Mentionsy
Express: Patriota z Legnicy | Marcin K.
Po powrocie z ferii dorosły syn idzie odwiedzić rodziców. Dokonuje odkrycia, którego kompletnie się nie spodziewał. --------------------------
JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: https://buycoffee.to/szkickryminalny
Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji z ogólnodostępnych źródeł.
ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1SZ83tIf8BVeGdF2nfCFhlvTS0d7eLjc4UR1wmchcedw/edit?usp=sharing
MUZYKA TŁO: CO.AG Music - Left Alone https://www.youtube.com/watch?v=dr1zWPby7zc&t=21s
MUZYKA INTRO: Power Music Factory - Dark Suspense Mystery Investigation Background Music (No Copyright) https://www.youtube.com/watch?v=JNgEAVT8YwY&list=RDQMAEE6SGXex2g&index=2
YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg
Szukaj w treści odcinka
Jako, że ostatnio sporo czasu podcastowego spędziliśmy w Warszawie, to dziś zmieniamy lokalizację.
Przenosimy się na Dolny Śląsk, a dokładnie do Legnicy, czyli do średniej wielkości miasta leżącego w centralnej części województwa.
Tradycyjnie podam odległości, abyście mogli sobie łatwiej wyobrazić umiejscowienie miejsca akcji.
Jeżeli mieszkaniec Legnicy chciałby pojechać samochodem do Czech, to droga do przejścia granicznego zajmie mu około godziny.
Tak samo pod względem dystansu i czasu przejazdu wygląda droga do miasta wojewódzkiego, czyli do Wrocławia.
Jest rok 2015, a w Legnicy mieszka pewne małżeństwo.
Halina oraz Franciszek K. Państwo K. są już w podeszłym wieku.
Małżeństwo od wielu lat zajmuje jedno z mieszkań w kamienicy przy ulicy Oświęcimskiej.
Mają dwóch synów, jeden z nich ma na imię Wiktor, imiona drugiego nie znalazłam, natomiast i tak nie występuje w tej historii.
Synowie już dawno się usamodzielnili i założyli swoje rodziny, więc Państwo K. mieszkają sami.
Ich jedynym towarzyszem jest piesek rasy jamnik, powszechnie znany w kamienicy, ponieważ należy do psów dość głośnych.
Zawsze gdy ktoś wchodzi do mieszkania, czy to ktoś z domowników, czy jakiś gość, pies głośno szczeka, także słychać go minimum w mieszkaniach obok, albo może nawet dalej.
Nie jest to szczególnie uciążliwe, szczekanie trwa zazwyczaj przez chwilę.
Bardziej to jest taki sygnał dla sąsiadów, że do państwa K akurat ktoś przyszedł.
Małżeństwo rzadko wychodzi na zewnątrz, ponieważ Halina jest osobą schorowaną, nieregularnie wstaje z łóżka i coraz trudniej jej się poruszać.
Część obowiązków domowych przejął jej mąż, a dodatkowo rodzice mogą liczyć na doraźną pomoc synów.
Wśród lokalnej społeczności Państwo K. są znani i lubiani, mają opinie ludzi ciepłych, otwartych i takich, którzy nigdy nie odmawiają pomocy.
Można powiedzieć, że Halina i Franciszek to osoby zamożne.
Jeszcze w okresie aktywności zawodowej udało im się zgromadzić spory majątek, więc na emeryturze nie muszą się martwić o kwestie finansowe.
Nie wiem czym zajmowała się Halina, natomiast Franciszek w połowie lat 60. został dyrektorem zakładów mechanicznych Legmet.
W tamtym czasie był to jeden z największych albo nawet największy pracodawca w Legnicy.
Obecnie zakładów pod tą nazwą już nie ma, a spółkę przejęło KGHM.
Jak się łatwo domyśleć, praca na stanowisku dyrektora w tak znaczącym miejscu łączyła się po pierwsze z wysokim wynagrodzeniem, a po drugie z dużym prestiżem społecznym.
Pan Franciszek pełnił tę funkcję przez 10 lat i to m.in.
z jego inicjatywy powstały bloki mieszkalne dla pracowników Legmetu przy ulicach Artyleryjskiej oraz Asnyka.
Podsumowując jego, w cudzysłowie, rządy, to był on cenionym dyrektorem, który cieszył się dużym poparciem ze strony pracowników.
Przede wszystkim dlatego, że słuchał co mają do powiedzenia.
Nie zamykał się w swoim gabinecie i często odwiedzał hale produkcyjne, aby porozmawiać z zatrudnionymi.
Pytał jak im się żyje, a jeżeli zwierzali mu się z jakichś problemów, zawsze starał się znaleźć rozwiązanie i pomóc.
Poza pracą angażował się w rozwój legnickiej kultury oraz sportu.
Wraz z innymi wpływowymi osobami zainicjował działalność Domu Kultury Marko oraz przyległych do niego kortów tenisowych.
Poza tym był jednym ze współzałożycieli klubu piłkarskiego Mieć Legnica i przez jakiś czas pełnił w nim funkcję wiceprezesa, a następnie prezesa.
Franciszek oraz Halina byli i są zgodnym małżeństwem, któremu przyświecają wspólne idee.
Wychodzą z założenia, że skoro powiodło im się w życiu, to teraz mogą dzielić się tym, co mają i nieść pomoc innym.
otwarty dom, w przenośni oraz dosłownie, bo każdy gość może liczyć, że w ich mieszkaniu zostanie ciepło przyjęty, ale też państwo K często zostawiają drzwi otwarte.
W kamienicy mieszkają od wielu lat, czują się tam bezpiecznie i uważają, że nic im nie zagraża.
Takie podejście spotyka się z oporem ich synów, którzy przy każdej okazji próbują przekonać rodziców, aby na wszelki wypadek zamykali drzwi.
Państwo K. rozumieją ich obawy, mają już jednak wyrobiony nawyk, który nie tak łatwo zmienić.
Jest koniec stycznia 2015 roku, a w województwie dolnośląskim trwają ferie zimowe.
Z tej okazji Wiktor, syn państwa K., razem ze swoimi dziećmi planuje wyjazd.
W fazie planowania ośmioletnia córka Wiktora, która jest bardzo związana z pieskiem należącym do dziadków, pyta ich oraz tatę, czy mogliby zabrać Jamnika ze sobą.
