Mentionsy

Nie-winna Sztuka
18.09.2025 11:57

125. Boznańska. Kameralnie. Malarka duszy prywatnie w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Dzisiaj zabieram Was na wspaniałą wystawę do Muzeum Narodowego w Krakowie. Poza magicznymi, migoczącymi obrazami Boznańskiej, opowiem Wam o rzeczach osobistych z paryskiej pracowni, które wg swojej ostatniej woli Artystka przekazała do Muzeum, w mieście, w którym się urodziła i tworzyła. Będą intymne listy od miłości jej życia, szkice z dzieciństwa, palety, na których mieszała pigmenty, by tworzyć melancholijne portrety. Proszę wyprasować garsonki i ruszamy na wystawę! Miłego słuchania, Marika Szwal.

POST PODCASTOWY na instagramie:


INSTAGRAM:

https://www.instagram.com/marika_szwal_niewinnasztuka/

Zostań Patronką/Patronem: https://patronite.pl/niewinnasztuka

SKLEP: ⁠⁠⁠⁠⁠https://www.szwalmarika.com⁠⁠⁠⁠⁠

Odcinek powstał we współpracy z Muzeum Narodowym w Krakowie:

https://mnk.pl

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 668 wyników dla "Muzeum Narodowym w Krakowie"

Witam Was w kolejnym Niewinnym odcinku.

Ja nazywam się Marika Szwal i dzisiaj, moje drogie i moi drodzy, opowiem Wam o magicznej wystawie, na którą wybrałam się do Krakowa na zaproszenie Muzeum Narodowego.

Wystawa nazywa się Boznańska Kameralnie

Nie wiem czy wiecie, ale ten rok 2025 został ogłoszony rokiem właśnie Olgi Boznajskiej.

Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, moi drodzy, ustanowił go po prostu w uznaniu za jej dorobek artystyczny.

Plus też w tym roku przypadła 160. rocznica urodzin i 85. rocznica śmierci Boznajskiej.

Więc wszystko się tak złożyło, że muzea zaczęły robić wspaniałe wystawy.

Bardzo mnie to cieszy, no bo w związku z tym możemy świętować talent jednej z najwybitniejszych polskich malarek.

I jak wiecie już z Niewinnej Sztuki, z odcinka numer 68, Olga to jedna z najwspanialszych polskich artystek, ale też jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie.

Jak ostatnio byłam w Paryżu, to wiele z Was mi pisało, że wracacie właśnie z Muzeum Dorsey,

w którym wiszą jej prace.

No to jest naprawdę big deal.

Poza tym Olga, no nie ukrywam, to jest niezła zawodniczka, jeżeli chodzi o niekonwencjonalne wybryki w życiu prywatnym.

No więc same rarytasy dla naszej niewinnej społeczności.

Tak naprawwszystko co uwielbiamy, połączenie wielkiej sztuki z ciekawymi ciekawostkami bez wstydu.

I to właśnie dzisiaj tak naprawdę dla nas przygotowałam, bo czy nie przyjemniej jest krążyć wśród pięknej sztuki znając niewinne ciekawostki?

Więc dzisiaj zabieram Was na wystawę, ale przy okazji powtrącam trochę, trochę to kłamstwo, będzie ich dużo, art dygresji o prywatnym życiu Olgi Boznańskiej.

Także Muzeum Narodowe w Krakowie jest dzisiejszym patronem odcinka i kiedy zaprosili mnie do współpracy, to od razu zaczęłam prasować garsonkę, no bo co jak co, ale no zobaczenie na żywo prac boznańskiej w mieście, w którym się urodziła i w którym tworzyła, zdecydowanie nie było na moim tegorocznym bingo, ale no miałam niezłą niespodziankę, a garsoneczka była potrzebna, bo gmach Muzeum Narodowego, moi drodzy...

Robi ogromne wrażenie.

Jak przed nim stanęłam, to był mój pierwszy raz, to pierwsze co powiedziałam, to było bigger is better.

Naprawdę, no ja w Krakowie nie byłam 13 lat, więc to był dodatkowy plus i bardzo chciałam też wykorzystać ten czas, więc podczas mojej ardy wycieczki wpadłam nawet pod dom Olgi Boznańskiej.

Niestety był zamknięty, a liczyłam na małą kawkę.

Ale z tego co wiem, czasami się otwiera z okazji różnych eventów.

Nawet był organizowany takie wydarzenie pod tytułem Domówka Oboznańskiej.

Bardzo mnie to zaintrygowało, więc mam nadzieję, że jeszcze będzie mi to dane.

A jak Wy macie ochotę zobaczyć też to miejsce, w którym mieszkała i w którym miała swoją pracownię w Polsce, no to moi drodzy musicie wybrać się na ulicę Piłsudskiego 21.

Albo po prostu wpisać w Google, myślę, że to nie będzie wielkim problemem.

I też w porównaniu do mojej paryskiej przygody, no to Wam powiem, że pod domami wielkich artystów w Paryżu było dużo turystów, a tutaj w Polsce, w Polsce w Krakowie, byłam ja sama samotna.

No i jedna pani, która tam parkowała.

Wiecie, no ja stworzyłam podcast o Boznańskiej, więc miałam jakąś pulę informacji na jej temat, ale przed wyjazdem do Krakowa jeszcze chciałam sobie to poszerzyć i też tak zrobiłam.

No i dowiedziałam się, że Olga co prawda lubiła odwiedzać rodzinne strony, jakby zawsze miło wracać do domu.

ale jednak jeszcze bardziej lubiła wracać do siebie, tego swojego prawdziwego siebie, czyli do Paryża.

Nie ma co ukrywać, że ten czas w Polsce dla kobiet nie był zbyt łaskawy, za to w Paryżu była traktowana jak prawdziwa artystka, a nie tylko materiał na żonę czy kurę domową.

No ale dobrze, zaczniemy od początku jak zwykle.

Mam nadzieję, że również wyprasowaliście te garsonki, no bo muzeum, wiecie, zobowiązuje.

Znaczy, wiecie, z jednej strony trzeba godnie reprezentować niewinną rodzinę, a z drugiej strony po prostu ubierajcie się tak, jak wam wygodniej, tak jak czujecie się najlepiej.

Opowiem Wam o kilku elementach wystawy, bo jednak chciałabym, żebyście poszli i sami przeżyli to piękne wydarzenie, a czasu jest niewiele, bo tylko do 2 listopada tego roku.

Więc nie mogę pozbawWas niektórych zaskoczeń, a trochę ich było.

I tutaj od razu powiem, że niech Was nie zmyli tytuł wydarzenia, bo wystawa wcale nie jest kameralna, a tym bardziej mała.

Wchodząc na nią widzimy wielkie, bo bigger is better, zdjęcie Olgi.

To jest zdjęcie z jej pracowni, która trochę właśnie nadaje ton całej tej wystawie, bo takim hasłem często powtarzanym przez organizatorów jest zaproszenie nie tyle na wystawę artystki, co raczej wpadnięcie do samej Olgi.

Bardzo mi się to podoba, bardzo chwytliwe, dobry marketing.

Wiecie, no takie bez nadęcia, z prywatą w tle.

Dlatego słowo kameralnie nadaje bardziej nastrój tego, czego zaraz doświadczymy, a nie wielkości.

A dobrze wiecie, że ja uwielbiam art prywatę.

Wszelkie osobiste przedmioty, palety czy listy, no to jest coś, czego faktycznie szukam na wystawach.

I ja Wam zawsze tutaj po prostu mieszam życie prywatne z tym artystycznym, bo...

Jak już wiele razy Wam o tym mówiłam, wiele razy o tym rozmawialiśmy, pewnie jeszcze nie raz porozmawiamy.

Ja nie oddzielam dzieła od życiorysu, bo każdy ten jeden szczegół ma wpływ na to, jaką artystką stawała się Boznańska.

To tak wiecie, w gwoli ścisłości.

Więc pomyślałam, że ta wystawa jest idealnie skrojona pod nas.

I uznajmy nawet teraz, moi drodzy, że Narodowe Muzeum w Krakowie zorganizowało ją specjalnie dla nas.

I na początku wystawy jest najwięcej rarytasów.

Dobra, słuchajcie, tylko ja Wam jeszcze zrobię mały disclaimer.

Na końcu będę Wam opowiadała o obrazach, czyli jakby całej esencji, ale teraz poopowiadam Wam właśnie o tych takich rzeczach, które są najrzadziej pokazywane podczas wystaw albo w dużo mniejszej ilości.

bo tutaj na przykład widziałam jej fartuch, który, wiecie, wkładała, kiedy malowała, ale wydaje mi się, że ktoś musiał go uprać przed rozwieszeniem w muzeum, dlatego, że nie był tak upaprany, jakbym się spodziewała, albo no, boznańska po prostu wycierała pędzlenie w fartuch, a w jakąś szmateczkę, to też jest możliwe.

ale była piękna, drewniana skrzyneczka z jej farbami, z kilkoma, które tam gdzieś się ostały i z pędzlami.

I pewnie już dobrze wiecie, jak jesteście fankami czy fanami boznańskiej, że jej pędzle były zazwyczaj zaniedbane, ona w ogóle się tym nie przejmowała, tym, wiecie, że one gdzieś tam leżą w kącie zaschnięte, wiecie.

Dla niej to mogła być bezużyteczna szczota i zbytnio się tym nie przejmowała.

Ale ja też się tak zastanawiałam, że nie wiem jak wtedy, ale teraz też o tym rozmawialiśmy.

Dobre pędzle to jest ogromny wydatek.

Wiecie, jeden pędzel potrafi kosztować kilkadziesiąt albo kilkaset złotych.

Ja o swoje przez to bardzo dobrze dbam, jak wręcz o bezcenny skarb.

Jej pędzle były rozczapierzone, wiecie, niczym nasze włosy o poranku.

I też już będąc w tym temacie, no to jest pewna ciekawostka, bo ona zazwyczaj malowała na kartonie, na tekturze, wiecie, takiej szarej tekturze.

I przechadzając się po tej wystawie, ja oczywiście zwracałam na to uwagę, które obrazy są malowane na tekturze, a które na płótnie.

No i faktycznie znalazłam kilka obrazów, które były malowane na płótnie, co też mnie troszkę zdziwiło.

Ale z racji, że ja się dowiedziałam dlaczego tak było, tuż Wam mówię, okazało się, że to klienci niektórzy prosili ją, żeby namalowała obraz na płótnie, a nie na tekturze.

To mniemam, że wiecie, po prostu dla nich brzmiało to bardziej profesjonalnie albo elegancko.

I tutaj od razu mam pierwszą ciekawostkę.

Jeden z jej klientów, jakiś amerykański malarz, zamówił u niej portret swojej mamuni.

Oczywiście mimo, że poznańska wolała tę tekturę, no to on sobie zażyczył, żeby namalowała obraz na płótnie.

Obrzydliwie to brzmi, ale musiałam.

No i okazało się, że Olga nie jest zbyt dobra w gruntowaniu płócien, więc powlokła jakby to płótno grubą warstwą kleju takiego stolarskiego, jak robiła to po prostu w przypadku tektury, która inaczej działa niż płótno, więc klej nie wsiąknął w to płótno, ale z wierzchu utworzył taką jakby skorupę,

która dosłownie odgradzała płótno od farby.

Więc to, co było wilgotne, zaczęło odpadać i się po prostu łuszczyć.

No i nie dało się tego jakkolwiek naprawić.

Naprawdę nie było to już do uratowania.

