Mentionsy
Heweliusz- sprawy nierozwiązane
Adam Zadworny opowiadał o katastrofie Heweliusza, jak do niej doszło, jaki wpływ i czy w ogóle na katastrofę miał wpływ huragan Junior, w jakim stanie prom opuścił port, ale przede wszystkim o tym, co działo się po katastrofie, jak władza próbowała zatuszować przyczyny katastrofy, wdowach i rodzinach marynarzy, "nibysądzie", który wydawał wyrok.
Szukaj w treści odcinka
8.43, o największej katastrofie na morzu w historii Polski będziemy teraz mówić.
Kilka dni po premierze serialu Heweliusz w reżyserii Jana Holoubka, scenarzysta Kasper Bajon był gościem Marty Berchuć-Burzyńskiej w kulturze osobistej.
Te lata dziewięćdziesiąte są bardzo nieopowiedziane w Polsce.
To nie były lata młodych wilków, kolorowych rzeczy, tylko to były trudne, trudne lata, bardzo trudny moment w historii Polski.
To była taka rzecz, która gdzieś nam przyświecała w momencie też, w którym zaczęliśmy mówić o Heweliuszu.
Połączyliśmy się z Adamem Zadwornym, dziennikarzem Gazety Wyborczej w Szczecinie.
Zdążył pan już obejrzeć serial, bo on miał premierę w tym tygodniu.
Wczoraj późnym wieczorem udało mi się obejrzeć ostatni odcinek.
Pierwsze dwa widziałem podczas specjalnej prapremiery zorganizowanej w Filharmonii Szczecińskiej.
No to co mówił Kasper Bajon, na tym dużo prawdy.
Te lata dziewięćdziesiąte są świetnie oddane w serialu.
Jeśli zaś chodzi o to, co się działo wokół katastrofy, no to musimy pamiętać, że jednak jest to tylko inspirowana prawdziwymi wydarzeniami fikcja, która powstała bowiem scenarzysty i reżysera.
Ale wydaje się, że katastrofa Heweliusza jest dobrze dobranym epizodem, jeżeli ktoś chce opowiedzieć lata 90., czy opowiedzieć o latach 90., bo w tych krótkich momentach na Bałtyku, a potem długich miesiącach po katastrofie,
Rzeczywiście bardzo wiele zjawisk trapiących nas i wtedy i dzisiaj się skupia.
Ja bym chciał z Panem porozmawiać o tym, do samej katastrofy pewnie też przejdziemy, ale bardziej interesuje mnie to, co nastąpiło potem, już po katastrofie, próby jej wyjaśnienia.
Kiedy po mniej więcej dwa dni po katastrofie do wszystkich dotarło, że to największa katastrofa morska w powojennej Polsce, wszyscy rzucili się do tego, żeby ją w jakiś sposób wyjaśnić.
Ja przypomnę, że bardzo wiele instytucji próbowało rozwikłać zagadkę Heweliusza.
To były prokuratury w Szczecinie i Gdańsku.
ale przede wszystkim izby morskie.
Myślę, że warto wyjaśnić słuchaczom, że izba morska to taki quasi sąd.
Tam pracują prawdziwi sędziowie, którzy sami prowadzą śledztwo i w oparciu o zebrane przez siebie śledztwie dowody prowadzą postępowanie i wydają orzeczenie dotyczące przyczyn katastrofy.
Dlatego też prawnicy nazywają izby morskie
Dziwny bardzo organ, istniejący do dzisiaj zresztą, izby morskie nadal działają.
Dziś wymyślony przed wojną, oparty na wzorze niemieckim, ci prawdziwi sędziowie już kiedy toczy się proces, dobierają sobie jako ławników kapitanów Żeglugi Wielkiej, jako...
jako fachowców, ale musielibyśmy się trochę wrócić w czasie.
Trzy miesiące po katastrofie komisja resortowa, na której czele stał pan Zbigniew Sulatycki, on był wtedy wiceministrem resortu odpowiedzialnego za żeglugę morską.
Ona orzekła, że jedynym winnym tej katastrofy jest huragan Junior.
w którego objęciach, ja teraz cytuję ministra Sulatyckiego, przypominających trąbę powietrzną, znalazł się trąb Jan Heweliusz.
Nikt w to nie uwierzył.
Nie uwierzyli w to ludzie morza, wdowy po marynarzach i kierowcach tirów, którzy tam zginęli, ale przede wszystkim zachodnia opinia publiczna.
Pamiętajmy, że na Heweliuszu zginął wielu kierowców z całej Europy.
Od początku było wiadomo, że to nie tylko siła wyższa odpowiada, tylko
przyczyn należy dopatrywać się w samym promie jego przeszłości.
Dlaczego to było tak ważne?
Dlatego, że konwencja ateńska mówi o tym, że jeżeli przyczyną katastrofy morskiej jest tylko siła wyższa, to krótko mówiąc, wdowom nic poza wdowim groszem się nie należy.
One miałyby zamkniętą drogę, te panie, do większych odszkodowań.
