Mentionsy
Kto zabił córkę milionera z Łodzi? | 145
❤️ PATRONITE: https://patronite.pl/opowiemcihistorie
📸INSTAGRAM: https://www.instagram.com/kamil.barnowski/
Wielkanoc 1962 roku w Łodzi kończy się wydarzeniem, które na zawsze zapisało się w historii miasta. 17-letnia Magda Sobczak zostaje znaleziona martwa w swoim mieszkaniu przy ul. Piotrkowskiej. Okoliczności jej śmierci od początku budziły wiele pytań – pojawiały się wzajemnie wykluczające się relacje świadków i wątpliwe ustalenia. Do dziś nie wiadomo, co dokładnie wydarzyło się tamtego dnia.
Wystąpili: Kamil Barnowski, Paweł Kalinowski
Opracowanie: Paulina Drożdż
Muzyka: Rafał Baryła http://entropysound.pl
Kontakt: [email protected]
Źródła: https://ntpd.eu/vDw3v
Szukaj w treści odcinka
Dramat, do jakiego doszło wyjątkowo ciepłej Wielkanocy 1962 roku w samym centrum Łodzi, do dziś nie znalazł rozwiązania.
Brutalna zbrodnia wydaje się nawet nie mieć jasnego motywu.
Tajemnicze okoliczności sprawiają, że pasjonaci kryminalistyki wciąż badają stare tropy i zastanawiają się, co skłoniło zabójcę do napaści w charakterystycznej kamienicy.
Wiadomo, że mężczyzna pochodził z Warszawy, w której, jak sam twierdził, w czasie II wojny zajmował się handlem.
Poklęste Niemiec wyjechał do Łodzi, gdzie już w sierpniu 1945 roku można było trafić na jego reklamę, która brzmiała następująco.
Aby udostępnić konsumpcję znanych ze swej jakości naszych wyrobów całej ludności Łodzi, uprzejmie zawiadamiamy, iż ceny wyrobów naszych zostały znacznie obniżone.
Polecając nadal nasze wyroby, pozostajemy z poważaniem.
Niecały rok później Tygodnik Przekrój informował, że mężczyzna został jednym z trzech dystrybutorów karmelków produkowanych przez firmę z Krakowa.
Stanisław działał z wielkim rozmachem i robił co tylko mógł, żeby zbić majątek w tym wyjątkowo trudnym czasie.
W związku z tym dwa lata później nazwisko Sobczak znów pojawiło się na łamach gazet, ale tym razem już w przykrym kontekście.
Wielkopolski Dziennik Ludowy grzmiał, że akcja Delegatury Komisji Specjalnej skierowana przeciwko spekulantom przyniosła wyniki.
Wśród zatrzymanych wyróżnił się również Stanisław ukrywający 70 kilogramów cukru.
Jak można się domyślać, PRL-owska władza nie lubiła łódzkiego prywaciarza, co dodatkowo mocno utrudniało mu produkcję.
Mimo to mężczyzna świetnie prosperował, zatrudniał kolejnych pracowników, skupiał towary i raczył klientów słodyczami.
Pani Sobczakowa zajęła się wychowywaniem dzieci oraz utrzymaniem domu.
Ta modelowa, zamożna rodzina zamieszkała w nieistniejącej już pięknie zdobionej kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej 161.
Obecnie w jej miejscu znajduje się charakterystyczna zajezdnia tramwajowa, zwana stajnią jednorożców.
Jednak na początku lat 60. budynek miał się całkiem nieźle.
Uwagę przechodniów przy łódzkiej arterii zatrzymywał półokrągłymi balkonami i pasującymi do nich oknami z kolumnadą.
Jeden z tych balkonów na ostatnim trzecim piętrze należał właśnie do Sobczaków.
Za bramą kamienicy, którą każdej nocy zamykał dozorca, pomiędzy jej lewym a prawym skrzydłem rozciągało się podwórko.
Po powrocie z pracy Stanisław musiał zrobić przez nie mały spacer, po czym wejść do klatki lewej oficyny i wspiąć się dawnymi schodami kuchennymi.
