiście zanurzony w wodzie jak my wszyscy.
Widzieliśmy jak on dużo szybciej zaczyna coraz trudniej oddychać, jego cera staje się coraz bardziej sina, ruchy powolniejsze.
I pomimo nagabywań wysiłków widzieliśmy, że on już powoli traci świadomość.
Zaczynał odpowiadać monosyrebami, w końcu pąbrukiem jakimś, a w końcu już w ogóle przestał.
I to był według mnie ratunek w ostatniej chwili.
To, żeśmy mu przypasali tą linkę i helikopter go wyciągnął na pokład.
Zastanawiałam się, w jaki sposób umierał, w jaki sposób on ginął, kiedy ja byłam w ciepłym, w miarę bezpiecznym mieszkaniu.
Nie odzywałam się, milczeliśmy wszyscy i bałam się tego głośno właśnie wypowiedzieć te słowa, bo nie wyobrażam sobie jego śmierci w ten sposób.
Ja cały czas miałam tą świadomość, że mąż żyje.
Znając jego, robił wszystko, żeby przeżyć.
Zresztą to samo mówiła córka, pocieszała mnie do ostatniej chwili, bo nie było wiadomo, jeszcze nie były znane dwa nazwiska.
Mąż pływał już kilkanaście lat, opłynął kawał świata i to o tyle jest coś okropnego, że to się stało tak blisko, tak blisko od domu.
Przez długie lata oficjalnie mówiono, że na Heweliuszu zginęło 55 osób, w tym wszyscy pasażerowie, głównie kierowcy ciężarówek.
Promian Heweliusz był statkiem zabierającym na pokład i samochody, i wagony kolejowe.
I w każdym rejsie było też kilku, bywa, że nawet kilkunastu pasażerów.
Grupa studentów tej nocy ocalała, bo spóźnili się na odprawę.
Zrobili nawet awanturę, że nie wpuszczono ich na pokład, bo promiusz odpływał, oni to widzieli i nerwowo biegali po nabrzeżu.
Gdy rano usłyszeli, co stało się w nocy, długo nie wierzyli w cud, który uratował ich życie.
Ale wracając do pytań.
Dlaczego prognoza nic nie mówiła o sztormie?
Dlaczego prom wypłynął z uszkodzoną furtą?
Czy prawdziwe są doniesienia o niesprawnym układzie stabilizacji przechyłów, który niezgodnie z przepisami od lat wykorzystywano również na morzu, choć był obliczony tylko i wyłącznie na pracę w porcie?
Wreszcie prawdziwa liczba ofiar katastrofy Jana Heweliusza.
Jak wierzyć w rzetelność dokumentów?
Jak wierzyć w precyzję i dokładność prowadzonego dochodzenia?
Jeżeli po ponad 30 latach okazuje się nagle, że ofiar było więcej.
To może inne, przynajmniej niektóre dokumenty też są wątpliwe.
Dziewczyna chce wiedzieć.
Wyrazy współczucia, serdeczne wyrazy.
I bólu i troski, naprawdę.
I wie pani, widziałem jak się dostała, ją woda wniosła na tratwę.
Słyszałem jak, jak, jak, jak tam ją podtrzymywali na duchu, bo słychać były głosy.
Mówili, Tereniu, Tereniu, trzymaj się, bądź tego, uratują nas.
Ale ona słaba, ona bardzo szybko słaba, wie pani.
Była coraz słabsza, coraz słabsza, coraz słabszym głosem mówiła.
Nie, nie, nie, to ja panią zapewniam, że ona była w tratwie ratunkowej.
Tak, ona była na tratwie ratunkowej, wie Pani.
Ona się tak biedna przejmowała, ona mówiła o rany boskie, mąż zginął na morzu, mówi.
I ja się w tej chwili bardzo, bardzo boję, płakała, krzyczała, że mówi, no co za los, mówi, co te dzieci, wie Pani, no tak nam było, żali.
I mówię, wszyscy jej pomagali, wszyscy właśnie, żeby wytrwała.
I tam na tej tratwie, naprawdę.
Ale z tym, że nikt ją później nie widział, ciała na przykład.
Nie ma ciała, no właśnie o to chodzi.
Cofając się w czasie, już wtedy krążyło coraz więcej plotek, bo wielu ciał ofiar nie udało się po prostu odnaleźć.
Najbardziej szokowało chyba to, że garstka uratowanych uparcie twierdziła, iż z promu wydostało się więcej osób.
Oni to po prostu widzieli.
I ci ludzie, którzy wydostali się z promu, mogli żyć, lecz zginęli w czasie akcji ratunkowej.
Zginęli w czasie akcji ratunkowej?
Więc co tak naprawdę stało się tej nocy i tego poranka?
To jest fatalnie, że potrzeba tragedii dopiero, żeby coś w ogóle zdziałać.