I ten klient taki zirytowany wytłumaczył co i jak Boznańskiej.

Wiecie, pewnie myślał, że ona zaraz tutaj już panu poprawię i jeszcze raz namaluję za darmo.

A ona tylko odpowiedziała...

Totalnie bez wyrzutów sumienia.

I wiecie, tak po pierwsze, no to ja sobie myślę, że jest to wyłącznie dowód na to, że lepiej nie zmieniać przyzwyczajeń artystów i jak coś będziecie kiedykolwiek zamawiać od artysty, to nigdy nie kombinujcie po swojemu.

Uwierzcie, zawsze po prostu na tym lepiej wyjdziecie.

tego doświadczył.

Ja tak robię od lat, że jak sprzedaję moją sztukę, to klient ma określone zadanie i w żaden inny aspekt się nie wtrąca, bo ja wiem przez te wszystkie lata, że to, jak ja to zrobię po swojemu, to będzie najlepiej i on będzie najbardziej zadowolony.

Uwierzcie mi, brzmi to tak średnio, ale w sensie średnio brzmi, że klient nie ma zbyt dużo do powiedzenia, ale na tym zawsze najlepiej wychodzi.

Ale z drugiej strony też się zastanawiam nad jedną sprawą.

Jak Olga, wykształcona w Monachium w Paryżu, ona w ogóle już w Polsce od dziecka się uczyła, jak ona mogła nie znać podstawowych zasad gruntowania płótna?

Ja rozumiem, że można nie znać podstawowych zasad, nie wiem, jakiegoś przedmiotu, który nas nie interesuje, na przykład fizyki, prawda?

Ale tutaj to była rzecz, którą ona zajmowała się na poważnie i o której zawsze marzyła.

Więc oczywiście wyruszyłam w poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie.

Strasznie mnie to zainteresowało.

I tak, w momencie studiowania w Monachium na akademiach było pełne przygotowanie do pracy z płótnem.

Były właśnie takie pracownie.

Były też te, gdzie profesorowie pokazywali jak dobierać pigmenty, jak używać laserunków.

Ale, zawsze to ale, pamiętajmy, że ona była kobietą.

No nie możemy o tym zapominać, a fajnie byłoby po prostu mówić artystka, a nie artystka kobieta i kobietom nie było można, nie było wolno, ponieważ kobiety wtedy miały ograniczony dostęp do pełnego programu uczelni.

I to jest odpowiedź na to pytanie.

Dlaczego Olga Boznańska mogła nie znać podstaw, po prostu nie była do nich dopuszczana jako kobieta.

I cały czas to samo mielimy przy każdej artystce, którą omawiam.

Czytałam też, że krytycy wręcz mówili, że Boznańska nie była malarzem akademickim, lecz malarzem duszy i że miosło po prostu odsunęła na bok, czyli wiecie, te wszystkie przyziemne sprawy, bo dla niej po prostu najważniejszy był efekt, taki psychologiczny i cały nastrój tego, co tworzyła, a nie wiecie, trwałość techniczna.

Ja nie wiem, czy to nie jest nadinterpretacja, może po prostu od razu chciała przechodzić do rzeczy i malować, faktycznie tak jak oni twierdzili.

Z tego co wiem, to ona po prostu lubiła tę tekturę, dlatego że ona wchłaniała bardzo dużo farby, co dawało taki, wiecie, matowy efekt, który jej się podobał.

No i często też zostawiała wolne, łyse miejsca, dopasowując po prostu kolor całej pracy do tej szarej tektury, na której tworzyła portret.

I dzięki malowaniu na tekturze najzwyczajniej po prostu też łatwo jej było tworzyć te miękkie przejścia, tłumić barwy.

Dla niej to było bardziej prawdziwe.

No i też z tego co wiem, no to sama faktura płótna jej bardzo przeszkadzała, gdzie zazwyczaj wszyscy raczej jarają się tą fakturą.

Ale też sobie pomyślałam, moi drodzy, o jednej sprawie.

Jak oglądałam te obrazy, to po pierwsze...

były bez szyb, co wspaniale się oglądało, bo nie odbijało się żadne światło i tylko jeden obraz był leciutko wygięty i jak ja byłam kiedyś na innych, wiele lat temu w wystawie boznańskiej, to wiele tych obrazów z tektury było mocno wygiętych, a tutaj nie, tutaj ekspozycja była naprawdę bardzo ładna i też powiem Wam, że ja zawsze z boku oglądam też obrazy, Wy też zresztą, żeby zobaczyć jak wyglądała ta fakturowość

danego obrazu i tutaj ona ewidentnie bardzo mało farby nakładała, więc to musiał być jej patent, więc skoro działał, no to dlaczego miała tak nie robić?

W sensie, no raz tam się coś popsuło na płótnie.

Każdy może popełniać błędy, prawda?

Chodzi mi po prostu o to, że każdy z artystów, z artystek ma swoje zboczenia i upodobania, no i nie ma co po prostu walczyć z tym w przypadku sztuki a propos tych zboczeń.

Więc z racji, że ona zawsze robiła to, na co miała ochotę, to tym razem nie było inaczej.

Robiła to po swojemu i uważam, że bardzo dobrze, bo efekt jest świetny, te obrazy też są świetnie zachowane.

Wiem też, że jak ona mieszkała w Paryżu, to potrafiła malować na jakichś tam kawałeczkach, jakieś opakowania po herbacie czy na jakichś kartonikach, więc tego też się dużo walało.

Korzystała po prostu z wszystkiego, co miała pod ręką.

No i też taka ciekawostka, która może Was nie zainteresuje, ale taka moja fetyszowo-artystyczna, bo ja lubię techniczne rzeczy, jeżeli chodzi o artystów i artystki.

Ona nie używała werniksu, a jednak wszyscy w tamtym czasie go używali, bo zabezpieczał też obraz i uwypuklał.

Wiecie, jak się zaleje werniksem obraz olejny, no to nagle on naprawdę staje się magiczny.

Ona po prostu chciała, żeby te obrazy były matowe.

I ja jestem świadoma, że w tych czasach mamy, wiecie, różne werniksy, bo są też werniksy matowe do kupienia w słoiczku, są w spreju, w różnych opcjach.

Wszystko teraz, wiecie, jakby, moi drodzy, czego to teraz nie ma?

Powiedzcie mi, no.

Ewentualnie może jakiejś przyzwoitości, ale też dowiedziałam się, że ona używała tanich, zwykłych farb i to mnie zszokowało, no bo nie wiem, w przypadku na przykład Van Gogha, no to on wolał sobie kupić dobre, fajne farby niż jedzenie.

Więc różne priorytety.

Ale jak widzicie, tutaj sprawdza się to powiedzonko, którego nie znam, ale coś mniej więcej w stylu, że nieważne czym, ważne, że masz umiejętności.

Ludzie, jestem kiepska w te powiedzenia.

No i przyznam, że jak tak patrzę na całokształt tego chaosu w pracowni boznańskiej,

To jest wręcz niesamowite, że mimo właśnie używania tych zniszczonych pędzli, wiecie, zaschniętych, takich rozczapiszonych, plus tych zwykłych farb i malowania na tekturze, czego, nie wiem, na studiach nawet nie powinno się robić, w cudzysłowie nie powinno.

No to Olga potrafiła stworzyć tak magiczne, tak subtelne i delikatne obrazy, na które jak ja patrzyłam, to nie mogłam oderwać od nich wzroku.

Ja w ogóle nie myślałam, czy to jest na tekturze, czy na płótnie, czy tanią farbą, czy wiecie, czy farbą za miliony monet.

Ale też znalazłam cytat, że jeden z krytyków sztuki, który przyjaźnił się z Olgą, powiedział tak...

Jak można tak nędznymi pędzlami, tak subtelne i drobne wykonywać dotknięcia?

To nie do uwierzenia.

Świadczy o żonglerstwie jej ręki.

I Olga też nie bez powodu jest uznawana za jedną właśnie z największych, z najwspanialszych, najwybitniejszych Polek, czy też polskich malarek, bo to była kobieta z jajami, no chociaż tutaj już będę mówiła z jajnikami.

Silna, niezależna, no i od początku ona wiedziała, czego chce od życia.

Była też bardzo dobrze wykształcona, mówiła po angielsku, po francusku i po niemiecku.

I to jest, wiecie, wszystko się ze sobą łączy, no bo jak ja byłam na tej wystawie, no to trochę czułam się jakbym była w pracowni Olgi Boznańskiej, więc moje myśli krążyły wokół różnych historii.

I kiedy na przykład byłam świadoma, że ona jest dobrze wykształcona, mówi w trzech językach na genialnym poziomie,

No to od razu też przypomniała mi się historia, że kiedy do niej wpadali modele, czy to klienci z całego świata, to ona nie miała problemu, by z nimi sobie porozmawiać, a oczywiście prowadzić ciekawe rozmowy podczas wielu godzin, które razem spędzali w jej pracowni.

Jest też wiele wspomnień właśnie tych ludzi, którzy ją odwiedzali na temat Olgi.

Uważam, że jest to bardzo ładny komplement.

Bo tutaj tak w skrócie Wam powiem, ale Olga najpierw studiowała w Krakowie, to był tam 1884-1886 rok w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie dla kobiet.

Muszę to zawsze dodawać.

To były lekcje prywatne, jej rodzina była zamożna, ojciec zawsze płacił za jej edukację.

Potem wyjechała do Monachium, to był 86-98, również w prywatnych pracowniach, bo tylko z takich mogły skorzystać kobiety.

No i na koniec był 98 rok, czyli widzicie, ona bardzo wiele lat poświęciła na edukację i kiedy wyjechała do Paryża, no to co prawda nie studiowała w najbardziej elitarnej Ecole des Beaux-Arts, tylko po prostu brała prywatne lekcje, poniewwszyscy razem była kobietą, więc nie mogła studioww Ecole des Beaux-Arts.

No, także i brała prywatne lekcje, uczyła się też już wtedy sama, spotykała się z bochemką, brała, wiecie, udział w różnych salonach, wydarzeniach, więc to wszystko ją również kształtowało.

I ja to mówię nie bez powodu, jak zwykle muszę orędzie wygłosić.

ponieważ pamiętajcie, że jak ja nieraz powtarzam swoje orędzia, to wyłącznie dlatego, że są tacy, którzy słuchają każdy odcinek po kolei, a są tacy, którzy wybiórczo słuchają albo dopiero trafili na niewinną sztukę, więc muszą poznać mój charakter.

Chodzi o to, że to jest według mnie największy dowód na to, jak edukacja jest ważna.

Ja Was bardzo proszę, bo żyjemy w dosyć głupich czasach.

Niech Wam żadna influencerka nie wmawia, że studia nie są potrzebne, bo jej się akurat udało bez.

Wiecie, nie?

To są pojedyncze, po prostu wypadkowe, a widzę i słyszę, że coraz więcej jest takich tekstów od wielkich internetowych autorytetów.

I nie ukrywajmy, teraz każdy może być autorytetem i wiele ludzi bierze od nich różne rady.

I ja po prostu będę to powtarzała do usranej, za przeproszeniem, śmierci, że wykształcenie to jest jeden z najważniejszych elementów dla nas, bo nikt nam tego nie odbierze i absolutnie nie chodzi mi wyłącznie o papierek.

I wiecie o tym, jak mnie znacie.

była naszym autorytetem i osobą, z której bierzemy przykład, bo ona była bardzo pracowitą kobietą i robiła wszystko, by móc się uczyć w czasach, kiedy nie mogła się uczyć.