O tym, jaki był układ mieszkania numer 9, które powstało po podziale przestronnego przedwojennego lokalu, poinformowali dwaj autorzy pitawalu łódzkiego.
Dziennikarz Radia Łódź Stanisław Warzecha oraz dawny rzecznik prasowy łódzkiej policji Adam Antczak.
Długi ciemny przedpokój ciągnął się równolegle do kuchni, spiżarni, dawnej służbówki, łazienki i ubikacji.
Na końcu owego przedpokoju, na wprost drzwi wejściowych, znajdowały się drzwi do dużego pokoju, z narożnym oknem na podwórze, a dalej w amfiladzie drzwi do drugiego dużego pokoju, z balkonem wychodzącym na Piotrkowską.
Wiosną 1962 roku starsza z pociech Sobczaków, Dorota, była już dorosła i pracowała w lokalnym urzędzie.
Młodsza, Magda, chodziła wciąż do szkoły, która podobnie jak jej kamienica obecnie nie istnieje.
Siedemnastolatka jako uczennica XLO imienia Marii Konopnickiej przy Alei Kościuszki pilnie przygotowywała się do matury, bo chciała zdać na studia.
Różniła się nieco od reszty rodziny, nie przepadała zahucznymi imprezami czy posiadówkami w najlepszych lokalach.
Nigdy też nie wywyższała się ze względu na swój status, więc rówieśnicy bardzo ją lubili.
Najlepszą przyjaciółką Magdy stała się mieszkająca po sąsiedzku Anna P., z którą dziewczyna zaangażowała się w harcerstwo.
Zatem nawet najdalsza wycieczka na ostatnią chwilę nie stanowiła większego problemu.
Rodzina i tak wcześniej rozważała świętowanie w klimatycznym Zakopanem, ale w Wielki Piątek stwierdziła, że woli odwiedzić stolicę.
Zanim doszło do wyprawy, w niedzielę wielkanocną w mieszkaniu przy Piotrkowskiej 161 odbyło się uroczyste śniadanie z zaproszonymi gośćmi.
Byli to powszechnie znana emerytowana aktorka i jej syn, świeżo upieczony absolwent Łódzkiej Akademii Medycznej.
Tożsamość tej dwójki do dziś jest owiana tajemnicą.
Aktorka nie chciała być łączona z żadnym skandalem, więc milicjanci nie podali dziennikarzom nawet inicjałów.
Jej syn był ponoć specyficzny, a rok wcześniej został przyłapany na dziwnych praktykach w prosektorium.
Jakiego rodzaju relacje łączyły aktorkę i lekarza z Sobczakami, również nie wiadomo.
Podobnie jak to, czy przy pisankach rozmawiano o podróży Warszawą do jej matecznika.
Prawdopodobnie o zamiarach zwiedzania stolicy wiedziało kilka lub kilkanaście osób z kręgu rodziny, znajomych i pracowników wytwórni czekoladek.
Kolejnego dnia, w lany poniedziałek, Sobczakowie wreszcie doprecyzowali plany.
Wspomnianego dnia, o poranku, była umówiona na jednodniową wyprawę ze swoim chówcem do lasów wiołczyńskich nieopodal Łodzi.
W latach 60., podobnie jak teraz, na lekcjach języka polskiego omawiano lalkę, która często pojawiała się jako temat egzaminu, a Magda wciąż jej nie skończyła.
Państwo Sobczakowie rozumieli córkę, więc postanowili, że do Warszawy wyjadą we troje.
Kiedy zbierali manatki do podróży, Magda jakiś czas opalała się na balkonie, a gdy dokuczył jej upał, około 13 wróciła do pokoju.
Sobczakowie z mieszkania numer 9 weszli pół godziny później.
Zanim drzwi się zatrzasnęły, Maria przestrzegła nastolatkę, żeby nie zbierała w lesie żadnych podejrzanych rzeczy, ponieważ mogą to być powojenne niewypały.
Zgodnie z zapowiedzią po zwiedzeniu Warszawy, jej rodzice oraz starsza siostra dotarli do Łodzi we wtorek 24 kwietnia około 20.30.
