Mentionsy

Żurnalista - Rozmowy bez kompromisów
16.08.2025 20:53

Jarosław Kaczyński musi odejść? Prezydent Andrzej Duda w podkaście Żurnalisty

instagram.com/zurnalistapl

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 1765 wyników dla "Prawo i Sprawiedliwość"

Ja się Donalda Tuska nie boję i jego służb skarbowych.

Taka jest natura demokracji.

Wie pan, dla mnie to są ludzie, którzy są cały czas zanurzeni mentalnie głęboko w komunę.

Ludzie prawie 80-letni powinni decydować o wszystkim i o losach Polski?

No ja mam poważne wątpliwości.

Chłopie, jeżeli to jest naiwna gadka, to przepraszam bardzo, kto ma tą Rzeczpospolitą budować?

Dziękuję, że ze mną jesteście, bo to dzięki wam mój podcast został najpopularniejszymi rozmowami w 2024 roku.

Chciałbym, by ten komunikat, który usłyszycie teraz, był częścią mojego podcastu zawsze.

Jedną z zasad, którymi się kieruję wybierając swoich gości do podcastu jest ta, że warto rozmawiać z każdym.

Harari w jednym ze swoich wywiadów powiedział, że dzisiaj największą siłę i moc na świecie ma rozmowa.

Dzisiaj rozmową możemy zacząć piękną przyjaźń i zakończyć wielki konflikt, tylko musimy mieć chęć wysłuchania drugiego człowieka.

Dlatego ja rozmawiam z każdym.

Chcę poznać historię życia mojego rozmówcy bądź rozmówczyni.

Nie chcę nikogo wybielać, tak samo nie chcę nikogo upokarzać, bo tego żądają ludzie w komentarzach.

Nie pomijam trudnych tematów, ale nie rozmawiam tylko o nich.

Dlatego każdy, kto ze mną rozmawia, rozmawia na tych samych zasadach.

Czy jest politykiem, artystą czy biznesmenem.

Dlatego może dzisiaj usłyszycie w moim podcaście kogoś, kogo kochacie, a jutro kogoś, kogo nienawidzicie.

I niezależnie jakie to emocje, postaram się pomóc wam poznać tego człowieka.

Żurnalista uczy się angielskiego w Tutlo.

Dzień dobry Państwu.

Rozmowy żurnalisty są przeznaczone dla osób pełnoletnich ze względu na występującą w nich treść.

Pozdrawiam, Adam Mergaldarski.

Dzisiaj u mnie pan prezydent Andrzej Duda.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

I wielki fan Krakowi.

Kiedyś tak, kiedyś byłem rzeczywiście bardzo takim zażartym kibicem Krakowia, ale to jako dziecko, takie zupełne dziecko, to jeszcze lata 80., kiedy Krakowia wróciła do pierwszej ligi, po wielu, wielu, wielu latach, wtedy jeszcze pierwszej ligi, podkreślam, nie pomyliłem się, wtedy nie było jeszcze Ekstraklasy.

I wtedy rzeczywiście byłem takim kibicem Krakowi, chłopcem, podstawowa szkoła jeszcze, ja byłem wtedy jeszcze w podstawówce, że latałem z flagą na wszystkie mecze, które były w Krakowie.

Na wyjazdowe rodzice mi nie pozwalali jeździć, ale na te mecze, które były w Krakowie, to faktycznie chodziłem regularnie wszystkie.

Jeszcze był stary stadion Krakowi, wtedy jeszcze były takie gwiazdy, już których dzisiaj pewnie nikt nie pamięta, jak Cezary Tobolik na przykład.

Także to były takie...

bardzo dawne czasy i wtedy byłem faktycznie takim bardzo, bardzo, bardzo aktywnym kibicem Krakowi.

A teraz tak kibicuję, ja zawsze mówię i autentycznie tak jest, że ja kibicuję obydwu krakowskim drużynom.

Sercem jestem bardziej przy Krakowi, to jest prawda, ale kiedy Wisła Kraków gra tam w Pucharach Europejskich, no teraz już nie niestety, ale kiedy dawniej grała, to bardzo kibicowałem zawsze Wiśle i kiedy patrzę na wyniki ligowe, to też zawsze się cieszę, kiedy obie krakowskie drużyny wygrywają.

no jak grają między sobą, no to wtedy siłą rzeczy jestem bliżej, bardziej za Krakowią.

Nie ma sensu tutaj na dyplomację, jest pan ewidentnie kibicem Krakowi, a jest taki mecz, który od razu się panu kojarzy z młodością, właśnie na przykład Krakowi, taki, który zobaczył pan prezydent na stadionie i od razu tam pan jest.

O tak, pamiętam jak Krakowia wygrała z Legią kiedyś.

Boże święty, jak to przeżywaliśmy, nikt się tego nie spodziewał.

Naszpikowana gwiazdami Legia przyjechała do Krakowa i dostała chyba 3-0 wtedy.

Boże, szaleliśmy ze szczęścia, nikt się tego nie spodziewał.

A Krakowia, żeby była jasność, okupowała dolne strefy tabeli wtedy.

Więc to był rzeczywiście szok.

Ale Krakowia akurat lubi tamte strefy.

Ja jestem kibicem Wisły Kraków, więc ta sytuacja teraz jest trochę kłopotliwa.

Pamiętam też mecze derbowe, kiedy Krakowi chyba dwa razy udało się wygrać z Wisłą.

Raz w meczu noworocznym, pamiętam, rzuty karne były i w tych rzutach karnych Krakowia wygrała i też była wielka radość.

I raz było chyba tak, że 2-1 wygrała w meczu ligowym.

Też pamiętam, że ach Boże, jak szaliliśmy ze szczęścia.

No i tego mi brakowało trochę w pana książce.

Właśnie tego luzu.

To tego minister Kolarski nie dopilnował, żebym takie fakty tam zamieścił.

Jakby ta książka zaczynała się od tego... Bo nie wiem, czy pan wie, ale pan minister Kolarski jest wielkim kibucem Krakowi, dlatego się tak śmieje, że Wojciech nie dopilnował tego.

Tutaj trzeba było to ewidentnie zawrzeć.

No ale porozmawiajmy, zacznijmy w ogóle od tej książki.

Dlaczego pan prezydent zdecydował się na taką dystrybucję?

To jest bardzo ciekawe i to jest wątek, który otwiera bardzo dużo, bardzo dużo kolejnych innych wątków ze względu na to, że dystrybucja jest tylko przez stronę prezydenta.

A to jest bardzo ciekawe pytanie i powiem tak, może odpowiedź będzie brutalna, ale ona będzie szczera.

Wynika z kilku przyczyn.

Po pierwsze dlatego, że na rynku pojawiło się wiele książek, które...

fałszują moją biografię.

To nie ma się co oszukiwać.

Część z nich fałszuje ją w sposób oczywisty i to tak nawet z uśmiechem nieraz czytałem, że jakieś takie zupełnie wymyślone, kompletnie to z żoną za brzuchy się trzymaliśmy, pamiętam ze śmiechu, czytając różne fakty niby z naszego życia, które w ogóle nic nie miały wspólnego z naszym życiem.

To w ogóle jakieś takie kompletnie...

wymyślane przez autorkę, nie pamiętam jak się nazywała, ale to przed laty już, na początku prezydentury, na pewno w pierwszej kadencji.

Więc to, poczynając od takich, no aż poprzez takie, które...

No, ewidentnie są pisane w taki sposób dosyć tendencyjny, negatywny dla mnie, gdzie pojawiają się na przykład różne, czy to negatywnie zabarwione wypowiedzi na mój temat, no jak wiadomo osób, które chętnie się negatywnie wypowiedzą na mój temat jest sporo, jak to w życiu, to myślę, że wszyscy prezydenci tak mają.

To jest specyficzne miejsce, zwłaszcza, że wszyscy ci, którzy się wypowiadają, wypowiadają się anonimowo, więc po niektórych jestem w stanie rozszyfrować mniej więcej, kto to mówi.

Więc jest to zawsze jakiś tam czyjś punkt widzenia.

Bardzo często ja mam zupełnie inny, chociaż fakty są niby te same, ale zupełnie inaczej opisane, zupełnie inaczej sprofilowane, zupełnie inaczej przedstawione.

Wiem też bardzo często, bo miałem też telefony od osób, które wypowiadały się gdzii potem mówię, słuchaj, no to teoretycznie powinna być moja wypowiedź, ale ten człowiek zupełnie to przeinaczył.

Ja wcale tego tak nie powiedziałem.

Wcale kontekst mojej wypowiedzi nie był taki.

Więc to jest też z tymi autorami bardzo różnie.

Natomiast to jest książka, to ja.

Ja ją postanowiłem napisać, bo to jest rzeczywiście moja opowieść o mnie.

To jest mój punkt widzenia.

Też subiektywny.

Mój osobisty.

Bo też mi zaproszają, to ja, prawda, tytuł, megalomania.

Nie.

To ja mówię.

To ja opowiadam.

To ja, Andrzej Duda, opowiadam o Andrzeju Dudzie, co widać na okładce, o jego życiu, o jego spojrzeniu na sprawy, o jego emocjach, o jego sposobie myślenia.

o tym, dlaczego, być może biorąc pod uwagę koleje swojego życia, takie, a nie inne decyzje potem też w swoim życiu podejmował, czym był motywowany, skąd się pewne jego przekonania biorą i tak dalej, i tak dalej.

Więc to jest książka o mnie, to po pierwsze, a po drugie powiem panu tak.

To jest książka siłą rzeczy w dużej części o prezydenturze, a więc również o polityce, a więc również o kuluarach polityki, a więc również o moich emocjach, o faktach, o pewnych moich ocenach tych faktów, o pewnych moich ocenach równii ludzi.

Ja pamiętam,

Po katastrofie smoleńskiej pojawił się cały szereg książek, które opisywały kwestie związane z katastrofą smoleńską, a przede wszystkim pojawił się wywiad rzeka, który był wtedy realizowany przez pana prezydenta profesora Lecha Kaczyńskiego, który nigdy nie został tak naprawdę dokończony.

przez niego, bo śmierć przyszła w trakcie tworzenia tego wywiadu, ale w takim stopniu, w jakim został przeprowadzony, został wydany.

I wie pan, bardzo trudno go było znaleźć w księgarniach.

Te książki o Smoleńsku były umieszczane gdzieś daleko na ostatnich półkach, także trzeba było się dobrze w księgarni naszukać.

Otóż ja byłem przekonany, że mojej książki też trzeba będzie się dobrze w tych księgarniach naszukać.

Otóż uważałem dokładnie, że będzie się trzeba dobrze jej w księgarniach naszukać, żeby ją znaleźć.

Jeżeli ja nie stworzę mojego właściwie własnego kanału dystrybucji na dyktowanych przeze mnie prawach, za który ja biorę w 100% odpowiedzialność, razem z osobami, którym zaufałem, to może się okazać, że cały wysiłek i cała para pójdzie w gwizdek, bo tak naprawdę ludziom bardzo trudno będzie tą książkę kupić.

Wtedy postanowiliśmy wykorzystać to narzędzie, jakim dzisiaj jest internet i jakim jest możliwość sprzedawania przez internet i dostarczania za pomocą firm kurierskich książki.

I tym trybem postanowiliśmy to zrealizować, bo wtedy my ponosimy odpowiedzialność całkowitą za dystrybucję.

Żadna księgarnia nie może tej książki schować, żadna księgarnia nie może udawać, że nie dostała książki, żadna księgarnia nie może udawać, że książka jest eksponowana, wystawiona, a tymczasem znajduje się gdzieś w magazynie, bo dostali sygnał, że lepiej dla nich będzie, jeżeli nie, bo jak nie, to przyjdzie kontrola z Urzędu Skarbowego i wtedy zobaczą.

No właśnie to jest ta przykra polityczna rzecz.

A niestety tak to dzisiaj wygląda, wie pan.

I ja znam osobiście osoby, które w ciągu ostatnich półtorej roku były po prostu w sposób haniebny masakrowane przez administrację skarbową, przez kontrole skarbowe.

krzyżowe, którym prześladowano ich kontrahentów po to, żeby cokolwiek znaleźć, bo współpracowali z rządem Zjednoczonej Prawicy wcześniej, wykonywali jakieś zlecenia na rzecz rządu Zjednoczonej Prawicy i w związku z tym po to, żeby dać przykład grozy, że się z PiS-em nie współpracuje, to byli po prostu brutalnie prześladowani przez służby skarbowe za czasów rządów Donalda Tuska.

W związku z powyższym uznałem,

że weźmiemy tę odpowiedzialność na nasze barki.

Ja się Donalda Tuska nie boję i jego służb skarbowych i będę swoją książkę promował i proponował na moją własną odpowiedzialność.

Nie będę liczył na to, że ktoś będzie ją uczciwie proponował do sprzedaży, podczas gdy z różnych przyczyn tak może nie być.

Jak wyglądała praca nad tą książką, panie prezydencie?

To była jakaś rozmowa, którą potem ktoś spisał w pana prezydenta narrację.

Jak to wyglądało od kuchni?

Praca nad książką trwała rok.

Gdybym się trochę wcześniej zmobilizował, to trwałaby dłużej, to trwałaby może i dwa lata.

No jest tej książki sporo.

Jest też trochę zdjęć, bo Polacy lubią, żeby były zdjęcia w książce.

Ja też zresztą lubię

Fajniejsza jest książka, kiedy są w niej zdjęcia, które dokumentują i pokazują po prostu pewne wydarzenia.

Wydaje mi się, że jest bardzo zgrabnie i ciekawie skomponowana.

Ja bardzo nie chciałem, żeby z książki zrobił się taki polityczny gniot.

czego przy opisaniu o polityce trudno jest uniknąć, dlatego jest dużo tych wątków takich osobistych, dlatego jest dużo powrotów też do mojego dzieciństwa, do mojej rodziny, do moich takich osobistych przeżyć, co uważam również za ciekawe, dlatego o czym powiedziałem przed momentem, że może to właśnie pokazuje również, czemu później myślałem w taki, a nie inny sposób, czemu jestem takim, a nie innym człowiekiem, co mnie ukształtowało, co miało w moim takim wczesnym życiu

Krótko mówiąc, w jakiś sposób jakoś tam przebiegało moje wychowanie.

I rzeczywiście ta książka faktycznie powstawała prawie rok.

W głównej mierze powstawała w weekendy.

To było w każdy weekend, każdą sobotę, każdą praktycznie niedzielę po kilka godzin poświęconych na dyktowanie książek.

tego, co jest tutaj w tej książce napisane, co później podlegało obróbce takiej, no powiedzmy literackiej, tak, no bo tekst mówiony jednak jest inny niż tekst pisany, tutaj zespół nad tym pracował, a następnie całość ja jeszcze sczytywałem tutaj razem z zespołem po to, żeby ostatecznie było tam napisane dokładnie to, co ja chcę powiedzieć, bo to jest moja książka i

I w związku z tym ogromnie zależało mi, żeby tutaj było to, co ja chcę powiedzieć.

Do tego stopnia nawet, że teraz żona moja, która czyta to, bo wcześniej żonie nie dałem do czytania, mówi mi, słuchaj, ale to było inaczej.

Ja mówię, no ale mnie się wydawało, że tak było.

Nie, bo to było tak.

Także mamy teraz takie dyskusje.

Nieprawda, źle to powiedziałeś, źle to ująłeś, ale rzeczywiście tak to ująłem i to jest moje.

Dużo w niej było autocenzury, żeby kogoś zbyt nie urazić?

Trochę było autocenzury, głównie jeżeli chodzi o politykę międzynarodową.

Miałem kilka takich momentów, gdzie w polityce międzynarodowej takie dosyć surowe oceny stosowałem i one zostały trochę zmiękczone.

Na moje wyraźne tutaj życzenie, po tym jak to przeczytałem jeszcze raz, stwierdziłem, że może trochę za grubo, że może trochę za dużo emocji jest

w tym tekście.

Ja nie chciałem, żeby było aż tak dużo emocji, a momenty były różne.

Nieraz były momenty różnych tarć również.

One tutaj pobrzmiewają, ale było takich parę momentów, że było mocniej.

Uznałem, że nie ma potrzeby, żeby było aż tak mocno.

Nic tekst na tym nie stracił, żeby była jasność.

Faktograficzna strona nie ucierpiała w żaden sposób, bo ja żadnych faktów nie wyciąłem z tego, żeby była jasność.

Natomiast takie oceny,

zostały w kilku miejscach złagodzone.

Tam jednak przewija się sporo zdjęć, to też warto na to zwrócić uwagę, bo właśnie jak ja to czytałem, to też było to bardzo przyjemnie się przez to przechodziło, bo wiele rzeczy można było sobie zobrazować.

Tak, ja to lubię, bo na przykład myśmy tutaj dyskutowali na samym zresztą początku, jaką konwencję przyjąć, bo na przykład kiedy patrzy się na te książki prezydenckie ze Stanów Zjednoczonych, to tam z reguły na środku jest...

tylko taka niewielka stosunkowo liczba zdjęć, prawda?

I to jest wszystko.

A myśmy jednak uznali, że to, że jakby polski czytelnik lubi inaczej.

To jest książka jednak dla naszych czytelników.

I uznaliśmy, że nie będziemy tego elementu takiej amerykańskiej książki prezydenckiej kopiowali, bo on nie jest dobry na naszym gruncie.

Ludzie chcą miilustrację, ludzie chcą zobaczyć, tak jak tutaj jest zamieszczony na przykład list od prezydenta Trumpa do mnie.

Ludzie chcą zobaczyć, chcą zobaczyć podpis, chcą, żeby był on w tym miejscu, gdzie akurat czytają, a nie, że potem będą szukali, doszukiwali się tej ilustracji.

Więc tak mi się wydawało, że to będzie znacznie lepsze rozwiązanie i dlatego na to się zdecydowaliśmy.

Poza tym wydaje mi się, że my jako czytelnicy lubimy zdjęcia.

Jest taka tradycja u nas, żeby te zdjęcia były i dlatego są.

W ogóle ta tradycja u pana prezydenta w rodzinie, że rodzice kolekcjonowali zdjęcia każdego z dzieci, wklejali ich do albumu i wtedy w trakcie...

urodzin ktoś ten album otrzymywał.

To jest świetna tradycja, w ogóle nigdy nie słyszałem o czymś takim.

Jest pan prezydent pierwszy, który był u mnie i mu opowiadał o tym, że dostawał od rodziców album ze zdjęciami.

Tak, rodzice, mama, bo to mama, rodzice, tata to nie zajmował się takimi rzeczami, ale mama się zajmowała takimi rzeczami, mama zrobiła te albumy.

Pomyślałem, że te zdjęcia fajnie korelują w ogóle z książką.

Mama zrobiła te albumy i rzeczywiście ja mam cały swój album z dzieciństwa, zwłaszcza z tego takiego dosyć powiedzmy wczesnego dzieciństwa, to znaczy tam do

do tego powiedzmy siedemnastego roku życia, tak?

To faktycznie cała dokumentacja tego mojego dzieciństwa jest właściwie prawie, że z każdego roku.

Jest jakieś zdjęcie tu z przedszkola, tu ze szkoły podstawowej, tutaj z obozów harcerskich, tutaj ze Starego Sącza, z moimi dziadkami.

Więc mam moich dziadków, którzy już od dawna nie żyją, też na zdjęciach.

Są takie zdjęcia z czasów, których nie pamiętam, gdzie jestem w ogóle malutkim chłopczykiem, gdzieś tam nad Dunajcem, czy w Zakopanem na różnych wyjazdach z rodzicami, z moją babcią.

Więc no tak, mam taki album ze zdjęciami.

Rzeczywiście to zasługa, wielka zasługa mojej mamy, że ona taką dokumentację rodzinną zrobiła.

Jak w ogóle wspomina pan atmosferę swojego domu rodzinnego?

To był ciepły dom, otwarty, taki naukowy.

No to znaczy, że po prostu ludzie, ludzie, którzy zajmowali się nauką, naukami technicznymi dokładnie w przeważającej mierze, no bo AGH jest uczelnią techniczną i głównie ta młoda kadra naukowa.

No młoda, no dzisiaj już nie młoda.

Dzisiaj to już wszyscy państwo przyjaciele moich rodziców są emerytowanymi profesorami.

Natomiast wtedy przez te dziesięciolecia to młoda, dorastająca coraz bardziej kadra naukowa przychodziła do nas do domu.

No i ci państwo profesorowie to były tak zwane moje ciocie, wujkowie, bo ja ich tak nazywałem.

I to był taki dom, że się spotykali, że były różne imprezy, że siedzieli wieczorami.

Ja jako dziecko patrzyłem na to wszystko i też słuchałem.

Niektórzy uważali, że jestem taki jedynak, który tutaj trochę filozofuje, dużo wie, bo ja słyszałem te rozmowy.

One się odbywały tuż przy mnie.

To był malutki pokoik.

Ja tutaj leżałem w łóżku wieczorami, a borońcy mnie kładli niby do spania, ale tutaj siedzieli i rozmawiali ze znajomymi.

Ja te rozmowy wszystkie chłonąłem.

przysłuchiwałem się.

Oczywiście w wielkiej części pewnie nie rozumiałem, ale pewne fakty pozostawały w głowie.

Jakim właśnie był pan prezydent dzieckiem?

Powiedział pan o tym filozofowaniu i tak dalej.

Jakby pan mógł spojrzeć na tego chłopca, którym był, to jakby pan określił tego chłopca?

Ja powiem tak, jest taka historia anegdotyczna, którą zawsze przypomina moja mama, no mój tata też zresztą, jak byłem takim chłopcem, ja wiem, pięcioletnim może i nie mieliśmy samochodu jeszcze wtedy, jeździliśmy do moich dziadków, do Starego Sącza autobusem.

takim PKS-em z dworca w Krakowie.

No i pewnego dnia mój tata zabrał mnie, mama nas odprowadziła na dworzec, wsiedliśmy do tego PKS-u, jedziemy i ja tak dużo mówiłem zawsze, więc tam coś mówiłem, musiałem mówić do taty w tym autobusie i jakaś taka pani obok nas siedziała i ta pani tak, a ty chłopczyku, tutaj, tam zaczęła do mnie coś zagadywać.

Ja tego w ogóle nie pamiętam, ale to tata mój opowiada zawsze i mama też się z tego śmieje.

No i zapytała, a jak masz na imię i tak dalej.

A to chłopczyku, jedziesz tutaj z tatusiem?

No tak, z tatusiem jadę.

A gdzie jest twoja mamusia?

A co ja spojrzałem na nią z pełną powagą i mówię, podobno.

Mamusia została na stanowisku.

Pani spojrzała na mnie podobno, nic się nie odezwała, a mama po prostu została na dworcu, bo tam przez megafony cały czas zapowiadali, sam autobus do Nowego Sącza odjedzie tam z miejsca czwartego na stanowisku piątym.

na stanowisku czwartym, no i mamusia na tym stanowisku została.

A jak wyglądało wspólne spędzanie czasu?

No bo pewnie spędzał pan czas z rodzicami, bo to też była rodzina, która była bardzo konserwatywna.

Pana mama w jednym wywiadzie opowiadała, że codziennie o piątej rano się modliła.

Były takie rzeczy, które były tradycjami, rytuałami w pana domu?

Tak, były takie zwyczaje, które pamiętam z dzieciństwa bardzo sympatycznie.

Na przykład to, że kiedy jeździliśmy naszym pierwszym maluchem, jak ja jeszcze tam byłem chłopcem tego pierwszego malucha,

W 79 roku kupili rodzice jakoś tak, no to ja miałem 7 lat.

To jeździliśmy i śpiewaliśmy sobie takie różne pieśni religijne.

Wszyscy razem i taka była sympatyczna, miła atmosfera.

Tak potem urodziła się moja siostra w 80 roku i to był zawsze taki dom.

Myśmy bardzo dużo czasu spędzali razem.

Nieważne jakie były warunki, nie mieliśmy za dużo pieniędzy, rodzice pracowali naukowo, więc to raczej był dom skromny, nawet powiedziałbym bardzo skromny, ale szczęśliwy.

Taki ciepły dom, taki dobry dom.

Uważam, że moi rodzice naprawdę zrobili wielką...

dla nas rzecz, wychowując nas tak, jak nas wychowali, znaczy mnie i moje siostry, bo wydaje mi się, że to był taki model wychowania dzieci, który mi się bardzo podobał.

Z jednej strony dużo ciepła, ale z drugiej strony także i bardzo wiele takiej swobody pozostawionej dzieciom, a przynajmniej mnie, właśnie z takim mówieniem, słuchaj, sam odpowiadasz za siebie.

Jesteś za siebie odpowiedzialny.

My nie możemy, nie jesteśmy w stanie cię upilnować cały czas.

My przecież nie będziemy non stop trzymali ci ręki ani na głowie, ani nie będziemy cię trzymali za rękę.

Nie.

Ty idziesz w życie i musisz sam odpowiadać za siebie i musisz mieć świadomość też, my ci powiemy o niebezpieczeństwach, ale to ty musisz się pilnować, żeby te niebezpieczeństwa nie stały się twoim udziałem.