Dziadkowie się zgadzają, więc jeszcze przed opuszczeniem Legnicy, Wiktor wraz z córką jedzie do mieszkania na Oświęcimskiej, aby odebrać psa i pożegnać się z rodzicami.
W razie czego syn podkreśla, że jest cały czas pod telefonem, więc będą w kontakcie.
Karetka odwozi kobietę do szpitala, ale sytuację na szczęście szybko udaje się opanować.
Halina musi jedynie pozostać na kilkudniowej obserwacji, w trakcie której zostaną przeprowadzone potrzebne badania.
Franciszek zostaje więc sam w mieszkaniu, chociaż nie na długo, bo jeszcze przed kolejnym weekendem jego żona zostaje wypisana do domu.
W niedzielę 1 lutego pogoda nie zachęca do wychodzenia na zewnątrz, ponieważ temperatura oscyluje w okolicach zera, a Legnica zatopiona jest w śniegu.
Wiktor wraca więc z ferii zimowych w niezbyt sprzyjających warunkach atmosferycznych.
Jest coraz bardziej zaniepokojony i to nie tylko przez trudne warunki na drodze, a głównie przez to, że od rana rodzice nie odbierają telefonu.
Ustalili, że pozostaną w kontakcie, więc brak odzewu z ich strony jest co najmniej niepokojący.
Tym bardziej, że syn wie o słabym stanie zdrowia matki oraz o jej wizycie w szpitalu w ostatnich dniach.
Do pokonania ma jeszcze spory dystans, ale postanawia, że bez względu na to, o której godzinie dotrze do Legnicy, od razu pojedzie odwiedzić rodziców.
Finalnie do miasta dojeżdża dopiero w godzinach wieczornych, więc około 20 kieruje się na ulicę Oświęcimską.
Po wejściu do mieszkania zastaje widok, którego nie spodziewał się nawet w najczarniejszych scenariuszach.
Rodzice zazwyczaj śpią osobno, więc w pierwszej kolejności idzie do pokoju taty.
Tam widzi Franciszka leżącego obok łóżka.
Mężczyzna ubrany jest w piżamę i mógłby sprawiać wrażenie jakby za słab, gdyby nie rozległa rana na jego głowie.
Nie ma wątpliwości, że ojciec został przez kogoś zaatakowany, bo krwi jest zbyt dużo, aby pochodziła np.
z przypadkowego uderzenia głową o jakiś mebel w momencie upadku.
Pełen obaw Wiktor kieruje się do sypialni mamy, gdzie traci wszelkie nadzieje.
Halina w przeciwieństwie do męża leży w łóżku, a na poduszce dookoła jej głowy również widoczna jest rozległa czerwona plama.
Syn niezwłocznie dzwoni pod numer alarmowy, a po niedługim czasie na miejsce przyjeżdża karetka oraz ekipa śledcza.
Pierwsza hipoteza, jaka się nasuwa, to oczywiście motyw rabunkowy.
Zaatakowano dość zamożnych starszych ludzi, którzy często nie zamykali mieszkania na klucz.
Zważywszy na to, że w momencie ataku mieli na sobie piżamy, to prawdopodobnie do zdarzenia doszło w nocy.
Przybyli na miejsce policjanci przez kolejne godziny zabezpieczają istotne ślady, oglądają mieszkanie oraz teren dookoła.
a także wypytują potencjalnych świadków, czy może coś widzieli.
Niestety sąsiedzi, którzy z założenia mogliby być najcenniejszym źródłem informacji, nic nie widzieli i niczego nie słyszeli.
Gdyby w domu akurat był pies, to pewnie sytuacja ukształtowałaby się inaczej, ponieważ zacząłby szczekać jak zawsze po wejściu obcego do mieszkania i może obudziłby kogoś z mieszkańców kamienicy.
Fakt, że atak nastąpił akurat wtedy, gdy Wiktor zabrał jamnika państwa K. na ferie zimowe, nasuwa podejrzenia, że sprawca obserwował mieszkanie i na podstawie tych obserwacji wybrał idealny moment na atak.
W celu przeprowadzenia sekcji zwłok ciała zostają przewiezione do zakładu medycyny sądowej.
Według wstępnej oceny lekarza, który przyjechał na miejsce, aby wypisać karty zgonów, zarówno Halina jak i Franciszek zginęli w wyniku zadanych licznych ran tłuczonych głowy.
Sprawca użył tempo krawędzistego narzędzia, prawdopodobnie młotka.
Zanim jednak przejdziemy do wyników sekcji, to zatrzymamy się jeszcze na samych oględzinach mieszkania.
Mimo wcześniejszych spekulacji, mieszkanie nie wygląda, jakby zostało obrabowane.
Panuje w nim względny porządek, z szafek niczego nie powyrzucano i w ogóle nie ma żadnych śladów świadczących o tym, że ktoś czegoś szukał.
Bardziej wygląda to tak, jakby sprawca wszedł do środka, aby zabić swoje ofiary i to był dla niego cel sam w sobie.
Informacje potwierdzają synowie, według których nic nie zginęło, a przecież mogło.
Rodzice mieli wiele cennych rzeczy, które z łatwością dałoby się spieniężyć.
To odkrycie trochę komplikuje sprawę, bo trudno szukać sprawcy, skoro nie wiadomo jakim motywem się kierował.
Po wykluczeniu motywu rabunkowego właściwie trudno znaleźć inny, ponieważ Państwo K. nie mieli wrogów, rzadko wychodzili z domu i nie robili niczego, co można by uznać za jakkolwiek kontrowersyjne.
Sekcja zwłok zostaje przeprowadzona już na początku następnego tygodnia.
Według informacji przekazanych przez patologa, zgon obojga badanych nastąpił w nocy z soboty 31 stycznia na niedzielę 1 lutego.
Zarówno żona, jak i mąż zginęli w wyniku zadawanych ciosów w głowę.
Franciszkowi sprawca zadał 12 ciosów, a Halinie 6.
Wiadomo, że napastnik uderzał z ogromną siłą i determinacją.
Na głowie pani Haliny znajdowały się ślady DNA jej męża, co można zinterpretować tak, że zginęła ona jako druga.
Do odebrania jej życia sprawca użył tego samego narzędzia, które wcześniej wykorzystał do ataku na Franciszka.
Na narzędziu nadal znajdowała się krew mężczyzny, więc gdy sprawca użył tego powiedzmy młotka ponownie, krew pierwszej ofiary znalazła się na głowie tej drugiej.