Maria i Dorota poszły przodem, ponieważ Stanisław musiał jeszcze zaparkować samochód w garażu pod sąsiednim numerem 159.
Kilkanaście minut później mężczyzna wdrapał się na trzecie piętro kamienicy i ku swojemu zdziwieniu zastał ciągle stojące przy schodach żonę oraz starszą córkę.
Ten wygodny system abonamentowy z okresu PRL-u sprawiał, że nie trzeba było samemu taszczyć ciężkich naczyń ani stać w kolejkach.
Pracownicy mleczarni już od 4 rano wędrowali od mieszkania do mieszkania, zbierając puste butelki i zostawiając pełne.
Kolor aluminiowego kapsla, złoty lub srebrny, informował, że zawartość jest tłusta albo chuda.
Stanisław przekręcił w zamku klucz i uchylił drzwi do przedpokoju.
Pitawal Łucki informuje.
Drzwi do dużego pokoju były lekko uchylone.
Na podłodze leżały skorupy wazonika, stojącego zwykle na małym stoliku przy wejściu.
Wszyscy troje przeszli przed pokój i przez uchylone drzwi weszli do dużego pokoju.
Stół był zastawiony pozostałościami świątecznego przyjęcia.
Stanisław Sobczak w szoku wybiegł do sąsiadów z prośbą o wezwanie lekarza i milicji.
Jako pierwszy już kilka minut później, przy Piotrkowskiej 161, pojawił się medyk z prywatnego pogotowia.
Kiedy zdjął poduszkę, która zasłaniała górną część ciała denatki, Stanisław krzyknął z bólem.
O Jezu, wbili jej nóż w serce.
Nóż z zastawy stołowej Sobczaków sterczał dokładnie znad serca dziewczyny, wbity równolegle do żeber.
Lekarz zrozumiał, że zabójca musiał bardzo dobrze wiedzieć, gdzie i jak uderzać, a zatem na pewno miał wcześniej do czynienia z ludzką, ewentualnie zwierzęcą anatomią.
Sekcja zwłok, którą później wykonano, ujawniła, że ciosy zadano aż trzykrotnie, gdy bezbronna ofiara leżała na podłodze.
Doktor odkrył również 10 ran tłuczonych na skórze głowy i czole, złamania kości śródręcza, brak paznokcia na prawym palcu wskazującym i liczne złamania kości podstawy czaszki.
Według niego śmierć denatki nastąpiła nie później niż 7 do 12 godzin przed ujawnieniem zwłok.
Niedługo po lekarzu pogotowia do mieszkania numer 9 wpadli funkcjonariusze i przystąpili do oględzin.
Szczegółowo obejrzeli drewniane drzwi wejściowe, bez wizjera zamykane na dwa zamki.
Nie zauważyli żadnych uszkodzeń, więc ofiara musiała sama wpuścić napastnika lub zabójca musiał mieć przy sobie dorobione klucze.
Mundurowi przeszli dalej i w pierwszym pokoju na biurku zabezpieczyli do badań daktyloskopijnych rozbitą butelkę po niemieckim piwie Radeberger.
Morderca trzymał ją za szyjkę, używając jako broni.
Pomiędzy pierwszym a drugim pokojem widać było około trzymetrowe ślady ciągnięcia ciała po podłodze i towarzyszące im dno drugiej butelki od piwa.
Niewątpliwie narzędziem zbrodni był też masywny zielony wazon w kształcie maczugi, stojący na stole.
Naczynie miało na sobie plamy zakrzepłej krwi i przyklejone do niej włosy.
Drzwi prowadzące na półokrągły balkon zostały otwarte, podobnie jak wszystkie fronty szaf.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że morderca czegoś poszukiwał, ale pięć drogich damskich futer, siedem garniturów, otwarta pusta walizka i aktówka tkwiły na swoich zwykłych miejscach.
Nie zniknęło nawet 3750 złotych umieszczonych w kieszeni eleganckiej torby, czyli więcej niż dwie ówczesne średnie pensje.
Jeżeli zatem morderca nie był rabusiem ani dewiantem seksualnym, co pchnęło go za próg sobczaków?