Więc to było bardzo ważne i z jednej strony to ciepło i takie poczucie, że rodzice mają to zaufanie, ale z drugiej strony cały czas powtarzanie, że jest odpowiedzialność, którą sam w sobie za siebie niesiesz, a jak trzeba to i za innych.

A nagiął pan prezydent kiedyś zaufanie rodziców?

Czy ja nagiąłem zaufanie rodziców?

Parę razy tak, zwłaszcza w takim wieku, wie pan, trudnym, jak się ma też 17-18 lat, prawda?

To się różne rzeczy robi.

Właśnie dlatego mówię, bo pan opisuje w książce, że póki nie poznał swojej przyszłej żony, to raczej pan miał luźny stosunek do nauki.

Też poznaliście się przecież na 18 jednego z waszych wspólnych znajomych, więc zakładam, że pan prezydent jednak kiedyś imprezował, robił trochę więcej szalonych rzeczy niż dzisiaj.

No tak, no nie będę tutaj mówił, że byłem święty, no bo nie, nie, nie opowiadajmy, tak?

Nie byłem w każdym razie.

Rozbijmy ten wątek nie bycia świętym.

No wie pan, jak to w czasach licealnych.

Tu papieroski, tutaj jakiś alkohol się próbowało.

Może nie bardzo wcześnie, ale rzeczywiście gdzieś tam po raz pierwszy z alkoholem się spotkałem mając 17 lat.

I ta przygoda harcerska dla mnie czynna się skończyła.

No i wpadłem jakby w to takie mocno licealne życie.

Koniec drugiej klasy, początek trzeciej klasy liceum, to...

Nie chcę mówić, że wszyscy wiedzą, jak to jest, ale to jest taki dosyć burzliwy okres w życiu wielu młodych ludzi.

W moim też był.

Nie jakoś przesadnie burzliwy, ale dosyć burzliwy.

Grzeczny w każdym razie jakiś bardzo nie byłem.

No i tam różne sytuacje się zdarzały.

No ale w krótkich pytaniach pan prezydent powiedział, że słuchał Lady Punk.

Chodził pan na przykład na koncerty?

Byłem na kilku koncertach.

Nie byłem jakimś takim fanem, który latał od koncertu do koncertu, ale na kilku koncertach byłem.

Pamiętam, że...

że byłem na koncercie Budki Suflera i byłem na koncercie, pamiętam, w Krakowie zespołu Turbo i Lady Punk też.

W 1984 roku wstąpił pan do 5.

Krakowskiej Drużyny Harcerskiej Piorun.

Mówi się, że sport uczy wygrywania, przegrywania i już półkory.

O, to bardzo fajne pytanie.

Bardzo ważne pytanie.

Cieszę się, że padło.

Nawet dzisiaj rozmawiałem na ten temat przez telefon z jedną z druhem, bo przygotowujemy się w tej chwili do Dżembory, największej skautowej harcerskiej imprezy, jaka w ogóle jest na świecie.

Będzie w Polsce na wyspie Sobieszewskiej koło Gdańska.

Przyjadą harcerze z całego świata, skauci.

No i właśnie dzisiaj mówiliśmy o przygotowaniach i mówiliśmy o takim panelu dyskusyjnym właśnie, w jaki sposób wychowuje harcerstwo.

I co powiem, to był bardzo ważny element mojego życia.

Mogę powiedzieć tak, Bogu dziękuję, że zdarzyło mi się harcerstwo w moim życiu.

Ogromne to miało dla mnie znaczenie.

To uważam za jeden z najważniejszych etapów mojego życia.

do dzisiaj, to proszę zwrócić uwagę, ja jestem człowiekiem, który właśnie zakończył 10 lat swojej prezydenckiej służby.

Ktoś powie, o rany, toż to jest po prostu...

moment życia, te 10 lat, tak?

Bardzo ważne, bez wątpienia, wielkie poczucie służenia Rzeczypospolitej i czynienia wszystkiego, aby Rzeczpospolita była mocniejsza i aby lepiej się w niej żyło.

Natomiast tamten okres dla mnie miał ogromne znaczenie i nie wiem, czy byłbym prezydentem Rzeczypospolitej, gdyby nie harcerstwo, gdyby nie to wychowanie, które tam otrzymałem, gdyby nie ten element taki dodany do mojego domu.

Dodany do tego, co mi dawali rodzice.

Właśnie dodatkowo, jeśli chodzi o wiedzę historyczną, jeżeli chodzi o polską tradycję niepodległościową.

Ja byłem w drużynie imienia Legionistów 1914 roku.

Ona tak się nazywała tylko dlatego, że komuniści nie pozwolili ją nazwać drużyną imienia Legionistów Piłsudskiego.

Po prostu nie pozwolono na taką nazwę w 80 roku, kiedy drużyna była zakładana, w związku z czym ówczesny drużynowy, który ją zakładał, żeby to jakoś ominąć, ustalili nazwę Legionistów 1914 roku i na to się zgodzono i tak ją zarejestrowano.

Ale tak naprawdę oczywiście chodziło przecież o legionistów Piłsudskiego i ten Piłsudski był taką postacią legendarną dla nas.

Na tym właściwie opierał się cały nasz mit harcerski, ten taki bogoojczyźniany.

To było takie harcerstwo, które teoretycznie było oczywiście ZHP w Polsce komunistycznej lat 80., ale tak naprawdę to było ZHP, które

które potajemnie wyznawało ideały harcerstwa II Rzeczypospolitej, prawdziwego polskiego harcerstwa, które uczyło prawdziwej historii tego harcerstwa, które uczyło o prawdziwych bohaterach, które uczyło prawdy o Powstaniu Warszawskim i udziale szarych szeregów w Powstaniu Warszawskim.

Więc i prawdziwego zachowania i motywów Stalina, jeżeli chodzi o powstanie warszawskie, motywów jego działania, czy też jego bierności.

Więc to był bardzo ważny dla mnie element.

Z jednej strony ten wychowawczy, taki czysto wychowawczy właśnie wychowania patriotycznego, wychowania proniepodległościowego, takiego jak my to...

Trochę się uśmiechaliśmy, wtedy mówili, bogoojczyźniane harcerstwo, tak to nazywaliśmy, ale to było harcerstwo rzeczywiście ludzi wierzących, gdzie ten element religijny miał olbrzymie znaczenie, ale bez przesady, bo to nie było harcerstwo, przepraszam, kościelne, tylko to było jednak harcerstwo normalne z ważnym miejscem elementu religijnego, ale nie wszyscy byli wierzący i zawsze było to, że kto chciał, mógł iść na niedzielną mszę świętą,

czy świąteczną, a jak ktoś nie chciał, to nie szedł i nie było z tego tytułu żadnych problemów, dyskusji, ani nic takiego.

Było to po prostu prawem tego, kto chciał, mógł iść.

Natomiast i zawsze tego pilnowano, że kto chce, to rzeczywiście może iść i czyniono wszystko, żeby miał taką możliwość, nawet jeżeli trzeba było gdzieś dosyć daleko dojechać do tego kościoła.

Często się też zdarzało tak, że ksiądz przyjeżdżał do nas na obóz, bo są byli jednak już wtedy kapelani, czy ojcowie zakonni, którzy służyli harcerzom.

i sami też byli harcerzami i oni przyjeżdżali do nas na obozy harcerskie, więc... Ale to słychać, panie prezydencie, że w panu jest, ewidentnie.

Natomiast, co było bardzo ważne, to harcerstwo uczyło życia.

Takiej samodzielności niesamowitej.

Tak, to myśmy byli przecież małymi chłopcami.

No proszę popatrzeć, 1984 rok, kiedy ja jadę na pierwszy obóz harcerski, mam 12 lat, nic nie umiem, a muszę sobie sam postawić namiot, musimy sami zbudować pionierkę.

W tym namiocie musimy rozpalać ogniska, to jest wierchomla w górach, w Beskidzie Sądeckim bardzo deszczowe lato.

Jest ciągle mokro, straszne błoto, gniją nam rzeczy w namiotach, bo taka była prawda, stęchlizna, więc naprawdę były bardzo trudne warunki.

Myśmy sobie w tych warunkach jakoś musieli radzić.

Niektórzy płakali po nocach za mamą, bo mieliśmy po 12 lat.

I to była rzeczywiście przygoda taka.

Wszystkie te lata moje harcerskie to po pierwsze nieprawdopodobne zacieśnienie więzi pomiędzy naszą grupą, między zastępem.

Myśmy byli kolegami z dwóch klas w szkole podstawowej, z klasy A i z klasy B, tylko dwie klasy zresztą były, A i B.

w naszym roczniku i chłopcy z obydwu tych klas byli w drużynie, w większości właśnie w naszym zastępie i my do dzisiaj się przyjaźnimy.

To jest do dzisiaj scementowana więź, która z tamtych lat pochodzi, a ile już lat minęło, kiedy przestaliśmy być czynnie harcerzami.

To wzrastanie razem, właśnie to doskonalenie się w różnego rodzaju umiejętnościach, to do dzisiaj.

Ja korzystam z tych umiejętności, których nauczyło mnie harcerstwo.

Ja do dzisiaj np.

nie boję się lasu w nocy, bo harcerstwo mnie tego nauczyło, bo nas wtedy szkolono, nam tłumaczono, w lesie nic, żadna krzywda ci się nie stanie, wystarczy, że się dobrze schowasz, że wtedy nikt cię nie znajdzie, nikt ci nie zrobi krzywdy.

Nie ma generalnie w Polsce zwierząt, pamiętajmy, że wtedy nie było wilków, niedźwiedzie się w ogóle nie zapuszczały, nigdzie było bardzo niewiele niedźwiedzi, dzisiaj może jest troszkę bardziej niebezpiecznie, jest więcej wilków w Polsce, aczkolwiek no nie słychać, żeby krzywdę wilki ludziom robiły, no ale potencjalnie spotkanie z niedźwiedziem mogło być niebezpieczne, tak, chociaż niedźwiedzie są głównie w Tatrach, ewentualnie pojawiają się gdzieś tam w Beskidzie Sądeckim, czy w Gorcach, czy w Bieszczadach, ale...

ale rzadziej.

Natomiast tutaj było generalnie tak, nie ma zwierząt, które mogłyby ci zrobić krzywdę, zwłaszcza jeżeli się schowasz, więc nie bój się lasu, las nie jest groźny, nawet jeżeli jest ciemno, nie zapalaj latarki, oczy twoje przyzwyczają się do ciemności, zobaczysz, będziesz widział, więc takich rzeczy mnóstwa się nauczyłem i ja do dzisiaj się

Nie mam takich obaw, więc jak pan mnie pyta, czy pan ma jakieś fobie i obawy?

Nie, bo bardzo wielu takich fobii i obaw, które są fobiami i obawami przeciętnego człowieka, mnie oduczyło harcerstwo.

Partnerem żurnalisty w nauce języka angielskiego jest Tutlo.

Jak już wspominamy pana młodość, pamięta pan stan wojenny?

Pamięta pan dzień, w którym wybuchł?

Znakomicie pamiętam stan wojenny.

Nie było tyle ranka.

Nie, to tak żartem, choć Teleranka rzeczywiście nie było i każdy, kto jest w moim wieku, to pamięta, że tego Teleranka nie było właśnie.

Natomiast pamiętam, tata poszedł na strajk.

na akademię, na uczelnię.

Potem wrócił.

Tata był w Solidarności, ale nie był żadnym jakimś prominentnym, ważnym działaczem.

Nie został internowany, ani nie został aresztowany.

Wziął tylko udział wtedy w tej akcji strajkowej kilkudniowej, która została spacyfikowana przez prawdopodobnie, nie wiem, ZOMO, czy jakiś oddział specjalny.

Tata mówił, że ci ludzie wyglądali jak żołnierze.

Trudno powiedzieć.

W każdym razie został ten strajk spacyfikowany, ale nikomu tam krzywdy nie zrobiono.

Wypuścili ich w nocy i tam mimo tego, że była godzina milicyjna, to tata jakoś tam wrócił do domu.

Mimo, że to trzeba było przez cały Kraków pieszo przejść, no ale jakoś tam dał sobie radę.

Ale pamiętam ten bardzo trudny czas.

Pamiętam, że było wielu ludzi internowanych.

Pamiętam, że ludzie też, których znali moi rodzice, byli internowani.

Przede wszystkim później, kiedy poznałem Agatę, moją żonę, to poznałem tą straszną jej historię, absolutnie traumatyczną z czasów, kiedy tata został internowany, kiedy zabierali go nad ranem z domu z omowcy razem ze służbą bezpieczeństwa.

I potem, kiedy go nie było, kiedy nie wiedziały z mamą, gdzie w ogóle jest, bo były same wtedy, potem babcia przyjechała, kiedy płakały przy zdjęciu ojca.

To trauma dla mojej żony do dzisiaj.

To był jeden z powodów, dla których żona kiedyś dawno temu mnie prosiła, żebym się nie zajmował polityką, bo bardzo się właśnie bała, że...

że jeszcze coś takiego może się zdarzyć.

To nie ukrywała tego, że ona po prostu po tamtym czasie, jak tata został zabrany do internowania, do więzienia, no to, że taka trauma z dzieciństwa w niej została straszna.

W 1988 roku, gdy miał pan 16 lat, państwo rodzice podjęli niezwykłą decyzję, adoptowali małą Dominikę.

Jak pan zareagował w ogóle na pojawienie się nowej osoby w domu?

To było dla pana zupełnie naturalne?

Przypominam, że 16 lat, od 17 lat pił pan alkohol, więc już mógł pan być zbuntowanym chłopcem.

To było trochę inaczej.

Rodzice się zdecydowali rzeczywiście na adopcję, na to, żeby pomóc jakiemuś dziecku, które

ma trudną sytuację życiową i jest gdzieś w domu dziecka, kiedy ja miałem faktycznie 16 lat.

Początkowo taki chłopiec, który miał wtedy 10 lat, o ile ja pamiętam, do nas przychodził, tak się oswajał z naszą rodziną, to było przez pierwsze chyba 3 lata, o ile pamiętam, ale potem moi rodzice się zdecydowali na

na adopcję dziecka, już taką pełną, tą tak zwaną adopcją plena.

I faktycznie to zrealizowali.

No i rzeczywiście mam siostrę teraz, która już w ogóle nie ma, już zapominam w ogóle o tym, że ona jest adoptowana.

Jest po prostu moją siostrą i tyle.

Nie wiem, ja chyba dosyć surowym bratem byłem.

Nie, to trzeba byłoby moich sióstr zapytać.

Ja mam tu strach, aż proszę ich lepiej nie pytać.

Ale dlaczego pan się ocenia jako surowego?

Bo ja taki chyba dosyć surowy jestem, nie wiem.

Tak mi się wydaje.

Przecież wszyscy myślą o panu, że pan się zawsze uśmiecha, jest pan pozytywny.

Bywa różnie.

Ja wymagam dużo od siebie.

Sporo też wymagam od innych, choć faktem jest, że więcej wymagam od siebie niż od innych.

A po kim pan to odziedziczył?

Myślę, że po tacie moim.

To znaczy nigdy nie było tak, żeby rodzice wymagali ode mnie w jakimkolwiek stopniu czegoś, co uznawałbym za przesadne.

Nie, nie, nigdy tak nie było.

To ja mogę się tylko pod nosem uśmiechnąć, bo pan redaktor powiedział wcześniej, że tak naprawdę zacząłem się uczyć dopiero, jak poznałem moją żonę.

To prawda, zacząłem się uczyć bardzo dobrze, jak poznałem moją żonę.

Natomiast proszę pamiętać, że ja jednak poznałem moją żonę wtedy, kiedy ona chodziła w Krakowie do pierwszego liceum

Mienia Nowodworskiego, bardzo znanej, jednej z absolutnie najstarszych szkół w Polsce, no ale ja chodziłem do drugiego liceum, które również uważane było i jest za liceum takie, no jedno z najlepszych.

No tak, no elitarne, nie ma co w ogóle ukrywać.

Nie było tak łatwo ani do tego liceum się dostać, ani się w tym liceum utrzymać, więc trzeba było się uczyć.

Ja się zawsze śmiałem, że największym, najlepszym, co ta szkoła daje jest to, że musisz się uczyć, czy chcesz, czy nie.

bo rzeczywiście ta szkoła zmuszała do nauki, trzeba było się po prostu uczyć i ja to zawsze ceniłem bardzo w mojej szkole, w moim liceum i zawsze to bardzo mocno podkreślam, że tam po prostu od nas wymagano, więc oczywiście ja się musiałem uczyć i uczyłem się, ale rzeczywiście jak poznałem moją żonę, która jest osobą niesamowicie sumienną i bardzo, bardzo inteligentną, bardzo utalentowaną, zdolną, no to ona mi podniosła poprzeczkę.

Jeszcze bardziej.

Jak wspomina pan wakacje u dziadka Alojzego ze Starego Sącza?

O, to takie moje, to tutaj ja to opisuję w książce.

Historia z koszeniem siana jest 10 na 10.

ja to opisuję w książce, to historia z koszeniem siana to była u brata dziadka, czyli u tak zwanego stryka w górach pod okrąglicą między okrąglicą a cebulówką, dzwonkówką nad Łąckiem i w Zarzeczu tak zwanym.

Tam moja rodzina mieszka na przełęczy i tam rzeczywiście oni kosili łąki, a ja im pomagałem do pewnego momentu kosząc, ale później, kiedy się przeciąłem, to już zabrali mi kosę i wysyłali mnie na piwo na dół, jako że jako harcerz byłem zaprawiony w chodzeniu po górach na ostro i rzeczywiście oni widzieli, że jestem...

już taki mocny w tym, więc dostawałem plecak, do plecaka kanister i z tym kanistrem leciałem tam do zajazdu kałużna w Zabrzeży.

Tam mi nalewali cały kanister piwa i z tym piwem do góry na łąki tam leciałem na górę, żeby zanieść moim wujkom, którzy tam na górze kosili.

Ale to rzeczywiście są takie bardzo dla mnie ważne wspomnienia.

To jest góralska rodzina.

w trudnych warunkach żyjąca i tam pracująca.

Natomiast mój dziadek mieszkał w Starym Sączu, był kuśnierzem.

Miał taki mały kawałek pola, w którym też pracowałem tam z babcią jeszcze jako dziecko i z moimi ciociami.

Ale to są takie moje bardzo dobre, ciepłe wspomnienia z dzieciństwa i też dużo, dużo tutaj zawdzięczam i moim dziadkom, i moim ciociom, które tam mnie wychowywały, dbały o mnie przez wiele lat, kiedy co roku praktycznie na kilka miesięcy jeździłem do Starego Sącza, więc mam ten Stary Sącz tam głęboko w swoim sercu i to są rzeczywiście takie moje bardzo ciepłe wspomnienia.

Mam nadzieję, że tutaj w tej książce

Udało mi się to dobrze oddać.

To taki był specyficzny klimat tego małego miasteczka, gdzie większość mężczyzn pracowała w zakładach naprawy taboru kolejowego w Nowym Sączu.

Ci kolejarze, którzy codziennie rano szli na stację kolejową z różnych stron Starego Sącza przez rynek na tak zwany Podmaierz, to taka dzielnica Starego Sącza, tam jest stacja kolejowa.

i tam siadali do pociągu, żeby do Nowego Sącza do pracy jechać.

No i pracowali też w zakładach naprawczych tam autobusów, które były tutaj w biegonicach, jak się zaczyna Nowy Sącz od strony Starego Sącza patrząc, więc to takie życie małego miasteczka, ale bardzo ciekawe, bardzo barwne.

z wieloma bardzo ciekawymi historiami, bardzo uczące życia też, także bardzo, bardzo to wspominam jako ważny też fragment mojego życia i mojego wychowania.

No i szczególnie, że to były takie dwa światy, bo pana rodzice byli pierwszymi, którzy skończyli studia w swoich rodzinach, a z drugiej strony właśnie ten taki wiejski dom otoczony taką pracą, pracą w polu i tymi wszystkimi wartościami, to też zawsze powoduje, że człowiek ma trochę pełniejszy obraz rzeczywistości.

Tak, ale wie pan, to też takie bardzo ciekawe, opowiem tutaj taką historię bardzo ciekawą właśnie w kontekście tego, co mówiłem przed chwilą o harcerstwie.

Myśmy się w harcerstwie wychowywali w takim kulcie wręcz marszałka Piłsudskiego, właśnie twórcy tych legionów, twórcy niepodległości, jednego z ojców niepodległości, jak teraz to mówimy.

I ten Piłsudski to był dla nas takim półbogiem niemalże.

I jak dziś pamiętam, byłem właśnie u tego stryka, a tak naprawdę to stryj mojego ojca, czyli brat mojego dziadka.

I on tam był takim gospodarzem właśnie w górach.

On został na tym rodzinnym gospodarstwie tam na Przełęczy i był takim twardym facetem, chłopem, takim społecznikiem, który tam most budował.

Zresztą pan Szumowski nakręcił o nim taki film dokumentalny o budowie tego mostu na dole tam z Zabrzeży do Zarzecza.

To był początkowo taki most wiszący i on właśnie współuczestniczył w budowie tego mostu.

Był tam takim organizatorem życia społecznego.

Józef Duda, nazywali go Bławat, tak zresztą jak jego ojca i jak jego dziadka, bo to taki mężczyzn, tak w mojej rodzinie nazywano tych gospodarzyk, tam z kolejnych pokoleń.

I ja pamiętam, że ja mu właśnie coś mówię o tym Piłsudskim, a on się tak strasznie zdenerwował i mówił,

tak, mówi, ty opowiadasz tutaj o Piłsudskim, mówi, to nie wiesz, jakie było wtedy życie, jak wtedy wyglądała wieś.

Ja się wtedy zorientowałem dopiero, że on po prostu był witosowcem.

I dopiero później, kiedy już bardziej dorastając, analizowałem w szczegółach tą historię, taką bardzo trudną historię II Rzeczypospolitej.

z procesem brzeskim, z tym, jak Witos był wtedy prześladowany, jak ta cała sytuacja historyczna wyglądała.

Dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo trudne to były czasy, ale jednym z tych elementów, które mnie skłoniły, była ta jego taka niezwykle żywiołowa reakcja wtedy, takie nerwy, w które on wpadł.

Ale dlaczego to mówię?

Mówię, że to był prosty chłop.

który pracował tam ciężko na roli w górach, ale on był oczytany.

On miał mnóstwo gazet w domu, on czytał książki, on naprawiał zegary, on wykonywał różne usługi, on sam zbudował wiatrak na przykład, taki turbinowy.

To byli ludzie, którzy mimo tego, że byli nisko formalnie wykształceni, po kilka klas mieli zaledwie skończone, byli ludźmi w istocie bardzo światłymi, w sumie znającymi świat, więc to było też bardzo takie interesujące i dla mnie w tym sensie wychowawczym też bardzo ważne.

Tak myślę dzisiaj.

Na pewno, bo to też pokazywało, przynajmniej to, co pan opisywał oczywiście w swojej książce, jak pan jeździł po tych ludziach, to jak pan podawał indyrense, jak pan potrafił utożsamić się z niektórymi ich problemami itd., itd.

To się dało odczuć, że to po prostu nie poszło w las, że jednak ta duża część pana empatyzowała z tymi ludźmi ze względu na to, że widział pan to z bliska, bo wydaje mi się, że po prostu...

Ciężko jest czasami coś zrozumieć, nawet jeżeli w teorii się o tym wie, ale się nigdy tego nie dotknęło.

Ja oczywiście pochodzę, mogę śmiało powiedzieć, z inteligenckiej rodziny.

Niektórzy mówią z profesorskiej rodziny, choć proszę pamiętać, że...

Moi rodzice nie zawsze byli profesorami, raczej stosunkowo byli profesorami już późno w moim życiu, kiedy ja już byłem praktycznie dorosły.

Jest taka fajna historia, jak mój tata odbierał swoją nominację profesorską w Pałacu Prezydenckim w 2005 roku.

Ja jeszcze wtedy nawet nie myślałem, że znajdę się kiedykolwiek w polityce i że będę się polityką zajmował.

I przyjechałem, żeby być obecnym na tej uroczystości.

Wtedy jeszcze prezydent Kwaśniewski urzędował.

To były ostatnie miesiące jego prezydentury.

I pamiętam jak dzisiaj, no rodzice nie byli delikatnie rzecz ujmując wielkimi zwolennikami prezydenta Kwaśniewskiego.

Raczej byliśmy o przeciwnej opcji.

Ale szanowali prezydenta Rzeczypospolitej i oczywiście po odbiór nominacji jechali.

Najpierw mama, potem tata i właśnie na tą nominację taty myśmy się wybrali.

Kinga była wtedy taką małą dziewczynką jeszcze.

Przyjechaliśmy do Warszawy, przyjechała też siostra mojego taty z Kielc, ciocia Irena.

I rodzice poszli na biuro przepustek w Pałacu Prezydenckim.

Myśmy stali na krakowskim przedmieściu i mama wraca taka zafrasowana i mówi, słuchaj Andrzej, wiesz co, jest taka sytuacja, że tutaj z tym profesorem, z tatą wpuszczą tylko trzy osoby, a nas jest w sumie czworo.