Napastnik uderzał nawet gdy ofiary już nie żyły, więc mówimy tutaj o zjawisku nadzabijania.
W związku z tym prokurator decyduje się poprosić o pomoc w śledztwie profilera kryminalnego Jana Gołębiowskiego.
Profiler w pierwszej kolejności chce przeprowadzić własne oględziny miejsca zbrodni, więc w połowie następnego tygodnia przyjeżdża do kamienicy na ulicy Oświęcimskiej.
Ciał naturalnie już dawno tam nie ma, ale mieszkania nadal nie posprzątano, więc liczy, że trafi na jakieś cenne wskazówki.
Początkowo sprawdza układ pomieszczeń i zauważa, że pomiędzy pokojem, w którym spała Halina, a pokojem, w którym spał Franciszek, jest jedynie wąski korytarzyk zastawiony wieloma przedmiotami.
Sprawca niczego nie zrzucił ani nie przewrócił, mimo że poruszał się po ciemku albo przy ograniczonym źródle światła.
Najpewniej chcąc być dyskretnym nie włączał żadnej z lamp, więc mógł mieć własną latarkę albo jest jeszcze jedna opcja.
Tuż przed oknami mieszkania znajduje się latarnia uliczna.
Latem przysłaniają ją liście drzew, z kolei zimą tych liści nie ma, więc do pokoi państwa K dociera sporo światła.
Wobec tego sprawca nawet bez latarki i włączonego oświetlenia mógł poruszać się po mieszkaniu, chociaż w takiej sytuacji miał mocno ograniczone pole widzenia.
Profiler wnioskuje, że napastnik co najmniej obserwował kamienicę z zewnątrz, ale jest wysoce prawdopodobne, że nie tylko, bo był też w samym mieszkaniu i zdążył się zorientować, jaki jest układ pomieszczeń oraz na co powinien uważać, aby nie zrobić niepotrzebnego hałasu.
Dzięki temu, gdy przyszedł po raz kolejny, poruszał się bardzo pewnie.
Tym bardziej, że według ustaleń policji, w którymś momencie, może po ataku, a może przed, był w kuchni i zabrał jedno z ciastek leżących na talerzyku.
Pojawia się hipoteza, że może to ktoś z karetki pogotowia zainteresował się starszym małżeństwem.
Ktoś z sanitariuszy, którzy byli u nich kilka dni wcześniej, uznał, że Franciszek i Halina stanowią łatwy cel.
Tylko znów, łatwy cel czego?
O ile hipotezę o udziale osób z pogotowia szybko wykluczono, o tyle motyw rabunkowy jeszcze przez jakiś czas się przewijał.
Według Jana Gołębiowskiego sprawca mógł chcieć obrabować mieszkanie, ale nie zdążył tego zrobić.
Franciszek, jak wiemy, zginął jako pierwszy, a w momencie znalezienia leżał obok łóżka, więc zapewne wstał, gdy usłyszał niepokojące dźwięki.
Nie wspominałam wcześniej, ale na drzwiach do mieszkania nie było śladów włamania.
Mogła to być więc jedna z tych sytuacji, gdy małżeństwo po prostu nie zamknęło drzwi albo sprawca miał klucz.
W każdym razie, gdy Franciszek usłyszał, że ktoś chodzi po pokojach, wstał, aby skonfrontować się z intruzem i wtedy został zaatakowany.
Halina natomiast została napadnięta w trakcie snu.
Albo może już nie spała, ale też nie zdążyła wstać, ponieważ gdy Wiktor wszedł do mieszkania, ciało jego matki nadal było częściowo przykryte kołdrą.
Może włamywacz próbował zachowywać się cicho, ale obudził domowników, a chcąc pozbyć się świadków, zabił.
Spanikował, działał w silnych emocjach, więc uciekł, nie realizując wcześniejszych planów rabunkowych.
Tylko, że taka hipoteza wyjaśnia jedynie chęć pozbycia się Franciszka, który zobaczył twarz złodzieja.
Ciężko stwierdzić czemu od razu po zabójstwie sprawca nie uciekł, tylko poszedł specjalnie do drugiego pokoju, żeby zabić Halinę.
Ona nawet nie wstała z łóżka, więc w sytuacji, gdy włamywacz chciał jak najszybciej opuścić mieszkanie,
Poświęcanie uwagi na zaatakowanie kolejnej osoby, która i tak go nie widziała, wydaje się zwyczajnie stratą czasu.
Ostatecznie po przeanalizowaniu obrażeń oraz wszystkich zebranych dowodów, śledczy wracają do punktu wyjścia.
Najpewniej sprawca niczego nie ukradł, bo nie chciał.
To założenie ma swój początek i koniec jedynie w teorii, bo nikt ze świadków nie ma pomysłu, dlaczego ktoś miałby chcieć śmierci 80-latków.
Ostatecznie nie jest nawet pewne, jakiego narzędzia użyto, bo nigdzie nie znaleziono tego domniemanego młotka.
Śledczy przeszukali bardzo dokładnie teren w promieniu kilkuset metrów od kamienicy.
Sprawdzono śmietniki, pojemniki na odzież, zarośla, pustostany oraz studzienki kanalizacyjne.
Z Niemiec sprowadzono psy tropiące przeszkolone specjalnie pod kątem szukania tropu na podstawie śladów pobranych z miejsca zbrodni.
Psy złapały trop i doprowadziły funkcjonariuszy do centrum miasta, ale tam zapach najwyraźniej się urwał.
Policjanci sprawdzili dosłownie każdego, kto miałby jakiś racjonalny powód, aby zabić.
Pytali nawet okolicznych bezdomnych, czy może słyszeli o jakimś napadzie na mieszkanie.
Ale nikt nic nie widział i nie słyszał.
Finalnie sprawa stanęła w martwym punkcie, a rodzina zamordowanych zaczęła tracić nadzieję na sprawiedliwe ukaranie sprawcy.
Przejdziemy teraz do kolejnych bohaterów dzisiejszego odcinka.
Ponownie jest to małżeństwo Elżbieta oraz Mirosław Z. Państwo Z również mieszkają w Legnicy, w kamienicy przy ulicy Głogowskiej.
Droga z wcześniej wspomnianej ulicy Oświęcimskiej na Głogowską pieszo zajmuje około 30 minut.