Zbrodnia na młodszej córce przedsiębiorcy rodziła pytania nie tylko w kontekście jej motywu.
Pomimo ustaleń lekarza problematyczna jest też godzina, a nawet dzień zabójstwa.
O tym, jak oprawca pozostawił Magdę, dowiadujemy się z protokołu porucznika Lucjana L.
Biała jedwabna bluzka zapinana z przodu na siedem guzików.
Kołnierzyk z prawej strony oderwany.
Jedwabny biały biustonosz rozpięty z tyłu.
Magda zazwyczaj nakręcała go co rano, dlatego równie prawdopodobne było, że mechanizm przestał działać sam, bo w dniu odkrycia zwłok nikt go nie nastawił.
niedługo przed przyjazdem rodziny z wycieczki.
Jak miało się okazać, siedemnastolatkę po raz ostatni widziała jej sąsiadka, Amelia K. Kobieta dostrzegła, że Magda w poniedziałek wielkanocny o 17.30 przez dobre dwie minuty wychylała się z okna i patrzyła na podwórze, jakby na kogoś czekała.
Mieszkanie Sobczaków i Ameli dzieliła tylko ściana oraz nieużywane, zawsze zamknięte drzwi, ale świadek nie zarejestrowała żadnych dziwnych dźwięków.
inni bezpośredni sąsiedzi pogrążonej w żałobie rodziny, państwo J, też odgrodzeni zamkniętymi drzwiami, nieustannie słyszeli, co dzieje się obok.
Wygłuszenie właściwie nie istniało, więc można było odnotować nawet takie drobiazgi jak pstryknięcie włącznika od światła.
Państwa J tego dnia co prawda nie było w domu po południu, ale mieszkająca pod zamordowaną Zofia B i jej goście około 18 usłyszeli najpierw dwa odgłosy, a po chwili trzeci, który skojarzyli z upadaniem kogoś na podłogę.
Te hałasy dochodziły z pokoju od strony Piotrkowskiej.
Wówczas pomyśleli jednak, że Magda i Dorota tańczą, co lubiły czasem robić, i któraś z nich się podobała.
40 minut później mieszkaniec drugiego piętra w lewym skrzydle, Henryk R., przez otwarte okno na podwórze odnotował wypowiedziane przeciągle, jakby dziecięcym głosem, słowo Mamo.
Jego żona, również znajdująca się przy oknie, nic takiego nie słyszała.
Co ciekawe, rok później w kamienicy przeprowadzono eksperyment z udziałem starszego wywiadowcy, Jana Pucienniczaka, czyli pierwszego prowadzącego program kryminalny 997.
Milicjanci chcieli ustalić, jaki sąsiad feralnego dnia coś mógł, a czego nie mógł usłyszeć.
W tym celu Pucienniczak rejestrował magnetofonem takie zdarzenia jak krzyk, przewrócenie krzesła czy butelki.
Potwierdziło się, że u Zofii B., mieszkającej bezpośrednio pod Sobczakami, wszystkie te odgłosy były dość wyraźne.
Niezwykle ważne okazały się zeznania przyjaciółki Magdy.
W świąteczny poniedziałek około 16.00 Anna odebrała od niej telefon i w trakcie rozmowy próbowała ją namówić na mecz koszykówki w hali sportowej.
Sobczakówna jednak odmówiła, wymigując się nauką.
Obiecała za to, że na zajutrz stawi się o 7.10 na rogu ulicy Piotrkowskiej i Mickiewicza, żeby razem z nią udać się na zbiórkę.
Nie zwierzała się, że wyczekuje jakichkolwiek gości.
Kolejnego dnia, kiedy Anna na ostatnią chwilę zamierzała ją poprosić o zabranie aparatu fotograficznego na wycieczkę, dziewczyna nie podniosła już słuchawki.
Nie odpowiedziała też na pukanie do drzwi 15 minut później.
Zebrane poszlaki wskazywały zatem, że Magdę uśmiercono albo we wtorek o 5.54, albo, co dużo bardziej prawdopodobne, wieczorem poprzedniego dnia.