Ona oczywiście miała lepiej, no bo jej tata miał pieniądze, ale generalnie nawet przez to, mimo tego, że miała pieniądze na edukację, no to było to i tak utrudnione, bo można było zapłacić ile tylko wlezie, a i tak nie mogła uczestniczyć w lekcjach dla mężczyzn.

Zofia Stryjeńska to ona się przebrała za chłopa, żeby studiować.

Udawała swojego brata.

Zresztą też w Monachię.

I tutaj mocno widać jej determinację.

Mi też się bardzo podoba, że jej ulubionym zajęciem w życiu to było siedzenie w pracowni i malowanie.

Poważnie, ona była skupiona i absolutnie zakochana w tej sztuce.

I jak sobie po prostu tak o niej myślę, jak o niej czytałam, jak chodziłam po tej wystawie, oglądałam jej zdjęcia i obrazy i różne inne rzeczy, które Wam jeszcze opiszę, no to stwierdziłam, że Olga Boznańska była bardzo fajną babką.

I też bardzo podoba mi się fakt, że wielcy, o których ja opowiadam Wam w Niewinnej Sztuce, to zawsze były bardzo ciekawe persony.

W sensie dlatego ja też nie oddzielam artystów od jego życiorysu, bo poza wielkim talentem, no to o logiczne, że byli ekstremalnie uzdolnieni, no bo o nich teraz mówi historia sztuki.

ale oni też byli charyzmatyczni, inteligentni i mieli w sobie ten pierwiastek boskości, za którą dzisiaj są tak licznie krytykowani.

Ja wiem, że jak zwykle temat mi się rozjechał i dygresja za dygresją, ale musicie mi wybaczyć, ja po prostu mam nadzieję, że te informacje, o których wam tutaj biadole, przydadzą wam się, kiedy będziecie chodzić po tej wystawie, no bo to jakoś tak zawsze przyjemniej wiedzieć trochę więcej, a nie tylko oglądać dane eksponaty.

Ale jeżeli już mówimy o tych eksponatach i to prywatnych, no to zobaczyłam ich wiele na wystawie.

Na przykład były takie tutki, fifki, nie wiem jak to się nazywa profesjonalnie, w które wkładało się papieroski.

Wydaje mi się, że nie dlatego, żeby być wielką damą, tylko po prostu te papierosy nie miały wtedy filtra, więc nikt nie chciał tego tytoniu rzuć, który wpadał do...

do buzi, więc używano takich tutek.

I dla mnie to jest ciekawa ciekawostka, ponieważ boznańska kopciła bardzo dużo, podobno nawet półtorej paczki dziennie, co jest niezłym wynikiem, aczkolwiek nie do końca mnie to dziwi, bo skoro ona od rana do nocy siedziała w tej pracowni, no to co się dziwić, że tyle jarała gdzieś tam w małych przerwach.

I ja się domyślam, że może to nie pasuje do obrazu takiej wielkiej, wspaniałej artystki, która tworzyła takie melancholijne, subtelne obrazy.

No ale taka jest prawda.

Ale też z innych prywatnych drobnostek były na przykład dwie pary okularów.

Jedna była do czytania, a jedna przeciwsłoneczna.

Była również spinka do włosów.

To akurat jest fajny detal, dlatego że jak ja myślę sobie o Boznańskiej, no to od razu widzę przed oczami ją w tych swoich wielkich szatach, zakrytą od szyi aż pod same paluszki stóp.

No i zawsze miała na sobie ten wielgachny kok, który mi się właśnie kojarzy wyłącznie z Boznańską.

Więc to musiała być naprawdę dobra spinka, skoro dawała radę spiąć tyle włosów, no.

I ja się wtedy, jak do niego patrzyłam przez tę gablotkę, to zastanawiałam, czy ona w środku nosiła jakieś zdjęcia.

I w ogóle od kiedy zaczęto wkładać zdjęcia do portfela?

W ogóle jak myślicie?

Co mogła ona w nim nosić?

Od razu pomyślała, że na pewno to nie były zdjęcia jej narzeczonego.

Pewnie bardziej po prostu zdjęcia jej pieska.

To jest bardziej możliwe.

Ale tego się tak naprawdę nie dowiemy.

Chyba, że w jakiejś biografii, której nie czytałam, jest o tym wzmianka.

Ja na przykład w ogóle nie noszę portfela, więc nie noszę również i zdjęć.

No jeszcze była jedna super ciekawostka a propos rarytasków prywatnych, ponieważ okazało się, że cały zbiór książek boznańskich, czyli około 300 egzemplarzy, został przekazany do Muzeum Narodowego właśnie w Krakowie.

Olga sama sobie tego zażyczyła, to była jej ostatnia wola.

A co jeszcze lepsze, powolutku teraz udostępniają go w bibliotece w muzeum.

To jest w ogóle niesamowite.

I wiem, że jest jakiś kod QR bodajże właśnie na wystawie.

Ja się dowiedziałam tego po, więc nie mam zdjęcia, ale spróbuję załatwić dla moich patronów do Artus Lettera, który właśnie pokazuje nam spis tych książek, które znajdują się w bibliotece, w muzeum.

I to też jest ciekawe, bo wydaje mi się, że był jakiś odcinek nie o tym, co czytali artyści, chociaż to jest super pomysł, ale ja gdzieś a propos jakichś pracowni coś opowiadałam Wam, kto co czytał, jakie książki.

Bo nie ukrywajmy, to co czytamy to nas bardzo określa, więc jestem ciekawa jaki miała gust.

Tamte książeczki na wystawie były malutkie i miały po francusku tytuły, więc musicie wybaczyć.

Wstawię na Instagram, to sobie zobaczycie, co mogła czytać.

Albo właśnie trzeba sprawdzić tę Bibliotekę Muzeum Narodowego.

Super, to jest kul ciekawostka.

I tutaj jak ja Wam tak opowiadam o tych przedmiotach, to musicie sobie wyobrazić, że było kilka pomieszczeń otwartych, półotwartych i tak przechodziło się właśnie, one były oczywiście tematycznie, ja tutaj troszkę skaczę, ale było jedno pomieszczenie właśnie z tymi różnymi pierdółkami i też oczywiście w gablotce, super wyglądały te przedmioty w gablotce,

Był elegancko oprawiony album rodzinny, drewniana okładka, wow, i do tego miało takie metalowe zdobienia i zamknięcie i na górze była jakaś taka, wiecie, no ozdóbka po prostu metalowa.

Trochę wyglądała jak jakaś magiczna księga z Harry'ego Pottera.

Co prawda był zamknięty, ale na ścianie obok były wywieszone niektóre z fotografii z tego albumu, więc możecie sobie zobaczyć jak wyglądali członkowie jej rodziny, jakaś mała właśnie Olga Boznańska.

Mnie to tak średnio kręciło, bo jednak chciałam chłonąć wszystko co związane z Olgą, a nie oglądać jej wujków i pradziadków, ale jest to ciekawa sprawa, że ona ten album faktycznie miała w swojej pracowni.

No dobra, ale przejdźmy do tego, w co lubimy się zakopywać, czyli moi drodzy do listów, różnych papierów, zaproszeń, wyróżnień.

Tego było bardzo dużo na tej wystawie.

Wiecie no, ręcznie wypisane, piękna kaligrafia, cudo, ja bardzo lubię kaligrafię i liternistwo.

Chociaż przyznam, że było to tak piękne, że wielu nie potrafiłam odczytać, ale i tak było satysfakcjonujące.

I to wszystko było ustawione w gablotce i tutaj muszę się zatrzymać, bo okazało się, że przy tym stoliku wiszą takie tabliczki.

No ja tak wzięłam je do ręki.

Odwracam, patrzę, chyba to są przedrukowane rzeczy z gablotki, ale zapytałam się dziewczyny, która pracuje w muzeum, no bo tam zawsze chodzą różne młode osoby, więc fajnie, można się ich zapytać o co tylko chcecie, domniemam, że też mają wiedzę a propos muzeum.

I ona mi powiedziała, że to są właśnie przedruki tych wszystkich rzeczy, które znajdują się w gablotce, więc można sobie wziąć taką tabliczkę do ręki i z bliska przeczytać.

Z jednej strony jest jakby przedruk oryginału, a jak odwrócimy, no to jest w skrócie napisane, co tam jest.

Świetna sprawa!

I właśnie ta sama dziewczyna, pozdrawiam jak słuchasz, która tam pracowała, powiedziała mi, że w tym dniu, kiedy ja przyszłam, no to była pani na wózku.

I to było ciekawe, dlatego, że ona powiedziała, że przez to, że pani siedziała na wózku, te gablotki były nisko, ale jednak nie mogła dokładnie zobaczyć jakby tej całej wystawy w gablotce, no to te tabliczki były idealne właśnie jakby pomocą dla niej.

pooglądać dokładnie to, co jest u góry, bo pamiętajcie, na tabliczkach były przedruki, czyli to prawie jakby, nawet lepiej, bo trzymała prawie oryginał, nie?

Bardzo mi się to spodobało, w sensie to jest świetny pomysł i powiem Wam szczerze, że ja akurat na to zwracam uwagę bez względu, gdzie jestem, w sensie czy muzeum jest dostosowane do osób niepełnosprawnych,

Mam kilka słuchaczek, szczególnie dwie moje ulubione, które do mnie często piszą i one mi bardzo często też mówią o problemach, z jakimi się spotykają, a których ja bym na przykład nie zauważyła jako osoba pełnosprawna.

Więc tutaj, moje drogie, Muzeum Narodowe w Krakowie ma super warunki.

Są i windy, podjazdy, więc nie ma z tym żadnego problemu.

Tak powinno być wszędzie, ale świetnie, że w ogóle bym o tym nie pomyślała, gdyby nie ta dziewczyna nie zaczęła tego tematu.

Ja to zawsze mam farta, wam powiem.

No dobrze, ale tak przechadzałam się pomiędzy tymi gablotkami, pomiędzy ludźmi, czytałam te listy, chociaż próbowałam, no bo wiadomo, były nieczytelne w większości.

I powiem Wam, że zobaczyłam nagle, jak podniosłam głowę, portret mężczyzny.

Ja wiedziałam, co to za mężczyzna od razu, jak tylko go zobaczyłam.

Był to Józek Czajkowski.

On tam dostojnie sobie wisiał nad jedną z gablotek, więc na ścianie nie miał zbyt dużej konkurencji.

I ja wiedziałam, że to właśnie tam znajdę najwięcej skarbów, bo jak wiecie z podcastu o Boznańskiej, Józef był jej narzeczonym.

Był też wszechstronnym artystą.

Moim patronkom i patronom chyba pokażę nawet jego obrazy w newsletterze, bo to może być ciekawe, bo o nim na pewno nigdy nie zrobię podcastu, jakby dajcie spokój.

Ale on też, tutaj w skrócie Wam mówię, że on się nie ograniczał wyłącznie do malarstwa, bo on projektowwnętrza, meble, tkaniny, witraże, plakaty, jakieś okładki do książek.

On też potem wykładał na Akademii Sztuk Pięknych.

Pewnie wiele rzeczy pominęłam, ale jak widzicie, jako mężczyzna mógł robić naprawdę bardzo wiele.

Ale ja Wam to wszystko wymieniam nie dlatego, żeby mu podbić ego, tylko dlatego,

żebyście mogli jakby zobaczyć, co mogło ewentualnie zaciekawić Olgę w tym oto młodzieńcu, no bo on miał wtedy 19 lat, kiedy poznał Olgę.