Poza zbliżonym miejscem zamieszkania oba małżeństwa łączy kilka innych kwestii.
Państwo Z są co prawda sporo młodsi od Państwa K, bo Elżbieta ma 60 lat, a jej mąż 63, natomiast tutaj również jedna z osób jest niepełnosprawna i ma problemy z poruszaniem.
Mężczyzna przez wiele lat był górnikiem, jednak gdy uległ wypadkowi, był zmuszony przejść na emeryturę.
Może poruszać się jedynie przy balkoniku, więc rzadko wychodzi z domu.
Żona się nim opiekuje, a poza tym pracuje dorywczo w oczekiwaniu na przyznanie emerytury.
Elżbieta jest bardzo drobną kobietą, waży trochę ponad 40 kg, natomiast wbrew jej aparycji wszyscy, którzy ją znają, zgodnie twierdzą, że to kobieta o wielkim sercu.
Zarówno ona, jak i jej mąż uznawani są za ludzi bardzo serdecznych i uczciwych.
Podobnie jak Państwo K. prowadzą otwarty dom, przynajmniej w tym metaforycznym znaczeniu, bo gdy ktoś potrzebuje wsparcia, oni zawsze chętnie wyciągną pomocną dłoń.
Mieszkają sami, są rodzicami dorosłych bliźniąt.
Córka ma na imię Anna, odnośnie syna brakuje danych.
Kobiety bardzo często do siebie dzwonią, a córka, gdy tylko ma czas, odwiedza rodziców.
Od śmierci Haliny i Franciszka minęło ponad pół roku.
Jest lipiec 2015 roku.
Elżbieta oraz Mirosław już od dłuższego czasu planują remont ich wspólnego mieszkania.
Niektóre pomieszczenia wymagają odświeżenia, a oni robią się coraz starsi, więc wraz z upływem czasu może im być coraz trudniej przeprowadzić prace remontowe.
Naturalnie chcą wynająć fachowca, ale i tak wcześniej trzeba odpowiednio przygotować mieszkanie, a potem posprzątać, więc remont czy się go robi samodzielnie, czy z czyjąś pomocą, generuje liczne obowiązki.
Gdy ostatecznie podejmują decyzję, że to jest ten moment, Elżbieta pyta bliskich, czy może mają kogoś godnego polecenia i finalnie otrzymuje kilka rekomendacji.
Po rozważaniu wszystkich propozycji decyduje się skorzystać z usług 38-letniego Marcina.
Fachowca poleciła jej córka wraz z zdjęciem, ponieważ mężczyzna kilka miesięcy wcześniej przeprowadzał u nich gruntowny remont łazienki.
Elżbieta uznaje, że skoro Anna go poleca, to nie ma powodów do obaw.
Widziała, że faktycznie u niej fachowiec się spisał, a łazienka jest starannie wykończona.
Marcin ma doświadczenie, nie żąda jakiejś wygórowanej stawki i co ważne jest dyspozycyjny.
Anna opowiada, że jest on dość zamknięty w sobie, ale to w niczym nie przeszkadza, bo po prostu koncentruje się na tym, aby dobrze wykonać swoje zadanie.
Wkrótce Elżbieta i Mirosław przekonują się, że córka miała rację.
Prace remontowe rozpoczynają się w połowie sierpnia, sprawnie idą do przodu, a Marcin przykłada się do tego, co robi.
Państwo Z, widząc, że efekty są zadowalające, regularnie wypłacają mu zaliczki.
Ponadto Marcin może liczyć na obiady podawane przez Elżbietę po wykonanych obowiązkach oraz różne przekąski, które kobieta przynosi mu w trakcie.
W związku z tym, że jest sierpień i trwa bardzo upalne lato, gospodyni nieraz częstuje też Marcina zimnym piwem, aby choć trochę się ochłodził w trakcie pracy.
Po kilku tygodniach państwo Z przekazują mu nawet klucz do mieszkania, aby Marcin mógł sam wchodzić i wychodzić pod nieobecność Elżbiety, jednocześnie nie fatygując jej męża do każdorazowego wstawania z łóżka.
Anna na bieżąco sprawdza postępy w remoncie, a także pomaga mamie z zakupami potrzebnych materiałów.
W trakcie jednej z rozmów Elżbieta mówi córce, że w czwartek 27 sierpnia Marcin będzie malował ściany.
Anna słysząc to proponuje, że tego dnia wieczorem podjedzie do rodziców, bo chciałaby zobaczyć efekt, a poza tym pomoże Elżbiecie w umyciu podłóg.
Mama się zgadza, jednak gdy w ciągu dnia w czwartek córka znów do niej dzwoni, nie odbiera.
Anna próbuje dodzwonić się również do taty, ale bezskutecznie.
Trochę się niepokoi, jednak uznaje, że i tak po pracy ma jechać do rodziców, więc po prostu na żywo z nimi porozmawia.
Zgodnie z planem około 18 podjeżdża na ulicę Głogowską, a że nie ma ze sobą klucza dzwoni do drzwi.
Nikt nie otwiera, próbuje więc nacisnąć klamkę.
Bezskutecznie.
Drzwi są zamknięte.
Nagle Anna przypomina sobie, że na ten dzień Elżbieta zamówiła mszę w intencji swojej zmarłej mamy, ponieważ akurat dziś przypada rocznica jej śmierci.
Kieruje się więc do kościoła, gdzie właśnie odbywa się nabożeństwo, licząc, że tam spotka mamę, ale ku swojemu zaskoczeniu nie dostrzega jej w żadnej z kościelnych ławek.
Wtedy zaczyna się naprawdę denerwować, bo sytuacja robi się coraz bardziej zagadkowa.
Niestety fachowiec nie może przyjechać od razu, więc Anna przez jakiś czas czeka na klatce schodowej, a w głowie pojawiają się jej najgorsze scenariusze.
Gdy ślusarz dojeżdża na miejsce, potrzebuje czasu, aby uporać się z zamkiem i finalnie do mieszkania udaje im się wejść dopiero około godziny 21.30.
Po wejściu do środka Anna przeżywa szok.
Zgodnie z jej przypuszczeniami rodzicom stało się coś złego, ale nikt nie zasłabł tak jak zakładała.
Na podłodze w kuchni leży Elżbieta.
Dookoła jest pełno krwi, kobieta ma rozległą ranę głowy, a także liczne rany kłute na ciele.