To, że siedemnastolatka zapewne sama otworzyła drzwi oprawcy, ale szybko zorientowała się w jego zamiarach, świadczyły ślady po jej lewej dłoni na ścianie korytarza obok wejścia do mieszkania.
Odciski najprawdopodobniej powstały na skutek zapierania się w trakcie próby siłowego zatrzaśnięcia drzwi przed nosem napastnika.
Identyczne świadectwo desperackiej obrony ujawniono na ścianie pokoju z narożnym oknem od podwórza.
Dodatkowo w całym mieszkaniu odkryto 21 odbitek linii papilarnych, jednak późniejsze badania zawiodły mundurowych.
Były to ślady domowników i dwójki ich gości z niedzielnego śniadania.
Milicjanci na podstawie oględzin lokalu wysnuli wniosek, że słabsza od napastnika Magda nie zdołała zatrzymać go w drzwiach, a ten, kiedy wpadł do jej mieszkania w rękawiczkach, od razu chwycił za purcelanowy wazonik, który dotąd stał na małym stoliku i to nim zadał pierwsze ciosy.
Przerażona dziewczyna uciekła do pokoju od strony podwórza, gdzie też bezskutecznie przytrzymywała drzwi.
Morderca znów sobie poradził, po czym zaczął ją ścigać wokół okrągłego stołu.
W końcu złapał nastolatkę, zadał cios butelką po piwie, rozbił ją, więc chwycił za kolejną.
Magda zdołała się wtedy oswobodzić i pobiegła do pokoju od strony Piotrkowskiej, żeby otworzyć drzwi balkonowe i zawołać przechodniów na pomoc.
Niestety zabrakło jej kilku sekund.
Poprawca zdołał ją powstrzymać przed krzyknięciem, po czym uderzył drugą butelką po piwie.
W trakcie szamotaniny straciła paznokieć i kołnierzyk od jedwabnej bluzki.
Dopiero cios ciężkim wazonem z zielonego szkła skutecznie ją ogłuszył.
Z jakiegoś powodu zabójca przeciągnął bezwładne ciało do pokoju od podwórza.
Położył obok stołu, na którym znajdował się talerz z resztką wędlin.
Chwycił z niego nóż i zadał trzy precyzyjne ciosy.
Znamienne jest, że zarówno piersi, jak i twarz swojej ofiary przykrył dużą poduszką z tapczanu.
Zacytujmy słowa Filipa Bolechały, współczesnego lekarza medycyny sądowej.
Okaleczanie i zakrywanie twarzy ofiar może mieć różne znaczenie w zależności od motywu zabójstwa.
W grupie zabójstw na tle seksualnym spotykane jest w rzadkich przypadkach, gdy sprawca zna swoją ofiarę.
Wydaje się być to przejawem nieracjonalnego zanegowania kontaktu, znajomości.
Natomiast w przypadkach zabójstw z zemsty może być wyrazem lęku przed bezpośrednią konfrontacją z ofiarą twarzą w twarz.
Zdarzenie w mieszkaniu przy głównej ulicy Łodzi było tak potworne, że wkrótce huczało o nim w całym mieście.
Chociaż obywatele mieli wiele do dodania i pisali anonimy, nie szczególnie pomogli milicji.
Jednym z nich była 65-letnia Bronisława Z., która w poniedziałek około 18.00 siedziała na podwórzu kamienicy.
Kobieta zauważyła, że przez bramę ulicy Piotrkowskiej
wszedł nieznany jej młody, najwyżej dziewiętnastoletni mężczyzna średniego wzrostu, o pociągłej opalonej twarzy i prostych czarnych włosach, zaczesanych w górę nad niskim czołem.
Ten chłopak wszedł do klatki schodowej Sobczaków,
Drugi raz Bronisława, świetnie zastępująca współczesny monitoring, zobaczyła go 45 minut później, kiedy wrócił na ulicę.
Do 20 na podwórku ani w bramie nikt więcej już się nie pojawił.
Takim sposobem dowiedzieli się, że w ten sam lany poniedziałek około 10 dokładnie tak ubrany chłopak kupił w kiosku stojącym naprzeciwko kamienicy bilet na autobus.