Jak może z 76 statek pływać prom?
To wtedy może być coś ruszone.
Gdyby Heweliusz był w kiepskim stanie technicznym to przede wszystkim nie wychodziłby w morze.
Że Heweliusz miał kilkanaście lat od daty zwodowania to nie znaczy jeszcze, że był w kiepskim stanie technicznym.
Nowsze jednostki, które w mniej ekstremalnych warunkach były bardziej uszkodzone, bądź szły na dno.
Mnie się wydaje, że tu się tylko liczą pieniądze, żeby puszczać dalej, puszczać szybko, a ludzi tu się zupełnie traktuje jak, nie wiem jak kogo, jak po prostu narzędzia jakieś, jak maszyny.
W oburzeniu ludzi, głównie rodzin oraz przyjaciół ofiar, trudno się dziwić.
Ale wątpliwości zaczęli zgłaszać też zawodowcy, inni marynarze.
Trudno ocenić, kto wtedy miał rację, a kto nie.
Kilka godzin po tragedii było to praktycznie niemożliwe.
Wątpliwości z zagranicy zgłaszali głównie Szwedzi, którzy cały czas grozili bojkotem polskich promów.
Oto głos korespondenta Polskiego Radia w Sztokholmie.
W informacjach przypomina się, że już przed dziesięcioma laty w Istat
Jan Heweliusz na skutek wadliwie rozłożonego ładunku oparł się burtą o nabrzeże.
Były to jednak jedynie poważne wypadki, dalekie w skutkach od wczorajszej tragedii.
Jak doniosło o godzinie 11 szwedzkie radio, musi wydarzyć się cud, ażeby móc liczyć się z możliwością uratowania dalszych pasażerów,
Wiele osób już wtedy mówiło, że Heweliusz był pechowy.
Po pożarze, w czasie remontu w Hamburgu, jeden z pokładów zalano po prostu betonem, co jeszcze bardziej pogorszyło kiepską stateczność.
Betonem na statku, gdzie stateczność i stabilność jest tak ważna.
Ale z drugiej strony, bliźniaczy prom, Mikołaj Kopernik, zbudowany w 1974 roku, czyli 3 lata wcześniej niż Jan Heweliusz, pływał pod polską banderą przez ponad 30 lat, bez żadnych większych kłopotów.
O ile Szwedzi grozili bojkotem, Niemcy długo milczeli.
Aż do czasu, gdy część naszych ekspertów zaczęła podważać to, w jaki sposób pechowej nocy prowadzili akcję ratunkową.
I te wątpliwości, te problemy narastały z dnia na dzień.
Żal o to, że nie pozwolono im polecieć na pomoc.
Mieliśmy dwa śmigłowce Mi-14PS, śmigłowce ratownicze.
W gotowości do uruchomienia.
7.30, dwa śmigłowce gotowe do startu.
Myślę, że gdyby to od półtorej godziny te dwa śmigłowce, które były w gotowości, wystartowały, no nie wszyscy, ale niektórzy jeszcze mogliby żyć.
Centrala w Glicksburgu stanowczo odrzuca tę insynuację.
Według uzyskanych tam dziś informacji już o 5.12 wyszedł z Glicksburga rozkaz startu dla śmigłowca Bundeswehry stacjonującego właśnie na Rugii.
Który 20 minut potem, mimo panujących ciemności, wystartował do akcji.
O godzinie 6 odleciały dalsze ratunkowe helikoptery z bazy w Szczęswicku w Olsztynie.
Radzieckie śmigłowce Mi-8 nie nadają się do tego typu akcji w tak trudnych warunkach i w żadnej jej fazie nie miały być użyte.
W Liksburgu stwierdzają też, że polskie śmigłowce natychmiast po zgłoszeniu uzyskały zgodę
Niemcy mówili, że nie mają sobie nic do zarzucenia, ale zachowane dokumenty, a nawet zdjęcia i filmy mnożyły i dalej mnożą wątpliwości.
Najczęściej wysuwanym argumentem był przykład przewróconej tratwy z pięcioma rozbitkami.
Oni przecież w tym momencie jeszcze żyli.
Mieli prawidłowo założone kombinezony.
I ten ratunek wreszcie do nich dotarł.
Przewrócona tratwa.
Przez śmigłowiec, który ją zahaczył, jednocześnie przykrył, znajdujące się poprzednio na niej, członków załogi.
I później słyszymy, znamy głos, że to woła, powiedzmy, Janusz Subicki o wiedzy pożarowej.
Mówi, ja żyję, ratunku, pomóżcie.
I my wiemy, i słyszymy to, a nie możemy mu pomóc.
Bo on jest w kominozonie ratunkowym, który uniemożliwia mu głębsze zanurzenie się w wodzie, aby wypłynąć pod tratwę i wyjść spod niej.
przeciąć dno i wyjść do góry.