No i nie ma szans, żebyśmy wszyscy weszli.

Kinga sama nie zostanie.

jakbyś się zgodził, żeby ciocia poszła, bo przyjechała ciocia specjalnie.

Ja mówię, mamo, nie ma problemu, my sobie z Kingą tutaj pójdziemy na spacer, może sobie pójdziemy gdzieś do łazienek, a ja mówię, przyjdę tutaj po odbiór mojej nominacji do Pałacu Prezydenckiego.

I proszę sobie wyobrazić, no kto by pomyślał.

Ja wtedy pomyślałem, szczerze mówiąc, że to będzie nominacja może kiedyś profesorska, no może kiedyś sędziowska na przykład, tak?

No ale nigdy nie pomyślałem, że będzie to nominacja na ministra w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2008 roku, 16 stycznia, a rzeczywiście potem ją odebrałem, no dosłownie przecież trzy lata później, więc...

nawet niecałe trzy lata, dwa i pół roku później.

Więc to też tak pokazuje, jak się życie niesamowicie potrafi toczyć i kiedyś w jednej książce, którą bardzo lubię, było takie zdanie, że nim tu wszedłeś, inna droga ścieliła się przed tobą, myślisz, że nie chcesz na nią wrócić, a nie możesz.

Już więcej nią nie pójdziesz, bo zrobiłeś o jeden krok w inną stronę i już ci się wydaje, nie chcę wrócić, a tak naprawdę już twój los pokierował zupełnie inaczej, bo takie są zrządzenia opatrzności nad tobą i tak się dzieje w twoim życiu.

A kiedy pan poczuł pierwszy raz, że chce zostać politykiem?

Ja nie wiem, czy ja poczułem w ogóle kiedykolwiek, że ja chcę zostać politykiem.

Musiał pan to czuć wewnątrz, patrząc na to, że pana żona wtedy, chyba już wtedy żona powiedziała, że nie popiera tego.

Ale to właśnie było tak przez całe lata, że żona mówiła mi, tak, wchodzisz do polityki.

Ja mówię, co ty mi mówisz tutaj, Agata?

Do żadnej polityki nie wchodzę.

Przecież ja jestem prawnikiem, ja jestem wiceministrem sprawiedliwości, zajmuję się legislacją.

Taki był początek.

Tak zostałem podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego w 2006 roku od 1 sierpnia.

I mówię, no gdzie tam, ja nie zajmuję się polityką, ja się zajmuję pisaniem ustaw, ja się zajmuję robotą legislacyjną, ja się zajmuję prawniczą sprawą, ja się zajmuję informatyzacją w Ministerstwie Sprawiedliwości i sprawami zagranicznymi, międzynarodowymi i europejskimi.

Mówię, gdzie tutaj jakaś polityka?

To są fachowe rzeczy, prawnicze rzeczy.

Czyli pan prezydent jest świetny w obracaniu kota ogonem.

A jako kociarz to jeszcze świetnie pasuje.

Dobra, ale ja też jestem kociarzem.

Ale ja autentycznie miałem takie poczucie.

I później w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego wkrótce potem było to samo.

Prezydent przyjmował mnie jako doktora nauk prawnych, bo ja byłem doktorem nauk prawnych, znaczy jestem nim dalej, ze specjalnością prawo administracyjne, procedury administracyjne i sądowo-administracyjne.

akcentował to bardzo mocno, że właśnie z uniwersytetu, że mu to bardzo odpowiada właśnie, że trochę to jest takie naukowy background i naukowe podejście, że tutaj będę spełniał ważną rolę właśnie, jeżeli chodzi o te kwestie związane z tymi prawno-ustrojowymi elementami związanymi z urzędem prezydenta i tak dalej, i tak dalej.

Więc jakby cały czas miałem poczucie, że to się dzieje.

I był moment...

Kiedy ja wiedziałem, że przekraczam tą taką cienką czerwoną linię, która dzieli działalność powiedzmy polityczno-prawniczą, ale jednak prawniczą od polityki takiej w czystej postaci.

To był moment, w którym zdecydowałem się kandydować w wyborach na prezydenta miasta Krakowa w 2010 roku.

I ja wiedziałem, że to następuje przekroczenie tej cienkiej czerwonej linii, ale dopiero wtedy.

Dopiero wtedy miałem ten moment, że pomyślałem tak, jeżeli stanę do tych wyborów, takich bardzo personalnych, kiedy całe miasto głosuje na te osoby, to nie są jakieś tam wybory parlamentarne, gdzie jest lista i na tej liście jakieś nazwiska.

Nie, to są konkretne osoby, jest tak naprawdę trzech poważnych kandydatów.

Urzędujący prezydent, jego konkurent główny i ja.

No to już nie ma miękkiej gry.

To już jest czysto polityczna sprawa.

Tu już nie ma w zasadzie praktycznie prawa.

Tu głównie są elementy polityki.

Tu akurat miejskiej, ale na nią się nakłada ta wielka polityka ogólnopolska, zwłaszcza w tak wielkim mieście jak Kraków.

Więc zwłaszcza weźmy pod uwagę, że to był początek jesieni 2010 roku, tuż po katastrofie smoleńskiej.

Więc to były specyficzne czasy.

I to był rzeczywiście moment, w którym ja wiedziałem, że wchodzę do polityki i to grubej.

No i to już się potem potoczyło.

Ale zanim do tego dojdziemy, opowiedzmy w ogóle jeszcze o tym, jak pan prezydent wraz z przyszłą żoną podróżowaliście autostopem po Europie.

No ale to już tutaj jest opisane.

uśmiechałem, bo nie wyobrażałem sobie pana prezydenta.

Wchodzi sobie w internecie na andrzejduda.pl i można sobie książkę kupić.

No i bezdrogo.

A kiedy ostatni raz zrobił pan prezydent?

Nie przesadzajmy.

Jak na taką książkę, to znowu tak strasznie drogo nie jest.

Niektórzy nawet twierdzą, że za tanio.

Kiedy ostatni raz pan prezydent zrobił coś tak szalonego, jak ta podróż autostopem?

Ja uwielbiałem jeździć autostopem.

Ja bym dzisiaj chętnie pojechał autostopem, ale mi nie zupada.

Pan sobie wyobraża, co by było, jakbym ja stanął autostopem.

A ja uwielbiam, ja kochałem jeżdżenie autostopem.

Wie pan, ja uwielbiam takie poczucie wolności.

Tak szczerze mówiąc, to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, które... Taki był moment tu, zdradzę trochę takiej domowej alkowy.

Otóż kilka dni temu...

Poszliśmy, postanowiliśmy z żoną wieczorem, my w tej chwili głównie rozpakowujemy w mieszkaniu pudła, które z nami po 10 latach przyjechały z Warszawy.

Mieszkamy na pudłach.

Już 4 komody kupiłem, żeby jakoś to wszystko...

Po prostu buduję półki, garderoby.

Ja to robię sam, bo ja to lubię, ale to tempo, w którym się to wszystko musi dzii zakres prac jest po prostu niesamowity.

No, ale ponieważ już nie urzęduję jako prezydent, zakończyłem swoją misję, więc mogę to robić.

I robię to teraz.

Ale wybraliśmy się z żoną wieczorem na spacer.

No i panowie, którzy zajmują się moją ochroną, pytają się mnie, czy chcę odstąpić od ochrony na ten czas, bo mam teraz takie prawo.

Ja mówię, no dobrze, no to chcę.

I idziemy z żoną i po raz pierwszy od dziesięciu lat byliśmy sami na ulicy.

Wyobraża sobie pan?

I jakie wrażenia?

Niesamowite, bo...

Nikt, kto nie był w takiej sytuacji, tego nie zrozumie.

Proszę mieć świadomość tego, że poza wnętrzem domu, mieszkania, przez 10 lat nie miałem momentu, żeby ktoś na mnie nie patrzył.

Cały czas panowie z mojej ochrony musieli mieć mnie na oku.

Znaczy musieli mnie widzieć.

I to był pierwszy moment, kiedy nikt poza moją żoną na mnie nie patrzył.

Wrażenie niesamowite.

A ja jestem człowiekiem, który sobie niezwykle ceni wolność i powiedziałem gdzieś w jednym z wywiadów, że takim moim marzeniem jest znaleźć się na hali w Gorcach.

Bardzo lubię Gorce.

i usiąść i być samym po prostu, żebym mógł usiąść sam i żeby rzeczywiście nikt na mnie nie patrzył i żebym mógł cieszyć się chociaż przez chwilę tą samotnością.

Ja nie jestem samotnikiem, żeby była jasność, ja jestem człowiekiem towarzyskim, ja lubię znajomych, ja lubię gadać ze znajomymi, mogę całą noc nieraz, jak jestem w dobrej formie, przegadać i przedyskutować, jak trzeba to i przetańczyć też potrafię.

Ale mam takie momenty, że potrzebuję chwili być sam ze sobą.

Nie miałem ich przez te wszystkie lata.

I to jest też bardzo ważny dla mnie element wolności, że mogę iść i jechać, gdzie chcę.

I jakby nikt...

I mogę być sam i nikt mi nie towarzyszy i to ja jestem sobie sterem, żeglarzem, okrętem i ja sobie wybrałem.

I to właśnie najbardziej kochałem na autostopie, że ja nigdy nie wiedziałem zatrzymując kierowcę, który zdecydował się mnie wziąć na autostop.

Po pierwsze, czy mnie weźmie?

Czy będzie chciał w ogóle mnie zabrać?

Czy nie powiem, nie spojrzawszy mi w oczy, nie wymyśli jakiejkolwiek historii, żeby mnie nie wziąć?

Przecież to też tak bywa, nie?

Dokąd on jedzie?

Nie wiedziałem przecież.

Jak długo będziemy jechali razem?

było tak, że wydawało się, że pojedziemy 5 kilometrów, a jechaliśmy 50 i rozmawialiśmy o różnych sprawach.

Więc to jest taka przygoda.

To jest właśnie to, co mówiłem, że ja lubię, jak coś jest nieznane, że ja lubię, jak coś jest przede mną, czego nie widać.

Nie wiem, co jest za zakrętem.

Bardzo lubiłem to uczucie.

Zresztą jeżdżąc autostopem, jak było tak nieraz, że...

że samochody nie jechały, no proszę pamiętać, że wtedy było trochę mniej samochodów, bo ja ostatni raz jeździłem autostopem, to powiedzmy jeszcze przed połową lat 90-tych, tak?

W pierwszej połowie lat 90-tych ostatni raz jeździłem autostopem, jako student jeszcze.

To właśnie, przed studiem było.

Przed studiami zacząłem jeździć, ale w czasie studiów też jeździłem później autostopem.

Ja zjeździłem całą Polskę autostopem, wzdłuż, wszerz, właściwie w każdą stronę.

I też za granicą jeździłem.

Więc tutaj dużo miałem rzeczywiście tych eskapad autostopowych.

Więc...

Było tak, że jak nieraz nie jechały samochody, bo wtedy jeszcze takiego ruchu nie było jak dzisiaj, to szedłem z plecakiem po prostu wzdłuż drogi i szedłem, czasem szedłem kilometrami.

I nie wiedziałem, co jest za zakrętem.

Czy już będzie ta wioska, której się spodziewam, czy może jeszcze będzie jeden zakręt, czy będzie dalej las, czy zaczną się pola.

Bardzo to lubiłem.

Nieraz spałem w lesie po prostu tak, o, gdzieś przyszedł wieczór, tak, to wszedłem do lasu, położyłem kalimatę, położyłem śpiwór, nakryłem się tropikiem od namiotu i przespałem noc.

Nieraz udawało się gdzieś nad jakimś jeziorem sobie rozbić namiot, zapalić ognisko, posiedzieć przez chwilę wieczorem, sam siedziałem.

Bardzo to lubiłem, to są takie moje właśnie wspomnienia takiego...

Takiego biwakowania, takiej wolności.

Bardzo to lubię.

No i szczęścia z tego, co widać, jak pan prezydent to zapowiada, ale pierwsze wspólne mieszkanie pana i pana przyszłej, wtedy już chyba żony Agaty, znajdowało się w bardzo starej kamienicy, miało 53 metry kwadratowe, a jedynym źródłem ogrzewania był piec węglowy.

Każdej zimy schodził pan prezydent po węgiel do piwnicy, przeklinając pod nosem, mieszkał pan tam do 2001 roku.

Jest coś, za czym pan tęskni z tamtych czasów?

Mieszkaliśmy w samym centrum.

To ci, którzy odwiedzają Kraków, czy ci, którzy są z Krakowa, zwłaszcza znają dzielnicę, która stała się w ostatnich powiedzmy tam 20 latach modna, czyli Podgórze Krakowskie, zaraz to stare Podgórze nad Wisłą, to wiedzą, gdzie jest ulica Józefińska i wiedzą, gdzie jest...

gdzie jest Józefińska 3, przepraszam, gdzie jest Józefińska 2 i wiedzą, że tam jest taka w tej chwili restauracja, która się nazywa Zakładka.

Więc byśmy mieszkali nad Zakładką.

Tam było nasze mieszkanie, jeszcze wtedy o zakładce nikomu się nie śniło.

W kamienicy była wytwórnia win owocowych, czyli jabłcoków, które na miejscu zresztą sprzedawano w takim sklepiku.

Było dużo wesołych historii w związku z tym, bo panowie amatorzy tego taniego wina obsiadywali naszą kamienicę dookoła i spożywali te wina całymi dniami, więc były różne barwne historie.

Natomiast to były takie jeszcze ostatnie czasy tak zwanego Starego Podgórza.

No i tam się wychowała nasza córka, bo to były pierwsze lata jej życia, pierwsze nasze mieszkanie składające się z pokoju i kuchni.

W pokoju rzeczywiście był piec kaflowy, węglowy, taki bez wkładki elektrycznej, więc trzeba było palić węglem.

Ja to robiłem, przynosiłem faktycznie ten węgiel z piwnicy, która była obok kamienicy, więc trzeba było wyjść na zewnątrz w zimie na przykład.

Jak był śnieg, lód nieraz tam po drodze na takich schodach, trzeba było uważać.

No a kuchnia nie miała w ogóle swojego ogrzewania, więc tam ratowaliśmy się różnymi sposobami, podgrzewając, czy to jakimiś farelkami, czy takimi gazowymi piecykami, które tam gdzieś organizowaliśmy sobie, więc no...

Takie pierwsze lata naszego małżeństwa i wtedy jeszcze właśnie to, że tych pieniędzy było tak mało, a myśmy to mieszkanie wynajmowali, no ale było nasze w tym sensie takim, że mieliśmy osobne mieszkanie, nie mieszkaliśmy z rodzicami.

Od samego początku, kiedy staliśmy się rodziną, wspólnie tą rodzinę tworzyliśmy, najpierw jeszcze we dwójkę z Agatą, a później w trójkę z Kingą i to jest bardzo ważny kawałek mojego życia.

No ale właśnie te początki były dość ciężkie.

Dorosłość przywitała pana raczej chłodno, tak patrząc na to, bo pan powiedział, że wyjścia do kawiarni wówczas były luksusem.

Nie wspomina pan jednak tego okresu z goryczą, bo wiele pana nauczył.

Wie pan, co to oznacza liczyć każdy grosz.

Ale byliśmy młodym małżeństwem, byliśmy pełni animuszu, byliśmy szczęśliwi.

Cieszyła nas każda rzecz, która się zdarzyła, która przychodziła do nas.

I to był takie zupełnie spojrzenie.

Ja muszę powiedzieć, tak nie przeszkadzało mi wtedy specjalnie to, że jak pan mnie tutaj zapytał, które lata były trudne, kiedy pan nie miał pieniędzy, no to zacząłem się nad tym zastanawiać.

No tak, no wtedy miałem mało pieniędzy, ale to nie był dla mnie jakiś straszny problem.

Ale dzięki temu to było ważne dla mnie, bo...

Bo ja wiem, co to znaczy liczyć każdy grosik.

Ja wiem, co to znaczy od pierwszego do pierwszego żyć.

Ja wiem, co to znaczy wtedy, kiedy musisz się zastanowić nad tym, czy kupisz tą wędlinę, czy tamtą wędlinę, bo ta jest tańsza o ileś tam złotych.

Więc jakby to nie jest dla mnie obce i przez to ja na przykład nigdy nie czułem się oderwany od ludzi, którzy są w gorszej sytuacji materialnej, że ja nie rozumiem ich problemów.

Nie, ja rozumiem ich problemy.

I podobnie zresztą jest, kiedy pan mi mówi, właśnie tutaj pan rozmawia tam z rolnikami i tak dalej.

No ale ja też jestem z takiej rodziny, w której część żyła przez wiele, wiele dziesięcioleci, czy nawet ponad 100 lat tylko i wyłącznie z pracy na roli.

Więc...

jakby to są, to jest także jakaś, w jakiejś części mój świat i ja się w ogóle nie czuję obco jadąc do rolników, rozmawiając z nimi, wręcz przeciwnie, jest to dla mnie bardzo ciekawe, zwłaszcza jak widzę wielkie gospodarstwo, to ja się dopytuję, a z krowami jak sobie radzicie, a jakiinne, inną trzodę macie, a jak to robicie, a jak kisicie, to jak to robicie, a jak tam zbieracie, to zbieracie maszynowo, czy a ile ręcznie robicie i tak dalej, i tak dalej, to mnie to interesuje w

No tak, dlatego też wydaje mi się, że w ogóle ta cała historia jest przez to dużo ciekawsza, bo jednak wszyscy utożsamiają pana jednoznacznie z inteligencką rodziną, to się od razu kojarzy, że były pieniądze, że był łatwy start.

Wydaje mi się jednak, że dużo ludzi, którzy słucha naszej rozmowy teraz, będą zaskoczeni w ogóle tym, że tak wyglądało pana życie.

No tak, no ale to wie pan, proszę absolutnie, to dzisiaj polskie gospodarstwa rolne to są rodziny inteligenckie, które są bardzo często bardzo zamożne, świetnie sytuowane i mają samochody, o jakich wielu ludziom na osiedlach w mieście się nawet nie śniło.

Już nie wspomnę o sprzęcie rolniczym, już nie wspomnę o traktorach po milion złotych i kombajnach po kilka milionów.

To też prawda, ale pana sytuacja rodzinna poprawiła się wtedy, gdy zaczął pan prezydent lepiej zarabiać, bo pracował jeszcze pan w branży nieruchomości, co też jest ciekawostką.

Tak dużo się tam zresztą nauczyłem i o ludziach, o oczekiwaniach ludzkich, o warunkach mieszkalnych, w ogóle o Krakowie.

Śmieję się tutaj, jak jeżdżę z moimi tutaj panami z Służby Ochrony Państwa po Krakowie, że...

Moja żona też się śmieje ze mnie, że ha, ha, ha, mąż zna Kraków, jakby jeździł taksówką.

Panowie się ostatnio śmieją, ha, ha, ha, dzisiaj to, wie pan, taksówkarze są z całego świata, to Krakowa nie znają, Warszawy nie znają, a ja mówię, to tą ulicą, ja mówię, no tu się może zmieniło, bo tam może kierunek zmienili, tu coś nowego zbudowali, prawda, tu jakaś tam organizacja ruchu się zmieniła, ale ja wszystkie ulice znam, jak wiem, jak tam szybko dojechać, które będę ominąć, to

Takie rzeczy jeszcze pamiętam, bo rzeczywiście bardzo dużo po Krakowie wtedy jeździłem.

No właśnie i zajmując się tymi nieruchomościami do wynajęcia i tymi nieruchomościami do sprzedaży.

I pracowałem dobrych parę lat.

Pan tam zajmował się również takimi rzeczami?

No tak, bo ja nie od razu byłem prawnikiem.

Ja studiowałem prawo, ale student prawa, żeby można było o nim mówić, że jest prawnikiem, to po pierwsze musi być już mocno zaawansowany na studiach i jakąś wiedzę mieć, a poza tym też

zdobyć jakąś praktykę, tak, dopóki tego wszystkiego nie ma, to tak naprawdę nie jest w stanie żadnej działalności prawniczej absolutnie realizować, więc początkowo byłem po prostu zwykłym agentem nieruchomości, tak, i jeździłem, pokazywałem klientom nieruchomości, czy do wynajęcia, czy do sprzedaży,

I tym się początkowo zajmowałem, przyglądając się temu rzeczywiście, jak pracują pośrednicy, właścicielka biura, jak pracowała, jak przygotowywała umowy, jak utrzymywała kontakty z kancelariami notarialnymi, jak te umowy w kancelariach notarialnych były przygotowywane.

To było wszystko dla mnie wtedy bardzo ciekawe jako studenta prawa.

dużą wiedzę wtedy też zdobyłem, posiadłem, no ale to była taka moja droga trochę przygotowania zawodowego, można tak powiedzieć.

Jak pan trafił do Unii Wolności?

Poprzez pompowanie kół.

To się tak nazywało w Unii Wolności.

Jak oni mieli wybory w Unii Wolności, to potrzebowali mieć jak najwięcej ludzi w kołach, bo w Unii Wolności podstawowe jednostki to są koła.

Koła są w dzielnicach.

I mój kolega był szefem takiego koła i potrzebował ludzi do koła, żeby głosować.

I namówił mnie, żebym się zapisał.

I tak to się stało.

Bo znalazłem tylko taką wypowiedź bez większego źródła, że odnosząc się po latach do swojego doświadczenia związanego z Unią Wolności, stwierdził pan, że ono było wystarczające, aby się zniechęcić do tej formacji.

A ja panu powiem jakie.

Bo rzeczywiście trafiłem przez pompowanie kół i byłem na paru zebraniach tego koła z bardzo zresztą sympatycznymi...

ludźmi w większości starszymi, nawet starszymi od moich rodziców, którzy prowadzili bardzo interesujące, takie intelektualne dyskusje, trochę o polityce, trochę o Krakowie, o różnych sprawach.

I to było bardzo takie miłe, sympatyczne.

Ktoś może nazwałby to towarzystwem wzajemnej adoracji, ale ja uważałem, że to jest interesujące.

Taki inteligencki Kraków.

I to było rzeczywiście bardzo, bardzo miłe.

Takiej czystej polityki to tam właściwie nie było.

Tam w głównej mierze było omawiania tam jakichś takich lokalnych problemów naszych krakowskich, które znaliśmy wszyscy i które tam nas dotykały, że coś tam się dzieje w ruchu ulicznym albo że, że, że nie wiem,

Jakieś tam lokale zniknęły, które powinny być użyteczne, powinny być, nie wiem, sklepami na przykład spożywczymi, a zostały przetworzone na, bo to wtedy był ten moment, proszę pamiętać, że to są cały czas lata 90., więc to jest moment, w którym powstaje coraz więcej tych w Krakowie różnego rodzaju knajp, pubów, restauracji, znikają sklepiki, centrum Krakowa się wyludnia,

To jest ten moment, kiedy postępował bardzo ten proces wyludniania cały czas centrum Krakowa.

On oczywiście zaczął się przede wszystkim na początku lat 90. i wtedy był największy boom, ale później on dalej trwał.

I o tym były te dyskusje.

To były takie dyskusje lokalne.

Trochę to przechodziło na tematy takie polityczne, bardziej ogólnokrajowe, ale niewiele było o tym.

Tenże mój kolega pyta się mnie, pamiętam jak dzisiaj, słuchaj, czy chciałbyś być delegatem na zjazd regionalny?

Ja mówię, no dobrze, to mogę być tym delegatem na zjazd regionalny.

No mówię, dlaczego nie?

No to mówi, dobra, to tutaj, bo mi zależy, żebyś tam był, bo tam też trzeba będzie, żebyśmy byli dobrze reprezentowani, tam trzeba będzie głosować, to tutaj, dobra.

I rzeczywiście zostałem tym delegatem na zjazd regionalny.

I to było.

zderzenie ze ścianą.

Ten zjazd regionalny.

Ja pojechałem, czy poszedłem, bo to było w Krakowie, oczywiście się odbywało.

Jak dziś pamiętam, było, już nie będę tutaj wymieniał z nazwisk, kilku polityków o takim ogólnopolsko rozpoznawalnych, po raz pierwszy widziałem, nie w telewizji i...

sporo takiej lokalnej śmietanki politycznej, która nawet się nie spodziewałem, że była związana z Unią Wolności.

Niektórzy z nich mieli, delikatnie mówiąc, nie najlepszą sławę, bo byli również śmietanką biznesową miasta.

Różne rzeczy na ich temat się mówiło.

Ja byłem z tego świadka, proszę pamiętać, prawniczo-nieruchomościowego, więc swoją wiedzę miałem.

I powiem szczerze, jak ich tam zobaczyłem, to to było dla mnie pierwsze ups.

Nie wiedziałem po prostu, że ci ludzie, którzy delikatnie mówiąc byli uważani za lokalnych przekręciarzy, tutaj są wielkimi, prominentnymi członkami Unii Wolności.

To było dla mnie duże zaskoczenie.

Może ktoś powie, a kompletnie Duda był niezorientowany.

Tak, Duda był kompletnie niezorientowany.