I poznali się, kiedy studiowała w Monachium, ponieważ Józef również przyjechał do Monachium, by doskonalić swój warsztat jeszcze wtedy malarski.

Ona była o 7 lat starsza, wyobraźcie sobie, no taki gówniarz się zakochał w pani Oldze, więc świetnie.

I z tego co wiem, to ona już wtedy mieszkała pięć lat w Monachium, więc wiecie, wyjadaczka tych artystycznych klimatów w tamtym miejscu.

I prawdopodobnie, jak to bywało przez całe jej życie, to polscy artyści wpadali do jej pracowni, bo zawsze to była otwarta pracownia, tak jak my dzisiaj jesteśmy u niej w pracowni.

Ta pracownia w Monachium mieściła się na Terezinstrasse.

I zapewne właśnie wiele źródeł mówi, że tam prawdopodobnie, słowo którego nie lubię, się poznali.

I nie ma co ukrywać, wiecie, kobieta, piękna, artystka, niezależna i piekielnie utalentowana, nieźle zaskoczyła młodziutkiego Czajkowskiego, imponowała mu to, tego jestem pewna.

Wiecie, w tamtych czasach, to był 1891 rok, no nie było oczywistością, żeby kobieta była taka samowystarczalna i frywolna w tej swojej wolności.

Imponowały mu też jej osiągnięcia i nietypowe podejście do życia.

W ogóle mu się tak naprawdę nie dziwię, no ale w jego przypadku to było do czasu.

Po prostu takie kobiety do dzisiaj się bardzo mocno wyróżniają, ja tam uwielbiam absolutnie.

poznawać charakterne, niezależne osoby, bez względu czy to kobieta czy mężczyzna.

Ale też ta cała kolebka art bohemki w Monachium była naprawdę soczysta, bo ja się dowiedziałam, że tam swego czasu studiował Józef Chełmoński, którego również wystawę możecie oglądać właśnie w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Ja się nie wybrałam dlatego, że już byłam na Chełmońskim, teraz skupiłam się na boznańskiej.

Też w Monachium studiowWojciech Kosek, Leon Wyczółkowski.

Tam naprawdę się dużo działo i faktycznie w Monachium był bardzo wysoki poziom, jeżeli chodzi o edukację artystyczną, więc ciekawie.

Czy ja muszę dodawać, że byli sami mężczyźni i Olga?

W każdym razie obraz Czajkowskiego od razu przykuwa uwagę, dlatego że on jest nad listami, które do niej pisał.

Olga zadbała oczywiście o każdy detal w tym portrecie, chociaż wiemy, że jakby nie od dzisiaj, że najważniejsze dla niej były oczy i dłonie, którym poświęcała dużo czasu, więc ja też na nie zazwyczaj zwracam uwagę.

Nie bez powodu takie malowała, właśnie to od razu przykuwa wzrok nas, odbiorców jej sztuki.

Zresztą no Oldzy nigdy się nie śpieszyło, jeżeli chodzi o malowanie.

I mój ulubiony tekst, który powiedziała kiedyś nasza droga Zofia Stryjeńska o Oldze, muszę Wam to przeczytać, brzmiał tak.

Malowała powoli, z przejęciem, a portrety robiła wprost latami.

Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, okocił, schudł, musiał pozować.

Zawsze mnie to bawi.

No i kiedy patrzyłam na ten obraz Józka, znając już ich historię miłosną, znając też niektóre listy, które Józek pisał do Boznańskiej, myślałam o tym, co ich w sobie pociągało.

Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale powiedzmy, że ja tutaj wiele płaszczyzn i wiele tematów w moim mózgu po prostu naraz się dzieje i domyślam się, że głównym czynnikiem była miłość do sztuki.

Fajnie mieć jakieś wspólne zainteresowania.

Tak też myślałam, że może fakt, że byli w obcym kraju, więc miło było porozmawiać z kimś, kto Cię rozumie jak nikt inny, to logiczne, bez względu ile znasz języków, tak jak Olga, no to jednak miło porozmawiać w swoim ojczystym, wywodząc się z tego samego miasta i kultury.

No i oczywiście fakt, że byli młodzi, pewnie chodzili sobie, wiecie, na randki, ale oczywiście tylko pod rękę na spacerek po skończonych zajęciach.

Może gdzieś razem siadali i szkicowali, rozmawiając o wszystkim, co ich interesowało.

Nie wiem, ja po prostu sobie tak to wyobrażam.

Na pewno byli grzeczni, bo przecież to był XIX wiek i jeszcze...

No i Monachium, a nie rozpusty Paryż, nie ma co ukrywać.

Ich listy, a w sumie to listy Czejkowskiego, bo tylko one się zachowały, świadczyły o jego wielkim zauroczeniu Olgą.

Ja wam czytałam w podcaście o Oldze jeden z tych listów i on tam zdrabniał też w te wszystkie słóweczka, te rąsie całował, złoteczko ty moje, on tak do niej mówił, on tak do niej pisał.

Strasznie był chłop zakochany i to też co ciekawe, kolejna ciekawostka, że oni codziennie pisywali do siebie listy.

Oczywiście tutaj móww momencie, kiedy Czajkowski wrócił do Krakowa, ale swoją drogą, tu znowu przypomnienie.

Widzicie?

Więc nie ma wymówek, że nie miało się czasu odpisać na wiadomość z telefonu, który ma się pod ręką 2-4 na dobę.

Niech to zapamiętają wszyscy wasi adoratorzy i adoratorki.

Tak, to było drugie ważne orędzie, moi drodzy.

No ale oczywiście jak to ja, moje myśli pokierowały się w stronę pytania, ciekawe ile taki list dochodził z Monachium do Krakowa.

Normalne, na pewno wszyscy o tym myślimy.

I sprawdziłam w internecie, internet mówi, że 2 do 3 dni, ale kiedy były sprzyjające warunki, cokolwiek to znaczy, moi drodzy, to nawet od 1 do 2 dni.

Więc dokładnie tyle samo co teraz, bo jak ja wyślę priorytet do moich patronów, no to na drugi dzień faktycznie dochodzi.

No chyba, że się zgubi na poczcie albo mają wakacje, ale generalnie jeden, dwa dni i dochodzi.

W każdym razie, no tutaj tylko w skrócie, chociaż moje skróty jak widzicie wcale nie są takie krótkie, ale no już to taka moja przypadłość, trudno się mówi.

Oni byli parą, a nawet narzeczeństwem, ale żyli osobno, no bo tak jak powiedziałam, Czejkowski w końcu wrócił z tego Monachium do Krakowa, a Olga została, żeby jeszcze studiować i potem chyba w 98 roku wyjechała w końcu do Paryża, no bo to było jej wielkim marzeniem od dawna, więc no to nas nie dziwi, prawda?

Mnie w ogóle po ostatniej podróży do Paryża, wiecie.

Mekka sztuki, mekka przełomów, plus oczywiście dla kobiet, dla kobiety artystki, dużo przyjemniejsze okoliczności niż gdziekolwiek indziej.

No i mimo, że oni byli zaręczeni, niestety już w tym 1900 roku Józek się zirytował i zerwał te zaręczyny.

Ponieważ on chciał, by Olga wróciła do Polski, ale Olga nie miała zamiaru.

I wiecie, ja z jednej strony go rozumiem, no jak jesteś zakochany i chcesz budować swoją przyszłość, no to chcesz być z tą drugą osobą, prawda?

Tyle, że Olga Boznańska wiedziała, co ją tam czeka, no rola żony i matki, a nie takie miała ambicje.

I wiecie co, bo często się przewija to w różnych wzmiankach o Oldze, właśnie ten powód, że ona chciała tworzyć i mimo tego, że było jej smutno, no bo kochała tego Józka, no to on z nią zerwał, no bo to jakby to była jej wina, tak?

I było po prostu powiedziane, że ona nie chce być żoną, ona chce tworzyć.

Ale to, co trzeba jasno powiedzieć, że Olga Boznańska uważała, że małżeństwo jest fizycznym okrucieństwem, dosłownie, moi drodzy, jakie zadaje się kobietom.

Ona czuła wstręt, kiedy widziała kobiety w ciąży.

Ona nie umiała zrozumieć, jak można poświęcić swoje całe życie na, tutaj cudzysłów, wyprodukowanie drugiego człowieka.

To są ważne słowa, bardzo mocny cytat, ale wydaje mi się, że Olga była bardzo odważna mówiąc to wszystko na głos.

W jej czasach zostanie żoną i matką było równoznaczne z porzuceniem własnych marzeń, więc nigdy nie wyszła za mąż poświęcając się swojej miłości do sztuki.

Nie wiem, czy ona kiedykolwiek tego żałowała czy nie.

Wydaje mi się, że nie.

Ale nie będę za nią się wypowiadała.

Ale dzięki temu możemy dzisiaj podziwać jej niewiarygodne dzieła w największych muzeach i to nie tylko w Polsce.

I zawsze będzie mnie to smuciło, że po pierwsze kobieta musi wybierać albo rodzina, albo kariera.

Zazwyczaj oczywiście.

Ale z drugiej strony chciałabym, żeby nikt nikogo nie piętnował, jak nie chce zostać żoną i matką.

No i tutaj nie chodziło wyłącznie o tę sztukę i o to, że ona nie chciała zostawać kurą domową.

Były inne oczywiście aspekty, jak to zawsze bywa w życiu, nic nie jest czarne albo białe, chyba że obraz Malewicza.

Wow, jaki żarcik artystyczny.

Pewnie tylko ja się śmiałam, no nieważne.

Bo wracając do tematu, podobno ojciec boznański nie lubił Czajkowskiego, a ojciec zawsze musiał mieć rację, no bo to głowa rodziny.

No i oczywiście też ojciec tutaj w przypadku boznańskiej płacił jej za wszystko, więc wydaje mi się, że musiała być mu podporządkowana, a aż nie umarł.

Ale też dowiedziałam się o takiej ciekawostce, o której nie wiedziałam, czy ja mogę powiedzieć w podcaście jakby sponsorowanym przez Muzeum Narodowe w Krakowie, ale tu nie mieli nic przeciwko, także mówię, no bo to jest po prostu historia z biografii.

Bo było takie pewne wydarzenie, tylko za każdym razem okraszone słowem podobno albo prawdopodobnie, czego oczywiście ja nie lubię, jak nikt nie lubi, bo wolimy pewniaki.

No ale tak bywa, jeżeli wiecie, większość tych informacji to są jakieś skrawki z listów, z dzienników, z opowieści, więc...

To podobno i prawdopodobnie musi istnieć w przypadku artystów z XIX-XX wieku.

Słuchajcie, musimy się po prostu tym zadowolić.

Zarówno Anżelika Kuźniak, jak i Sylwia Ziętek to są autorki bardzo fajnych książek, autorek książek o sztuce, o właśnie artystkach też, między innymi.

Na pewno większość z Was ma jakąś ich książkę na półce, ja mam kilka.

Więc, dobra, tu się zaplątałam, ale słuchajcie, bo chodzi mi o to, że autorki tych książek po prostu przez to, że ich napisały, wiecie, miały swoje źródła, więc ja im ufam w tych ich domniemaniach.

One po prostu sugerowały, że kiedy Olga i Józek spotkali się w Paryżu, czyli pewnie Józek przyjechał odwiedzić swoją narzeczoną, no to podobno doszło między nimi do zbliżenia, akurat.

Kto tu widział w ogóle bez ślubu takie rzeczy robić?