Zeznający Karol M. zapamiętał też, że jego klient długo stał na skraju chodnika i zerkał w górę jakby na okna Sobczaków.
Z kolei niejaka Polaka, która mieszkała w prawym skrzydle, idealnie naprzeciw okna klatki schodowej ofiary, dostrzegła ten sam zielony płaszcz w Wielką Sobotę około 21.
Należało go odszukać, ale pomimo wielu działań śledczy nie zdołali ustalić jego tożsamości.
Powodzeniem skończyło się natomiast namierzenie 24-letniego Kazimierza R. o pseudonimie Longinus, którego wskazała fryzjerka z zakładu przy Piotrkowskiej 161.
Kobieta zeznała, że jeszcze przed świętami widziała go z Magdą na podwórku, gdy uparcie i bezskutecznie próbował się z nią umówić na randkę.
Longinusa tymczasowo zatrzymano, ale wkrótce okazało się, że nie mógł być sprawcą morderstwa i został oczyszczony z wszelkich podejrzeń.
Wiosną 1963 roku zrozpaczony Stanisław przekazał na ręce milicji astronomiczną sumę 250 tysięcy złotych nagrody za pomoc w rozwiązaniu sprawy.
Bezradni Sobczakowie mogli już tylko obiecywać Magdzie sprawiedliwość w trakcie odwiedzin na Starym Cmentarzu w Łodzi przy ulicy Ogrodowej.
Dzień przed Świętem Zmarłych 1964 roku uroczyście poświęcono pomnik na jej grobie, przedstawiający dziewczynę trzymającą ponad głową róże.
Mimo to łodzianie mieli swoje twarde przekonania.
Za te ostatnie w dawnych czasach można było kupić dorodnego prosiaka, dlatego Polacy nazywali je świnkami i takie właśnie określenie często pada w źródłach.
Kolejna łódzka plotka głosiła, że jeszcze podczas II wojny Stanisław za pieniądze obiecał pewnym Żydom opiekę nad ich ukrytymi dziećmi, ale danego słowa nie dotrzymał.
Zabójstwo jego córki miało być zemstą skrzywdzonej rodziny.
Śledczy i ten trop dokładnie sprawdzili, jednak nie znaleźli żadnych wiarygodnych śladów.
Niespodziewany zwrot w sprawie Magdy nastąpił ponad 11 lat od jej tragicznej śmierci.
25 września 1973 roku niejaki Wojciech K., odsiadujący wyrok za działalność w zorganizowanej grupie włamywaczy, poprosił śledczych o wysłuchanie jego zwierzeń.
Współwięźniowie znali je już aż za dobrze.
Przeszłość skazańca, podobnie jak dziesięciu jego kolegów z szajki, była nazywana sprawą inżynierów, ponieważ sprytnymi rabunkami zajmowali się nastoletni chłopcy z inteligenckich dobrych domów.
Licealiści wykorzystywali swoje zdolności do ukradkowego podbierania kluczy, wykonywania ich odcisków w plastelinie i otwierania zamków odlewami.
Zanim Wojciech K. zgłosił się do prokuratury, milicjanci sami wiele razy pytali go o związek z Sobczakami, ale on uparcie zaprzeczał.
W końcu zażądał badania wariografem, które dało jednoznaczny wynik na jego niekorzyść.
Wyjaśnił, że rabunek u Sobczaków uzgodnił z nieco starszym uczniem, Markiem H., który potrzebował pieniędzy na swój ślub.
Chłopcy mieli spotkać Magdę na zabawie w Młodzieżowym Domu Kultury przy ulicy Moniuszki, gdzie poznali również niejakiego Piotra.
Osobnik ten podobno opowiedział im o bogactwie Sobczaków i ich zwyczajach wyjazdowych.
Takiej okazji nie mogli przepuścić, więc gdy dziewczyna poszła tańczyć, Wojciech z Markiem wyciągnęli z jej torebki klucz, a z legitymacji odczytali adres.
Taki przebieg zdarzeń w Domu Kultury negował też namierzony przez milicję Piotr.