Mało się wtedy interesowałem tą polityką lokalną w sensie personalnym.

I pamiętam jak dzisiaj, że wyszedłem, że tam się toczyły dyskusje i później były takie wolne głosy.

No i ja postanowiłem zabrać głos.

Wyszedłem tam na trybunę i mówię, że ja tutaj jestem z uniwersytetu, ze świata nauki, że uważam, że w polityce powinno być więcej ludzi ze świata nauki, że oni mają swoją wiedzę, że oni dysponują.

dysponują wiedzą bardzo często unikatową, że powinni być bardziej wykorzystani, że to na nich właśnie powinna zostać oparta w dużym stopniu udział we władzy wykonawczej, że powinni być bardziej wykorzystani właśnie do pełnienia różnych funkcji i tak dalej, że chodzi o to, żeby oddać swoją wiedzę Rzeczypospolitej, oddać polskiemu państwu, żeby Polskę budować.

W gruncie rzeczy mówiłem to, co dzisiaj mówię.

Pamiętam, zszedłem z tej trybuny i jeden z tych prominentów stał razem z tym moim kolegą, rozmawiał, tak mnie poklepał w plecach, ale mówi, ha, ha, ha, jaka naiwna gadka, ale fajny jesteś facet, bardzo fajny, dobra, to jeszcze życie cię nauczy.

Pamiętam, że pomyślałem sobie, kurde, chłopie, jeżeli to jest naiwna gadka, to przepraszam bardzo, kto ma tą Rzeczpospolitą budować, wy?

Bo umiecie przekręty robić?

Bo słyniecie z tego, jak tutaj za przesyłową złotówkę macie lokale miejskie i trzepiecie setki tysięcy złotych?

Bo sobie pozałatwialiście?

Bo kamienicę w odpowiednim momencie poprzejmowaliście?

No nie.

I to był moment, w którym byłem po raz ostatni.

Więcej moja noga tam nie postanęła.

A jak zaczęła się cała przygoda z prawem i sprawiedliwością?

Zaczęła się od tego, że były wybory w 2005 roku parlamentarne i prezydenckie.

Ja nie znałem wtedy w ogóle nikogo z Prawa i Sprawiedliwości, bo mimo, że studiowałem na tym samym wydziale, na którym studiował wcześniej Zbigniew Ziobro, to myśmy się ze Zbigniewem Ziobro nigdy w czasie studiów nie spotkali.

Ja go w ogóle ze studiów nie pamiętam, on jest starszy ode mnie.

Studiował wyżej i ja go nie znałem ze studiów.

Ja go pierwszy raz zobaczyłem w telewizji już jako członka Komisji Rywina.

I tak znałem tylko Zbigniewa Ziobro.

Nie znałem też osobiście Arkadiusza Mularczyka, jego kolegi ze studiów, ale Arkadiusz Mularczyk przyjaźnił się z moim przyjacielem, ponieważ byli razem na aplikacji adwokackiej.

A ponieważ Arkadiusz nie mieszkał w Krakowie, studia już się dawno skończyły, był na aplikacji, w związku z powyższym od czasu do czasu potrzebował po prostu noclegu w Krakowie.

Wtedy ten mój kolega, który miał dosyć duże mieszkanie blisko centrum miasta, zapraszał go do siebie i tam rodzice pozwalali, żeby został po prostu u nich na noc, był gościem ich.

No i oni przyjaźnili się.

Ten mój kolega mówi do mnie, słuchaj, bo Arek startuje w wyborach parlamentarnych tam, wiesz, w Starym Sączu między innymi, bo on z Nowego Sącza mówi to, jakbyś tam powiedział swojej rodzinie, żeby go poparli.

A ja znałem Arkadiusza tylko z tych opowieści tego mojego kolegi Rafała.

Mówię, słuchaj, no dobra, no to pogadam z moją rodziną, wiesz, mówię tam, moja ciocia w Starym Sączu ma mnóstwo koleżanek, znajomych tam w Starym Sączu, wszyscy się znają, mówię, poza tym wujek, jej mąż jest tam z sąsiedniej miejscowości, z Barcic, w Barcicach zna wszystkich, więc pogadam z nimi, żeby tam, wiesz, Arkowi zrobili kampanię, żeby te głosy padły na Arka, no postaram się jak najbardziej.

No i rzeczywiście pojechałem do Starego Sącza wkrótce,

rozmawiałem z moją ciocią, z wujkiem i faktycznie tam i w Starym Sączu wtedy i w Barcicach, o ile pamiętam, ten Arek miał bardzo dobry wynik.

No i dostał się do tego Sejmu, mimo że był chyba na szóstym albo na ósmym miejscu na liście, więc teoretycznie na słabym miejscu był, ale dostał się i to był wielki sukces i bardzo się cieszył i przez Rafała przesłał mi podziękowania, że właśnie tam w tych Barcicach bardzo dobry wynik i w okolicy, więc że dziękuję za wsparcie.

I potem parę miesięcy później Rafał do mnie dzwoni i mówi mi, słuchaj, wiesz co, bo tutaj Arek ma taką prośbę, chciał się z tobą spotkać, bo potrzebuje...

specjalisty od prawa administracyjnego i pytał mnie, mówię, a ja mówię, no jak to mówi, co ty?

Mówię, przecież Andrzej Duda jest doktorem prawa administracyjnego, no przecież, kurczę, nikogo lepiej, ktoś lepiej zna na prawie administracyjnym i na procedurze administracyjnej, niż on to i nie znam, mówi.

To z Andrzejem cię skontaktuję i tyle.

No i mówi, no to dobra, to skontaktuj mnie.

Tak mi Rafał to relacjonował.

No i rzeczywiście skontaktowałem się z Arkiem Mularczykiem i

No i Jarek mi wyjaśnił, że chodzi o to, że zlecili mu w klubie parlamentarnym przygotowanie ustawy.

No i gdzie muszą być właśnie takie rozwiązania z zakresu prawa administracyjnego, bo taka jest sugestia, żeby znalazła się tam taka specjalna procedura, ale właśnie administracyjna, którą trzeba przygotować i czy ja bym się tego nie podjął, czy ja bym się nie zastanowił, czy to tak można rozwiązać.

Ja mówię, no słuchaj, no ja siądę, zastanowię się nad tym i rzeczywiście ja mu taki szkielet pierwszy z propozycją tego postępowania

No i tak się zaczęła nasza współpraca.

No bo przez niego właśnie poznał pan Zbigniewa Ziobrę za jego sprawą i zastanawiałem się, jak ważną częścią pana prezydenta historii jest Zbigniew Ziobro.

No, Zbigniew Ziobro, jak się potem okazało, no już dobrych kilka miesięcy później, bo to pierwsze spotkanie z Arkadiuszem Mularczykiem było chyba na początku grudnia.

moje, czy w grudniu w każdym razie, jeszcze w 2005 roku.

A ja Zbigniewa Ziobro poznałem dopiero wiosną 2006 roku, gdzieś w kwietniu, może nawet w maju dopiero poszedłem z Arkadiuszem kiedyś do Ministerstwa Sprawiedliwości i tam poznałem Zbigniewa Ziobro.

No i potem rzeczywiście było tak, że Zbigniew Ziobro mi zaproponował, żebym został wiceministrem odpowiedzialnym za legislację, dlatego że ja przygotowałem ostatecznie tą ustawę, napisałem po prostu ją w dużej części, potem pisałem ją razem z takim zespołem, który został stworzony, ale wspólnie rzeczywiście ją napisaliśmy i jakby oni się zorientowali, że ja po prostu potrafię pisać ustawy, jestem legislatorem, mam talent legislacyjny.

Sam szczerze mówiąc wcześniej o tym nie wiedziałem, że go mam, ale się okazało, że tak, że umiem to robić.

i zapytał się mnie, czy ja bym się nie zgodził rzeczywiście przede wszystkim wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za legislację.

Głównie tą legislacją do tamtego momentu zajmował się minister Andrzej Kryże, ale on miał się przede wszystkim zajmować tą reformą karną i tymi kwestiami, a ten profil działań legislacyjnych był znacznie szerszy, bo przecież są też inne dziedziny, jest ustrój sądów powszechnych, jest mnóstwo ustaw, które

które przechodzą, wychodzą z Ministerstwa Sprawiedliwości i są też konsultowane w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Wszystkie są konsultowane w Ministerstwie Sprawiedliwości, więc tą legislacją miałem się zajmować i rzeczywiście ja się wtedy tego podjąłem.

To była bardzo poważna decyzja, dla mnie ogromna, bo to tak naprawdę ta decyzja zmieniła moje życie.

No też właśnie o tym myślałem.

To ta decyzja zmieniła moje życie.

Ta decyzja o tym, że zgodziłem się zostać podsekretarzem stanu, to ona zmieniła moje życie bardzo, bo...

Ona już napisała całą resztę historii, oczywiście poniekąd.

Ona mnie w ogóle wprowadziła, można powiedzieć, do klasy politycznej.

Znalazłem się w Sejmie, występowałem w Sejmie.

Legislacja oznaczała to, że trzeba potem tych ustaw bronić w Sejmie.

Trzeba je prezentować w Sejmie, omawiać w Sejmie.

Ja do tego Sejmu chodziłem, występowałem z trybuny sejmowej.

Siłą rzeczy poznałem posłów, innych ministrów itd., itd., itd.

A pamięta właśnie pan prezydent swoje pierwsze zderzenie właśnie z posłami, z tym całym środowiskiem, bo jak powiedział pan o Unii Wolności, no to to rozczarowało pana.

Jak zderzył się pan od tamtej strony, to było coś takiego, że spojrzał pan na tych ludzi i widział pan, nie wiem, bohaterów, ludzi, którzy są niedoścignięci, czy raczej to byli ludzie, którzy byli na wyciągnięcie ręki i mogli w panu otworzyć taki apetyt na to, że ja się nadaję do tego, ja mogę robić coś więcej.

Ja się zgodziłem dlatego, że ja widziałem, że to są ludzie, którzy naprawdę chcą zrobić coś dla Polski.

Ja się zgodziłem na tą pracę tylko dlatego, że uznałem, że oni rzeczywiście mają uczciwe zamiary.

I oczywiście ja nie mówię, że wszystko zawsze było robione idealnie.

Ja nie mówię, że nie było błędów popełnionych.

Ja nie mówię, że wszystkie działania były dobrze zrobione, ale tam nie było złej woli.

Tam była zawsze wola tego, żeby to zrobić dla ludzi, żeby to zrobić dla Polski, żeby to dobrze funkcjonowało, żeby w Polsce usunąć patologię, żeby tę patologię zlikwidować, żeby poprawić funkcjonowanie systemu,

żeby sprawy toczyły się szybciej w sądach, żeby ludzie mieli większe poczucie sprawiedliwości itd.

To były motywacje, to była motywacja, to nie była tylko motywacja taka, o której się mówiło w czasie wywiadów w mediach czy z trybuny sejmowej.

To były motywacje, o których myśmy rozmawiali, siedząc w gabinetach, dyskutując ze sobą.

To były dokładnie te wątki, że to musi lepiej funkcjonować, bo to jest potrzebne ludziom, bo to będzie wtedy lepiej, jeżeli tak zrobimy, bo to źle działa, to trzeba poprawić i tak dalej.

Tu nie było żadnego cwaniactwa.

I to mnie wtedy przyciągnęło, że ja miałem takie poczucie, że ja jestem z takimi, z których może się śmieją,

że może szydzą, że może się wściekają niektórzy, zwłaszcza tacy, którzy już zdążyli coś dla siebie zagarnąć w ramach tej trzeciej RP i w związku z tym perspektywa utraty przywilejów napawa ich wściekłością i wściekle reagują, ale po aferze Rywina, po tym jak zobaczyliśmy wszyscy tą warstwę mułu,

po prostu, który się zrobił w tej III Rzeczypospolitej, to było jasne, że ten zbiornik po prostu wymaga oczyszczenia, że to jest stajnia augiasza, która musi po prostu, przez którą musi być przepuszczony strumień.

Sponsorem dzisiejszego odcinka jest marka Twój Celto, bo prawdziwe piękno zaczyna się od środka.

Kolagen Beauty Glow zadba o Twoją skórę, zanim Ty zdążysz powiedzieć WOW!

Ale też życie pana prezydenta sprawdzało, bo pan trochę mówi o tym, że większość pańskich znajomych sprzed wejścia do polityki miała poglądy odmienne od pańskich.

Dotyczyło to zarówno kolegów z harcerstwa, liceum, jak i ze studiów oraz pracy na uniwersytecie, gdy został pan wiceministrem sprawiedliwości, zastępcą...

Zbigniewa Ziobry.

Szybko zauważył pan, że dla niektórych stało się to problemem.

Twarde i trwałe, wtedy nienaruszalne wręcz przyjaźnie z czasów harcerstwa zaczynały się powoli kończyć.

Spotkania organizowane co roku od dekad, wspólne wyjazdy w góry, rozpalanie ogniska, śpiewanie zaczęły się zmieniać.

Z czasem część kolegów przestała przyjeżdżać na spotkania właśnie z pana powodu, mimo że trzymaliście się tej zasady, żeby o polityce nie dyskutować.

Myślę, że trzeba to ująć tak, wie pan, to wszystko się zaczęło w specyficznych czasach.

Proszę pamiętać, że 2005-2006 rok to są jeszcze czasy, kiedy synonimem inteligenckości jest to, że ktoś siedzi na plantach w pobliżu uniwersytetu z gazetą wyborczą, to znaczy, że jest inteligentny.

Więc wielu ludzi ślepo niemalże wierzyło w to, co w gazecie wyborczej jest napisane i traktowało to jako prawdę objawioną.

W ogóle nie byli w stanie przyjąć do siebie w żaden sposób, mimo że obiektywnie trzeba powiedzieć są ludźmi inteligentnymi, nie byli w stanie w ogóle przyjąć do siebie, że świat może wyglądać inaczej i że są manipulowani i że w istocie utrzymywani są w pewnym

w pewnym układzie, a mogliby mieć znacznie lepszą pozycję.

Tylko, że jest pewna grupa, której bardzo wygodnie jest, żeby właśnie było tak, jak było i ona utrzymuje ich w takim, a nie innym świecie.

W takiej, a nie innej bańce, którą im cały czas wytwarza.

No ja po prostu... Wie pan, to jest taki Matrix, tak?

No ale to jest Matrix po jednej i po drugiej stronie, musimy być uczciwi.

Zaraz, zaraz, chwileczkę.

Ja poczułem się trochę jak Neo.

Ja zobaczyłem od środka, jak to wygląda rzeczywiście i jakie zjawiska są w Polsce, uświadomiłem sobie dopiero tak naprawdę do końca w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Wie Pan, jak ja zobaczyłem te zdjęcia, pokazano mi na przykład, nigdy tego nie zapomnę, zdjęcia z imprezy, na której sędziowie bawili się z gangsterami.

To jest rzeczywistość lat, początku lat 2000 i lat 90.

Gdzieś w czasie jakiejś akcji tego typu zdjęcia zostały pozyskane i ja pamiętam, że mi je pokazano.

No wie pan, to robi wrażenie.

Robi, no i zastanawiam się jak na panu, który wychodzi właśnie z ideałami i na ile pan sobie wtedy myśli, że czy to ma sens?

Sens ma tylko wtedy, kiedy to zmienimy.

I ktoś musi to zrobić.

Dlatego, że ten układ jest bardzo wygodny dla paru prominentnych ludzi.

Oni zrobią wszystko, żeby on się utrzymywał, bo czerpali z niego profity przez całe lata.

Olbrzymie.

A pan, panie redaktorze, myśli jak?

Że jeżeli na przykład 50 miliardów wyciekającego VAT-u

zostanie przyblokowanych.

Tak mówimy o tym, co było w 2015 roku, kiedy zacząłem być prezydentem.

50 miliardów rocznie VAT-u wyciekało.

Wszyscy mówili, nie da się tego zatkać, nie da się tego zatkać, nie da się tego zatkać.

Jeżeli się da zatkać, to może da się jedną trzecią z tego uratować.

Uratowano trzy czwarte w pewnym momencie.

Czy pan wie, co to znaczy trzy czwarte?

Wiem.

Jakie to są miliardy niewyobrażalne pieniądze.

Wie pan, co można za te pieniądze zrobić?

Za te pieniądze niejeden człowiek gotów byłby przeprowadzić taką kampanię medialną, że zmiotłoby niejeden rząd.

Więc naprawdę było z kim i o co walczyć.

I ja nie miałem nigdy żadnych wątpliwości, że my, jako Zjednoczona Prawica, ja jako prezydent, będziemy zwalczani wszelkimi siłami przez takich, którzy tracą wpływy i pieniądze.

Wszelkimi siłami.

To zupełnie naturalne, akurat w takim świecie nie ma przypadków.

Kluczowym mentorem dla pana był, na świętej pamięci, prezydent Lech Kaczyński.

Czego nauczył się pan od prezydenta Kaczyńskiego?

Tego, co z pozoru wydawałoby się oczywiste, a jednak wcześniej dla mnie nie było.

Po pierwsze tego, że za wszelką cenę należy walczyć o uczciwą Polskę, ale to już wcześniej zobaczyłem jeszcze w Ministerstwie Sprawiedliwości, jeszcze w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, w którym byłem.

takie powszechne, głębokie przeświadczenie wśród tych ludzi, z którymi ja wtedy, wśród których ja wtedy byłem, wśród których ja się obracałem i powiem tak, i dlatego dzisiaj ja z czystym sumieniem nadal mówię tak, ułaskawienie absolutnie należało się Mariuszowi Kamińskiemu, ponieważ nigdy nie powinien zostać skazany.

Nigdy nie powinien zostać skazany za to, że walczył z korupcją, za to, że w sposób bezwzględny, brutalny, ostry walczył ze zjawiskiem, który tak naprawdę doprowadza po prostu do upadku państwa.

Tam, gdzie jest rozwinięta korupcja, tam jest dziadostwo i nędza.

Jestem stuprocentowo przekonany, że sytuacja, jaką mamy w Polsce dzisiaj, zawdzięczamy bardzo dobrą sytuację i to, że wszyscy nas pokazują jako przykład, proszę, skutecznie zrealizowanych reform, rozwoju przez ostatnie lata, drogi zbudowali, proszę, tyle nowej infrastruktury i tak dalej.

Czy pan wierzy w to, że gdyby łapownictwo było takie, jak było...

w latach dziewięćdziesiątych i na samym początku lat dwutysięcznych do afery Rywina i do tych zmian, do powstania CBA.

Wierzy pan w to, że to by dzisiaj wszystko było i to by powstało i za takie pieniądze, za jakie powstało?

Nie, no bo my się wszystkiego uczyliśmy, bo tutaj też jest to, że polska polityka jednak trafiła na dobrych polityków, bo uważam, że jeżeli spojrzymy personalnie, to uważam, że w pewnym momencie obudziło się pokolenie, które naprawdę

wyniosło sztandary zmiany i to są też pana przeciwnicy.

To była walka bezwzględnie toczona.

To była walka, która powodowała po prostu to, że trzeba było ludzi, niestety niektórych, zamknąć do więzienia spektakularnie, po prostu w światłach rampy, zakuć ich w kajdany, wyprowadzić, żeby stali się, no niestety, przykładem grozy dla innych i po prostu przestali brać.

żeby ludzie przestali brać.

I rzeczywiście w wielu obszarach łapownictwo zniknęło, m.in.

w służbie zdrowia zniknęło w ogromnym stopniu, w którym przecież było powszechne.

No nie ma co się oszukiwać, tak samo było z policją.

Doskonale to wiemy, tak?

Ja nigdy nie zapomnę, jak pan kolega mi opowiadał, tuż po tym, jak Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę w 2007 roku jesienią, to mówi mi, że został zatrzymany przez policjantów.

Policjant tak stoi przy siebie i mówi do niego, no to co proszę pana, to jak załatwiamy sprawę?

Jak za trzeciej, czy jak za czwartej RP?

To jest właśnie, wie pan, ta różnica.

Daje pan w łapę, czy chce pan, żeby panu wypisał mandat?

To jest różnica między trzecią, a czwartą RP.

No to jest bardzo dużo racji ma pan.

I teraz ja rzeczywiście zawsze właśnie wierzyłem w to, że razem z tymi ludźmi jestem w stanie zbudować lepszą Polskę.

Oczywiście zawsze trafią się ludzie nieuczciwi.

Oczywiście zawsze trafi się ktoś słaby i oczywiście zawsze będą błędy, bo wszyscy są tylko ludźmi.

Ale chodzi o intencje i chodzi o to, że zawsze to było nastawienie na polskie interesy.

Jestem Polakiem i moje interesy są polskie.

Tak, to też racja i wydaje mi się, że każdy słuchacz się z nami zgodzi.

10 kwietnia byłby pan na pokładzie samolotu, gdyby nie zachorowała pana córka?

Nie, to nie tak.

To bez przesady, żeby nie dorabiać do tego znowu jakiejś martyrologii, przynajmniej mojej.

Było tak po prostu, że były osoby, które miały lecieć.

Ja nie miałem lecieć.

Nie byłem na żadnej liście wyznaczonej.

Bo krążyła taka legenda po internecie.

Wiele legend krążyło.

Ja byłem z prezydentem, z Pawłem Wypychem i z Mariuszem Hansnikiem na Litwie, jako jeden z trzech ministrów, którzy towarzyszyli prezydentowi.

8 kwietnia byliśmy razem, wróciliśmy stamtąd.

Następną podróżą prezydenta była rzeczywiście ta podróż do Smoleńska i do Katynia i tam była delegacja wyznaczona i ja w tej delegacji nie byłem.

Oczywiście, że jest tak, że gdyby prezydent sobie zażyczył, Andrzej słuchaj, mam z tobą do omówienia sprawy prawne, więc jednak chciałbym, żebyś wleciał.

To zawsze się może zdarzyć i zawsze prezydent może wydać takie polecenie, zwłaszcza, że spraw prawnych było dużo, więc teoretycznie było to możliwe, ale generalnie nie byłem rozpisany na tą wizytę i po prostu jechałem do domu, do Krakowa na weekend po to, żeby go spędzić z rodziną.

Proszę pamiętać, że ja pięć dni w tygodniu byłem w Warszawie i tylko w weekend mogłem być z żoną i z córką, więc te weekendy były dla mnie ważne.

Bardzo ważne z tego, co pan mówi, jak pan stawia wysoko rodzinę.

Gdy odszedł Lech Kaczyński, zrozumiał pan prezydent, że stracił swojego politycznego mistrza.

Czuł pan się zobowiązany do kontynuowania jego idei.

W 2011 roku, gdy Zbigniew Ziobro stworzył Solidarną Polskę, dla wielu było oczywiste, że pójdzie pan razem z nim i zresztą środowiska pan jednak odmówił.

Uważał pan, że jest pan winien Lechowi Kaczyńskiemu lojalność i nie miał pan wątpliwości, że jego wolą byłoby, aby pozostał pan u boku jego brata.

Zbigniew Ziobro dobrze przyjął taką informację?

Opisuję to w książce właśnie.

To był jeden z bardzo trudnych momentów w moim życiu politycznym.

Też w takim moim życiu koleżeńskim on był bardzo trudny, bo nie ma się co czarować.

Ja byłem przecież utożsamiany z tą ekipą Zbigniewa Ziobro.

Zresztą ja nigdy się od niej nie odżegnywałem.

Tak, owszem, ja byłem jej częścią, bo przecież pracowałem razem z nimi w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Kolegowałem się, czy nawet przyjaźniłem przynajmniej z niektórymi osobami z tej grupy.

I kiedy były wybory parlamentarne w 2011 roku, ja w tych wyborach startowałem z pierwszego miejsca w Krakowie.

Dostałem się do Sejmu i...

Wtedy Zbigniew Ziobro był w parlamencie europejskim i rzeczywiście zaraz po wyborach zacząłem być zapraszany na takie spotkania, które tutaj się odbywały w Warszawie, na które byli zapraszani różni politycy, różni świeżo właśnie upieczeni posłowie albo tacy, którzy dostali się już do parlamentu któryś raz.

No i tam się toczyły takie rozmowy.

kurczę, które mi się nie bardzo podobały, bo ja jednak uważałem, że zdobyliśmy mandaty z list Prawa i Sprawiedliwości, no i w związku z tym po prostu, no jakby jest to też zobowiązanie wobec wyborców.

No nie wspomnę już o tym, że ja w ogóle byłem przeciwnikiem jakiegokolwiek rozbijania obozu i ja powiedziałem, zresztą wtedy odbyłem taką długą rozmowę ze Zbigniewem Ziobro i powiedziałem, Zbyszku, no ja jestem gotów być z wami, jeżeli stworzycie w ramach PiSu frakcję.

bo to frakcje są też inne i to nie jest żadne przestępstwo stworzyć frakcje w ramach partii, ale absolutnie to musi być w ramach partii.

Ja sobie nie wyobrażam sytuacji, w której my doprowadzamy do jakiegoś rozłamu i odchodzimy i jeżeli byście gdziekolwiek odchodzili, to ja absolutnie z wami nie odchodzę.

To, żeby była pełna jasność, nie.