I to akurat nie jest nic zbereźnego, jak na niewidną sztukę.

Ale oni podobno nawzajem się obwiniali o ten seks.

I ja nie wiem tutaj właśnie niestety, czy było tak źle,

czy chodziło po prostu o ten seks przedmałżeński, że tak nie wypada, że przed Bogiem.

No nie wiem, jedna z autorek mówi, że możliwe, że po prostu Boznańskiej się nie podobało, albo też, że wręcz źle się po tym czuła.

I tutaj nie wiem, czy właśnie na tle psychologicznym jakimś wiecie, że się czuła taka nieczysta, czy po prostu...

Józek nie podołał, nie wiem, nie będziemy też chyba w to wnikać aż tak bardzo.

I domniemam, że tego się już nigdy nie dowiemy.

Ale z listów można wywnioskować, bo co prawda Olgi listy do Józuka się nie zachowały, ale ona pisywała do swojej przyjaciółki.

No i z nich właśnie wynika, że po prostu dla Olgi ta decyzja wcale nie była taka łatwa, jak mogło się wydawać.

Ja Wam powiem, że ja nie jestem pruderyjna, znacie mnie od chyba trzech lat, ale no tak się zastanawiam, zastanawiałam się nad tym, jak robiłam instastories właśnie z tej wystawy, że po pierwsze, jakie to jest niewiarygodne, że ktoś po latach może czytać nasze prywatne, intymne listy i wystawiać je w muzeach.

Ja przecież mam książkę, która jest cała złożona z listów artystów do przyjaciół, kochanków i różnych takich.

A druga sprawa, że będą ludzie, którzy będą pisali książki albo będą opowiadać w podcastach jak ja o Waszym życiu łóżkowym.

Niewiarygodne, nie?

Tak musi być, a myślę, że po śmierci to już wszystkim obojętnie.

Już kończąc temat tych miłosnych zawirowań, co jest istotne, pamiętajcie, cały czas stoimy przed obrazem Józka Czajkowskiego na wystawie.

W swojej paryskiej pracowni Olga miała powieszony obraz kwiatów, który namalował dla niej właśnie Józek i dał jej go w prezencie.

Wydaje mi się, że to jest trochę taki symbol utraconej miłości, że ten obraz wisiał u niej po prostu aż do śmierci.

I też wydaje mi się, a jestem bardzo sentymentalną osobą, że każdy z nas miał kiedyś taką piękną, wielką miłość, którą będzie wspominał do końca życia, jeżeli ta miłość nie została naszą, wiecie, po wieki.

Ja wiem, że to jest super długi wstęp, ale ja nie mogę się powstrzymać, żeby Wam nie przeczytać dwóch listów.

Mam nadzieję, że Was to zainteresuje, bo to będzie list Józka, który napisał do Olgi zrywając ich zaręczyny, więc myślę, że ciekawie.

Szanowna pani, chciałbym z zimną krwią i zupełnym spokojem, bez żadnej złości, odpowiedzieć na te wszystkie rzeczy, o których pani pisze w ostatnim liście.

Uważałem panią za tak starszą, starszą ode mnie, że nic podobnego w głowie mi się nigdy nie zrodziło.

Gwałtowna tylko potrzeba od dzieciństwa zaznania jakiejś istoty, która by mnie kochała, czego nigdy dotąd nie zaznałem.

I z drugiej strony to, co pani o sobie mówiła, zrobiły, że doszliśmy do tego, do czego prawdopodobnie oboje doszlibyśmy bezwiednie, spragnieni miłości.

Co do mnie, przyznaję, tak było, bo też bez żadnego krytycyzmu rzuciłem się z całą wiarą i całym zapałem, czego zdaje się dałem dowody dosyć silne, które jednakże nie wywołały tego zaufania, na jakie zasługiwały.

Ciągła walka w zyskaniu tego zaufania, do czego nie mogłem doprowadzić, doprowadziła mnie do rozpaczy.

i do takiego smutku, o jakiego powodach dziś mam dopiero jasne pojęcie.

W ogóle od początku, nie zdając sobie z tego sprawy, pozycja moja wobec pani była dziwna.

Jak pani sama silny nacisk na to zawsze kładła, nie chciała pani być kobietą wobec mnie, a tylko człowiekiem.

Według pani słów dwa razy starszym ode mnie i mającym inne absolutnie ideały, sposób myślenia, życia i pojmowania wszystkiego.

Nie mogło z tego nic wyjść, to było anormalne.

Nasze duchy od dawna tak nie należą do siebie, że wszelkie prawa nic tu do roboty nie mają.

O przyjaźni mowy nie może być.

Co do miłości, pani twierdzi, że nie jest kobietą, a ja z mojej strony jako do kobiety nigdy miłości nie czułem.

Może pani to weźmie inaczej, ja więcej dowodów innych nie mam.

Za dwa dni wyjeżdżam, więc wszystko się skończy.

Będę u pani przed wyjazdem pożegnać ją i podziękować jej za trud w dostaniu mi tej posady.

Józef Czajkowski

czyli jeszcze robotę mu załatwiła, a on z nią zerwał.

A chciałam wam bardzo przeczytać ten list, bo w odcinku o Oldzie czytałam wam inny list, więc tutaj nie chciałam się powielać, ale bardzo podoba mi się sposób, w jaki oni pisali ze sobą, w sensie jak ten język polski ewoluował od tego czasu.

Nie czyta się to jakoś łatwo, ale pięknie to brzmi, mimo że bardzo smutna jest ta ich historia.

Przeczytam Wam jeszcze notatkę, jaką Boznańska napisała ołówkiem na liście Czajkowskiego, czyli domniemam, że on nigdy jej nie przeczytał, bo zobaczcie, jeżeli pisała to na tym liście, który ja przeczytałam, no to on w teorii, jak przyszedł się do niej pożegnać, co jest bardzo ładne, przyznacie, bardzo kulturalny pan, no to mogła mu dać, ale skoro ten list został znaleziony w jej pracowni, no to wydaje mi się, że nigdy do niego nie trafił.

Więc powiedzmy, że

Ja tak domniemam, że ona to zrobiła dla siebie, by zamknąć pewien rozdział, a wiecie, że my jako ludzie potrzebujemy czasami tego domknięcia dla siebie, żeby już tak nie cierpieć.

Serce się moje do Ciebie rwie, tęsknota mnie zabija.

Sama siedzę w Paryżu, bo mi nigdzie ani lepiej, ani gorzej być nie może, więc wszystko jedno, gdzie jestem.

Czy nie jest wszystko jedno, gdzie się powlokę, skoro już niczem dla wszystkich i nikomu dobrze przy mnie być nie może?

Taką mam dzisiaj szaloną tęsknotę za tym, co było, że jestem zdolną wszystko zrobić, aby nic gorszego nie było.

Jestem sama, nie podaję nowego adresu.

Baw się dobrze, używaj pól i lasów, nie myśl o mnie.

Taką mam do ciebie i do tego, co było, taką szaloną dziś tęsknotę, że muszę pisać, muszę się myślą wykąpać w przeszłości, choć na chwilę pomyśleć, że wtedy żyję.

Izia wyjechała, ojciec w Krakowie, mysz umarła, znajomi powyjeżdżali, sama jestem.

Myślą gonię po polach, wyobraźnią oddycham powietrzem naszym i duszą jestem przy tobie, który ten list pisałeś.

Na pewno było jej smutno, kiedy to pisała.

Ale jak widzicie, to co najbardziej kiedyś imponowało Józkowi, też tak naprawdę doprowadziło do końca ich relacji.

Czyli ta samodzielność, te wielkie ambicje, chociaż tak naprawdę relacja.

Więcej byli oddzielnie niż razem, taka prawda.

Ale ja wiem, że to też były inne czasy.

Ciekawa jestem też, czy akurat się nie interesowałam, czy Józef Czajkowski na pewno się ochajtał, ale czy żyjąc już tak osobno, a wspominając się na pewno bardzo dobrze jako pierwszą, swoją pierwszą miłość zawsze się dobrze wspomina.

czy na przykład czytali o sobie w artykułach, w gazetach gdzieś jakieś artykuły, czy śledzili swoją karierę, no bo jedno i drugie robiło karierę artystyczną i na pewno było dużo ciekawostek w tych gazetach, czy ktoś czasami dzwonił, czy pisał właśnie w liście do Boznańskiej, co tam się dzieje u Józka, tak miło by było, w sensie zastanawiam się nad tym.

A też chcę powiedzieć, że generalnie to jest dygresja, ale a propos różnych wycinków z gazet, no to Boznańska miała taki zeszycik, albo nawet do którego wklejała wszystkie artykuły o sobie, różne wyróżnienia, więc fajnie, że była świadoma i była bardzo dumna z tego, co osiąga.

No i bardzo długo czasu spędziliśmy w pierwszej części tej wystawy, więc idziemy dalej do kolejnych pomieszczeń, ponieważ potem przejście pomiędzy jednym pomieszczeniem a drugim

No to jest jedna z najbardziej uroczych rzeczy na świecie.

Wiecie pewnie, że Olga była wielką fanką zwierząt, prawda?

Ja uwielbiam historię, jak ona mieszkała na Montparnasse i naprzeciwko swojej pracowni był gabinet pewnego weterynarza.

który był sadystą, który maltretował zwierzęta i on przeprowadzał na nich eksperymenty.

Z tego co wiem, no to chodziło o wiwisekcje na psach i na małpkach, czyli wiecie, no rozcinanie na żywca ich bez znieczulenia, straszne,

No i też dowiedziałam się, że nie tylko Olga oczywiście krytykowała takie zachowania na szczęście.

To był XIX wiek, ale wielu ludzi się przeciwstawiało.

Na przykład też Wiktor Ugo czy Schopenhauer, także było wsparcie.

Boznańska wtedy wychylała się zza okna i krzyczała do tego weterynarza.

Trzeba po prostu walczyć o mniejszych i słabszych.

I tutaj nawiązuję do tego, że w gablotce była piękna, malutka, porcelanowa bodajże myszka, podobno kiedyś posrebrzana, też lekko domalowana przez samą Olgę, więc nie wiem co tam się zadziało, tyle wiem tylko.

I przed tą myszką leżała karta członkowska w Lidze Obrony Zwierząt.

Wydaje mi się tak szczerze, że jeden z najfajniejszych elementów i to połączenie tej właśnie małej myszki z tą kartą uroczono jeszcze jak znamy, wiecie, całą historię Olgi Boznańskiej, że ona w swojej pracowni miała te myszy, że ona kochała te zwierzęta, że krzyczała na tego weterynarza, że z tym swoim wypchanym psem chodziła i spacerowała po wzgórzu Montparnasse'u.

Po wzgórzu, Montparnasse nie jest na wzgórzu, to Montmartre, nieważne.

I oczywiście też od razu zaczęłam sobie myśleć o tym, że jakby Olga Boznańska żyła obecnie, to jestem pewna, że ona by pierwsza szła na marsz w obronie praw zwierząt.

Że nie jadłaby mięsa, że nie kupowałaby ciuchów od zwierzęcych kosmetyków, że byłaby w ogóle wege i walczyłaby o prawa zwierząt.

O, ciekawe, co by miała napisane na plakacie.

Dobra, ale jeszcze jedna historia, no bo już Wam powiedziałam, że chodziła z wypchanym psem, prawda, po Momparnasie.

To wszyscy wiemy, to jest bardzo znana historia.

Też ją lubię, no, szalone czasy, że tak powiem.