W tych warunkach ciężkich, jak to miota, rzuca, on na pewno nic nie mógł znaleźć.
I ja mówię, długo żeśmy słyszeli, naprawdę długo.
Bo też pod tą tratwę nie mogliśmy się dostać ani na tratwę, bo nas fale, bo był tak szalona wichura, że każde większe wychylenie się z tratwy ratunkowej powodowało, że był człowiek porywany przez wichurę i wrzucany do morza.
chcielibyśmy też pomóc, jakby ten chociażby pierwszy elektryk Andrzej Korzeniowski.
Bo odpłynęła ta Arkona do nas, otarła się o tratwę, on skoczył.
I wpadł między ten statek a naszą tratę i został wciągnięty pod burtę tego statku lotowniczego.
I cóż, na naszych oczach w końcu wychynął, ale już nie żył.
Na to nie ma słów.
Na to nie ma słów.
Wbrew takim dramatycznym opowieściom w 1993 roku prezydent Lech Wałęsa odznaczył grupę niemieckich ratowników medalami za ofiarność i za odwagę.
Trzy lata później medale z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego dostali Duńczycy.
Modlitwą za zmarłych oraz uroczystym apelem poległych uczczono w Szczecinie ofiary zatonięcia promu Jan Heweliusz.
Przed pomnikiem tym, którzy nie powrócili z morza, kwiaty złożyli pracownicy armatora promu.
Modlitwę odmówił biskup Jan Gałecki.
Lista ofiar katastrofy promu Jan Heweliusz w dniu 14.01.1993 roku.
Ułasiewicz Andrzej, kapitan.
To były bardzo bliskie osoby, nawet można powiedzieć taka jakby miłość braterska, koleżeńska, powinność, bo to bardzo bliskie osoby, koleżanki i kierowniczka, a potem pani dyrektor.
Właśnie teraz w kościele pod wezwaniem Bożego Ciała w Szczecinie jest odprawiana msza święta w intencji ofiar katastrofy.
Sprawa Heweliusza trafiła do sądu.
Najpierw orzekała Izba Morska w Szczecinie, później Izba Morska w Gdyni.
Na przemian to obarczano winą kapitana oraz załogę i innych oficerów, po czym uznawano, że ich winy jednak tu nie ma.
Delikatnie mówiąc, nie wyglądało to dobrze.
Wyroki raz oczywiście oburzały rodziny tragicznie zmarłych, raz przedstawicieli armatora.
Izba Morska w Gdyni orzekła, że prom Jan Heweliusz wychodząc w swój ostatni rejs był niezdolny do żeglugi.
Zgodnie z orzeczeniem, bezpośrednimi przyczynami katastrofy, oprócz huraganowego wiatru, było przedostanie się wody na pokład kolejowy przez nieszczelną furtę rufową i przemieszczenie się ładunków na pojazdach i samych pojazdów.
W ponad 3 lata po zatonięciu promu sędzia Witold Kuczorski, który przewodniczył składowi orzekającemu Izby Morskiej oświadczył, że do największej tragedii w historii polskiej marynarki handlowej przyczynił się armator.
Do wypadku przyczynił się w sposób zawiniony w stopniu nie dającym się ustalić armator promu Euro Afrika.
Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w Szczecinie poprzez swoje zaniedbanie.
Gdyńska Izba nie orzekła winy zaginionego w katastrofie kapitana statku.
O winie kapitana promu, kapitana żeglugi wielkiej Andrzeja Łasiewicza i starszego oficera, kapitana żeglugi wielkiej Rogera Janickiego nie orzeka się.
Wyrokiem zdziwiony był przedstawiciel Euroafriki.
Jesteśmy zaskoczeni wyrokiem aż takim, że tak powiem mocnym postawieniem sprawy co do
W związku przyczynowego z zatonięciem promu, a zaniedbaniami działu technicznego armatora.
Wzruszenia nie kryły rodziny ofiar katastrofy.
Jestem szczęśliwa, że wreszcie wyszła, wydaje mi się, że prawda.
W końcu ten dostał kto zasłużył.
Wiemy jaki był statek, jaki jego stan techniczny.
Mężowie o tym ciągle mówili.
W 2005 roku ciągle niezakończona sprawa Heweliusza trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Czas mijał, ale zamiast wyjaśnień wraz z ujawnianiem kolejnych dokumentów mnożyły się tylko nowe pytania.
Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi co było przyczyną wypadku.
Zatonięcie promu Jan Heweliusz próbowano wyjaśnić przez 6 lat i w marcu 2005 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka ogłosił orzeczenie korzystne dla rodzin ofiar tragedii i przyznał im odszkodowania.
Jedną z przyczyn zatonięcia promu Jan Heweliusz był niesymetryczny sposób zabalastowania promu, mówi po latach Zbigniew Szozda, prorektor Akademii Morskiej w Szczecinie.