Na łóżku w sypialni leży Mirosław z takimi samymi obrażeniami.
Anna niezwłocznie dzwoni pod numer alarmowy, a lekarz po wstępnych oględzinach stwierdza, że to Elżbieta została zaatakowana jako pierwsza.
Mirosław zginął jako drugi, praktycznie nie miał szans na obronę.
Po wszystkim napastnik dodatkowo wziął nóż i każdej z ofiar zadał nim po kilka ciosów.
W trakcie tego przemieszczania się nadepnął na zwłoki kobiety, więc zachował się odcisk jego buta, a poza nim zabezpieczono też odciski palców.
Śledczy szukają świadków, a jako pierwsza zeznania składa naturalnie Anna.
Policjanci pytają, czy może rodzice mieli się z kimś spotkać, bo najwidoczniej sami wpuścili sprawcę do domu.
Zamek nie został uszkodzony, co więcej drzwi były zamknięte od zewnątrz.
Anna mówi, że na pewno po południu był Marcin, fachowiec wykonujący prace remontowe.
Mężczyzna ma klucz do mieszkania, więc miał możliwość zamknąć za sobą drzwi.
Funkcjonariusze słysząc to uznają, że natychmiast trzeba go znaleźć.
Już półtorej godziny po otrzymaniu zgłoszenia, około godziny 23, zatrzymują Marcina i odwożą go na komisariat.
Zatrzymany zachowuje się dość nerwowo, może dlatego, że przed przyjazdem policjantów wypił kilka piw.
W tym miejscu trochę bardziej przybliżę sylwetkę Marcina.
Tak jak wspominałam, ma on 38 lat i pochodzi z Legnicy.
Brakuje informacji na temat tego, czym zajmowała się mama Marcina, natomiast jego tata był żołnierzem.
Na pewnym etapie kariery mężczyzna został wydalony z wojska, ale nie wiadomo z jakiego powodu.
Tata od zawsze był wzorem dla Marcina, więc chłopiec wielokrotnie powtarzał, że w przyszłości chce być taki jak on.
Według jego słów nie było tak, że ojciec go zmuszał albo wpajał mu zamiłowanie do patriotyzmu czy wojska, po prostu mu tego nie zabraniał, a takie zainteresowania kształtowały się w nim niezależnie od wpływów otoczenia.
W jednej z wypowiedzi Marcin mówi, że taki się urodził i wojsko było w nim od zawsze, a wraz z wiekiem zainteresowanie militariami nie mijało.
Gdy doszło do wyboru szkoły średniej, poszedł do technikum, które z sukcesem ukończył i tym samym zdobył wykształcenie średnie techniczne.
Jeszcze gdy chodził do szkoły, zrobił sobie swoje pierwsze tatuaże, rękę trzymającą miecz oraz głowę wikinga przykrytą godłem Polski.
Określa siebie jako nacjonalistę, w związku z czym prawdopodobnie już po ukończeniu technikum wstąpił do organizacji narodowej.
Pojawiają się nawet wzmianki o organizacjach w liczbie mnogiej, więc albo był w kilku jednocześnie, albo cyklicznie je zmieniał.
Niemniej jednak zaangażowanie w działalność organizacyjną było jedynie czasowe, bo po jakimś czasie Marcin z nich wystąpił i przestał aktywnie działać.
Jego przekonania oraz wyznawane wartości pozostały jednak bez zmian.
Po szkole ukończył służbę wojskową, natomiast wbrew planom nie związał się z wojskiem na stałe.
Co do jego aparycji, to jest raczej niskiego wzrostu, ma szczupłą sylwetkę i ciemne włosy.
Znajomi uważają go za spokojnego, a także zamkniętego w sobie, do czasu aż nie sięgnie po alkohol.
Urodził mu się syn, który, jak łatwo policzyć, w 2015 roku ma 16 lat.
Marcin nie pozostaje w związku z jego matką i nie utrzymuje z nim kontaktów.
Ma jednak zasądzone alimenty, których nie płaci.
Zarabia głównie na czarno, wykonując różne prace remontowe, a informacje o jego usługach przekazywane są jedynie za pomocą tzw.
Zdarza się też, że pracuje dorywczo na budowach, również jest to zatrudnienie niesformalizowane, więc ciężko wyegzekwować od niego spłatę zaległych alimentów.
W przeszłości był karany za oszustwa, natomiast w momencie, gdy rozgrywają się kluczowe wydarzenia, żyje bardzo skromnie.
Nie ma telewizji ani internetu i praktycznie nie śledzi doniesień medialnych.
Mieszkanie wynajmuje na pół razem ze współlokatorem Gieniem.
Tata Marcina zmarł w 2014 roku, co mężczyzna bardzo przeżył.
Po jego śmierci odsunął się od mamy oraz brata i kompletnie zamknął się w sobie.
W związku z tym często czuje się samotny, bo praktycznie z nikim nie utrzymuje bliskich kontaktów.
Na początku na pytania policjantów odpowiada bardzo niespójnie.
Mimo tego przesłuchujący go funkcjonariusze są mocno wyczuleni i niejednokrotnie przyłapują go na kłamstwie.
W końcu Marcin stwierdza, że z nimi nie wygra, więc powie prawdę.
Ku zaskoczeniu zgromadzonych przyznaje się nie tylko do zamordowania Mirosława oraz Elżbiety, ale także do tego, że pół roku wcześniej odebrał życie Halinie i Franciszkowi.
Opowiada o tym tak, jakby chciał się pochwalić swoimi osiągnięciami oraz oczekiwał aprobaty, której naturalnie nie dostaje.
Spotyka się jedynie z zaskoczeniem zgromadzonych, ponieważ motyw, który przedstawia, brzmi co najmniej absurdalnie.
Rozpoczyna opowieść od opisu swojego ojca, który zmarł rok przed dokonaniem pierwszej zbrodni.
Opowiada o tym, jak bardzo przeżył jego śmierć, a także o tym, jak trudno było mu przepracować żałobę.
Myślami często wracał do opowieści ojca, który w swoich historiach skupiał się przede wszystkim na patriotach oraz zdrajcach ojczyzny.
Tak też było 31 stycznia 2015 roku.
Marcin siedział w domu, wspominał, a jego myśli tym razem powędrowały w kierunku zdrajców, o których wielokrotnie słuchał w dzieciństwie.