Też to było trochę modne, znaczy nie chodzenie z wypchanym zwierzęciem, ale generalnie wypychanie zwierząt.

Ja mam nową historię dla nas, bardzo w stylu Salwadora Dalego, bo na pewno wam tego nie mówiłam, ale ona dbała nawet o mrówki.

Były takie mróweczki czarne, które zamieszkały w jej cukiernicy.

I wiecie, że jak wpadali do niej goście i chcieli sobie posłodzić po prostu herbatkę czy kawę, to ona tylko ostrzegała, że no, moi drodzy, tam w środku są mrówki, więc uważajcie, żeby im krzywdy nie zrobić.

I w ogóle się tym nie przejmowała.

Ja bym nie chciała mieć mrówek w cukierniczce, ale jak widzicie, Olga Poznańska była hiper za zwierzętami i wszystkimi żywymi stworzeniami.

Moje drogi i moi drodzy, w końcu dochodzimy do największej sali, gdzie było malarstwo, czyli esencja tego, po co wybieramy się tak naprawdę na wystawę w takim ogólnym, schematycznym znaczeniu.

Ja jestem pewna, że jak wejdziecie do tej sali, to pomyślicie, że to są malarskie rozkosze.

Było 31 portretów i myślę, że wielu z Was one zaskoczą, bo głównie to są takie portrety, które nigdy nie były nigdzie wystawiane, a jeżeli były, no to gdzieś tam w latach 60., czyli już dawno temu, nikt tego nie pamięta.

Ja na pewno, bo nie było mnie na tym świecie, więc dla mnie to była nie lada gratka.

Bardzo podobały mi się niektóre opisy też tych obrazów, więc ich nie pomijajcie jak będziecie na wystawie, bo okazało się, że boznańska miała bardzo ciekawe towarzystwo w sąsiedztwie, no ale co się dziwić skoro mieszkała w rozpustnym Paryżu.

W ofercie portretowej, moi drodzy, znalazły się również paryskie skandalisty.

No to jest coś niesamowitego.

Mam nadzieję, że za rok jak wyjadę eksplorować Montparnasse tym razem, no to natrafię na ich ślady właśnie dzięki tej wystawie.

Naprawdę bardzo mocno mnie zainspirowała ta wystawa boznańskiej, więc dzięki Olga.

Jeszcze jedna rzecz, że chyba to nie wybrzmiało w tym podcaście, a już Wam długo biadole, że ostatnią wolą Boznańskiej było przekazanie wszystkiego, co znajdowało się w jej paryskiej pracowni właśnie do Muzeum Narodowego w Krakowie.

Uważam, że to jest absolutny zaszczyt, piękny pomysł i trochę się nie dziwię, bo na starość, kiedy już wierzysz, że Twoje życie niebawem się skończy, ludzie zazwyczaj stają się hipersentymentalni, więc trochę to wszystko zatoczyło...

Krąg, prawda?

Olga się urodziła i zaczynała swoją podróż artystyczną w Krakowie.

Mimo, że potem już mieszkała całe życie w Paryżu, no to chciała, żeby te jej prace jednak znalazły się w domu po prostu.

No dobrze, ale co do obrazów, bo nie tylko skandalistki przykuły mój wzrok.

Ja Wam go przeczytam tak, jak był wydrukowany na tabliczce.

Malarz amator, blisko zaprzyjaźniony z Olgą, słusznie określany przez Marię Roztworowską jako In Petite Canaille.

I wydaje mi się, że nie zdziwi Was to, że ja to, nie, my to powiedzonko przejmujemy.

Tylko się jeszcze nauczę od kogoś, jak się to ładnie mówi.

Ludzie, przecież to tak pasuje do większości malarzy z XIX, z XX wieku z naszego podcastu.

Piękne to jest, więc...

Pani Mario, mam nadzieję, że się pani nie pogniewa za to cap-carap-cap tego tekstu.

Pamiętajcie, że ja siedzę sama w pracowni.

Ale skąd w ogóle taki przydomek dla tego pana Falińskiego?

Z listów wiemy, że Bogdan cały czas miał kłopoty finansowe i psychiczne też, tego się dowiedziałam.

Miał problemy z używkami i żeby sobie jakoś radzić okazało się, że skrzętnie korzystał z dobrego serca Olgi Boznańskiej, na którą prosił o prezenty i o pieniądze.

Po prostu nie miał skrupułów, ani dumy, ani chyba nie muszę dodawać czego jeszcze nie miał.

I nie łączy się tej dwójki w żadne romantyczne relacje.

Określano to bardzo zabawnie tutaj, cytacik raczej wzbudzał w niej kosztowne uczucia opiekuńcze.

Piękne podsumowanie typa.

To też aspekt życia Olgi, który jest przykry, bo bardzo wielu ludzi wykorzystywało jej dobroć i chęć pomocy.

Jeżeli kiedykolwiek natrafiliście na jakiś nawet fragment jej biografii, to bardzo często jest to o tym właśnie wzmianka, że

wykorzystywali ludzie Olgę Boznańską.

Więc ten mały kanalia nie był pierwszym, ani też ostatnim spryciarzem bez kręgosłupa moralnego.

Wiecie, ja uważam, że nie ma nic złego w dobrym sercu i chęci pomocy ludziom, czy zwierzętom.

Uważam to po prostu za piękną cechę i wydaje mi się też, że...

Olga powinna się wstydzić, a ci wszyscy, którzy ją wykorzystywali, ale też tak szczerze wydaje mi się, że Olgi po prostu nikt nie nauczył zarządzać pieniędzmi, skoro zawsze za wszystko płacił jej ojciec.

Więc skąd ona miała o tym wiedzieć?

Było to bardzo naiwne podejście do tej części jej życia.

Nie wiem, czy Czekaliasz jej mąż ją tego nauczy, nie wiem, jakie wtedy panowały zasady, ale coś mi się tak wydaje, że to bardziej mężowie operowali pieniędzmi.

Ona wspierała młodych artystów, pomagała finansowo tym, którym się gorzej właśnie wiodło, a że ludzie to kanalie, małe kanalie, no to już nie jej problem, prawda?

Ale dobrze, bo cały czas zbaczam z tego tematu malarstwa, dlatego że ono było tak piękne, że boję się, że nie uda mi się słowami ująć tego piękna.

I ja też wiem, że o jej malarstwie już wiele zostało powiedziane, ale też jestem pewna, że im więcej, tym lepiej, no bo nie bez powodu ten rok został okrzyknięty jej rokiem, prawda?

Jak stałam przed jej obrazami, które wisiały na jednej ścianie, jeden przy drugim,

Wiecie, już wypełniłam swoje obowiązki dla was i dla muzeum, już na spokojnie mogłam po prostu je podziwiać, jak one migotały, jakie one były delikatne.

To jest moim zdaniem, może zabrzmie, no nie wiem jak to powiedzieć, ale wydaje mi się, że jest to taka forma poezji, która od razu gdzieś tam wgryza się do naszej duszy i zawsze kiedy mam możliwość obcowania z taką wybitną sztuką,

W głowie mam tylko jedno zdanie, że życie jest naprawdę piękne.

Bardzo dużo jakiejś tam wrażliwości we mnie wyzwala taka sztuka, czy też obrazy po prostu Olgi Boznańskiej, bo ja zawsze jestem wdzięczna stojąc na wystawie otoczona takimi dziełami sztuki, które do mnie przemawiają i zawsze się bardzo z tego powodu cieszę.

Wiecie no, portrety Olgi Boznańskiej są melancholijne, takie bardzo eleganckie.

Chociaż dla mnie mają bardzo mocne uderzenie, wiecie, właśnie emocjonalności, wrażliwości.

Mimo tej całej swojej subtelności, Olga po prostu wiedziała nie tylko jak malować, ale też jak zachwycać.

No ja jestem tego pewna.

To zamglone tło, miękko modelowane detale, dyskretne światło, to są te elementy, które budują atmosferę refleksji, czasem nostalgii, zadumy.

Tutaj nie przesadzę, jak powiem, że jej obrazy to trochę takie studium duszy.

I to, co chyba wzbudza moje zachwyty najbardziej, ale to wiecie, bo jeżeli mam jakiś art fetysz, to zdecydowanie będą to dłonie na obrazach, a u Boznańskiej mamy majstersztyk,

zawsze zwieńczone jakąś biżuterią, która rozświetla całość.

Wiecie, sygnety, złote bransolety, zaznaczone jedynie kilkoma plamkami farby, a wyglądają tak niesamowicie i wszystkie świecą jak miliony monet.

Naprawdę.

Jest bliska, jak się przyglądacie, to wiecie, to są dosłownie plamki, a jak staniecie dalej od tego obrazu, to cały... O Jezus!

Rozpływa się, naprawdę.

Ja nie wiem, dlaczego ludzie nazywali i nazywają ją malarką szarości czy smutku.

Znaczy, ja rozumiem po części, no bo jak przyglądamy się fragmentom tych obrazów, no to widzimy głównie szarości, no ale przecież w nich jest moim zdaniem tak dużo koloru, tyle błysku, tyle migotania, tyle tego złota, no.

Jak podkład smutny, to wszystko, co na nim wyrośnie, smutnym być musi.

Jeszcze te oczy w ogóle, które się błyszczą jak takie węgielki i wiecie co?

Tak jak zawsze zwracam uwagę na dłonie, jak już powiedziałam, to w przypadku poznańskiej nie mogłam oderwwzroku od oczu.

I od razu wtedy pomyślałam też o Modilianim, którego kocham, który jest moim art crushem, który przecież malował oczy dopiero kiedy poznał duszę.

I wydaje mi się, że Boznańska w takim razie od razu bez ostrzeżenia wchodziła w te najintymniejsze zakamarki człowieka.

I wszystko było po prostu zamaszyście malowane, z taką pewnością.

To w ogóle od razu widać na obrazie, że ona się nie zastanawiała, ona wiedziała jak chce, żeby ten obraz wyglądał od samego początku.

No i w przypadku poznańskiej nawet jakby nic mnie nie rozpraszało, no bo wszystko było tak dokładne, technicznie, wiecie, tak dobrze wymalowane.

Czuć było ten warsztat, który szlifowała z lubością przez te lata.

A uwierzcie mi, no przy niektórych wielkich nazwiskach zdarzają się kopnięcia na przykład perspektywy czy jakiegoś detalu.

Szczególnie jak te wystawy są duże i jest...

Bardzo wiele tych obrazów, które można porównywać, wiecie.

Takie kopnięcia przy wielkim nazwisku, no to burzą całość tej przyjemności oglądania.

Ale na pewno nie w przypadku boznańskiej.

Ja tutaj mówię też o takich właśnie obrazach, które były nie bardzo znane.

Które, wiecie, gdzieś możemy oglądać w albumach czy w książkach o historii sztuki.

Ja tutaj nie będę wytykała innym artystom, którzy mają swoją wystawę obok boznańskiej i rymują się z Józefem Chełmońskim.

Ale dobra, to na pewno wiecie, jak byliście na Chełmońskim.

Józefy dzisiaj nie mają łatwo w moim podcaście.

Ale jeszcze to, co piękne w tych obrazach, no bo to ja tutaj tylko Wam biadole, poczekajcie, bo kobiety, które były portretowane, no to wiadomo, były pięknie ubrane, bardzo elegancko, no

Były pewnie zamożne kobiety z tym złotem, biżuterią, diamentami.

No to miały na sobie suknie zazwyczaj, koroneczki o ludzie.