Oczywiście pogoda była tym starterem.
Moim zdaniem podstawowym czynnikiem, że w momencie kiedy statek rozpoczął mieć kłopoty statecznościowe, był w niesymetrycznym stanie zabalastowania.
Zdaniem Jana Jankowskiego z Polskiego Rejestru Statków Jan Heweliusz nie zatonął z powodu uszkodzenia rampy rufowej.
Ta naprawa w pobliżu rampy rufowej została dokonana przez załogę.
W każdej sytuacji służby techniczne armatora powinny zgłosić to Parisowi.
Myśmy o tym nie wiedzieli, ale tak drobna naprawa, nawet gdy byłby tam drobny przeciek nie jest w stanie spowodować takiej katastrofy.
Paweł Pożycki, prezes EuroAfryki przypomina, że statek przegrał z pogodą, która wtedy panowała w tym rejonie Bałtyku.
Nie jest odpowiedź, którą można zawrzeć w jednym zdaniu.
Ponad 15 lat trwają dyskusje i spekulacje na ten temat.
Jedno jest pewne, że statek przegrał z żywiołem, ponieważ warunki, które panowały wówczas były ekstremalne.
Myślicie, że to koniec tej opowieści?
To dopiero początek naszego radiowego śledztwa, bo w kolejnych odcinkach zrobimy to, czego inni nie zrobili przez długie lata.
I krok po kroku będziemy szukali odpowiedzi na konkretne pytania.
Czy prom miał wady konstrukcyjne?
Dlaczego wyszedł z portu, choć nie powinien tego zrobić?
Czemu zeznania w sądzie są sprzeczne?
jedyny ocalały świadek, który był na mostku Heweliusza, mówi, że kapitan był tam już wcześniej, kilka godzin przed tragedią i miał pełen obraz sytuacji.
W domyśle mógł przecież zawrócić.
Ale kapitanowie innych polskich promów, którzy łączyli się w tym czasie z Heweliuszem, przez radio ani razu głosu kapitana nie słyszeli.
Czy prawdą jest, że pasażerowie nie usłyszeli dzwonków alarmowych, bo ten system nie został w zamieszaniu w ogóle uruchomiony?
Więc jak mieli mieć szansę na jakikolwiek ratunek?
Czy zawory systemu balastowania i korygowania przechyłów w porcie były wbrew przepisom otwarte również na morzu i w czasie dramatu próbowano nimi stabilizować prom?
Bo jeżeli tak było, to wraz z przewracającymi się ciężarówkami i wagonami kolejowymi był to dosłownie gwóźdź do trumny.
Dlaczego dopiero gdy sztorm narastał, wysłano załogę, by mocno zakotwiczyła przewożone ciężarówki?
Przecież to powinno być zrobione dużo wcześniej.
To ma być wytłumaczenie?
I wreszcie te najpoważniejsze oskarżenia o źle przeprowadzoną przez Niemców akcję ratunkową.
Oskarżający, których przecież tam jednak nie było, czy broniący swojego dobrego imienia ratownicy, którzy, co bardzo ważne, byli ochotnikami i nie musieli płynąć na ratunek Heweliusza, ale postanowili na tę pomoc ruszyć.
Tylko, że potem wyszło jak wyszło.
Zapraszam na kolejne odcinki, ale uprzedzam, że jest to opowieść dla ludzi o silnych nerwach.
Katastrofa promu Jan Heweliusz opowiedziana za pomocą głosów bohaterów tego dramatu.
A w tym pierwszym odcinku wykorzystałem archiwalne nagrania Polskiego Radia, w tym zarejestrowany wtedy świetny reportaż Marka Synowieckiego Ostatni rejs Heweliusza, ale także relacje naszych reporterów, korespondentów i własne nagrania oraz notatki sprzed lat.
Heweliusz.
Prawdziwa historia.
Więcej naszych podcastów znajdziesz na polskieradio.pl i we wszystkich innych miejscach, gdzie słuchasz podcastów.
Ostatnie odcinki
-
Odcinek specjalny. Odkrywamy nowe fakty I Hewel...
14.01.2026 06:30
-
Po emisji naszego podcastu świadkowie przerywaj...
13.11.2025 06:30
-
Tajemnica Heweliusza. Co go zatopiło? I Heweliu...
06.11.2025 06:30
-
Heweliusz. Wdowy, sąd i tajemnice I Heweliusz. ...
04.11.2025 06:30
-
Heweliusz tonie. Gdzie był ratunek? I Heweliusz...
30.10.2025 06:30
-
Katastrofa. Jak tonął Heweliusz? I Heweliusz. P...
28.10.2025 06:30
-
Katastrofa Heweliusza. Co wydarzyło się naprawdę?
21.10.2025 06:30