Dodatkowo, chociaż Wojciech przedstawił przebieg włamania, wiele podanych szczegółów nie pokrywało się z rzeczywistością.
Mimo to wmawiał milicjantom, że zabił Marek H., który miał na sobie płaszcz popelinowy jasnego koloru.
Niestety, co mógł powiedzieć przywołany Marek, już nigdy się nie dowiemy, bo półtora roku wcześniej odebrał sobie życie.
Trzy miesiące po tych rewelacjach Wojciech K. odwołał zeznania, tłumacząc się fantazjowaniem.
Niektóre szczegóły znał z lokalnej prasy, przedstawionych mu zdjęć w trakcie śledztwa, a także testowych pytań w trakcie badania wariografem.
Od tej pory w sprawie Magdy Sobczak działo się niewiele.
23 kwietnia 1982 roku zbrodnia przy Piotrkowskiej uległa przedawnieniu.
Jaki był prawdziwy motyw tak brutalnego czynu?
Rabunek wydaje się upozorowany, bo przeciętny włamywacz nie szarpałby się w drzwiach wejściowych, ale najprawdopodobniej by uciekł.
Zwykle zabójstwo w trakcie włamań jest ostatecznością lub wypadkiem, ale nie celem.
Z drugiej strony sprawca nie przyniósł narzędzia zbrodni i chwytał to, co wpadło mu w rękę, więc śmierć dziewczyny raczej nie była planowana.
Zastanawia przy tym fakt dokładnego pchnięcia w serce, co przypomina o śniadaniu z młodym lekarzem i jego znaną matką.
Niestety źródła nie podają, jak dokładnie ich sprawdzono.
Największą zagadką pozostaje mężczyzna w zielonym płaszczu, widziany w przypuszczalnym czasie dokonania zabójstwa, którego nie udało się odnaleźć.
Kilka lat temu Anna Grączewska na łamach Dziennika Łódzkiego przytoczyła wypowiedź jednego z autorów wspomnianego pitawalu.
Jarosław Warzecha mówi nam, że gdy po latach przyjrzał się śledztwu w sprawie zabójstwa Magdy Sobczak, to widzi, że było prowadzone niedbale.
Tak, jakby nie zależało na wykryciu sprawcy.
W PRL-owskiej prasie w każdą kolejną rocznicę tragedii przy Piotrkowskiej można natrafić na zaproszenia do uczestnictwa w uroczystych nabożeństwach w intencji ofiary odbywające się w kościele Świętego Krzyża.
Pojawiały się również ogłoszenia Sobczaka, który przeniósł swój zakład na ulicę Gdańską.
Do swojej ukochanej córki dołączył w 2003 roku jako 90-latek.
Trzy lata wcześniej, w podobnym słusznym wieku, 85 lat, zmarła Maria Sobczak.
Małżonkowie spoczęli obok Magdy i jej kamiennej róży na starym cmentarzu w Łodzi.
Jeśli chcesz dołączyć do patronów kanału Opowiem Ci Historie, kliknij w link dostępny w opisie filmu.
Z góry dziękuję.
Ostatnie odcinki
-
Miał być księdzem, został seryjnym dusicielem |...
29.01.2026 23:15
-
Ukrywał się w ścianach i planował zbrodnię. Dan...
15.01.2026 23:15
-
Wiedział za dużo o Czarnobylu? Śmierć polskiego...
23.12.2025 23:15
-
4 ofiary doktoranta kryminologii | 147
16.12.2025 23:15
-
Fryzjer truciciel z Warszawy. Zrobił to dla koc...
11.12.2025 23:15
-
Kto zabił córkę milionera z Łodzi? | 145
27.11.2025 23:15
-
Krwawy plan 17-latki. Nie miała litości | 144
24.11.2025 23:13
-
Krwawy doktorek z Krakowa. Nie uwierzysz co zna...
11.11.2025 23:15
-
Ludzkie szczątki w lodówce. Para kanibali | 142
21.10.2025 22:15
-
To co znaleźli w walizce przeraziło milicję. ŁÓ...
14.10.2025 22:15