Ja kocham, w ogóle wiecie o tym, transparentność na obrazach, bo mówiłam o tym przy Bert Morrison.

Ludzie, kto po prostu wygląda niesamowicie.

No i też wszystkie draperie i mi zawsze draperie, które oglądam kojarzą się z takim mocnym wymalowaniem, że wręcz to jest bardzo realistyczne, a tutaj boznańska pyk, pyk, kilka plam w teorii.

I to wyglądało tak naturalnie, z daleka zawsze jak takie bardzo dopieszczone, z bliska tylko kilka plam, coś po prostu niesłychanego.

wWam, dla mnie to była uczta.

No i na całej wystawie możecie oczywiście zobaczyć inne też obrazy, nie tylko portrety, chociaż one są, wydaje mi się, takim deserem i wisienką na torcie smakowitym.

Były na przykład kwiaty, autoportrety, na samym wejściu były dwa autoportrety, też piękne, i bardzo dużo szkiców.

Wiecie, ja lubię też jak są szkice, dlatego że to pozwoliło mi zobaczyć progres pracy boznańskiej, może nawet nie tyle progres, co tok myślenia, jak ona szkicowała, żeby potem planowała po prostu stworzenie całego obrazu.

Myślę, że też nie zawsze szkicowała przed obrazem, te szkice to jest dosyć rzadka sprawa, więc ciekawie było je zobaczyć, na żywo było ich dużo.

Powiem Wam, że zaraz do tego dojdziemy, bo ja po prostu zaraz zacznę się zachwycać i odejdę od tematu.

Ale słuchajcie, bo jest znowu wejście w swego rodzaju prywatę, bo szkicownik artysty jest często bardziej intymny od pamiętnika, nie ukrywajmy.

Szkice zawsze mają dla mnie trochę inny wymiar.

bo tutaj dopiero właśnie rozrysowywała te swoje pomysły, które finalnie gdzieś tam przekładała na płótno, w sumie to na tekturkę, a nie na płótno.

Ale to, co mnie zachwyciło i bardzo zaskoczyło, to prace boznańskie z dzieciństwa.

A myślę, że nigdy wcześniej nie widziałam prac artystów z dzieciństwa na wystawie.

W sensie, oczywiście nie mówię tutaj o dedykowanych muzeach danego artysty, jak na przykład, nie wiem, Malaga, gdzie jest Muzeum Picasso,

Ale wydaje mi się, że tam aż tak wczesnych prac też nie było, że raczej zazwyczaj zaczynają gdzieś te studenckie prace pokazywać.

Te, które były wystawione, które są wystawione w Muzeum Narodowym w Krakowie, powstały, kiedy Olga miała 10 lat.

Czy Wy pamiętacie, co robiliście w wieku 10 lat?

Bo mi się wydaje, że mogliśmy oglądać MTV i wymieniać się karteczkami.

Może bawić jeszcze Barbie?

One były bardzo ładnie, bardzo elegancko poukładane w gablotce i w tym miejscu spędziłam bardzo dużo czasu.

W ogóle te wszystkie gablotki, świetna to była dla mnie zabawa, jakby wchodzenie właśnie w całe życiorys Olgi Boznańskiej, pięknie to wyglądało.

I było też tak dobrze oświetlone, a wiecie, że ja na to zawsze zwracam uwagę, bo mówiłam Wam o tym teraz jak byłam w tym Paryżu.

Pięknie było oświetlone, nic się nie odbijało, także no tutaj wielkie chapeau bas.

Oto z tymi rysunkami dziecięcymi, że rysunki dziecka jakby mocno różnią się od rysunków dorosłych ludzi.

Nawet jak ktoś nie umie rysować, to dorosła ręka jest bardziej ekspresyjna, taka niedokładna, a dziecko jednak lubi dociągnąć kreskę do końca, żeby zamknąć dany kształt.

Wszystko jest bardziej sztywne, bardziej przemyślane, no to od razu widać.

I ja wiem, co ja mówię, moi drodzy, bo ja zasiadywałam w jury w konkursie na najładniejszy rysunek w zoologicznym mojej mamy.

Nie, ale tak już na poważnie, to też było naprawdę, ale zdarzało mi się zasiadać w różnych konkursach jako pani w jury dla młodzieży.

Bardzo to lubiłam, ale też widzę te różnice.

Wiecie, o co chodzi w ogóle też w myśleniu, w rysowaniu.

I do tego właśnie uderzam, no bo to w jaki sposób dziesięcioletnia Olga Boznańska jako dziecko, jako dziewczynka rysowała, no to zacytuję pewną osobę z wystawy, no w cudzysłowie, ale miała dar od Boga.

I mówiąc to zdanie muszę wlecieć od razu z dygresją, bo na wystawie poza oczywiście zachwytami sztuką lubię sobie obserwować ludzi i ich reakcje.

I w tym muzeum jest tak fajnie, że są normalnie kanapy, na których można usiąść i patrzeć sobie na obrazy.

Ja patrzyłam na ludzi, którzy się zachwycają właśnie sztuką, która wisiała na tej wystawie.

No i wiadomo, znacie mnie chyba trochę, więc wiecie, że ja czasami zagaduję też do ludzi albo jak wtrącam się, jak o czymś rozmawiają, bo na przykład temat mi podpasuje.

I był taki starszy pan w pasiastej koszulce niczym sam Pablo Picasso.

Zaczęłam z nim rozmawiać o Oldze Boznańskiej.

W sumie też zaskoczyłam go kilkoma niekonwencjonalnymi ciekawostkami, o których nie wiedział, bo ewidentnie nie słucha niewinnej sztuki, a...

Powinien.

Cieszę się, że czasami się przydaje ten podcast i moja wiedza, bo pan się chichrał ze mną.

I kiedy rozmawialiśmy też o kilku pracach, jakie wiszą w paryskim Dorsey, pan powiedział takie piękne zdanie.

Ale wyobraźcie sobie tak, ja stoję ze starszym panem, taki nie wiem, z 70 lat, ja 33 lata.

Przed nami ogólnie cały klimat, muzeum lekko przyciemnione, wiecie, pomieszczenie, ale to co się wybija, no to piękne, subtelne, migoczące obrazy Olgi Boznańskiej wwnie migoczących złotych ramach.

I my sobie stoimy, dyskutujemy o tej sztuce, no wspaniała scena i on nagle mówi, no ten z góry nie pożałował jej talentu.

I wiecie, że ja nie jestem wierząca, a po latach przymusowej wiary i uczestniczenia w kościele raczej jestem na duże nie, że tak delikatnie powiem, bo to jest podcast dla narodowego, więc nie będę tutaj przeginała.

Ale to zdanie mi się tak spodobało, ta chwila właśnie, ten cały klimat, tej atmosfery, to światło, które uwypuklało te obrazy boznańskiej.

O, ludzie, naprawdę to był bardzo magiczny moment, dlatego wam cytuję tego pana.

Pewnie nigdy już go nie zobaczę na oczy.

Mam nadzieję, że kiedyś posłucha tego podcastu, ale bardzo serdecznie go pozdrawiam i jego żonę również.

Ale też jeszcze dodam, że spodobało mi się to dlatego, że z jednej strony wiele razy słyszymy, że talent to nie wszystko, że potrzebna jest ciężka praca, konsekwencja, bardzo dużo ćwiczenia i ja się z tym tylko po części zgodzę, bo dodałabym jeszcze, że każdy wielki artysta czy artystka, poza tymi kwestiami, które wymieniłam,

no to oni też mieli właśnie ogromną charyzmę.

Zazwyczaj to właśnie było łamanie reguł, że się nie bali, byli odważni.

I nie uważam, że każdy może nauczyć się malować czy rysować.

Poprawnie może tak, że o, ładne kwiatki, ale ta niedostępna boskość talentu...

Uważam, że z tym faktycznie się rodzisz i potem jest ta ciężka praca.

To słowo boskość jest oczywiście już na obecne czasy tej całej poprawności nieodpowiednie, ale powiedzmy, że wiecie co mam na myśli, prawda?

I jestem pewna, że ten talent czy od Boga, czy od kogokolwiek ona go dostała, czy w genach,

zdecydowanie boznańska miała, bo dziesięcioletnie dzieci nie rysują w taki sposób, z taką dbałością o te detale, ze skupieniem w ogóle, z bardzo dojrzałą paletą barw.

No dzieci zazwyczaj to wiecie, używają kolorów jak lecą.

Czym bardziej żarowiasty, tym lepiej.

Te jej dziecięce rysunki wyglądały jakby już wtedy jako młoda dziewczynka.

No dziecko próbowała dotrzeć w jakiś sposób do duszy i charakteru osoby, którą przedstawiała.

Nawet dodałabym i to wcale, albo i z wielką śmiałością, że już wtedy czuć było pewną melancholię, z której zasłynęła jako pełnoprawna, dorosła artystka, bo tak jak zawsze mówię o Oldze Boznańskiej, dla mnie to jest królowa migoczącej melancholii i to do niej pasuje idealnie, nawet do tej dziesięcioletniej.

Dlatego tak bardzo podobał mi się ten dział, bo to było coś totalnie odświeżającego.

Ciekawa jestem w ogóle, jak Wy go odbierzecie.

Może akurat macie dziesięciolatkę w domu i wiecie, jak wygląda taki rysunek.

Ja poprosiłam kilka moich słuchaczek, żeby mi wysłały zdjęcia na Instagramie rysunków swoich dzieci i powiem Wam, że moja teoria się sprawdziła.

No ale też oczywiście znowu powtórzę, że nie zapominajmy, że Olga pochodziła z inteligenckiej, zamożnej rodziny, więc ona od małego miała możliwość uczestniczenia w lekcjach rysunku.

Jej ojciec zawsze płacił za jej edukację i faktycznie o to dbał, więc jak zauważyli, że to lubi i potrafi, no to nie szczędzili na nią pieniędzy.

I bardzo dobrze, że Olga mimo przeciwności, jakie miały kobiety w tamtych czasach, skrzętnie korzystała po prostu i ciężko pracowała, by stać się wybitną malarką.

Ale wracając jeszcze do tych dorosłych rzeczy, to też takim rarytaskiem było kilka jej akwareli, bo jednak boznańska to głównie portrety olejne, prawda?

więc jakby rozmach i różnorodność tego, co zostało przedstawione na wystawie było imponujące i wiem, że to nie tylko moje zdanie, bo już rozmawiałam z kilkoma historyczkami sztuki, osobami, które mocno siedzą na przykład w temacie wystaw czy samej Olgi Boznańskiej i wszyscy się zachwycali, no nie bez powodu, moi drodzy, tą wystawą.

Ale dobra, a propos tych akwareli, bo były tam, wiecie, to już nie były portrety, były widoki z okna, takie bardzo frywolne, ekspresyjne, no ciekawa sprawa, trochę inna Olga Poznańska niż właśnie przy portretach olejnych, dlatego też tak fajnie się to wszystko oglądało, że...

Ta ekspozycja była zbudowana tak, że były obrazy, były akwarele, były szkice, były normalnie szkicowniki, zeszyty, były te obrazki, które robiła jako dziecko i te przedmioty, te prywatne jakieś elementy z jej pracowni.

Świetna to była przygoda.

Ja na tej wystawie spędziłam bardzo dużo czasu, ja byłam na niej dwa dni, bo na drugi dzień jeszcze poszłam sobie dooglądać niektóre rzeczy.