Uznał, że to najwyższy czas, aby wziąć sprawy w swoje ręce i rozprawić się z tymi, którzy, jak to sam określił, plują w twarz pomnikowi Polski Walczącej.
Tymi wrogami ojczyzny byli według niego właśnie państwo K, aczkolwiek zeznania na ich temat są tak mętne, że trudno w ogóle stwierdzić, czy Marcin wiedział, jak się nazywali.
W każdym razie opowiada o nich z pogardą, a także odwołuje się do ich dobrej pozycji w czasach PRL-u.
Gdy śledczy próbują doprecyzować, nie za bardzo umie wyjaśnić, nie wie, kim dokładnie byli i tłumaczy, że bazuje na słowach ojca, według którego państwo K. nie byli patriotami.
Tłumaczy też okrętnie, że mieszkał kiedyś w budynku, gdzie było dużo osób ze starszego pokolenia, tam sporo słyszał i widział, a na podstawie krążących w sąsiedztwie pogłosek domyślił się, że chodzi o Halinę oraz Franciszka, mieszkających na ulicy Oświęcimskiej.
Motyw tej zbrodni, albo w sumie jego brak, dobrze obrazuje cytat z zeznań Marcina przytoczony na platformie PlusGS24.
Nie wiem, co K. dokładnie mieli robić przeciwko Polakom, bo to jest tajne.
Ja dokonałem na nich egzekucji.
To chyba ja sam wydałem na nich wyrok.
Po kolejnych pytaniach zadawanych przez śledczych, Marcin przedstawia przebieg wydarzeń z 1 lutego 2015 roku.
Ta data nie jest przypadkowa, ponieważ to pierwsza rocznica śmierci jego ojca.
Podkreśla, że wcześniej wielokrotnie przechodził obok domu swoich ofiar i nigdy nie planował ich zabić, ale wtedy, pod koniec stycznia, coś w nim pękło.
1 lutego nad ranem pojechał na ulicę Oświęcimską i wszedł na klatkę schodową.
Miał ze sobą skrzynkę pełną różnorodnych kluczy, które od jakiegoś czasu kolekcjonował.
Zeznał, że często klucze pasują do innych zamków tej samej firmy, więc po kilku próbach udało mu się znaleźć odpowiedni.
Halina oraz Franciszek mocno spali i nie usłyszeli jak wszedł.
On nie podejmował żadnych drastycznych kroków, przeszedł się po mieszkaniu, spojrzał na śpiące ofiary, a następnie niezauważony wyszedł.
Drzwi jedynie przymknął, nie zamykał ich ponownie na klucz.
Jak twierdzi, za pierwszym razem poszedł do mieszkania, aby tylko popatrzeć.
Jego uwagę zwróciły jednak pewne detale, które kompletnie wyprowadziły go z równowagi i przez które zdecydował, że zabije.
Tymi detalami miała być fryzura Haliny, według słów Marcina wyglądała jak Damessa z lat pięćdziesiątych, a także piżama jej męża, podobno fason charakterystyczny dla czasów PRL.
Te dwa szczegóły utwierdziły go w przekonaniu, że Halina i Franciszek są osobami, których szuka.
Po tych wstępnych oględzinach pojechał do swojego mieszkania, zabrał młotek, a następnie wrócił z nim do kamienicy na Oświęcimskiej.
Prokurator pyta go skąd wiedział, że wchodzi do odpowiedniego mieszkania, na co Marcin odparł, że to serce mu podpowiadało.
Gdy dostał się do środka po raz drugi, zaczynało świtać.
Franciszek miał już najwidoczniej dużo słabszy sen, ponieważ dźwięk otwieranych drzwi wejściowych go obudził.
Gdy Marcin wszedł do pokoju, mężczyzna stał obok łóżka.
Wtedy napastnik wyraźnie zobaczył jego twarz i jak sam stwierdził, rozpoznał, że to on.
Narastająca w nim wściekłość spowodowała, że rozpoczął brutalny atak, w trakcie którego Franciszek nie miał żadnych szans.
Następnie poszedł do pokoju, w którym leżała Halina.
Kobieta również nie spała, obudziły ją hałasy w pokoju obok i zaniepokojona usiadła na łóżku.
Spotkał ją taki sam los, jak przed chwilą jej męża.
Po wszystkim Marcin wytarł młotek w jakąś szmatkę, którą znalazł w mieszkaniu, a następnie wyszedł.
Jego celem nie był rabunek, przyszedł zabić ku pamięci ojca i zrealizował swój plan.
Po powrocie do domu spalił trzonek młotka, a jego górną część rozbił siekierą.
Wybrał takie, a nie inne narzędzie, bo po prostu je znał.
Młotek to jego narzędzie pracy i było to pierwsze co mu przyszło do głowy.
Śledczy prowadzący przesłuchanie po wysłuchaniu całej historii są w niemałym szoku.
Prokurator podejmuje decyzję po pierwsze o jak najszybszym przeprowadzeniu wizji lokalnej, a po drugie o skierowaniu Marcina na obserwację psychiatryczną.
Przedstawiona motywacja do popełnienia zbrodni wydaje się tak niedorzeczna, że aż nieprawdopodobna.
Dlatego też trzeba jak najszybciej zweryfikować, czy podejrzany będzie w ogóle w stanie odtworzyć przebieg zdarzeń.
Trudno się nie zgodzić, oczywiście takie uzasadnienie swoich działań jest co najmniej zaskakujące, natomiast to, co zdarzyło się w mieszkaniu na ulicy Głogowskiej dosłownie przekracza wszelkie granice absurdu.
Tego dnia Elżbieta była w domu i chodziła między pokojami, trochę sprzątała i co jakiś czas do niego zaglądała.
Trochę rozmawiali, jednak bardzo urywkowo, bo każde z nich zajmowało się swoimi obowiązkami.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na tematy związane z historią Polski oraz z patriotyzmem.
To wtedy według Marcina Elżbieta miała wymienić nazwisko jego ojca i powiedzieć coś, co kompletnie wyprowadziło go z równowagi.
Tylko problem jest taki, że trudno stwierdzić co dokładnie, ponieważ po pierwsze Marcin nie umie tego powtórzyć, a po drugie nawet nie do końca wiadomo, czy to było coś negatywnego, ponieważ jak przysłuchiwany sam stwierdził, kobieta użyła zbyt inteligentnych słów, których on nie zrozumiał.