Natomiast jeśli winę ponosi właściciel statku, w tym przypadku to polskie linie oceaniczne, czyli państwowa firma albo armator,
W tym przypadku szczecińska spółka EuroAfrica, no to już te odszkodowania się należą.
No i kiedy komisja resortowa wydała swój raport, w który nikt nie wierzył, no to wszyscy w napięciu czekali, co powiedzą Izby Morskie.
Izba Morska w Szczecinie, po takim bardzo emocjonalnym... Panie redaktorze, zanim do Izby Morskiej w Szczecinie przejdziemy i do tego orzeczenia, które wzbudziło wtedy poruszenie na sali, jak dużym problemem było to wtedy dla rządu?
To znaczy, zastanawiam się, jak silne były naciski, żeby tę katastrofę wyjaśnić w taki sposób, żeby państwowy armator nie miał poważnego problemu.
Tak, musimy sobie coś wyjaśnić.
PLO w swoich najlepszych czasach to był prawdziwy gigant w skali światowej.
Polskie linie oceaniczne miały około wtedy 170 statków, 60 biur na całym świecie, kilkanaście tysięcy pracowników, a w 1993 roku, kiedy tonął Heweliusz,
ta firma plajtowała, wyprzedawała jeden statek za drugim.
W tym samym miesiącu, w styczniu 90. roku dwa statki przeszły pod banderę Białorusi.
Jak wiemy, Białoruś nie ma dostępu do morza, po prostu utworzono spółkę celową tylko po to, żeby zmniejszyć koszty.
Więc w sprawie Heweliusza chodziło o ochronę państwowego przedsiębiorstwa, o rację stanu, czyli o obronę polskiej bandery.
I te sprawy były dla ówczesnych władz ważniejsze niż prawda i sprawiedliwość dla wdów.
No i po raporcie resortowym, jak mówił pan, nikt w niego nie uwierzył, sprawę miała rozstrzygnąć właśnie Izba Morska, ów dziwny organ kwazisądowy.
Na sali między innymi wdowy po marynarzach, po ofiarach katastrofy Heweliusza.
Kilka rzędów w wielkiej sali, bo tam zgromadziły się aż 300 osób na ławach dla publiczności, zajmowały wdowy w czerni.
Jedna z nich, Szwedka, wdowa po kierowcy Tira, miała przytoczoną do piersi taką dużą kartkę z napisem Polska zabiła mojego męża.
Tam były wielkie emocje.
Wszyscy w napięciu czekali, co powie Izba Morska.
Najbardziej oczywiście...
czekały wdowy.
No i one dowiedziały się, że już nie tylko huragan junior, ale kapitan Andrzej Ułasiewicz, który miał popełnić kilka błędów.
Na przykład używał sterów strumieniowych, których używa się w porcie.
On używał ich w morzu, żeby zapanować w czasie tego sztormu nad statkiem.
Że on jest współodpowiedzialny za tę katastrofę.
W tym przypadku ludzie morza również w to nie uwierzyli.
Nie tylko wdowa po Ułasiewiczu była przekonana, że z jej męża próbuje się zrobić kozła ofiarnego.
Ten szczeciński proces, to orzeczenie z przyczyn formalnych się nie utrzymało i proces trzeba było rozpocząć zupełnie od początku przed Izbą Morską w Gdyni, no bo w Polsce mamy dwie Izby Morskie, właśnie w Szczecinie i w Gdyni.
I Izba w Gdyni w 1996 roku wydała, można by rzec, rewolucyjne orzeczenie, bo pierwszy raz w historii Izb Morskich przyznano, że za katastrofę odpowiedzialny jest właściciel statku.
Izba powiedziała, że Jan Heweliusz
tej nocy w ogóle nie powinien był wyjść w morze, ponieważ jest niezdatny do żeglugi.
Z różnych powodów.
Na wymienię tylko jeden.
Izba uznała, że po pożarze w 1986 roku, który wybuchł na reweliuszu, który skończył się wielkim remontem, nie zbadano, czy zmieniła się stateczność tego promu.
Inny powód jest taki, że miał uszkodzoną, czyli niszczelną furtę rufową.
To był pierwszy wyrok, który spotkał się z oklaskami na sali, kiedy tuż po tym, jak został ogłoszony, to były oklaski w duch i publiczności, które wierzyły, że oto zbliżyły się do prawdy.
No ale później był jeszcze jeden proces, bo wszyscy się odwołali od tego orzeczenia.
Ten wyrok w pierwszej instancji Izby Morskiej zapadł po trzech latach od katastrofy.
No i to była wtedy już nieco inna Polska i także inna była sytuacja armatora.
To znaczy była już bez porównania gorsza niż nawet w trakcie katastrofy.
Jak rozumiem to było znów, takie orzeczenie było nie do przyjęcia.
Tak, to było groźne dla właściciela statku i dla armatora.
Oni się odwołali.
No i był trzeci proces, tym razem prawomocny.
I w 1999 roku tym razem odwoławcza Izba Morska w Gdyni już prawomocnie dała takie orzeczenie, z którego właściwie nic nie wynika.