I też mi się wydaje, że zazwyczaj jak jestem na wystawach, a ostatnio, dobrze o tym wiedzieć, jestem co miesiąc na jakiejś, no to raczej się muzea czy galerie, przestrzenie jakieś galeryjne skupiają na obrazach, a rzadko są te wszystkie takie poboczne elementy.

Ja jak taki poboczny element widzę, no to się po prostu jaram, a tutaj było pełno tego.

I wydaje mi się, że to hasło, które jest tak powielane przez Muzeum Narodowe w Krakowie, że wpadamy do boznańskiej, a nie na boznańską, no tutaj idealnie fituje, musicie przyznać.

I w ogóle jeszcze powiem, że przed wyjazdem do Krakowa przygotowałam dla Was odcinek o najbardziej trujących farbach w historii, no ale nie zdążyłam go zmontować, więc musicie poczekać, a miał być, no po prostu miał być w tym dniu, kiedy ja byłam na wystawie.

A mówWam o tym, dlatego że jak weszłam na wystawę i zobaczyłam na drugiej ścianie, naprzeciwko tych portretów olejnych, całą paletę wywieszoną z pigmentami, z kolorami, jakich używała Boznańska w swojej sztuce, to pomyślałam sobie, no nie wierzę, ale to jest cool i od razu podleciałam i naliczyłam przynajmniej dwa, jak nie trzy trujące pigmenty, których ona używała.

śmiertelnie trujący tutaj dodam, była żółć kadmowa, była biel ołowiowa, więc ja w tym następnym odcinku o farbach Wam o tym opowiem, bo te historie brzmią jakbym dopiero co wyciągnęła je z piekieł, autentycznie.

No a trochę też nie chcę ich dzisiaj zdradzać, tutaj musicie się zadowolić po prostu tym aperitywem o trujących farbach.

I nie czytajcie o nich, bo ja Wam chcę o nich opowiedzieć niebawem.

Ale też uważam, że zabieg z kolorami, jakich używała artystka, to jest naprawdę świetne posunięcie.

Ja nie wiem, jak ludzie na przykład na to patrzą, no bo ja oczywiście się jarałam, ale też dlatego, że ja znałam historię niektórych z tych kolorów.

No też sama maluję, więc też patrzyłam na to przez taki pryzmat.

Ale wiem, że był jeden obraz, portret, pod którym były jakby zaznaczone kolory i było zwróć uwagę na kolory, jakich używała Olga Boznańska w tym obrazie.

I no ja to robię naturalnie, dlatego ja nie uważam, żeby to była artystka szarości, ale powiem Wam, że naprawdę ktoś miał łeb na karku.

A no jeszcze dodam, że to było 28 pigmentów, więc nie tylko szare.

Więc no tak, tylko chciałam Wam powiedzieć.

I musicie wiedzieć, że ja Wam nawet nie opowiedziałam o połowie, bo ja naprawdę chcę, żebyście, jeżeli macie możliwość, jeżeli jesteście z Krakowa albo, no ja jechałam 5 godzin do Krakowa, chciałabym, żebyście poszli i zobaczyli tę wystawę.

I nie mówię tego, bo byłam na zaproszenie muzeum, ale mówię, zawsze jestem szczera i o tym bardzo dobrze wiecie.

że to chyba jest jedna z najlepszych wystaw, jak nie najlepsza boznańskiej, jaka została zrobiona właśnie w tym roku Olgi Boznańskiej.

zdanie wielu osób, z którymi rozmawiałam, które już były na tej wystawie, no bo to już minęło kilka dni.

Także myślę, że warto.

Naprawwarto.

I też chciałam powiedzieć, że to słowo w tytule wystawy kameralnie nie jest określeniem, tak jak Wam powiedziałam, że wystawa jest mała, bo ma raz, dwa, trzy, cztery, chyba pięć pomieszczeń aż.

Raczej to kameralnie właśnie nadaje taki rytm tego, czego możemy oczekiwać, tej takiej intymności, bliskości z boznańską jako artystką, jako kobietą, że to jest takie zaproszenie właśnie do jej pracowni.

Wyobraźcie sobie, że rzeczy, które są na wystawie, były dosłownie w pracowni boznańskiej.

One były używane, dotykane przez nią.

I ja to znowu przyznaję, że...

To wszystko pasuje jak u Laudo niewinnej sztuki, bo tutaj właśnie mieszamy prywatę z dokonaniami i z romansami.

No ta wystawa to jest esencja niewinnej sztuki.

Naprawdę.

I właśnie tak jak Wam mówiłam, że ostatnią wolą boznańskiej było przekazanie całej zawartości swojej paryskiej pracowni do Muzeum Narodowego w Krakowie.

Stąd też jestem absolutnie pewna, że to oni mają najlepsze perełki, a nie wszystko zostało wystawione, więc wiele przed nami, a wiem, że nie wszystko dlatego, że słuchałam jakiejś wypowiedzi kuratorki tej wystawy, która się zajmuje tym całym zbiorem i ona mówiła, że mają jeszcze bardzo, bardzo, bardzo dużo rzeczy i właśnie tam się dowiedziałam, że takiej ciekawostki, chociaż dosyć creepy, że w zbiorach mają protezę szczęki.

I muzeum nie chciało pokazać jej, no uznali, że po prostu jest to zbyt osobisty element artystki i tak szczerze to ja nie wiem, jak ja się do tego mam ustosunkować, no bo szczerze, no to faktycznie oglądanie sztucznej szczęki to nie jest w sumie coś, co by mnie interesowało, prawda?

Jakby to jest już element ciała artystki, więc może trochę za dużo.

Ciekawa jestem, czy to jakoś ugrają, czy po prostu będą mieli to w zbiorach.

W każdym razie wystawa otworzyła się 5 września i potrwa tylko do 2 listopada, więc się śpieszcie, bo to jest naprawdę niewiele czasu, a uwierzcie mi, że warto, tak jak Wam mówię przez cały podcast, wiecie, ja jestem podekscytowana.

Moja relacja z wyjazdu jest zapisana na Instagramie, jak macie ochotę zobaczyć moje wrażenie jakby na żywo, na świeżo, no to wejdźcie tam sobie.

Tam widać też moją ekscytację.

Zrobię oczywiście kilka rolek i postów z ciekawostkami, no bo ja bardzo lubię też to robić, żeby mieć na pamiątkę, że byłam, że widziałam i potem dzięki zdjęciom mogę przypominać sobie o różnych emocjach.

Więc tak od razu Was odsyłam do Instagrama.

Macie oczywiście opis na dole, w link.

No link macie, jak to się nazywa?

W opisie, o!

Taka ze mnie widzicie internetowa bogini.

Dobrze, ale jak wybierzecie się na tę wystawę, to może być to szokujące, ale bilet kosztuje dwie dychy.

Ulgowy 15 zł.

Moi drodzy, to jest cena kawy na mieście.

Strasznie tania ta wystawa.

Świetnie, bym powiedziała, bo każdy może sobie na to pozwolić.

Ale, bo to jeszcze nie koniec, poczekajcie, jeszcze się nie pakujcie, nie rozpinajcie marynarek, bo jak zobaczyłam już boznańską, Dagmara, która się mną zajmowała w tym muzeum, powiedziała też, żebym sobie poszła do góry, bo tam jest stała kolekcja muzeum i że też tam jest kilka boznańskich.

I wiecie co?

tam była dziewczynka z chryzantemami.

A to jest obraz, który ja od lat chciałam zobaczyć na żywo i nawet nie wiedziałam, że on jest po prostu w zbiorach muzeum w Krakowie.

Nie ja tak szczerze, to ja bardzo lubię się zaskakiwać, w sensie mieć wiedzę o artystce, artyście, ale nie lubię wiedzieć jakie są obrazy, żebym miała niespodziankę.

Nie chcę kłamać, więc nie powiem dokładnej liczby, wydaje mi się, że jest kilka jeszcze innych obrazów Olgi Boznańskiej, poza właśnie tą dziewczynką.

Ale nie tylko Boznańska jest u góry w stałej kolekcji.

Są inne rarytaski, jak na przykład Jacoś Malczewski.

I jak go zobaczyłam, wow, po prostu, Jezus, trzeba w końcu też o Malczewskim zrobić odcinek.

Już zmęczona, już niebawem zamykają muzeum, więc gonię, gnam i podziwiam i się jaram.

I wiecie, co nagle się okazało?

to mnie tak ucieszyło, no bo ja kocham Zofię Stryjeńską, no uwielbiam ją, a wydaje mi się, że ja nigdy nie miałam okazji zobaczyć jej pracy na żywo.

No i też było, mogę wiele nazwisk pominąć, ale był na pewno Witkacy, Fangor, którego nie zobaczyłam, ktoś mi napisał, był Hasior, no naprawdę ludzie, cała śmietanka Art Bohemki, milion jeszcze innych oczywiście, bo ta wystawa była ogromna i mówWam po prostu o tym, że jeżeli będziecie na tej wystawie, to wejdźcie

Weźcie też zajdźcie do góry sobie.

Taka złota rada od cioci Mariczki to we wtorki jest darmowe wejście.

A ja zawsze lubię takie ciekawostki.

I szczerze, mam nadzieję, że podobała Wam się ta artwycieczka do Krakowa, bo mi bardzo, więc dziękuję drogie Muzeum Narodowe za zaproszenie i współpracę.

Ja bawiłam się świetnie i z racji, że z Zielonej Góry jest tylko 5 godzin do Krakowa, tak jak powiedziałam,

A mówię dlatego, że jak byłam 13 lat temu w Krakowie, ostatni raz, no to musiałam jechać 10 godzin pociągiem, bez opóźnień, na plastikowych krzesełkach.

Więc ja jestem pewna, że ja będę teraz sobie wpadała do Krakowa na nowe wystawy.

Na pewno mam więcej patronów także w Krakowie.

No, w każdym razie, jak jesteście na moim Instagramie, to wiecie, że atrakcji było dużo więcej, bo zaszłam do kościoła Franciszkanów, żeby zobaczyć witraże i polichromię Wyspiańskiego.

Wow, to wam kiedyś opowiem przy Wyspiańskim.

Byłam też pod domem Matejki, no bo boznański dom był zamknięty, Matejki też się okazało, a nawet co najbardziej szalone i to wszystko przez to, że Matejku był zamknięty, to było bardzo spontaniczne i bardzo tandetne, ale weszłam do Muzeum Figur Woskowych, ale to już musicie zobaczyć na moim Instagramie, bo to był hit, co tam się działo.

No i wiecie, Kraków.

Kraków jest piękny.

Świeciło słońce.

Poznałam wielu ciekawych ludzi.

Nie tylko na wystawie boznańskiej, ale w ogóle to był tak wspaniale spędzony czas.

Sam budynek w ogóle, jak pierwszy raz pod niego podeszłam, to zrobiło na mnie takie wrażenie.

Ludzie, nieździli was, jak ja powiem, że pierwsze co to było.

Naprawdę.

To powinno być hasło muzeum.

Więc jeszcze raz Was zapraszam na wystawę boznańska kameralnie i dziękuję za wysłuchanie dzisiejszego odcinka.

Moje patronki i patroni dostaną dzisiaj piękny art newsletter z ciekawostkami i obrazkami z wystawy, obrazkami, z obrazami z wystawy, ze zdjęciami, no i też trochę prywaty jak zwykle, krakowskiej, więc zapraszam do dołączenia do Art Clubu, do zostania właśnie patronem na Patronite.

I co mogę więcej powiedzieć?

Trzymajcie się po prostu, słyszymy się już niebawem, no bo jeszcze kilka artystycznych przygód przed nami.

0:00
0:00