Ja zostałem tutaj wybrany, zostałem wybrany z tych list.

I to byłoby nieuczciwe.

Zresztą powiedziałem mu, że ja uważam, że ja pracowałem z prezydentem i prezydent nigdy by czegoś takiego nie zaakceptował.

Proszę pamiętać, że to prezydent Lech Kaczyński był twórcą Prawa i Sprawiedliwości.

To on stworzył Prawo i Sprawiedliwość, to na nim Prawo i Sprawiedliwość się tak naprawdę opierało.

na jego wielkiej sławie i jego wręcz micie, który zdobył jako szewniku, a później jako minister sprawiedliwości, prokurator generalny walczący z mafią, z przestępczością zorganizowaną.

To on był tym oparciem dla stworzenia Prawa i Sprawiedliwości jako partii.

Jarosław Kaczyński mu de facto w tym pomagał.

Później, kiedy Lech Kaczyński zrezygnował ze swojej działalności partyjnej, zostając prezydentem Rzeczypospolitej, no ale w istocie to on był twórcą Prawa i Sprawiedliwości.

Jakby wokół jego osoby powstało Prawo i Sprawiedliwość.

Więc ja mówiłem, ja po prostu nie wyobrażam sobie tego, żebym ja opuścił partię prezydenta i powiedziałem, że nie.

Wtedy pamiętam, zapytał mnie wprost, to znaczy co, jeżeli byśmy wychodzili, to nie pójdziesz z nami?

Ja powiedziałem, nie, nie pójdę z wami, nie liczcie mnie.

Nie liczcie mojej szabli.

No i jaka była reakcja na to?

No, wtedy spokojna, ale potem reakcja środowiska tych moich kolegów była znacznie bardziej taka, no powiedzmy, emocjonalna.

Włącznie z różnymi bardzo nieprzyjemnymi rozmowami telefonicznymi.

bo ja rzeczywiście zostałem i powiedziałem, że absolutnie nie odejdę.

Zresztą powiedziałem, pytany przez kolegów, powiedziałem też potem prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że ja się nigdzie nie wybieram, bo ja powiedziałem, pamiętam, że powiedziałem takie słowa, że prezydent mnie powołał jako ministra w swojej kancelarii i nigdy mnie nie odwołał.

I nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek zgodził się na to, żebym ja opuścił jego brata.

bo ja w tych kategoriach również do tego podchodziłem, że teraz po tym wszystkim, co się stało, absolutnie nie wolno nam opuścić Jarosława.

Pamięta pan pierwszą rozmowę, w której ktoś panu powiedział, że będzie pan kandydatem na urząd prezydenta?

No, owszem, pamiętam.

Powiedział mi to rzeczony Jarosław Kaczyński.

I zadzwonił, wezwał pana na spotkanie?

Nie, byliśmy już, nie pamiętam gdzie, czy byliśmy na kolejnej rocznicy katastrofy smoleńskiej na Wawelu w Krakowie, czy gdzieś się spotkaliśmy na Nowogrodzkiej, bo proszę pamiętać, że...

Czy w Sejmie?

Bo ja przecież jeszcze byłem wtedy... Nie, wtedy już nie byłem.

No nie, to na Nowogrodzkiej, bo już wtedy mało bywałem w Sejmie, bo byłem posłem do Parlamentu Europejskiego.

Już wtedy dostałem się do Parlamentu Europejskiego.

I właśnie zaraz wtedy, zaraz po tym, jak się dostałem do Parlamentu Europejskiego, to Jarosław Kaczyński mi powiedział, że...

że trwają takie przymiarki rozważania różnych potencjalnych kandydatów na kandydata.

No i że ja jestem w tej grupie tych rozważanych.

Ja byłem zdumiony, ale pamiętam, że zapytałem, ale kto to rozważa?

On powiedział, słuchaj, to nie ja to rozważam, tylko są eksperci, którzy tutaj się pochylają nad tymi kandydaturami, z którymi ja współpracuję i oni.

Ale chciałem ci o tym powiedzieć, żebyś wiedział.

Ja mówię, no to dziękuję.

A uśmiechnąłem się, pamiętam, pod nosem, bo myślałem, że to miłe, że mnie rozważają, to takie zaszczytne nawet, że rozważają mnie w kontekście kandydata na prezydenta.

To znaczy, że mnie tutaj poważnie traktują.

To było miłe.

Ale uważałem, że to nic i tak z tego nie będzie.

Musiałem wrócić do domu i powiedzieć o wszystkim żonie.

Nie była to najprzyjemniejsza rozmowa, mówiąc wprost.

Agata płakała, bo rozumiała, co oznacza mój start w wyborach.

Dla rodziny to był koszmar.

No to muszę tutaj zdradzić jedną tajemnicę domową.

Moja żona, jak to przeczytała, to powiedziała, co?

Rawanturę ci zrobiłam!

Nie pamiętasz?

Nie pamiętasz tej awantury?

Może latały jakieś talerze?

Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie.

Talerze nie.

Talerze nie latały.

To nie Agata.

Natomiast, natomiast, no, zdenerwowała się wtedy rzeczywiście, ale łzy też były, bo ja te łzy pamiętam dobrze.

Może ona nie chce ich pamiętać.

Ale łzy były, chociaż zdenerwowanie też wtedy było wielkie.

Moja żona po tym, jak byłem w kancelarii prezydenta, wiedziała, co to znaczy, bo widziała prezydenta z bliska.

Bo myśmy byli przecież zapraszani przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, moja żona znała.

prezydenta Lea Kaczyńskiego, znała panią Marię Kaczyńską, znała Kinga, znała pana prezydenta, panią prezydentową, przyjeżdżała do mnie do pałacu, do taty i zresztą to było też dla niej straszliwe wtedy przeżycie, bo bardzo lubiła Pawła Wypycha.

Paweł zginął.

Kinga powiedziała mi, że życzy sobie, że chce być na jego pogrzebie.

Przyjechała tu zresztą specjalnie na ten pogrzeb.

To były bardzo trudne dni.

Natomiast Agata wiedziała, co to znaczy.

Wiedziała, jak się gazety znęcały nad, pastwiły się media nad prezydentem, jak się pastwiły nad generalnie rodziną, nad Marią Kaczyńską również.

i wiedziała, co to oznacza.

I po prostu tego nie chciała przede wszystkim.

Nie chciała stać się osobą publiczną.

Nie chciała wejść do tego życia takiego.

Siłą rzeczy jednak trochę przynajmniej politycznego.

Z czego ona sobie zdawała sprawę, że w tym sensie to po prostu niszczy życie rodzinne.

Normalne życie rodzinne zostaje zniszczone.

Taka jest niestety prawda.

No i było dość brutalnie niszczone i butowane, mówiąc wprost, bo ta kampania była brutalna, w której pan prezydent brał udział.

I zastanawiałem się, czy były takie rozmowy z rodziną, z żoną, właśnie z córką, kiedy się to skończy.

Znaczy, panie redaktorze, no ja akurat tutaj na łamach tej książki, jak na...

Moje takie, powiedzmy, chłodne, kiedy staram się prezentować chłodne podejście, to i tak dosyć dużo emocji wydałem z siebie, pisząc tutaj te fragmenty.

O tym, jak bardzo potężnym rozczarowaniem była dla mnie przede wszystkim postawa wtedy tego środowiska uczelnianego.

Ja nie mówię, że całego, żeby była jasność z Wydziału Prawa, absolutnie nie.

Proszę, żeby nikt

z tych porządnych ludzi z Wydziału Prawa, którzy zawsze czuli umiar i zachowywali się uczciwie, nie czuł się absolutnie urażony.

Ale jest pewna grupa na Wydziale Prawa i Administracji w Krakowie, pracowników naukowych, no niestety bardzo wielu wśród nich jest profesorów.

którzy nie mają żadnych zahamowań i używają wszelkich metod do walki politycznej niestety, która służy tak naprawdę utrzymaniu przywilejów i pozycji, którą mają, czy którą wydaje im się, że mają.

I ja zostałem przez nich bardzo brutalnie zaatakowany, mimo że tak naprawdę w tym swoim takim...

ekspozę programowym najważniejszym, pierwszym, kiedy się przedstawiłem w lutym w czasie tej wielkiej konwencji, tak dziękowałem Uniwersytetowi za wykształcenie, które na nim zdobyłem, za wiedzę, którą na nim zdobyłem, za doktorat, który napisałem i który na Uniwersytecie obroniłem, na Wydziale Prawa.

Bo ja autentycznie byłem wdzięczny za to wszystko.

Nie spodziewałem się, że spotka mnie tak straszne uderzenie z ich strony, z pomówieniami, z kłamstwami, z oskarżaniem mnie o to, że ja...

nie wiem, złamałem prawo, że nielegalnie prowadziłem zajęcia gdzieś bez zgody rektora, podczas gdy ja odpowiedni wniosek do rektora złożyłem w tej sprawie i odpowiednią informację.

Ja tylko wtedy sprawdziłem, czy ta informacja jest, czy ten mój wniosek jest.

Okazało się, że oczywiście jest w archiwum, że leży tam i prosiłem tylko odpowiednie osoby, żeby, uczciwe osoby, żeby dopilnować, żeby nie został zniszczony przypadkiem przez kogoś, żeby tam był, bo uważałem, że jeżeli dojdzie co do czego, to ja po prostu sprawę o pomówienie założę paru osobom,

i się na tym skończy.

Natomiast było to bardzo nieprzyjemne i bardzo dużo goryczy to u mnie spowodowało, że w taki sposób zostałem potraktowany w momencie, w którym autentycznie żadnej krzywdy nikomu nie zrobiłem, niczyich przywilejów w żaden sposób nie naruszyłem i o nikim nie wypowiedziałem się negatywnie.

w taki sposób mnie potraktowano, że ja zrozumiałem, że tutaj żartów nie będzie i że jeżeli mi się wydaje, że ja będę tutaj grzecznie, to po prostu porąbią mnie toporami za chwilę panowie, w związku z powyższym ja też muszę chwycić za ciężki oręż i nie ma się co tutaj, że tak powiem, hamować.

Jedna z celebrytek, pani Korwin-Piotrowska, skomentowała całkiem sensownie jedno z wydarzeń, które się wtedy wydarzyło, że powinien pan wysłać szampana do Tomasza Lisa i Tomasza Karolaka, bo to, co obaj panowie zrobili w programie Lisa na kilka dni przed wyborami, nie ma jeszcze swojej nazwy, ale może ktoś to wymyśli.

Wtedy to było, kiedy Tomasz Lis podał fałszywego tweeta, podobno pana córki, oczywiście to była...

to była nieprawda.

I z jednej strony zastanawiałem się, na ile było w panu goryczy, że Tomasz Lis coś takiego zrobił, a na ile też pan wiedział, że to jest złoto polityczne, że oni się po prostu właśnie wywalili o własne nogi.

Pierwszy moment, szczerze mówiąc, był dramatyczny.

Proszę pamiętać o tym, że moja córka miała wtedy lat 20, kończyła studia na pierwszym roku i dla takiej dziewczyny...

robienie z niej publicznie w mediach osoby głupiej i jakiejś takiej infantylnej jest nieprawdopodobnie bolesne.

Po prostu to był bardzo trudny w rodzinie moment.

Ja absolutnie o żadnych profitach z tego tytułu w ogóle nie myślałem, tylko po prostu autentyczna wściekłość mnie ogarnęła, że Lis, który sam ma dzieci i jest ojcem córki również, po prostu wobec mojej córki pozwala sobie na coś takiego.

Zresztą potem odbyliśmy naprawdę bardzo poważną, krótką, ale bardzo poważną rozmowę z panem redaktorem Lisem.

A pamięta pan pierwszą noc, kiedy milkną wszystkie media, wszystko już jest wyłączone, zostaje pan sam z żoną i dochodzi do pana informacja, że został pan prezydentem?

Wie pan...

Kiedy ja patrzę na ten materiał archiwalny, na którym wchodzę na salę w Reducie i idę przez tą salę, przez ten zgromadzony tam wtedy tłum, który mnie tam potrąca, klepią mnie po plecach ludzie i mówią do mnie, a ja czułem się tak jakby, nie wiem,

Chyba tak się człowiek czuje po nokaucie w czasie walki bokserskiej.

Kiedy nie pięścią ktoś go uderzy, tylko rękawicą bokserską, więc miękko.

I jest człowiek taki trochę oszołomiony.

Ja dokładnie się tak czułem.

Połowa bodźców w ogóle do mnie nie docierała.

Czułem się wtedy tak, jakbym był za jakąś szybą taką półmatową, taką mleczną i ci ludzie mi się zacierali trochę przed oczami, a ja szedłem jak w takim transie.

Jedyny raz w życiu miałem takie uczucie wtedy, że po prostu kompletnie nierzeczywiste.

Po pierwsze dlatego, że to się stało,

A było tak nierealne.

Stało się coś, co się wydawało kompletnie nierealne, że ja mogę wygrać wybory.

Ja te wybory wygrałem po tak strasznym wysiłku, po tak strasznej walce, po pół roku niedosypiania, niedojadania, stresu, nerwów.

Pół roku spędzone w różnych hotelach, tak jedne lepsze, drugie gorsze.

Raz dospaliśmy, drugi raz nie dospaliśmy.

Jechaliśmy przez całą Polskę, różne sytuacje się zdarzały.

Po tylu przeżyciach, po tylu takich strasznych emocjach okazuje się, że wygrałem wybory, że zostaję prezydentem.

Z drugiej strony pamiętam to takie zdumienie połączone z takim jakby wielkim

znakiem zapytania w oczach mojej żony i córki.

To co teraz będzie?

Za chwilę przyjedzie służba ochrony, wtedy BOR, tak?

Za chwilę przyjedzie BOR, otoczy nas.

I już zawsze będą z nami.

Myśmy już wtedy mieli ochronę prywatnie zapewnioną nam przez Prawo i Sprawiedliwość, przez Komitet Wyborczy.

No bo rzeczywiście zdarzały się już wcześniej sytuacje takie, które były niebezpieczne i wobec mojej córki i wobec mnie.

Więc mieliśmy ochronę zapewnioną.

No ale było wiadomo, że za chwilę przyjedzie BOR i obejmie nad nami tą opiekę, która oznacza, że będą z nami właśnie 24 godziny na dobę przez następne lata.

Przez 5 lat będą cały czas z nami.

Nasze życie diametralnie się zmienia.

My się wyprowadzamy, córka potem się śmiała z nas, mówiła do mnie i do żony, widzicie, jesteśmy patologiczną rodziną, bo

Córka została w Krakowie w naszym mieszkaniu, a my pojechaliśmy do Warszawy, ja i Agata, żeby zamieszkać w Pałacu Prezydenckim.

Początkowo najpierw w hotelu Kancelarii Prezydenta, bo apartament był w remoncie, dlatego że tam były biura za czasów prezydentury prezydenta Komorowskiego w tym mieszkaniu prezydenckim, w którym mieszkał najpierw bardzo krótko prezydent Wałęsa, potem państwo Kwaśniewscy mieszkali, później mieszkali państwo Kaczyńscy.

potem prezydent Komorowski tam nie mieszkał z zoną, zrobili tam biura i te biura, no z powrotem trzeba było przywrócić funkcję mieszkalną w 100%, więc tam po prostu rozpoczęto remont przystosowawczy, no myśmy mieszkali przez ten czas w hotelu, no więc wiadomo było, że opuszczamy Kraków i córka się śmiała, widzicie?

Jesteśmy patologiczną rodziną, bo zwykle to dziecko opuszcza gniazdo rodzinne, dom rodzinny, a tutaj rodzice się wyprowadzają i zostawiają dziecko samo.

To zostańmy przy patologii.

W książce dzieli się pan prezydent myślą, że zakładał, że zwycięstwo w wyborach prezydenckich zostanie przez aparat partyjny Prawa i Sprawiedliwości przyjęte jednoznacznie pozytywnie.

No ale jak pan prezydent pisze, dzisiaj może się pan śmiać z własnej naiwności i że szybko pojawiły się pretensje w sumie zaraz po zwycięstwie.

Panie redaktorze, jest takie bardzo przykre słowo połączone z brzydkim odczuciem, ale powszechnie znanym ludziom.

Ono się nazywa zawiść.

Zawiść i zazdrość.

I kto panu zazdrościł?

Wielu ludzi.

Wielu ludzi uważało, jak to?

Taki Duda, a kim ten Duda był w ogóle?

My tutaj tyle lat w partii jesteśmy, tu x razy, x kadencji w Sejmie, a ten Duda, przecież to nikt jest.

Myśli pan, że mało takich było?

Nie, bez przesady.

Jest dużo ludzi na poziomie, ale była spora grupa takich, którzy właśnie dokładnie tak się zachowywali i bardzo trudno im było to ukryć.

I to się zaczęło od samego początku.

Na to wszystko nałożyła się jeszcze pewna specyfika konkurencji między ludźmi w polityce.

Natychmiast zaczęło się kopanie dołków, natychmiast zaczęło się szukanie dziury w całym.

Każde moje zachowanie było interpretowane negatywnie, przedstawiane jako prawda, a nie chce nikogo ze sobą zabrać do pałacu, a zabiera ze sobą tylko wybranych, a powinien zabrać innych, a temu nie zaproponował, a tamtemu nie dał, a widzisz, a ty pracowałeś w kampanii, a...

a nic ci nie dał i nic nie dostałeś, a widzisz, a ciebie to tylko wykorzystują, a tutaj to i tak dalej, a zadęcie, a palma mu do głowy uderzyła, prawda, woda sodowa i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Wie pan, mnóstwo po prostu tego było i to zostało rozpoczęte już od pierwszego dnia.

I była od razu grupa, której chodziło o to, żeby w jak największym stopniu odseparować mnie od ludzi w partii, bo od razu był strach, że za chwilę Duda stworzy, nie wiem, frakcję prezydencką, prawda, i będzie rozbijał, będzie kombinował, będzie chciał być ważniejszy od prezesa, prawda, więc natychmiast i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Wie pan, to każdy, kto miał do czynienia z Prawem i Sprawiedliwością, czy inną partią,

Taką o charakterze wodzowskim, bo przecież nie czarujmy się Prawo i Sprawiedliwość jest partią o charakterze wodzowskim.

Dokładnie zna te mechanizmy.

One są stare jak świat.

No ale na ile to jest prawda, że Jarosław Kaczyński nie chciał wysłać nikogo poważnego do Pańskiej Kancelarii Prezydenta?

O, się padł śmiech.

Pytanie jest następujące.

Ja uważałem, że Kancelaria Prezydenta nie jest partią.

Ja nie chciałem nikogo poważnego.

Ja chciałem tylko jedną poważną osobę.

szefową mojej kampanii, Beatę Szydło i liczyłem na to, że Beata zostanie szefem mojej kancelarii.

Rzeczywiście tak było, ale Beata otrzymała propozycję bycia kandydatem na premiera i prowadzenia kampanii parlamentarnej i tym samym ten element się jakby sam wykreślił, to znaczy przestał być aktualny, Beata nie mogła.

zostać szefową kancelarii, bo miała inne obowiązki.

Gdyby miała zostać szefem kancelarii, musiałaby złożyć mandat poselski, musiałaby przyjść do kancelarii i jej praca w partii siłą rzeczy musiałaby zostać ograniczona, no bo to nie jest tak, że musiałaby przestać być członkiem partii, nie.

nie musiałaby, natomiast na pewno nie mogłaby realizować aktywności partnera, już na pewno nie mogłaby być kandydatem na premiera.

W związku z powyższym trzeba było natychmiast wybrać.

No i oczywiście Beata podjęła decyzję o tym, że będzie kandydatem na premiera, która to decyzja, szczerze mówiąc, dla mnie była wtedy decyzją zupełnie naturalną i ja nie miałem nawet cienia wątpliwości, że to jest taka decyzja, jaką ona powinna w tym momencie podjąć.

Bo rzeczywiście to było wielkie wyzwanie i wszystko wskazywało na to, że ona idzie do zwycięstwa na fali tego zwycięstwa w wyborach prezydenckich, którego uważam była współautorem jako szef kampanii.

Jakby naturalne dla mnie było teraz to, że ona skonsumuje ten sukces realizując dalej kampanię, tym razem już parlamentarną i że jest ogromne prawdopodobieństwo, że te wybory zostaną wygrane i że ona faktycznie ma szansę być premierem.

Tak, w ogóle historia w książce dalej, żeby nie spoilerować też ludziom, którzy będą czytali książkę z panią Szydła.

Ja to opisuję tutaj wszystko i wtedy Beata zaproponowała, pamiętam tą rozmowę jak dziś, że w takim razie może Małgosia Sadurska przyszłaby na szefa kancelarii, bo ona pomagała bardzo w kampanii, bo one współpracowały ze sobą w sztabie i że Małgosia w związku z czym jakby już czuje trochę o co tutaj chodzi.

Proszę pamiętać, że myśmy tak specjalnie z doświadczeniem wielkim ludzi nie mieli.

No właśnie w ogóle.

Więc

Więc, że może w takim razie na Małgosię Sadurską bym się zgodził.

Więc ja powiedziałem sobie, to porozmawiaj z Małgosią, bo ja potrzebuję mieć szefa kancelarii, to szybko, żeby to wszystko poukładać.

Więc mówię, to porozmawiaj z Małgosią i zapytaj ją, czy ona by się zgodziła, no bo trzeba złożyć mandat.

Tutaj nie każdy to czuje, ale mandat poselski jest mandatem z wyborów, a funkcja szefa kancelarii czy ministra w kancelarii prezydenta jest funkcją darowaną przez prezydenta.

Dzisiaj prezydent daje, jutro może odebrać.

Dzisiaj prezydent powołuje ministra, a jutro może się okazać, że minister zrobi coś takiego, że prezydent powie, o nie, nie, nie, przepraszam pana, przepraszam panią, pani, pan dłużej nie może być już u mnie ministrem, pyk i z dnia na dzień pana nie ma.

A jak się ma mandat od wyborców, to się go ma i koniec.

I żadna partia tego mandatu pana nie pozbawi.

I mogą pana wyrzucić z klubu parlamentarnego, mogą pana wyrzucić z partii, to sobie pan będzie posłem niezrzeszonym, ale pan mandat ma i pan jest nadal w Sejmie.

Więc złożyć mandat to jest bardzo poważna decyzja.

No tak, ale w pierwszej rozmowie pana prezydenta w kanale Zero pan Mazurek powiedział coś takiego, że pan Kaczyński i pan Tusk lubią i szanują pana dokładnie w ten sam sposób.

Pan tylko z uśmiechem przytknął.

To pan Tusk tak za panem przepada, czy pan Kaczyński czuje się tak panem zawiedziony?

Nie mam.

Specyfika jest taka.

Obaj panowie są panami, którzy nie znoszą sprzeciwu.

Obaj panowie uważają, że oni tylko wiedzą, co jest potrzebne Polsce, jak sądzę.

I w związku z powyższym uważają, że wszystkie ich polecenia mają być wykonywane niemalże zanim zdążą je jeszcze wypowiedzieć.

No więc ja jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej miałem odmienne zdanie.

Ależ pięknie wyrecytował pan to.

Ale jest książka innego autora o pana życiu, całkiem w ogóle spójna z pana książką.

To nie jest tak, że tam wiele rzeczy jest innych, bo ja szczerze powiedziawszy myślałem, że to będzie książka z kategorii science fiction, a jednak było dużo... Która?

Ale jest inne spojrzenie.

Tak, ale ja myślałem... Ona ma najgorszy tytuł i najgorszą okładkę.

Moim zdaniem środek nie jest tak zły.

jakby i tytuł, znaczy tytuł, no tytuł jest moją ksywką z czasów dziecięcych i harcerskich, młodzieńczych i harcerskich.

Jest oczywiście złośliwy w tym znaczeniu, nie wiem, sugerujący, prawda, że nie wiem, że nie dorosłem do funkcji, tak?

Bo to jest moja, bo to jest tak, jak mnie wołali koledzy, kiedy byliśmy harcerzami.

Więc taka jest prawda i tutaj ta złośliwość jest ewidentna, no i oczywiście to zdjęcie też jest tutaj złośliwością ewidentną i pewne relacje, które tam są przedstawione są relacjami moich współpracowników,

no nie zawsze zadowolonych, którzy nie zawsze też się i nie we wszystkich sprawach ze mną zgadzali, bo ja nie zmuszałem ludzi do tego, żeby zgadzali się ze mną we wszystkim.

Ja tylko po prostu mówiłem, słuchajcie spokojnie, przepraszam bardzo, ale to ja jestem prezydentem i w związku z powyższym, jeżeli macie odmienne zdanie, to tego nie róbcie, ja to zrobię, bo ja uważam tak i tak.

Takie jest moje zdanie na ten temat.

Jeżeli się komuś nie podoba, to może odejść.

Ja najbardziej byłem zaskoczony tylko ilością danych, które wyciekły, bo one rzeczywiście były całkiem spójne z pana autorską książką.

No tak, ale wie pan, ludzie kochają opowiadać, zwłaszcza jak mają do opowiedzenia coś, co jest wiedzą unikatową.