Później zmienia wersję, że to jednak nie było na temat jego ojca, a ogólnie wypowiedź o ludziach walczących o wolną Polskę, natomiast Elżbieta użyła bardzo sformalizowanego języka, jak urzędniczka.
W każdym razie, która wersja nie byłaby prawdziwa, Marcin w efekcie zaatakował ją młotkiem, który miał akurat pod ręką, a następnie poszedł do sypialni, gdzie leżał Mirosław.
Jego również pozbawił życia, aby pozbyć się świadka.
Anna podważa taki przebieg wydarzeń, ponieważ według niej nie ma możliwości, aby mama wymieniła nazwisko taty Marcina, bo zwyczajnie go nie znała.
Sama Anna, mimo że wcześniej Marcin remontował u niej łazienkę, nie wiedziała jak dokładnie się nazywa, ani tym bardziej kto był jego ojcem.
Pewnie skoro Marcin pracował na czarno, to nie spisywał z nikim żadnych umów, po prostu zleceniodawcy dawali mu pieniądze do ręki po wykonanej pracy.
Jeszcze odnośnie ataku, to już po zadaniu ciosów młotkiem, Marcin sięgnął po nóż, aby mieć pewność, że jego ofiary nie żyją i nie zeznają nic przeciwko niemu.
Czytał kiedyś o walkach kibiców, w trakcie których komuś zadano ranę nożem w udo, w efekcie czego ta osoba się wykrwawiła.
Postanowił przyjąć taką samą taktykę, jednak najwidoczniej nie wycelował w takie miejsce jak osoba w artykule, bo krew prawie w ogóle nie leciała.
Po wszystkim wyszedł z mieszkania, zamknął drzwi na klucz, aby przypadkiem nikt z sąsiadów nie wszedł do środka, a następnie wrócił do siebie.
Brudne od krwi rzeczy wrzucił na półkę w piwnicy, potem włączył muzykę i w ten sposób spędził kolejne godziny.
Po tym czasie uznał, że nie jest w stanie siedzieć sam i potrzebuje towarzystwa, dlatego wziął rower i pojechał do swojej znajomej, Beaty W. On i Beata poznali się niedawno, można powiedzieć, że randkowali, ale było to praktycznie kilka spotkań, więc za dobrze się jeszcze nie znali.
Beata z zawodu jest fryzjerką oraz plastyczką.
Poznali się w pracy, ponieważ w salonie fryzjerskim, w którym pracuje, przeprowadzany był remont, a wykonawcą był właśnie Marcin.
Para spędza ze sobą kilka godzin, jednak wieczorem kobieta mówi, że musi wyjść, ponieważ już wcześniej umówiła się z koleżanką.
Wobec tego Marcin wraca do siebie, a po drodze kupuje czteropak piwa.
W domu po wypiciu piw próbuje zasnąć, jednak niespodziewanie albo też spodziewanie w jego drzwiach staje policja.
Beata również zostaje zatrzymana, ale szybko oczyszczono ją z zarzutów.
Kobieta zeznaje, że zna Marcina bardzo krótko, a podczas spotkania 27 sierpnia nie wspominał nic o zbrodni, w której brał udział.
Zachowywał się neutralnie, aczkolwiek prosił ją o pożyczenie pieniędzy.
Brakuje jednak informacji na temat tego, czy się zgodziła.
Na wizji lokalnej Marcin znów wraca do wersji, że o rzekomej winie Haliny i Franciszka wiedział od ojca.
Podobno, gdy razem szli obok kamienicy na Oświęcimskiej, ojciec pokazał mu ich okno i powiedział, tu mieszkają źli ludzie.
Wypowiadał się o nich bardzo niepochlebnie, a także wspominał, że nie zasługują na to, aby chodzić po tej ziemi.
Niestety nadal brakuje konkretów, bo gdy prokurator wypytuje Marcina, co to ma dokładnie znaczyć, co słyszał i co haniebnego Halina oraz Franciszek według niego zrobili, nie umie odpowiedzieć.
Wspomina tylko, że w jego duszy to zdrajcy, a ogólnie to jest tajemnica wojskowa, którą ojciec zabrał ze sobą do grobu.
Podejrzany nie ma większego problemu, aby odtworzyć przebieg wydarzeń i wszystkie przedstawione przez niego czynności są spójne z zebranym materiałem dowodowym.
Na wizjach lokalnych sprawcy zazwyczaj są spokojni, a jak mają coś pokazać, to od niechcenia demonstrują, co zrobili.
Natomiast Marcin jest bardzo ekspresyjny, a wydarzenia odtwarza w dynamiczny sposób, z dużą siłą, jakby na nowo obudziła się w nim chęć zabijania.
Po wszystkim stwierdza, że trochę go poniosło, bo wszystkie wspomnienia odżyły w nim na nowo.
Może Was zaskoczę, ale zgodnie z opinią biegłego psychiatry, Marcin był w pełni poczytalny w momencie popełniania zbrodni, aczkolwiek w trakcie obserwacji próbował symulować chorobę psychiczną.
Raczej z marnym skutkiem, skoro biegły się zorientował.
Poza tym według opinii badany ma osobowość psychopatyczną, jest bardzo skoncentrowany na sobie i praktycznie nie odczuwa empatii.
Traktuje innych w bardzo instrumentalny sposób, a sprawianie im bólu czy cierpienia nie powoduje w nim żadnych wyrzutów sumienia.
Nawet jakiś prozaiczny powód może doprowadzić u niego do wybuchu złości, a jako mechanizm rozładowujący tę złość stosuje przemoc.
Zna zasady obowiązujące w społeczeństwie, jednak ich nie stosuje.
W opinii biegłego popełnianie przez Marcina kolejnych brutalnych czynów to jedynie kwestia czasu.
Według prokuratora sprawca nie panuje nad swoimi emocjami i ma niepohamowaną chęć dominacji.
Popełnienie zbrodni, a także uczucie przewagi nad ofiarami sprawiło, że czuł się dowartościowany.
Blisko rok po zatrzymaniu Marcina do sądu okręgowego w Legnicy trafia akt oskarżenia.
Zostaje mu przydzielona pani mecenas z urzędu, ale współpraca nie układa im się najlepiej.
Kobieta twierdzi, że trudno jej realizować linię obrony z oskarżonym, który z nią nie współpracuje i bez przerwy przedstawia różne stanowiska.