Najczęściej pojawiającym się zwrotem jest tam prawdopodobnie albo nie sposób ustalić.
Sędzia, wydając to orzeczenie, wielokrotnie podkreślał, że sprawa miała charakter poszlakowy.
Nie odnaleziono dziennika okrętowego, bo nurkowie marynarki wojennej nie znaleźli go na wraku.
Zginęli kluczowi, świadkowi, na czele z kapitanem, chiefem starszym.
I w tym orzeczeniu ani razu nie padło to, co charakterystyczne, słowo wina.
Tym samym wszyscy czuli się uniewinnieni.
Wdowy były niezadowolone, bo musiały jeszcze latami walczyć o sprawiedliwość.
Jedna z nich, wdowa po cieśli okrętowym, Mieczysławie Ostrzyniewskim, ona mi powiedziała, że kiedy pisałem swoją książkę, że ona zamknęła sprawę Heweliusza mniej więcej 15 lat po katastrofie, trzaskając
do jednej sal sądu okręgowego w Szczecinie, gdzie w ramach ugody za śmierć jej męża zaproponowano jej 5 tysięcy złotych.
Myślę, że ta scena dużo mówi o tym, jak Polska potraktowała wtedy tę wdowę.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sytuacji, który ukazuje jak lata 90. u nas wyglądały i znów nie dotyczy właściwie samej katastrofy, tylko tego co się wydarzyło ciut później, mianowicie polskiej akcji ratunkowej, a właściwie jej braku, bo polscy ratownicy na miejsce nie dotarli.
Chociaż istniały nawet wówczas siły i środki, żeby taką akcję przeprowadzić.
W ciszy, że zbierając, dotarli, ale kiedy dotarli... Spóźnieni byli.
W wodzie były już tylko martwe ciała.
Musimy sobie powiedzieć, że trzy lata po transformacji ustrojowej Polska nie miała podpisanych umów o koordynacji akcji ratowniczych na morzu ze swoimi sąsiadami, czyli na przykład Danią i Niemcami.
Cała ta akcja, bo na miejscu pierwsi byli Niemcy i Duńczycy w swoich helikopterach, a później statki ratownicze niemieckie.
Cała akcja po polskiej stronie to tak naprawdę chaotyczne, wielogodzinne próby ustalenia tego, co się stało, gdzie właściwie jest prom Heweliusz.
No dość powiedzieć, że...
dyżurnej jednego z dwóch ratowniczych ośrodków ratunkowych w Szczecinie, w Polsce.
Mamy dwa w Świnoujściu i w Gdyni.
On dowiedział się o tonącym promie, ale w ogóle nie poinformował o tym marynarki wojennej, która miała w Darułowie swoją bazę helikopterów ratowniczych.
Nie wiedział, bo uważał, że z powodów silnego wiatru one w ogóle nie polecą, ale one by poleciały.
a dyrektor Polskiego Ratownictwa Okrętowego dowiedział się o katastrofie dopiero o 7 rano, kiedy przyszedł do pracy na rutynowej odprawie, podczas gdy kapitan nadawał mejdy po godzinie 4.30.
Ostatecznie polskie helikoptery ruszyły na pomoc Heweliuszowi dopiero po godzinie 9, czyli ponad 4,5 godziny po tym, jak kapitan wzywał pomocy.
Na wszystko było już za późno.
Kiedy okazało się, jak wielkie są rozmiary tej katastrofy, no to doszło do takiego międzynarodowego sporu.
Polska próbowała obarczać Niemcy winą za rozmiary tej katastrofy, przekonując, że tak.
Rzekomo Niemcy nie wyrazili zgody na udział polskich helikopterów w akcji.
A Niemcy nie wyrazili zgody na start polskich helikopterów, a Niemcy tłumaczyli, my wam niczego nie zabranialiście, mogliśmy lecieć, my po prostu byliśmy pierwsi na miejscu.
Adam Zadworny, dziennikarz Gazety Wyborczej w Szczecinie.
Rozmawialiśmy o katastrofie promu Jan Hewel.
Ostatnie odcinki
-
Trzęsienie ziemi na rynku złota i srebra: co da...
03.02.2026 13:40
-
KSeF jest już rzeczywistością. "Pojawia się duż...
03.02.2026 11:40
-
Ponad 330 szkół w całej Polsce zostało zamknięt...
02.02.2026 15:50
-
"Teraz to już nie umiemy rozpoznać, czy to prze...
01.02.2026 11:20
-
Jak wyglądała kapitulacja niemieckiej armii pod...
31.01.2026 16:00
-
"W dni smogowe rośnie śmiertelność na zawały se...
30.01.2026 17:10
-
Nominowana do Oskara i Globa rekonstrukcja zbro...
29.01.2026 14:00
-
"Bez telefonu, bez makijażu, skromne kieszonkow...
29.01.2026 11:00
-
Amerykańskie wojsko przerzuca siły na Bliski Ws...
28.01.2026 05:20
-
Kolejny dyskont wycofuje jaja z chowu klatkoweg...
27.01.2026 19:00