Gorzej, jeżeli opowiadają rzeczy, które są tak naprawdę objęte klauzulami tajności, czy w ogóle klauzulami zastrzeżenia danych.

Tak jak rozmawialiśmy trochę wcześniej przed samym nagraniem, powiedziałem panu, że był pan prezydentem w wyjątkowych czasach, no bo to były też czasy pandemiczne.

Jak dzisiaj pan spogląda w ogóle na tamten czas pandemii?

No absolutnie jestem ostatnim, który by się z tego śmiał w jakimkolwiek stopniu.

Nastrój był specyficzny.

Proszę pamiętać, że na samym początku wszyscy się bali, że za chwilę trupy będą leżały na ulicy.

Takie też sugestie były z różnych miejsc, z Włoch, prawda, zdjęcia jakichś tam pomieszczeń pełnych trumien i tak dalej, i tak dalej, więc byliśmy zastraszani na różne sposoby.

Nie do końca było wiadomo, jak ten wirus będzie działał, jak będzie mutował, co się w ogóle będzie działo i tak dalej.

Więc tam było bardzo wiele trudnych decyzji.

Prawda jest taka, że cały świat się zamknął.

I to było rzeczywiście szokujące.

Niewyobrażalne bym wręcz dziś powiedział.

Czy potrzebnie, czy niepotrzebnie, no możemy się uśmiechać, ale jednak sporo rodzin straciło bliskich.

Nie, tutaj w ogóle z tego nie można żartować.

I to jest ostatnia rzecz, z której można byłoby żartować.

Więc i wielu ludzi było chorych i ja sam ostatnio dziękowałem, żegnając się z naszymi tutaj lekarzami z Wojskowego Instytutu Medycznego na szaserów, dziękowałem za uratowanie życia co najmniej kilku osobom, o których wiem, że uratowano im życia, a przynajmniej zdrowie w ogromnym stopniu.

Więc to naprawdę były sytuacje bardzo poważne.

I z jednej strony to była bardzo poważna sytuacja zdrowotna, ale z drugiej strony ona była także bardzo poważna gospodarczo, państwowo, politycznie.

Była groza po prostu, co się stanie z tymi wszystkimi firmami, co się stanie z miejscami pracy.

Świat się zatrzymał, Polska się zatrzymała, produkcja się zatrzymała, ludzie przestali chodzić do pracy.

co będzie, tak?

Tak, i ona jeszcze bardziej podzieliła Polskę, ale powiedział pan, absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych.

Powiem państwu otwarcie, ja osobiście nigdy nie zaszczepiłem się na grypę, bo uważam, że nie.

Miałem oczywiście różne szczepionki jako dziecko i później jako dorastający chłopak, ale na grypę nigdy się nie szczepiłem i nie chcę się szczepić i uważam, że szczepienie na koronawirusa absolutnie nie powinno być obowiązkowe.

Czy dzisiaj pan widzi, że reklamy popierające szczepienie to pieniądze wyrzucone w błoto?

Nie chcę na ten temat dyskutować, czy wyrzucone w błoto, nie wyrzucone w błoto.

Nie będę się w tej sprawie wykłócał.

Trudno mi jest powiedzieć tak do końca.

Trzeba byłoby rozmawiać z ekspertami.

Ja powiem jedno.

Jeżeli miałbym wypowiedzieć się na ten temat, powtórzyłbym dokładnie to, co pan przed chwilą przeczytał.

Dokładnie to.

Nie zmieniłem zdania ani na j. I do dzisiaj nie zaszczepiłem się na grypę.

A zastanawiałem się też w tej całej, w całej karierze, powiem panu, że jest pan jednym z nielicznych polityków, do których się przygotowałem, przeglądając Pudelka.

Dziękuję.

W imieniu Pudelka.

I jednak zastanawiałem się, czy te wszystkie obelgi, prześmiewcze, niektóre frazesy, wszyscy celebryci, którzy na pana pluli, naprawdę to pana nigdy nie bolało?

Tak serio, naprawdę serio, bo ciężko jest mi w to uwierzyć, bo musiałby pan nie mieć serca, żeby pana to nie bolało, ale może.

Wie pan, powiem tak, kiedy tam celebryci pluli na mnie, to powiem szczerze, no, zlewałem to szczerze mówiąc, bo to takimi rzeczami, bym się służbowiej chciał przejmować, to w ogóle nie miał, nie mógłby pełnić żadnej takiej funkcji.

Tego typu funkcje jak funkcja prezydenta niestety tak się dzieje w dzisiejszym świecie, że są związane z ogromną dozą takich negatywnych emocji, właśnie zawiści, zazdrości, wściekłości.

No wieloma takimi nieprzyjemnymi odczuciami.

Oczywiście oprócz tego są ludzie, którzy są wspaniali, kochani, którzy wspierają, którzy codziennie mi mówili, że się za mnie modlą, za moją rodzinę.

którzy mówili, że nigdy mnie nie opuszczą i takich ludzi jest bardzo dużo i zawsze wdzięczność w sercu dla nich zachowam i zawsze byłem witany z ogromną serdecznością i powiem panu tak, są teraz tacy, którzy kiedy ja powiedziałem, że generalnie uważam swoją prezydenturę za sukces i jestem z niej zadowolony, to szydzą ze mnie w mediach z oburzeniem, tak?

Powiem tak, tak?

A kto przez tyle lat utrzymał taki poziom notowań zaufania społecznego i w ogóle notowań, jak mnie się udało utrzymać przez 10 lat?

Ja uważam, co jest pewnie dzisiaj niepopularną opinią, ale z biegiem lat będzie pan tylko i wyłącznie zyskiwał.

Nie wiem tego, natomiast chcę powiedzieć jedno.

Toczyłem rzeczywiście twarde boje w obszarze wymiaru sprawiedliwości i kilku kwestii związanych ze światem wartości.

Zadał mi pan zresztą o to pytanie.

Ja mam autentyczne, własne, głębokie poglądy antyaborcyjne.

One są rzeczywiście głęboko antyaborcyjne.

I w tym zakresie one są...

bardziej, one są bardziej konserwatywne nawet niż poglądy Jarosława Kaczyńskiego.

Wiem to, bo nieraz dyskutowaliśmy.

Ja myślę, że one są dość mocno zbieżne ze Sławomirem Męcenem.

W każdym razie są mocno, są mocno konserwatywne.

Zagrożenie życia kobiety oczywiście może być powodem do tego, żeby to kobieta zdecydowała, kto ma żyć, czy dziecko, czy ona.

To jest dla mnie oczywiste, że wtedy kobieta musi podjąć tą dramatyczną, straszliwą decyzję, bo najstraszniejsza krzywda dzieje się tak naprawdę kobiecie.

Niech sobie niektóre panie opowiadają, co im się naprawdę podoba, zwłaszcza jak same są po dziesięciu aborcjach.

Choćby je pewnie żywym ogniem przypiekali, to będą mówili, że świetnie jest sobie zrobić aborcję i wspaniale.

Tylko, że potem trzeba we własnym sumieniu nosić świadomość, że się zabiło własne dziecko.

I nie jest to chyba najbardziej komfortowe odczucie.

I dlatego jestem głębokim przeciwnikiem aborcji, tym bardziej, że uważam, że jest to życie, jest to człowiek, który jest takim samym człowiekiem jak my i miałby prawo, i ma prawo do życia.

I zawsze powtarzam, że za aborcją może być tylko ktoś, na kim jej nie wykonano.

Sezon grillowy wystartował.

Sprawdź ofertę grilli na koler.pl.

Z kodem LATO zgarnij dodatkowy rabat.

Ale za to pana żona bardzo ciężko znosiła tematy medialne.

Musiał pan być dużym wsparciem w takich sytuacjach, kiedy słyszał pan wiecznie o tej milczącej pierwszej damie.

To musiały być piekielnie trudne relacje związku, bo też pan poza prezydentem jest pan człowiekiem, jest pan facetem, mężem, ojcem.

Moja żona nie marzyła o tym, żeby zostać pierwszą damą.

Nigdy nie była to jej ambicja.

z wyboru absolutnie w pełni świadomego nauczycielką, pedagogiem.

Zresztą kiedyś, jak piszę to zresztą w książce, bo uważałem, że to musi być opisane, pierwsza praca mojej żony to była praca w firmie.

bardzo perspektywiczna.

Ja w ogóle uważałem, że to jest niemalże, większość ludzi pewnie by powiedziała, kurczę, Pana Boga za nogi złapała.

Firma dopiero otwierała swoje przedstawicielstwo na całą południową Polskę, właściwie od Warszawy w dół.

austriacka firma.

Moja żona była pierwszym pracownikiem, ponieważ potrzebowali osobę, która będzie znała niemiecki perfect i będzie w stanie tłumaczyć materiały, pierwsze materiały dla firmy, tłumaczyć korespondencję, rozmawiać z centralami w Austrii i w Niemczech i na Węgrzech.

No na Węgrzech mówili po niemiecku w centrali, bo taki był obowiązek w firmie.

Tam była zresztą fabryka, w której była produkcja na Węgrzech między innymi.

No i moja żona rzeczywiście

firma cała zaczęła funkcjonowanie od tego, że moja żona została przyjęta jako pierwszy pracownik i jej szef, który przyjechał z Austrii.

Pracowali tam we dwójkę, więc ja mówiłem mojej żonie Agata, no dzisiaj de facto robisz tutaj zatłumacza i sekretariat.

Tak naprawdę i asystentkę szefa i wszystko jednocześnie.

Jesteś tutaj, prawda, omnibusem i kombajnem, który obrabia pół firmy.

Ale, mówię, za 2-3 lata firma się będzie rozrasta, a musi się rozrosnąć.

No nie ma takiej ludzkiej siły, żebyś nie rozrosnął.

Będziesz, słuchaj, menadżerem po prostu.

Będziesz prawą ręką szefa.

Będziesz najbardziej zaufanym współpracownikiem.

Będziesz tutaj jedną z najważniejszych osób w Polsce w tej firmie.

Bo do mojej żony to ten argument absolutnie nie trafia.

Ona będzie Andrzej.

Ja chcę pracować w szkole dla siebie, dla mojej własnej satysfakcji, dla Kingi, żeby mieć wakacje dla niej, żeby móc jej poświęcić więcej czasu, a nie siedzieć w firmie i wykonywać robotę.

Oczywiście ja nie mam takich ambicji, powiedziała do mnie, ja nie chcę być menadżerem, ja nie chcę zajmować się biznesem.

I zrezygnowała.

Ten właściciel, ten przedstawiciel tej firmy nie mógł w to uwierzyć.

Ten jej szef mówi, do konkurencji pani odchodzi, do konkurencji, bo konkurencja panią podkupiła.

Tłumaczyliśmy mu, bo ja go znałem, że nie, że Agata idzie do szkoły.

On nie mógł uwierzyć w to, że za pensję, która jest dużo mniejsza niż ta, którą pobierała u niego, ona godzi się pracować, a jednak moja żona powiedziała, nie, ja chcę do szkoły i koniec i poszła do szkoły.

No i tą pracę

musiała porzucić.

I to rzeczywiście był dla niej dramat.

Przy czym miała tą lekcję, o której mówiliśmy, tą, jak obserwowała wcześniej Marię Kaczyńską, przede wszystkim jak Maria Kaczyńska była atakowana albo z jednej, albo z drugiej strony przez media, tak jak się wypowiedziała na temat aborcji, bo została zaproszona na jakąś tam konferencję przez środowiska kobiet liberalno-lewicowych, gdzieś tam się wypowiedziała, to przez środowiska konserwatywne była zaatakowana.

I była trudna sytuacja wtedy.

Sam byłem, widziałem to, byłem wtedy w kancelarii prezydenta.

Więc Agata miała te wszystkie, miała tego świadomość.

Widziała również jak dziennikarze manipulują, jak media kłamią, choćby pisząc o jej rodzinie.

Jak pod płaszczykiem niby pisania uczciwie po prostu de facto tak naprawdę próbowano wzniecić antysemickie nastroje przeciwko mnie jako kandydatowi na prezydenta.

Więc pamiętam, że była tym ogromnie zbulwersowana i powiedziała, że ona nigdy żadnego wywiadu nie udzieli, ponieważ uważa, że dziennikarze manipulują i kłamią.

Powiedziała, nigdy żadnego wywiadu nie udzielę.

Jak powiedziała, tak zrobiła.

I teraz docieramy do sedna.

Otóż kto opluwał moją żonę przez wszystkie te lata?

Kto ją nazywał milczącą pierwszą damą?

Kto ją nazywał niemą, niemotą itd.?

Liberalno-lewicowe dziennikarki, te panie, które głoszą równouprawnienie kobiet, prawa kobiet, to prawem kobiety nie jest milczenie, jeżeli ma na to ochotę?

Nie jest.

To nie jest prawo kobiety, panie redaktorze, że jeżeli kobieta chce, to może nie komentować.

Moja żona jest bardzo silną osobowością.

Moja żona jest grubym twardzielem, bym powiedział.

Jak się uparła, jak sobie powiedziała, tak zrobiła.

Czy mnie to było na rękę?

Nie do końca.

Ja bym wolał, żeby moja żona w całym szeregu sytuacji się wypowiedziała, żeby udzieliła wywiadów, żeby w wielu miejscach zabrała głos.

Nie, powiedziała Andrzej, nie i koniec.

I nie ma takiej ludzkiej siły.

I ja będę decydowała, co to znaczy wykonywać funkcję pierwszej damy.

zostałam pierwszą damą i to ja będę decydowała, a nie ktoś będzie za mnie decydował, co to znaczy być pierwszą damą.

Funkcja pierwszej damy jest nigdzie nieopisana.

Nie ma żadnej ustawy, poza tą, którą myśmy wprowadzili o składce emerytalnej dla pierwszej damy i zdrowotnej.

Nie ma żadnej innej ustawy, która w jakikolwiek sposób odnosiłaby się do funkcji małżonka.

prezydenta Rzeczypospolitej i jego zadań.

Nie ma niczego takiego.

Chciano w pewnym momencie uregulować i chciano dać pensję.

To nawet pani wtedy minister Beata Kępa to proponowała.

Moja żona się nie chciała na to zgodzić.

Powiedziała, nie Andrzej, bo jak mi dadzą pensję, to będę musiała mieć określony zakres obowiązków.

A ja się na to nie zgadzam, żeby ktoś mi określał zakres obowiązków.

To było, to powiedziała, ja mam święte prawo zdecydować, zgodziłam się pójść z tobą, zgodziłam się zostać prezydentową, to ja będę decydowała, w jakim zakresie tą funkcję wykonuję, to ja będę decydowała, w których akcjach biorę udział, to ja będę decydowała, w jakim zakresie będę brała udział w działalności edukacyjnej, a w jakim zakresie będę brała udział w działalności charytatywnej.

Jak ktoś chciał, panie redaktorze, to miał pełne spektrum działalności mojej żony na stronach kancelarii prezydenta,

i na Instagramie i mógł to zobaczyć i widział, jak moja żona tyra, przepraszam bardzo, całymi dniami i ciężko naprawdę pracuje, jak wielu ludziom pomogła, dla jak wielu środowisk pracowała, jak wielką pomoc i współpracę międzynarodową zrealizowała w czasie chociażby porosyjskiej napaści na Ukrainę, współpracując z Jill Biden, współpracując z Ołeną Zeleńską, współpracując

z panią Macron, współpracując z małżonką prezydenta Republiki Federalnej Niemiec, Franka Waltera Steinmayera.

Jak wiele zrobiła, jak dzieci woziliśmy prezydenckim samolotem przecież z decyzji mojej żony do kliniki dziecięcej Bambino Gesù do Rzymu.

po to, żeby im pomagać.

Ile akcji zrobiła w Afryce, ile przeprowadziła różnego rodzaju działań pomocowych, współpracowała z panią o menomessach, mnóstwo rzeczy robiła.

Nie udzielała tylko wywiadów, cały czas się spotykała z hejtem ze strony lewicowych w głównej mierze dziennikarek.

Tych pań, które opowiadają o prawach kobiet.

Wstydziłyby się, tyle powiem.

Nie użyję żadnych mocnych epitetów.

Powiedz mi tak, wstydziłybyście się panie, wstydziłybyście się panie, bo nie dałyście podstawowego prawa wyboru mojej żonie.

Odbierałyście jej podstawowe prawo wyboru jej, co ona uważa za realizację swojej funkcji.

Tyle, że ona sobie tego nie dała odebrać.

I pięknie strzelał pan do mediów w tej książce i to było widać, że to było takie strzelanie, co prawda z gustem, to były takie pstryczki w nos dla wielu mediów, ale też w kanale Zero mówił pan prezydent, że Jacek Kurski nie zarządzał mediami tak, jakby pan tego oczekiwał.

Co tam się panu nie podobało?

No to znaczy, po pierwsze nie podobało mi się, w jaki sposób byli traktowani niektórzy ludzie.

A po drugie nie podobało mi się to, jak wyglądała oferta programowa, przede wszystkim w znaczeniu pewnej retoryki, jaka była tam realizowana.

Ale możemy powiedzieć, może pan prezydent powiedzieć, że to była tempa propaganda?

Ja nie lubię łopatologii.

Ja jednak lubię, jak coś jest robione inteligentnie.

A pana znają na przykład TVN robi to inteligentnie?

Tak, ja uważam, że TVN robi inteligentną, bardzo inteligentną propagandę liberalno-lewicową, antyobozowi Zjednoczonej Prawicy od wielu zresztą lat, od zawsze praktycznie rzecz biorąc, ale robi to w sposób sprytny, ładny, tak żeby ten odbiorca, który ma to przyjąć, przyjął to.

Jak udało się załatwić spotkanie prezydentowi Karolowi Nawrockiemu z prezydentem Trumpem?

Przede wszystkim prezydent Donald Trump jest pragmatykiem, chce budować obóz prezydentów o profilu bardziej konserwatywnym.

bardziej republikańskim.

W związku z powyższym Karol Nawrocki jako kandydat był dla niego ważny.

Jako kandydat tego samego obozu, z którego ja wyszedłem, a ze mną przez lata współpracował i wiedział, że to była współpraca dobra, zgodna i bardzo korzystna dla Stanów Zjednoczonych, dla Polski też.

bo przecież zawarliśmy cały szereg bardzo ważnych umów właśnie z prezydentem Donaldem Trumpem, m.in.

na dostawy gazu skroplonego do Polski ze Stanów Zjednoczonych do naszego gazoportu, m.in.

na myśliwiec F-35.

Po zwiększeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce na system Patriot zawarliśmy wtedy umowę na dostawy, więc myśmy wzmocnili ogromnie bezpieczeństwo Rzeczypospolitej dzięki kontraktom ze Stanami Zjednoczonymi.

Zresztą myśliwce F-35 dostaliśmy poza kolejką,

która wtedy była przecież znacznie dłuższa.

Można powiedzieć więc, że tutaj doznaliśmy swoistego uprzywilejowania.

Ja sam byłem przecież kilkakrotnie w Białym Domu.

Za czasów prezydentury Donalda Trona trzy oficjalne wizyty w Białym Domu miałem.

To się nigdy żadnemu polskiemu prezydentowi nie zdarzyło.

W ogóle tutaj wydaje mi się, że tego panu prezydentowi nikt nie zabierze.

Także jakby przy całej swoim pragmatycznym podejściu

bardzo takim twardym stąpaniu po ziemi, no prezydent Donald Trump doskonale wiedział, że jeżeli będzie miał dobrą współpracę, jeżeli będzie realizacja pewnej wizji budowania świata, taka jak on ją ma, tak na pewnych wartościach, które są dla niego istotne, no to, że tą wizję będzie tutaj mógł realizować tylko z moim następcą, w znaczeniu z moim następcą z tego samego obozu politycznego, z którego ja pochodzę,

o podobnym profilu światopoglądowym.

No stąd jakby rozumiem nie wahał się udzielić tego wyjątkowego poparcia Karolowi Nawrockiemu i przyjąć go w gabinecie owalnym, co ja uważam za wielki sukces, że jako kandydat został tam przyjęty choćby na moment.

To prawda, ale to był jeden telefon, to była bardzo prosta rzecz do załatwienia?

Ojej, a czy cała kuchnia musi być ujawniana?

Myśmy mieli, mamy cały szereg kontaktów, dobrych kontaktów w administracji prezydenta Donalda Trumpa.

Ja zresztą sam z prezydentem przecież rozmawiałem wielokrotnie.

znamy bliskich współpracowników prezydenta i w tym znaczeniu, kiedy byliśmy tą administracją prezydencką jeszcze te 10 dni temu, to mieliśmy te kontakty na bieżąco.

A panie prezydencie, a miał pan kiedyś problem z ego?

Bo pan opowiadał w książce taką historię, kiedy było spotkanie w Warszawie i podchodzi do pana w pewnym momencie Angela Merkel, bo pan się niepokoi, że prezydent Obama się spóźnia i ona przytacza panu historię, jak było na innym spotkaniu, że prezydent Obama i Putin po prostu przeciągali jak najdłużej, żeby... Ścigali się, który przyjedzie później.

Więc wydaje mi się, że to też zupełnie naturalne i że po prostu jest taki moment, w którym ego przerasta nawet Pałac Prezydencki.

Miał pan taki moment?

Wie pan, to jest coś, pewnie tak.

Ja nie potrafię w tej chwili wskazać takiego konkretnego momentu, ale na pewno tak.

Gdyby tutaj się pojawili ludzie patrzący na mnie bardzo krytycznie, to pewnie by wiele takich momentów wskazali.

Bo to jest jakby naturalne u każdego człowieka i pewnie ja nie byłem od tego wolny.

Ale kiedy ktoś mnie pyta, a pan żałuje, że się prezydentura skończyła?

Ja mówię nie.

Między innymi właśnie dlatego.

I ja uważam, że im człowiek dłużej pełni taką funkcję, która jest związana z tym, że jakby w pewnym sensie cały świat się wokół niego kręci, tak?

Bo cała kancelaria prezydenta istnieje tylko po to, żeby prezydent mógł wykonywać swoje zadanie.

Wszyscy ci ludzie pracują tylko po to, żeby on mógł wykonywać swoje zadanie dla Polski.

Cały ten sztab ludzi, wszyscy oni są tylko po to, żeby prezydent mógł wykonać swoje zadania.

No to ten świat się kręci wokół prezydenta.

Cały świat kancelarii prezydenta kręci się wokół prezydenta.

On jest w centrum tego świata.

De facto każde jego polecenie, każda jego sugestia jest wykonywana.

No to jak się za długo pełni taką funkcję, to można odlecieć.

Niektórym się zdarza odlecieć na funkcjach ministrów przy prezydencie, a co dopiero samemu prezydentowi.

A pamięta pan prezydent pierwszy telefon bądź spotkanie, po którym wiedział pan, że wybuchnie wkrótce wojna w Ukrainie?

Pierwszy nie, ale pamiętam ten moment, kiedy to wszystko jakby się zaczęło, kiedy zaczęły przychodzić te meldunki po ćwiczeniach Zapad, że Rosjanie się nie wycofali i że wojska zostają i że dochodzą jakby nowe.

No i z sugestiami, że to oznacza prawdopodobnie przygotowania do agresji.

Ja pamiętam, że te pierwsze informacje to potraktowałem jako no nie, no przecież to baju, baju.

Na początku rzeczywiście przyznaję się, sam bardzo poważne wątpliwości miałem i uważałem, że to jest niemożliwe po prostu, bo zaraz się pojawiły informacje, że to będzie pełnoskalowa wojna, pełnoskalowa wojna.

Taka jak znamy z filmów czarno-białych z II wojny światowej, że poprzez stepy w Rosji czołgi jadą gdzieś tam na łuku kurskim i widać je po horyzont, jak czołgi jadą i spalone miasta, wsie, żołnierze, trupy na ulicach leżące i takie bitwy i wszystko i to taka wojna taka będzie?

Nie, to bez przesady, to jest niemożliwe, takiej wojny nie będzie.

takie były, takie miałem wtedy myśli, że coś takiego po prostu jest, pełnoskalowa wojna, czyli taka, że to jest po prostu, że to jest po prostu niemożliwe.

No, a jednak stało się tak.

I w pewnym momencie potem już, potem już wiedziałem, chociaż ja się dopytywałem.

Dopytywałem się, pamiętam generałów,

czy zresztą jest o tych właśnie rozważaniach też tutaj w książce napisane, tak dużo jest na ten temat właśnie o tamtych naradach, tych momentach, tych najtrudniejszych takich, kiedy następowała sama agresja, kiedy rozważaliśmy kwestię otwarcia granic, ile my jesteśmy w stanie, Mariusz, pamiętam tą rozmowę z Mariuszem Kamińskim, ile my jesteśmy w stanie w ogóle ludzi przepuścić przez przejścia granic te dziennie.

Bo ja zacząłem dostawać telefony z całego świata.

Pamiętam, Justin Trudeau dzwonił do mnie z Kanady.

Andrzej, czy wy otworzycie przejścia graniczne?

Czy wy przepuścicie tych uchodźców wojennych?

Ja mówię, Justin, oczywiście, że otworzymy i przepuścimy.