Z kolei oskarżony twierdzi, że obrończyni w ogóle nie odwiedza go w areszcie, aby podjąć jakiekolwiek ustalenia odnośnie linii obrony.
Ostatecznie to pani adwokat składa wniosek o przydzielenie oskarżonemu innego obrońcy, natomiast sąd ten wniosek odrzuca, ponieważ taka zmiana znacznie wydłużyłaby całe postępowanie sądowe.
Nawet bez tego proces trwa prawie rok, a w jego trakcie sąd ponownie zapoznaje się z opinią biegłych oraz z zeznaniami świadków.
Linia obrony jest ostatecznie taka, że Marcin w młodym wieku, gdy jego osobowość dopiero się kształtowała, nieświadomie przejął poglądy ojca, które finalnie mocno się w nim zakorzeniły i doprowadziły do tragedii.
Przed sądem oskarżony podtrzymuje wersję z przesłuchania, ponieważ mówi tylko, że przyznał się do winy i odmawia dalszego składania wyjaśnień oraz odpowiedzi na pytania stron.
Jedyne, co Marcin od siebie dodaje, to tutaj cytat Chciałam tylko dodać, że wszystkie z czterech ofiar zginęły natychmiast i nieświadomie.
Jest to prawdopodobnie celowa wzmianka, ponieważ zgodnie z aktem oskarżenia na Marcinie ciążą zarzuty dokonania zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.
Ogólnie momentami zachowuje się w bardzo zaskakujący sposób, bo przykładowo ma pretensje do biegłych z zakresu medycyny, że nie umieli określić jego wzrostu na podstawie analizy zadanych ciosów.
Też jako inny przykład braku współpracy z obrończenią można przytoczyć sytuację, gdy w trakcie procesu zakończył mu się areszt tymczasowy, a ona złożyła wniosek o nieprzedłużanie tego środka zapobiegawczego.
Było z góry wiadome, że ten wniosek zostanie raczej odrzucony.
Ale obrońcy, jak to obrońcy, wiadomo, robią wszystko, żeby złagodzić karę.
W każdym razie, jak sędzia wspomniał, że wpłynął taki wniosek, Marcin powiedział, że on się z nimi nie zgadza i areszt powinien być przedłużony.
Naturalnie w trakcie procesu na rozprawach pojawiają się bliscy zamordowanych.
Przez cały proces ani razu się do nich nie zwraca, nie okazuje skruchy ani nie przeprasza.
Jedyną osobą, która składa im wyrazy współczucia i przeprasza za zachowanie syna,
Kobieta przychodzi do sądu wraz z drugim synem, który nie pojawiał się na wcześniejszych rozprawach mimo kilkukrotnego wezwania.
Przed sądem wyjaśnia, że nie może patrzeć na swojego brata po tym, co zrobił i dlatego unikał konfrontacji.
Zarówno on, jak i jego matka korzystają z prawa do odmowy składania wyjaśnień.
sąsiedzi oraz była partnerka Marcina, z którą rozstali się kilka miesięcy przed popełnieniem pierwszego morderstwa.
Kobieta opowiada, że ten związek był dla niej koszmarem, ponieważ Marcin regularnie się nad nią znęcał, dlatego od niego odeszła.
Te zeznania właściwie tylko potwierdzają informacje zawarte we wcześniej sporządzonej opinii psychiatrycznej.
Wyrok zapada 2 lipca 2017 roku.
Marcin zostaje skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności.
Przewodniczący składu sędziowskiego, sędzia Marek Regulski, podkreśla, że oskarżony nie miał żadnych podstaw, aby uznawać swoje ofiary za wrogów ojczyzny.
Tak naprawdę ich nie znał i ze zgromadzonego materiału dowodowego wynika, że nigdy nie wyrządzili mu żadnej krzywdy.
Brakuje okoliczności łagodzących, tym bardziej, że Marcin w trakcie całego procesu nie okazał skruchy.
Nawet gdy przed samym ogłoszeniem wyroku sąd udzielił mu głosu, on po prostu siedział i milczał.
Ostatecznie na podstawie dowodów sąd orzeka, że zbrodnia nie miała znamion szczególnego okrucieństwa, aczkolwiek i tak nie wpływa to na złagodzenie kary.
O zwolnienie warunkowe Marcin będzie mógł ubiegać się po odbyciu 35 lat kary, czyli w wieku 73 lat.
Obręczeni wnosi apelację, w której wnioskuje o obniżenie progu zwolnienia warunkowego do 25 lat.
Wyrok przed sądem apelacyjnym we Wrocławiu zapada już kilka miesięcy później, to jest 22 listopada 2017 roku.
Poprzedni wymiar kary zostaje podtrzymany.
Dodatkowo Marcin musi zapłacić po 100 tysięcy złotych za dość uczynienia na rzecz rodzin ofiar, czyli łącznie 200 tysięcy złotych, tylko że w tym przypadku wypłata tego prawdopodobnie będzie fikcją, bo skazany w momencie zatrzymania, tak jak mówiłam, żył dość skromnie i nie dysponował żadnym majątkiem.
Na tym informacje odnośnie postępowania sądowego się kończą.
W jednej z wypowiedzi pani mecenas wspomniała, że skazany rozważa złożenie kasacji, ale finalnie chyba nie doszło to do skutku.
Sam Marcin uznał, że decyzja sądu była słuszna, bo jak stwierdził, ma przecież cztery głowy na koncie.
Pod koniec procesu nie chciał już uczestniczyć w rozprawach, ale ze względu na wagę toczącego się postępowania był na nie doprowadzany siłą.
Wszystkie te wydarzenia odcisnęły ogromne piętno na rodzinach ofiar.
W przypadku rodziny państwa K, szczególnie na wnuczkach, które nie mogły pogodzić się z nagłą i brutalną śmiercią dziadków.
Z kolei Anna, córka państwa Z, po zakończeniu postępowania sądowego chciała jak najszybciej zamknąć ten koszmarny etap i pójść dalej.
Sprzedała mieszkanie odziedziczone po rodzicach po zaniżonej cenie, a w jednym z wywiadów powiedziała, że jeżeli tylko może unika chodzenia ulicą Głogowską, aby nie wzbudzać na nowo wspomnień z sierpnia 2015 roku.
Jeżeli materiał Ci się spodobał i chcesz wesprzeć dalszą podcastową działalność, możesz postawić mi kawę na bycofitu.
Link znajduje się w opisie.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00