A co wyście sobie wyobrażali?

Wie pan, myśmy przez to, że nie zgadzaliśmy się wcześniej na system kwotowy, to nam liberalno-lewicowe media dorobiły gębę po prostu ksenofobów,

którzy nikogo nie chcą tutaj w Polsce, żadnych obcych tutaj nie wpuszczą itd.

I wszyscy byli zdumieni, jak myśmy powiedzieli, no jakżeż to, jak będzie rosyjska agresja, to my granicy nie otworzymy dla ludzi, którzy uciekają przed rosyjskimi bombami?

Mówię, no chyba żartujecie.

No oczywiście, że otworzymy granicę.

Jeżeli dojdzie do agresji, to oczywiście, że otworzymy granicę.

Czym innym jest sytuacja, kiedy wy chcecie ludzi nam siłą do naszego kraju sprowadzać i przywodzić ich tutaj, nie wiem, wagonami, żebyśmy my ich za drutami kolczastymi trzymali, a czym innym jest, jeżeli ludzie uciekają przed rosyjskim gwałtem, mordem, bombami i strzałami i ruinami, które ludzie im robią.

No mówię, chyba żartujecie.

No to przecież poród w ogóle, o czym my rozmawiamy.

I rzeczywiście się tak stało.

Ja to wszystko tutaj opisuję, bo to były wtedy rzeczywiście ogromne przeżycia, te narady, te dyskusje, to wszystko, co się wtedy działo, to jednak było bardzo, bardzo dużo ludzkich emocji i takiej bardzo głębokiej też próby, której zostało poddane państwo.

To było jakby niesłychanie ciekawe doświadczenie.

Zresztą jestem bardzo często o to pytany, też właśnie na Zachodzie, nie tylko Europy, ale też w Stanach Zjednoczonych właśnie, no jak to było?

Jak myśmy w ogóle wtedy ustawiali się do wszystkich tych decyzji?

Jak myśmy to odbierali?

No to było bardzo trudne, ale my wtedy rzeczywiście bardzo, trzeba przyznać, sumiennie pracowaliśmy i praktycznie codziennie odbywaliśmy narady tutaj w gronie osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa.

To bezpieczeństwo oczywiście już wtedy było umocnione bez porównania do tego, jak było w 2015 roku, bo już w 2022 roku Polska była znacznie bezpieczniejsza niż to było w 2015 roku.

Jednak te procesy wszystkie modernizacji polskiej armii postępowały, ale sytuacja była ogromnie napięta i trzeba było temu wszystkiemu jakoś zaradzić.

Ja do ostatniej chwili, przyznaję, liczyłem, że rosyjska agresja nie nastąpi.

Zasmakuj dobrej rozmowy z cateringiem MatchFit.

Zamów zestaw gotowych posiłków z dostawą do domu aż 25% taniej z kodem ŻURNALISTA25.

A miał pan prezydent takie spotkanie, w którym mógł pan pomyśleć, że w Polsce też czeka wojna?

Nie.

Nigdy nie było takiego zagrożenia?

Nie.

Nie, takiego spotkania, kiedy ja bym sobie uświadomił, że jest realne zagrożenie Polski wojną, realne, nie, nie było.

No ale kiedy spadła rakieta na teren Polski, też opisuje pan to, pan prezydent to dokładnie w książce.

Ja to odbierałem w kategoriach rosyjskiej prowokacji.

I była tylko kwestia tego, czy to jest z premedytacją zrobiona rosyjska prowokacja, czy nie.

A kiedy... Bo to było pytanie.

Tak, wiemy już jak się to skończyło.

Pierwszy, pana intuicja, co panu podpowiadała?

że przez przypadek rakieta po prostu przeleciała granii spadła u nas.

Ile szybciej w ogóle wiedział pan o tej rakiecie od mediów?

Bo zastanawiałem się, na ile szybkie są media do informacji, które docierają do prezydenta.

Nie pamiętam już.

No ale chyba koło godziny.

Bo to też jest tak, że tam każda minuta była czymś takim, co potem było presją też ze strony prezydenta Ukrainy.

Pan prezydent dokładnie to opisuje w książce.

Wie pan, to było tak, że myśmy tam na początku...

Tam był problem dlatego, że pojawiło się mnóstwo różnych wersji tego wydarzenia.

Między innymi taka, że były więcej niż jedna rakieta.

I to był wielki problem.

Bo padło od razu takie hasło, że jeżeli była więcej niż jedna rakieta, to znaczy, że to było zrobione z premedytacją.

I tu był największy problem.

Szukać, szukać, szukać i jeszcze raz szukać.

Tej rakiety nigdy na żadnych zdjęciach nie stwierdzono, ani nigdy jej nigdzie nie znaleziono.

Nie było jej po prostu.

Była rzeczywiście tylko jedna rakieta, która wtedy wkroczyła w polską przestrzeń powietrzną.

Natomiast wtedy było takie hasło, że jeżeli były dwie rakiety, to znaczy, że to było zrobione z premedytacją.

jeżeli była więcej niż jedna.

A czy pana prezydenta zdaniem Donald Trump ma realny plan na zakończenie wojny, czy działa lekko chaotycznie?

też różne warianty przewidziane.

No to od tej strony, jeżeli weźmiemy różne warianty, no to powiemy tak, no to jak ma różne warianty, to działa chaotycznie, czy nie?

Znaczy, bo też trzeba patrzeć na to tak, że jeżeli ktoś jest takim po prostu widzem tego wszystkiego, to może to wyglądać... Na pewno nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć, nie jest w stanie przewidzieć każdej rosyjskiej reakcji.

Ale kiedy pan prezydent się temu przygląda, no widzi pan mniej więcej, jak to wszystko wygląda.

Widzi pan jakiś sens w tym wszystkim?

Wierzy pan w Donalda Trumpa, że jest w stanie na przykład do końca tego roku zakończyć tę wojnę?

Ja uważam, że jest w stanie zakończyć tę wojnę, a w każdym razie uważam, że jest w stanie w sposób straszliwy Rosję przycisnąć, gdyby chciał.

Ale pytanie, czy chce, bo właśnie wydaje mi się, że... No i tutaj jest największy problem, wie pan, dlatego, że ja osobiście uważam,

że duże znaczenie dla prezydenta Donalda Trumpa, choć przyznaję, że nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem, żeby była jasność, to nie jest jakaś moja tajemna wiedza, to jest moje osobiste przemyślenie.

Że duże znaczenie dla prezydenta Donalda Trumpa może mieć, to proszę sobie przypomnieć jego pierwszą kadencję.

Jedną z rzeczy, które on bardzo mocno podkreślał i którymi w jakimś sensie chwalił się, tak?

Podawał to jako argument wspierający to, że był dobrym prezydentem, kiedy przyszła kampania wyborcza prezydencka w 1920 roku.

Było to, że on nie rozpoczął żadnej nowej wojny, w której brałyby udział Stany Zjednoczone i że za jego prezydentury zginęło mniej amerykańskich żołnierzy.

Więc ja uważam, że może być tak, że pan prezydent Donald Trump jest bardzo uwrażliwiony na to, żeby przypadkiem nie zostać oskarżonym o to, że doprowadził do eskalacji konfliktu.

Rozumie pan o co mi chodzi?

Że nie wiem, na przykład, że doprowadził do użycia jakiejś taktycznej broni jądrowej przez Putina.

żeby przypadkiem nie zostać o to oskarżonym.

Ja mam czasem takie wrażenie, że on bardzo na to zwraca uwagę i że to go hamuje w ogromnym stopniu przed różnymi bardziej ofensywnymi działaniami wobec Putina i wobec Rosji.

Właśnie to, żeby nie zostać przypadkiem oskarżonym o sprowokowanie Rosji do eskalacji konfliktu militarnego ze światem.

Ma to sens, patrząc na to, że Donald Trump bardzo starannie buduje swoją legendę i swoje zarządzanie Stanami Zjednoczonymi.

Wydaje mi się, że ten egoizm, który mu prześwieca, bo moim zdaniem często to jest egoizm, ale świetnie oddaje to, jakie są nastroje w Stanach.

Proszę pamiętać o jednym.

Ja to zawsze powtarzałem i zawsze będę to podkreślał.

Proszę nie uważać prezydenta Donalda Trumpa za jakiegoś, nie wiem, światowego dobroczyńcę.

Nie jest święty Mikołaj.

Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Stanów Zjednoczonych Ameryki wybrany przez amerykańskich wyborców.

Po to, żeby realizować interesy Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Nie interesy polskie, nie rosyjskie, nie ukraińskie, nie niemieckie, nie nikaraguańskie

nie interesy południowej Afryki, Australii czy innych.

Stanów Zjednoczonych Ameryki.

I przez ten pryzmat patrzy na wszystko i na cały świat.

Przez pryzmat interesów Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Tylko i wyłącznie, tak jak ja patrzyłem, tylko i wyłącznie przez pryzmat interesów Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystkie inne były daleko, daleko, daleko, daleko, daleko w tyle.

Dokładnie.

W ostatnich latach wiele krajów notuje wzrost poparcia dla partii konserwatywnych, czego panicznie boją się przedstawiciele głównych politycznych rodzin w Brukseli.

Dlaczego Unia Europejska boi się poparcia dla partii konserwatywnych?

Od wielu dziesięcioleci wszystkie stołki w Unii Europejskiej, zwłaszcza w instytucjach europejskich, są obsadzone przez polityków liberalno-lewicowych.

Cała administracja, cały ten establishment to są ludzie z pochodzenia, z nadania liberalno-lewicowego.

Pan sobie wyobraża, co by było, gdyby teraz partie konserwatywne wygrały wybory i zaczęła się wymiana?

Przecież ci wszyscy ludzie straciliby swoje apanaże, swoje stołki, swoje wpływy.

Czyli tutaj chodzi tylko o stołki i wpływy.

Oczywiście, że tak.

Tu nie chodzi o żadne dobra.

No dobra w znaczeniu wynikającym z tych stołków.

W ogromnym stopniu.

Każdy patrzy z punktu widzenia własnego punktu siedzenia.

Oni wiedzą o tym, że straciliby swoje wpływy, straciliby swoje układy, straciliby swoje stanowiska, wpływ na obsadę wielu stanowisk w obszarze światowym, w wielu potężnych instytucjach finansowych.

W dziesiątkach, czy setkach, czy tysiącach miejsc.

Napisał pan w książce, że Radio Maryja to wielka sprawa, za którą należy się ojcowi Tadeuszowi Rydzykowi szacunek i wdzięczność.

Dodając, że widział pan na własnej skórze z jak wielką pogardą spotykają się osoby wierzące w Polsce.

Że osoby wierzące spotykają się z pogardą i mi się wydaje właśnie, że coraz więcej...

chociażby ludzi popularnych, którzy są u mnie, opowiadają z dumą o tym, że są wierzący.

Wie pan, pamiętajmy, znaczy może obecnie jest odwrót, ale przez wiele lat spotykali się, wie pan, pogardliwe nazywanie moherowymi beretami ludzi, wyśmiewanie się ze starszych ludzi modlących się, wyśmiewanie się ze starszych ludzi, ze słuchaczy Radia Maryja.

Tymczasem nikt nie bierze pod uwagę tego, że dla wielu ludzi to radio, zwłaszcza takich, którzy są złożeni

chorobami, które powodują, że nie mogą się ruszyć z łóżka i to ich życie sprowadza się do tego, że słuchają Radia Maryja, modlą się razem z tymi wspólnotami, które są w Radiu Maryja, z księżmi, z siostrami, które występują w Radiu Maryja, które tam prowadzą modlitwę, modlą się razem, ofiarując tą swoją modlitwę, to swoje bardzo często cierpienie za innych ludzi.

Ktoś może uważać, że to jest śmieszne, że ktoś wierzy w to, że coś takiego przynosi

przynosi drugiemu człowiekowi dobro.

Ja wierzę w to, że przynosi dobro, ale co najważniejsze, tym ludziom, którzy to realizują, nadaje ich życiu sens.

nadaje ich życiu sens w ogromnym stopniu i to ja uważam jest bardzo ważne i za samo to należy się ojcu Tadeuszowi Rydzykowi i redemptorystom i wszystkim tym, którzy tworzą Radio Maryja i telewizję Trwam naprawdę głęboki szacunek, że są dla tych ludzi, że tworzą dla tych ludzi ten program, że to realizują na całym świecie praktycznie rzecz biorąc, że nadają przez to sens życiu tych ludzi i w istocie niosą dobro.

Prezydent został wczoraj oficjalnie skrytykowany na antenie Radia Maryja.

W jednej z audycji duchowny udzielił wywiadu telefonicznego, w którym powiedział, że rezygnuje ze współpracy z Kancelarią Prezydenta.

Narzekał, że mimo oczekiwań nie jest traktowany inaczej.

Jak wyglądały pana prezydenta stosunki z ojcem Tadeuszem Ryzykiem?

Wyglądały normalnie, grzecznie.

Są to stosunki, ja bym powiedział, że serdeczne.

Ja mam wielki szacunek do ojca Tadeusza Rydzyka jako twórcy i wybitnie moim zdaniem uzdolnionego człowieka, także i wybitnie uzdolnionego organizacyjnie jako menedżera, jako menedżer.

To na pewno, tu nie ma w ogóle o czym rozmawiać.

Więc nie ma o czym rozmawiać.

Pamiętajmy, że to nie tylko radio, to nie tylko telewizja trwała, ale to także szkoła, którą tak naprawdę zbudował, w której kształci się bardzo wielu ludzi, między innymi operatorów filmowych.

telewizyjnych, czyli też ludzie na kierunkach różnych, kierunkach medialnych, w różnych specjalnościach medialnych, więc to jest naprawdę ogromna jego zasługa i wielkie dzieło, które realizują.

I teraz powiem w ten sposób, no...

że mnie krytykowali, no a przecież rany Julek, no to jest chyba normalne, że w demokratycznym kraju wolno krytykować prezydenta.

Przepraszam bardzo, ja nie uważam, żeby była zabroniona krytyka prezydenta, polemika z prezydentem, czy niezgadzanie się z prezydentem w pewnych aspektach.

Wszystko tylko zależy, jak kto to realizuje.

To, że ktoś się nie zgadza, to jeszcze nie znaczy, że robi to w jakiś sposób niekulturalny.

Problem jest wtedy, kiedy ktoś...

wykpiwa, wyszydza, kiedy ktoś inwektywy pod adresem wysyła, kiedy ktoś poniża drugiego człowieka.

Natomiast nie zgadzać się?

No przepraszam bardzo, ale dyskusja i odmienność poglądów na różne sprawy, czy na różne dziedziny życia jest w naturze demokracji.

To kiedyś komuniści nas zmuszali do tego, żebyśmy wszyscy mieli jednakowe poglądy.

Protestowali przeciwko temu.

Ludzie walczyli z tym.

Niektórzy ginęli, żeby tak nie było, żebyśmy mogli mieć różne poglądy.

No to miejmy je.

Dobrze, to w takim wypadku rozumiem to, że tak pan prezydent patrzy na krytykę.

Ja tylko chciałbym, żeby to była krytyka.

Ja tak samo patrzę na krytykę TVN-u, ja tak samo patrzę na krytykę Newsweeka, ja tak samo patrzę na krytykę Gazety Wyborczej, różnych portali w internecie, które mnie krytykują, gdzie ludzie mają odmienne poglądy.

Ja bym tylko chciał...

żeby nie były przekraczane granice pewnej kultury bycia i kultury traktowania drugiego człowieka i przestrzegania godności drugiego człowieka w debacie publicznej.

A to się zdarzało w ciągu ostatnich dziesięciu lat po prostu w sposób nagminny.

nagminny, wyzwiska, wie pan, inwektywy, poniżanie, poniewieranie, tylko dlatego, że komuś się wydawało, że Andrzej Duda ma zrobić inaczej.

Wie pan, najbardziej zabawne było dla mnie to, że tego najczęściej żądali ode mnie ci, którzy na 100% na mnie nie głosowali.

Ci, którzy byli, ci, którzy krytykowali mnie w czambu, nagle mieli ogromne pretensje, że Andrzej Duda podpisuje ustawy, do których zobowiązał się, że będą realizowane.

Ale ja realizowałem program dla wyborców, którzy mnie wybrali, a nie zobowiązywałem się do tego, że będę realizował program mojego przeciwnika politycznego i konkurenta w wyborach.

Kto mu się chyba coś pomyliło?

Może ktoś się powinien zastanowić trochę nad tym, że jeżeli zostałem wybrany na urząd prezydenta, to na takiej zasadzie, to proszę bardzo, to moi wyborcy mogli wybrać mojego konkurenta, gdyby chcieli, żeby tamten program był realizowany.

Teraz przegrali wybory i mają pretensje, że program, który oni popierali nie jest realizowany.

No taka jest natura demokracji.

Wie pan, dla mnie to są ludzie, którzy są cały czas zanurzeni mentalnie głęboko w komunę.

Oni po prostu nie akceptują zasad demokracji.

Oni uważają, że demokracja jest tylko wtedy, kiedy oni wygrywają wybory, kiedy ich kandydat wygrywa wybory.

Ma być realizowany ich program i koniec, bo oni lepiej wiedzą.

A już najlepiej byłoby, żeby stworzyć jakąś grupę arcymądrych panów profesorów, którzy bardzo często się wypowiadają.

Najczęściej mają już prawie po 80 parę czy po 90 lat.

Oni są najmądrzejsi na świecie i demokracja najlepiej powinna polegać na tym,

Ostatnio się z tego śmiałem.

Demokracja powinna polegać na tym, że tutaj jest sobie prezydent, tutaj jest sobie premier, tu sobie parlament głosuje, a nad tym wszystkim będzie rada starców, która albo zaakceptuje, albo nie zaakceptuje.

Jak zaakceptuje, to będzie, a jak nie zaakceptuje, to nie będzie.

I to będzie rzeczywiście demokracja pełną gębą.

Ci starcy.

No przecież tak, bo oni dlaczego są?

No ale dzisiaj ogólnie, chociażby to sądownictwo w Polsce, dzisiaj przeciętny obywatel jest tak zdezorientowany, że nie wie, co tam się dzieje.

I myślę, że pan prezydent też sobie zdaje z tego sprawę, że przeciętny obywatel nie wie, co tam się dzieje.

Proszę pana, myśmy chcieli i udało nam się przerwać pewien układ nominacyjny, który trwał na najwyższych poziomach w polskim sądownictwie.

Ja nie mówię w zwykłym sądownictwie powszechnym.

Ja mówię przede wszystkim o tych najwyższych szczeblach polskiego

sprawiedliwości w szerokim tego słowa znaczeniu.

Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, w szczególności Sąd Najwyższy, trochę Naczelny Sąd Administracyjny, gdzie była grupa po prostu panów, profesorów z elity III RP, twórców systemu,

którzy uważali, że w związku z tym, że oni kiedyś tam stworzyli ten system na początku lat 90., to oni teraz będą trzymali wszystkie te nominacje w garści i bez ich aprobaty nikt nie ma prawa zostać sędzią Sądu Najwyższego czy sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Bo w istocie na samym końcu to oni będą decydowali, kto będzie i w Sejmie będą wybierali tylko takich, których oni zaakceptują.

No więc trzeba było to przerwać.

I to zostało przerwane.

Bardzo im się to nie spodobało.

A jeszcze bardziej się nie spodobało to tym, ja to piszę o tym w książce bardzo mocno.

I tam jest bardzo dużo stron na ten temat.

Ten wątek idzie tutaj naprawdę na grubo.

Bo ja też wyszedłem ze środowiska, z którego ludzie potem ustawili się w tej kolejce właśnie i czekali na swoje nominacje, nosząc teczkę za tymi panami przez całe lata.

Naprawdę byli mega wściekli, jak się okazało, że ta kolejka została zlikwidowana.

Ale na tym nie może polegać wymiar sprawiedliwości w Polsce.

I tak nie może działać system na zasadzie, że jest jedna z trzech władz, jedna jest wybierana demokratycznie w wyborach demokratycznych, myślę o władzy ustawodawczej, czyli Sejm i Senat, druga jest wybierana w sposób po części bezpośredni prezydent władza wykonawcza, bo ten prezydent jest częścią władzy wykonawczej, druga część to jest rząd wybierany w sposób pośredni, no bo parlament wyłania rząd, tak de facto.

No ale mimo wszystko jest to efekt powszechnych wyborów i jeżeli chodzi o prezydenta i jeżeli chodzi o parlament, czyli Sejm i Senat.

I jest trzecia władza, którą wybiera nie wiadomo kto.

I ma być tak, że jest pełna kooptacja.

Tylko państwo sędziowie sobie decydują, kto będzie sędzią, kto nie będzie sędzią, kto będzie na jakim poziomie.

No nie, proszę państwa, no nie.

Bo zasada trójpodziału władz polega na równowadze władz, a nie na tym, że jest jedna władza, która jest poza kontrolą jakichkolwiek innych władz.

I ja wierzę, że kiedyś ułoży się to w taki sposób, że zaakceptuje to cały Sejm.

Wierzę w to, chcę w to wierzyć, że zmieni się coś takiego, gdzie będzie coś takiego po prostu, co wszyscy stwierdzą, że uznajemy to, bo musimy to uznać, bo inaczej po prostu się pozabijamy, bo dochodzimy do takiego miejsca, że robi się niebezpiecznie moim zdaniem.

Wie pan, to jest tak, że... Ja panu powiem tak.

Kiedyś miałem taką bardzo długą dyskusję na temat likwidacji w USA.

O, i właśnie też miałem pytania na YouTubie, dlaczego nie odtajnił pan aktu.

Bo miałem ku temu powody.

Właśnie zastanawiałem się, czy to nie jest tak czasami, że otwiera się drzwi do Pałacu Prezydenckiego i wtedy wierza się, że czegoś nie wolno?

Powiedziałem to bardzo wyraźnie wielokrotnie, mówiłem to także do pana prezydenta Karola Nawrockiego, kiedy rozmawialiśmy jeszcze zanim został zaprzysiężony.

Z fotela prezydenta Rzeczypospolitej wiele spraw wygląda trochę inaczej.

I taka jest prawda i ma pan tutaj całkowitą rację.

Dziękuję, że pan to powiedział, bo rzeczywiście trochę tak jest.

Poza tym, wie pan, zapoznaje się pan z aktami, z którymi normalni ludzie z oczywistych przyczyn nie mają do nich dostępu, bo one są objęte różnego rodzaju klauzulami.

Decyzja o zdjęciu takiej klauzuli jest decyzją bardzo poważną.

W każdym przypadku, nie bez powodu, tą klauzulę kiedyś nadano.

I rzeczywiście ja takiej decyzji nie podjąłem, nie zdecydowałem się na odtajnienie tego raportu i miałem ku temu powody.

Nie wiem, czy prezydent Karol Nawrocki się na to zdecyduje, czy nie.

Trudno mi jest na to pytanie odpowiedzieć.

Ja uważam, ja uważałem, że nie powinien być odtajniony.

I dlatego się nie zdecydowałem na jego odtajnienie.

Natomiast powiem tak, kiedyś dyskutowano o likwidacji WSI.

Chodzi mi o zupełnie co innego.

Nie o raport, tylko o sam fakt.

I dyskusja polegała na tym, że no co z tego, że Macierewicz i tam komisja zlikwidowali WSI.

Gdzie zlikwidowali?

Ci sami faceci, którzy byli potem w WSI przeszli do struktur mafijnych.

Stali się strukturami mafijnymi.

Dalej byli obecni, dalej zachowali swoje wpływy, tylko stali się mafią i dalej byli śmiertelnie niebezpieczni.

O nie.

Jest zasadnicza różnica.

Bardzo zasadnicza.

A mianowicie, kiedy byli w USI, mieli broń legalnie i mogli ją legalnie wykorzystywać do swojej działalności jako służba państwowa.

I mogli przyjść i zastrzelić cię w majestacie prawa.

Natomiast jeżeli teraz, kiedy już nie są w USA, bo zostało zlikwidowane, dalej mają broń, to po pierwsze jest pytanie, czy mają ją legalnie, czy nie.

A po drugie, jeżeli stanowią struktury mafijne i kogokolwiek zastrzelą, to przyjdzie policja i zastrzeli ich jak psy.

Do psów się nie strzela, ale rozumiem.

Ale rozumie pan, o co mi chodzi.

O to chodzi właśnie.

Jest różnica pomiędzy tym, kiedy oni są służbą państwową i w majestacie prawa realizują zadania polskiego państwa teoretycznie, teoretycznie polskiego państwa, bo tak naprawdę nie realizowali zadań polskiego państwa i na tym właśnie polega cały problem i dlatego zlikwidowano WSI.

a sytuacja, w której oni znajdują się poza strukturą służb i działają w sposób nielegalny w ramach przestępczości zorganizowanej.

Zupełnie co innego.

Zachowują owszem różne swoje wpływy, ale to nie są już wpływy wynikające z ich legalnej działalności.

I tu jest dokładnie to samo.

I też następuje przemiana.

Może ona nie ma tego wymiaru, co tutaj, bo to jest zupełnie co innego.

Wymiar sprawiedliwości jest jednak zupełnie czymś innym niż służby.

Ale też następuje pewna zmiana.

Ta zmiana jest nieodwracalna.

To stare już nigdy nie wróci.

Choćby nie wiem, jak się wytężał, to nie przywróci.

Taki to ciężar.

Po prostu nie przywróci i już nie wróci to stare na szczęście.

Ta rewolucja, którą rozpoczęliśmy jest jak lawina.

Jest w tej chwili 4 tysiące sędziów nominowanych.

Ja broniłem tych nowo nominowanych sędziów, bo zostali to nominowani w większości ludzie młodzi, którzy dopiero skończyli studia, którzy skończyli szkołę, skończyli aplikacje.

przychodzą z otwartym, uczciwym sercem, są świetnie wykształceni, świetnie przygotowani, chcą budować uczciwe państwo, chcą stanowić z pełną odpowiedzialnością wymiar sprawiedliwości w Polsce i trzeba im to umożliwić.

I teraz, że ktoś dlatego, że zostali pod jakąś tam ustawą, przez jakąś tam Krajową Radę Sądownictwa powołani i prezydenta, który się paru panom nie podobał,

i teraz będą chcieli, ich nie wiem, żeby oni wygłaszali jakieś samokrytyki składali, czy bili się w piersi i będą im próbowali łamać karki, to za to powinna być odpowiedzialność karna za zrobienie czegoś takiego.

Bo to jest niszczenie w Polsce uczciwej tkanki systemu, która dopiero co zdołała się troszkę zakorzenić.

I dlatego nie wolno, trzeba bronić tych młodych ludzi za wszelką cenę.

Dlatego, że właśnie ta stara struktura chce ich zniszczyć.

Ta, która miała w swoich rękach te wszystkie układy personalne, która decydowała o nominacjach.

Ja pamiętam, jak myśmy w 2006-2007 roku starali się doprowadzić do tego, żeby w Krajowej Radzie Sądownictwa nie mogli zasiadać prezesi sądów.

Dlatego, że byli panami życia i śmierci.

Najpierw w swoich sądach na zgromadzeniach rozdawali karty i decydowali, kto będzie miał w ogóle awans jakikolwiek, a następnie siedzieli w Krajowej Radzie Sądownictwa i podejmowali decyzję w drugim miejscu, kto będzie miał te awanse i tylko się układami wymieniali.

To była podwójnie kooptacyjna struktura, w której pewna grupa dzierżyła władzę niemalże życia i śmierci zawodowej nad całą rzeszą sędziów w wymiarze sprawiedliwości.

Próbowaliśmy to przerwać.

To oczywiście se załatwili w Trybunale Konstytucyjnym i wszystkie takie zmiany zostały przewrócone w Trybunale Konstytucyjnym, bo to jest ograniczenie swobody sędziowskiej, ograniczenie możliwości wpływ na ten poza konstytucyjny wpływ na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości i sędziów.

Każdy pretekst jest dobry, żeby obronić swój układ, a konstytucja jest taka pojemna i z artykułu drugiego można wyprowadzić co się chce.

Odcinek wspiera Twój Cel To, marka suplementów dla wymagających.

Postaw na Collagen Beauty Glow i zobacz, jak codzienna rutyna zmienia się w codzienny rytuał piękna i zdrowia.

Dlatego ja mam takie marzenie do świętego Mikołaja, żeby po prostu było takie sądownictwo, które respektują wszyscy.

Ale panie prezydencie, widział pan w swojej karierze wiele i pan ma pewnie jakieś swoje zdanie na ten temat.

Dlaczego PiS przegrał wybory?

Dlaczego nikt nie chciał stworzyć z nimi rządu?

No to był błąd, który został popełniony przez kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości Zjednoczonej Prawicy.

Ale gdzie to były te błędy?

No błąd polegał na tym, że nie było koalicjanta.

No ale się pytam, dlaczego nikt nie chciał?

Jeżeli są ludzie jak pan Władysław Kasiniak-Kamysz, który nie chce być premierem, to trzeba sobie zadać pytanie, co tam się wydarzyło.

Może ktoś już nie przystaje do wymagań rzeczywistości w tej chwili.

Może potrzebne są zmiany.

Może są potrzebne zmiany pokoleniowe.

Może jest potrzebne inne spojrzenie.

Może ktoś patrzy za bardzo skostniałymi oczami na otaczającą nas rzeczywistość.

Może za duży bagaż PRL-u dźwiga cały czas na sobie.

Czyli przydałby się wpisie nowy prezes.

Potrzebne jest nowocześniejsze spojrzenie.

Ja mówię czasem tak, nawet ja mam jeszcze takie spojrzenie, które gdzieś tam jest skażone PRL-em.

Bo ja miałem 17 lat, kiedy PRL się skończył w 1989 roku.

Ja miałem 17 lat, byłem już prawie dorosłym człowiekiem, tak wychowałem się w tej nędzy, w tej nędzy komuny, w tym wszystkim, tak, co było śmiesznie, ale nie zawsze.

No jasne, że nie, to w ogóle nie można tak tego nazywać, to jest śmiech przez łzy.

Dzisiaj młodzi mówią, a takie śmieszne tu filmiki, prawda, ha, ha, ha, rozmowy kontrolowane, pośmiejemy się z komuny.

No nie, nie, kochani, nie, bo komuna strzelała do ludzi, do górników w kopalni wujek, do stoczniowców w 70. roku w Gdańsku, tak, w 76. roku w Ursusie, w Radomiu,

To były tragedie, co ludzie przeżyli.

Aresztowania 1981 roku.

Ilu ludzi było w więzieniu?

Ilu ludzi zginęło?

To był straszny czas, przez który wielu ludziom złamano życie.

Wielu ludzi musiało emigrować.

Nigdy do Polski nie wróciło.

Zmarło ze zgryzoty, z tęsknoty itd.

Jest jakieś takie skażenie.

Młodzi tego nie rozumieją, ale patrzą już nowymi oczami.

Nie mają też pewnych kompleksów, które są wyniesione z tamtych czasów.

Patrzą inaczej na otaczający świat.

Zmiany są potrzebne.

One powinny nastąpić.

Potrzebne jest pewne... Ja widzę, że następuje powolna przemiana na polskiej scenie politycznej.

To pokazuje także to, co choćby się dzieje w Konfederacji.

Proszę popatrzeć, kto jest dzisiaj na czele Konfederacji.

To są młodzi ludzie.

Bardzo młodzi ludzie.

Są ludzie młodsi ode mnie.

Także ja widzę, że to młode pokolenie zaczyna się wybijać i ja się ogromnie z tego cieszę.

Ja nie mówię, że ja jestem starym grzybem, żeby była jasność.

Pan prezydent jest bardzo młodym człowiekiem.

Dziękuję bardzo.

Wprawdzie, jak ja to mówię, lepiej bym się czuł pewnie, gdybym miał 35, a nie 53.

Jestem cały czas sprawny i głowę mam sprawną i fizycznie jeszcze też jestem w miarę sprawny i sobie radzę i pewnie w polityce jeszcze trochę przede mną.

Ale czy rzeczywiście jest tak, że ludzie prawie 80-letni powinni decydować o wszystkim i o losach Polski?

Ja mam poważne wątpliwości.

To było w tej rozmowie, to już jest więcej o Jarosławie Kaczyńskim niż w tej książce.

Ja przepraszam, ale ja mówię też o moim tacie.

O Jarosławie Kaczyńskim też.

A poza tym nie tylko prezes Jarosław Kaczyński ma 80 lat.

Ja wiem, ja to zauważam akurat, ale widzę właśnie, że jest coraz więcej młodych ludzi.

Dlaczego tutaj tak mało Jarosława Kaczyńskiego w tej książce?

Bo mało było Jarosława Kaczyńskiego w tej prezydenturze, zwłaszcza w drugiej części.

Wszyscy to panu zarzucali.

Wydaje mi się, że to też jest bardzo interesujące.

W ogóle to całe takie ochłodzenie stosunków między panem prezydentem a Jarosławem Kaczyńskim.

O tym nigdy tak naprawdę pan nie mówił zdecydowanie szerzej.

A to też były te wszystkie takie obelgi, nazywanie pana długopisem i tak dalej.

Było związane właśnie z tym, że

Ta legendarna okładka Newspeaka, bo to jest legendarna okładka, ona jest świetna, to nie ma w ogóle dwóch zdań.

Kiedy Jarosław Kaczyński zdejmuje maskę pana twarz, która jest maską i po prostu pod tym jest Jarosław Kaczyński, to była jedna z najlepszych pewnie okładek, jeżeli chodzi w ogóle o wykonanie graficzne itd., itd.

Zawsze był pan tak traktowany, a w tej książce ewidentnie pan w jednym zdaniu sugeruje, że wasze stosunki były bardzo, bardzo trudne.

Wie pan, ale to takie jest specyficzne, bo ja powiem tak, na pewno w samym PiS-ie była bardzo duża grupa ludzi, która też nad tym pracowała, po to, żeby pokazywać, że tylko pan prezes Jarosław Kaczyński rządzi w Polsce, a inni nie mają nic do powiedzenia.

No ale to nadal mnie tłumaczy, dlaczego jest tak mało Jarosława Kaczyńskiego w tej książce.

Nie chciał pan w ogóle wyciągać tej relacji?

Ja zapraszałem Jarosława Kaczyńskiego w drugiej kadencji kilkakrotnie i nie skorzystał z zaproszenia.

W związku z powyższym przestałem zapraszać.

A ile jest prawdy w tym, że taki pierwszy duży konflikt wynikł z tego, że pan prezydent namawiał ludzi do tego, żeby Smoleńsk przestał dzielić ludzi, a Jarosław Kaczyński raczej chciał, żeby Smoleńsk dzielił ludzi, bo na tym budował swoje poparcie?

Ja nigdy tego tak nie odbierałem.

Ja zawsze obserwowałem tragedię smoleńską na dwóch płaszczyznach.

Jedna to była płaszczyzna z pytaniem, dlaczego się tak stało.

I ta sprawa jest dla mnie niewyjaśniona.

Aczkolwiek mam swoje zdania na temat tego, jak był traktowany prezydent Lech Kaczyński, jak podchodzono w ogóle do kwestii obsługi prezydenta, jego funkcjonowania w przestrzeni międzynarodowej, polityki, którą realizował.

Proszę pamiętać, że nie kto inny, tylko premier Tusk na zaproszenie Putina parę dni wcześniej latał do Smoleńska i wtedy było wszystko w porządku.

Nie chciał lecieć tam z prezydentem.

leciał sobie sam na zaproszenie Putina, kto był na molo z Putinem, kto się z Putinem ściskał, a kto wychodził i pod pomnikiem na Westerplatte twardo w roczniII wojny światowej mówił Putinowi, jak wygląda sytuacja i czym była Rosja na początku II wojny światowej.

To Lech Kaczyński to zrobił.

No Karol Nawrocki u mnie otwarcie nie wykluczał tego, że Smoleńsk mógł być zamachem.

A ma pan pewność, że nie był?

Nie mam pewności, ale chodzi o to, że... Ja też nie mam pewności i dlatego również nie wykluczam.

Tak samo jak w takim razie Karol Nawrocki.

Nie słyszałem tej rozmowy, ale nie wykluczam.

Nie wiem, po prostu ja nie znam przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Uważam, że sprawa jest niewyjaśniona.

No ale pan prezydent był jednak zdecydowanie bliżej.

Tego, że ta sprawa jest niewyjaśniona, nie wiemy.

Ale że z całą pewnością mogę powiedzieć, że prezydent Lech Kaczyński był lekceważony, że prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu próbowano wcześniej odebrać samolot.

kiedy leciał do Brukseli reprezentować Polskę na Radzie Europejskiej, że prezydenta Lecha Kaczyńskiego poniżano, że lotnisko nie zostało sprawdzone przez odpowiednie służby, bo nie zostało sprawdzone, taka jest prawda, bo bardzo, bardzo wielu rzeczy nie dopilnowano.

Bo takie było nastawienie do prezydenta.

Że dla prezydenta to się nie robi, dla prezydenta się nie wykonuje.

To tworzyła ówczesna władza wykonawcza w drugiej jej części, czyli rząd, na czele którego stał Donald Tusk.

Nie oszukujmy się, tak było.

I wszyscy ludzie, którzy uczciwie patrzą na te czasy, dobrze to wiedzą.

Więc to jest jedna płaszczyzna.

A druga płaszczyzna to jest płaszczyzna pewnego testamentu, który oni nam zostawili.

Polskiego.

Tego, że wszyscy polecieli razem do Katynia po to, żeby oddać hołd polskim oficerom.

I to jest wspólne.

I tam byli ludzie różnych barw politycznych.

I Sebastian Karpiniuk też tam był, który był z Platformy Obywatelskiej.

I byli ludzie o odmiennych poglądach od prezydenta Lecha Kaczyńskiego na wiele kwestii.

A jednak byli tam razem, żeby oddać hołd polskim oficerom.

A jednak moim zdaniem pozostawili pewien testament i pewne zadanie.

w istotnych aspektach budowania wspólnoty.

I to dlatego nigdy nie przyjmę tych pretensji, kiedy ja słyszałem nieraz pretensje ze strony niektórych, co bardziej zacieczewionych polityków, że współpracuję z Tuskiem.

Tak, w sprawach bezpieczeństwa tak.

Oczywiście, że współpracuję z premierem Tuskiem w sprawach bezpieczeństwa, bo one dzisiaj są fundamentalnie dla Polaków ważne i to jest mój podstawowy obowiązek.

Dbać o bezpieczeństwo Rzeczypospolitej.

Najlepiej, żeby to robić razem z rządem, bo wtedy to jest najbardziej efektywne i wydajne.

Trudno sobie wyobrazić gorszą sytuację niż rząd w jedną stronę, prezydent w drugą stronę w sprawach bezpieczeństwa.

I wtedy byłoby obniżanie bezpieczeństwa Rzeczypospolitej.

Więc oczywiście, że współpracowałem.

I starałem się to robić najlepiej, jak to tylko było możliwe, aczkolwiek nie zgadzałem się na przykład z tym, że nie umacnia się bezpieczeństwa energetycznego i nie buduje się wystarczająco odpowiednim tempie elektrowni jądrowej we współpracy z firmą Westinghouse, bo w moim przekonaniu, nie mam żadnych wątpliwości, nie tylko w moim przekonaniu, ta inwestycja jest z premedytacją opóźniana.

CPK też jest związane z kwestią bezpieczeństwa.

Chodzi mniej niż elektrownia jądrowa, bo CPK jako strategiczne lotnisko, które umożliwia przeładunek dużych ilości towaru i żołnierzy.

Poza tym ma wielkie znaczenie gospodarcze.

Elektrownia jądrowa to jest rzeczywiście kwestia strategiczna i to z wielu punktów widzenia.

Nie tylko dlatego, że ma dać nam energię elektryczną, zapewnić jeszcze w sposób taki, który umożliwi nam przestrzeganie europejskich reguł klimaty, ochrony klimatu, ale w dodatku jeszcze budujemy ją z Amerykanami.

Amerykanie zostawiają tutaj w jakimś sensie, czy umieszczają u nas swoje sekrety nuklearne.

Co z tego, że to jest energetyka nuklearna cywilna, ale to są tajemnice nuklearne amerykańskie i one też są strzeżone i to też umacnia nasze bezpieczeństwo.

Więc tych aspektów jest bardzo wiele tutaj.

To prawda, tutaj w ogóle nie ma o czym mówić.

Ja zresztą piszę o tym w książce.

Tak, też jest to bardzo szeroko opisane.

Ja już i tak skracam naszą rozmowę, bo już pana prezydenta przeciągam.

Więc powoli zmierzając do końca, jest coś, czego pan żałuje w trakcie swojej prezydentury, że myśli sobie pan, że chociażby PR-owo mógł pan pociągnąć swoją prezydenturę lepiej?

Nie mam jakiejś takiej jednej rzeczy konkretnie, o której mógłbym powiedzieć, że jej żałuję.

Na pewno nie ma żadnej jakiejś takiej poważnej, merytorycznej sprawy, którą uznałbym, że trzeba było to zrobić inaczej, trzeba było podjąć inną decyzję.

Nie, takiej nie ma.

Wszystkie te decyzje, które wtedy podjąłem, podjąłbym jeszcze raz.

Ja wiem o tym, że salonik liberalno-lewicowy, zwłaszcza prawniczy, szału dostaje, jak to słyszy, ale niestety, proszę państwa, bardzo mi przykro, nie zmieniłbym tych decyzji absolutnie, ani dotyczących Trybunału Konstytucyjnego,

i nie doszukacie się tam nigdzie naruszenia Konstytucji, bo taka jest prawda, że nigdzie Konstytucja nie została naruszona i brednie opowiadacie po prostu w mediach, kłamiecie najnormalniej w świecie i naciągacie rzeczywistość, bo nigdzie nie została Konstytucja naruszona.

Dbałem o to bardzo właśnie, żeby przestrzegana była wszędzie Konstytucja i była wszędzie przestrzegana, zapewniam o tym.

Wielokrotnie występowałem w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej przed Trybunałem Konstytucyjnym, wielokrotnie zajmowałem się

sprawami ustrojowymi przez długie lata i żaden błąd nie został tutaj popełniony.

Spokojnie.

Jeden z dziennikarzy na X napisał, wiele zła uczynił Andrzej Duda jako prezydent.

Chciałbym jednak, by w zgiełku nie uciekła nam jego dzisiejsza decyzja o wysłaniu do pseudo Trybunału Konstytucyjnego ustawy o dostępie nastolatków do psychologa bez zgody opiekuna.

To oznacza zabicie tej ustawy i kolejny cios PiS w psychiatrę dziecięcą.

Dlatego, że nie może być tak, że psychiatria dziecięca, która jest bardzo ważna, będzie realizowana po pierwsze z zagrożeniem dla dzieci, a po drugie z naruszeniem tak naprawdę praw rodziców do zapewnienia dziecku bezpieczeństwa i do wychowania dziecka.

Od tego zacznijmy.

Nie może być takiej sytuacji, że trzynastoletnie dziecko wybiera sobie człowieka, któremu będzie powierzało swoje najgłębsze sekrety, sprawy osobiste i sprawy rodziny, a tak naprawdę zawód psychologa w Polsce nawet nie jest uregulowany i w związku z tym może się zdarzyć, że dziecko trafi na szarlatana, nic w ogóle nie mówiąc rodzicom, bo będzie miało do tego prawo, żeby chodzić sobie do kogoś,

Bez konsultacji żadnej z rodzicami, bo to mu dawała ta ustawa.

To jest coś, do czego nie można było dopuścić.

I były bardzo szerokie środowiska, które przeciwko temu protestowały.

Ktoś po prostu, wykorzystując bardzo słuszny postulat tego, żeby wzmocnić opiekę psychologiczną i psychiatryczną nad dziećmi, co jest niezwykle potrzebne i ważne, najnormalniej w świecie próbował doprowadzić do ograniczenia praw rodziców i tak naprawdę narażenia dzieci na niebezpieczeństwo, na co nie można się zgodzić.

Nie można się zgodzić na to, żeby dzieci były krzywdzone.

Obejmując urząd w 2015 roku mówił pan prezydent, że moim wielkim marzeniem jest to, żebym kończąc swoją prezydencką misję patrzył prosto w oczy rodakom i żeby przyznawali, że żyje im się lepiej niż wtedy, kiedy zaczynałem.

Udało się?

Absolutnie.

Nigdzie nie spotkałem się z nikim, kto przyszedłby do mnie i powiedział, że żyje mu się gorzej niż za tamtych czasów.

Oczywiście, że wie pan, zawsze się jakaś tam pojedyncza osoba znajdzie, która powie, prawda, dziennikarz panu udowodnił, tu koszyczek kosztuje drożej niż tutaj, prawda, kosztował.

Duda miał, tam pokazało w 2015 roku koszyczek, a ten koszyczek teraz jest x droższy.

Tylko jak bardzo zmienił się nasz ogólny poziom życia od tego czasu.

Jak bardzo zmieniła się w Polsce komunikacja od tego czasu.

Życie to nie jest tylko liczba złotówek, które mamy w kieszeni.

Życie to jest pewna otoczka, w której jesteśmy.

Życie to są nasze warunki życia, w znaczeniu równii bardziej ogólnym.

I to zmieniło się bardzo.

w Polsce na przestrzeni ostatnich 10 lat.

Miałem na to wpływ w wielu aspektach, współdecydowałem o tym w bardzo wielu aspektach, byłem inicjatorem tego w bardzo wielu aspektach.

Jestem przede wszystkim ogromnie wdzięczny Solidarności za to, że mogłem z nią współpracować w zakresie ochrony praw pracowniczych.

Myślę tutaj o obniżeniu wieku emerytalnego, który podniósł Donald Tusk wbrew wszelkim zobowiązaniom, który udało się skutecznie obniżyć.

Myślę tutaj o programach pomocowych dla rodzin 500+,

dzisiaj 800+.

Myślę tutaj o tych wszystkich pozostałych, tam wyprawka szkolna, bon turystyczny, wakacyjny, który wprowadziliśmy, który pomógł ogromnie polskiej branży turystycznej.

Oprócz tego, że pomógł też rodzinom.

Ale to, proszę pana, minimalna stawka godzinowa, którą wprowadziliśmy.

To płaca minimalna, którą podwyższyliśmy nawet wyżej, niż postulowała Solidarność.

Likwidacja syndromu pierwszej dniówki.

Czyli to, żeby był obowiązek podpisania od razu umowy o pracę przed przystąpieniem do pracy, a nie nie wiadomo kiedy.

To wszystko miało ogromne znaczenie dla umocnienia pozycji pracownika, dla zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego i takiego egzystencjalnego ludziom.

I to są realne zmiany, które nastąpiły w Polsce.

Plus środki, które były przeznaczone dla samorządów, które ludziom w samorządach, włodarzom lokalnym w gminach, w powiatach, w województwach umożliwiły naprawdę zmianę oblicza Polski w bardzo wielu aspektach.

Drogi lokalne.

place zabaw, nowe sale gimnastyczne, informatyzacja szkół, remonty szkół, mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo przedszkola, które były budowane, mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo zmian, które w międzyczasie w Polsce nastąpiły.

Nie wspomnę już o budowie sieci dróg, o obwodnicy.

dla Krakowa o S7, która już jest prawie skończona i mamy w tej chwili, będziemy mieli, mam nadzieję, cztery potężne arterie przez całą Polskę, S3, A1, S7 i w przyszłości Via Carpatie i to naprawdę będzie wspaniała komunikacja dla ludzi, dla gospodarki, dla wszystkiego, co nam, i bezpieczna przede wszystkim, bezpieczna jazda samochodem.

To bezpieczeństwo się zmieniło w sposób niesamowity.

To teraz już jednym słowem, panie prezydencie, wszystko co najlepsze przed panem?

Ja jestem szczęśliwy, że udało mi się zrealizować prezydencką misję.

Myślę, że bardzo wielu ludzi jest z tej mojej prezydenckiej misji zadowolonych.

Życzę prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, trzymam kciuki, żeby Polska rosła w siłę i potężniała pod jego ręką, za jego prezydentury, żeby mógł z dumą patrzeć na Polskę, kiedy skończy swoją prezydencką służbę.

Mam nadzieję, życzę mu tego, żeby to były dwie prezydenckie kadencje.

Trzymam za niego kciuki i staram się go wspierać.

Wierzę w to, że dobrze to zrealizuję.

Co będzie ze mną?

Ja sobie zawsze radzę.

Ja tutaj się o siebie nie martwię.

Mam mnóstwo różnych już perspektywicznych słów.

spotkań w perspektywie najbliższej już mi się kalendarz zapełnia.

Z jednej strony mam tutaj książkę i spotkania autorskie, które będę chciał odbywać i to, że cały czas podpisuję, nawet zamieściliśmy taki filmik na pędziach społecznościowych, jak ja książkę podpisuję, bo rzeczywiście się zobowiązuje i nie ma tutaj żadnego dziadostwa.

Osobiście podpisuję każdy egzemplarz, do którego się zobowiązaliśmy, że zostanie wysłany jako podpisany.

Także realizuję to, tu mam sporo obowiązków, będą też spotkania autorskie w różnych miejscach.

więc to też będę chciał zrealizować.

No ale oprócz tego mam cały szereg też zaproszeń zagranicznych, które też będę realizował jeszcze w tym roku, bardzo dużo.

No i pewnie będą spływały kolejne, także myślę, że będę miał sporo aktywności.

A co przyniesie przyszłość, to zobaczymy.

A już ma pan prezydent zaplanowane jakieś spotkania autorskie?

Bo może są takie, o których możemy powiedzieć?

Planujemy, na początku września będzie takie spotkanie autorskie w Stalowej Woli na pewno.

bo już tam pan prezydent Lucjusz Nadbereżny mnie zapraszał i wstępnie potwierdziłem, że przyjadę.

To tutaj stawiam kropkę bardzo i to bardzo panu dziękuję.

To był wielki zaszczyt móc pana poznać.

Bardzo dziękuję za zaproszenie.

0:00
0:00