Mentionsy
Zabójstwo Katarzyny Wieczorek
Katarzyna W. w wieku 20 lat wyszła za mąż za Marka w 1994 roku . W ciągu kilku lat dorobili się dwójki dzieci – Katarzyna zajmowała się wychowaniem córek i prowadzeniem domu, pomagając też wrodzinnym sklepie, podczas gdy Marek wspierał ojca w zarządzaniu masarnią . Finansowo niczego im nie brakowało – należeli do lokalnej klasy średniej z perspektywą dostatniego życia . W małym Kolnieuchodzili początkowo za udane małżeństwo. Niewielu jednak wiedziało, że za zamkniętymi drzwiami ich domu narastał poważny konflikt.
Szukaj w treści odcinka
Kolno to niewielkie, około 11-tysięczne miasteczko na Podlasiu.
W takiej spokojnej miejscowości wszyscy się znają.
Również Katarzyna i jej mąż Marek byli tam dobrze znani.
Mieszkali w jednorodzinnym domu przy cichej ulicy, zaledwie 300 metrów od komendy policji i 100 metrów od budynku prokuratury.
Rodzina Marka należała do zamożniejszych w okolicy.
Prowadzili masarnię, ubojnię i posiadali kilka nieruchomości w Kolnie oraz w pobliskim Piszu, skąd pochodziła Katarzyna.
Na pierwszy rzut oka ich życie mogło wydawać się niemal idealne.
Katarzyna w wieku 20 lat wyszła za mąż za Marka w 1994 roku.
W ciągu kilku lat mieli już dwójkę dzieci.
Katarzyna zajmowała się wychowaniem córek i prowadzeniem domu, pomagając też w rodzinnym sklepie, podczas gdy Marek wspierał ojca w zarządzaniu masarnią.
Finansowo niczego im nie brakowało.
Należeli do lokalnej klasy średniej z perspektywą dostatniego życia.
W małym kolnie uchodzili początkowo za udane małżeństwo.
Niewielu jednak wiedziało, że za zamkniętymi drzwiami ich domu narastał bardzo poważny konflikt.
Witam wszystkich bardzo serdecznie na kanale Kryminalne Szepty.
Jeżeli podobają wam się moje podcasty, zostawcie komentarz, subskrypcję, lajka oraz podbicie.
To pomoże w zdobywaniu zasięgów.
Dziękuję wszystkim bardzo serdecznie.
Z biegiem lat w małżeństwie Katarzyny i Marka zaczęło się psuć.
Marek coraz więcej czasu spędzał w pracy, a w domu między małżonkami dochodziło do sprzeczek, które nie raz przeradzały się w awantury.
Jak wynikało z relacji bliskich, Marek miał stosować wobec żony przemoc fizyczną.
Szczęście rodzinne było więc pozorne, a za fasadą idealnego życia krył się dramat młodej kobiety.
W końcu Katarzyna szukając wsparcia i ciepła poznała innego mężczyznę.
Romans ten jeszcze bardziej zaostrzył konflikt w domu.
Marek podejrzewał żonę o zdradę, a atmosfera stała się na tyle gęsta, że dochodziło do gwałtownych kłótni i rękoczynów.
Wiosną 2000 roku Katarzyna powiedziała dość.
Złożyła pozew o rozwód, chcąc uwolnić się od męża i ułożyć sobie życie na nowo.
Sprawa rozwodowa nabrała tempa.
Sąd wyznaczył termin pierwszej rozprawy w poniedziałek, 11 czerwca 2000 roku.
Rozwód oznaczałby nie tylko rozstanie, ale i konieczność podziału wspólnego majątku, w tym dochodowego rodzinnego biznesu masarskiego.
Stawka była wysoka.
Na dwa dni przed wyznaczonym terminem rozprawy, w sobotę 9 czerwca 2000 roku, wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło losy tej rodziny.
Piątek, 9 czerwca 2000 roku nie zapowiadał tragedii.
Według relacji rodziny i znajomych był to dzień jak co dzień.
26-letnia Katarzyna spędziła go prawdopodobnie zajmując się domem lub dziećmi.
Wieczorem około godziny 22 wróciła do domu wraz ze swoją 7-letnią córką.
Młodsze dziecko prawdopodobnie przebywało wtedy u dziadków lub spało w domu.
Tego nie wiemy.
Dziewczynka została wykąpana i przygotowana do snu.
Był to typowy, spokojny rytuał końca dnia.
Katarzyna również przebrała się w domowe ubranie lub piżamę, szykując do odpoczynku.
W domu panowała jednak napięta atmosfera.
Marek oznajmił, że tej nocy będzie spał w salonie, na kanapie przy włączonym telewizorze.
Można się domyślać, że stosunki między małżonkami były tak złe, iż unikali wspólnej sypialni.
Według późniejszych zeznań męża, Katarzyna po powrocie nie położyła się do łóżka.
Co działo się dalej w czterech ścianach ich domu, to do dziś pozostaje tajemnicą.
Około godziny 6 rano, w sobotę 10 czerwca, Marek wykonał telefon do rodziców Katarzyny z niepokojącą wiadomością.
Kasi nie ma w domu.
Zięć twierdził, że obudził się na kanapie i stwierdził, że żony nigdzie nie ma.
Jak gdyby wyszła w nocy z domu i nie wróciła.
Dzwonił więc do jej rodziców z pytaniem, czy przypadkiem nie pojawiła się u nich albo czy nie wiedzą, gdzie może być.
Dla Grażyny i Jana Siwików, rodziców Kasi, alarm był natychmiastowy.
Ich córka nigdy nie zniknęłaby tak, zostawiając dzieci i nie dając znaku życia, zwłaszcza w przeddzień ważnej rozprawy.
Matka Katarzyny wspominała potem, że telefon od Zięcia zabrzmiał złowieszczo.
Następnego dnia Zięć zadzwonił i powiedział, że córka zaginęła.
Rodzina w panice rozpoczęła poszukiwania.
Grażyna Siwik niezwłocznie przyjechała do domu córki, by pomóc w szukaniu Katarzyny lub śladów jej obecności.
Coś, co zmroziło jej krew w żyłach.
Już od pierwszych godzin po zaginięciu bliscy Katarzyny mieli złe przeczucia.
Dom wyglądał zwyczajnie, z wyjątkiem jednej rzeczy.
Matka Kasi rozglądając się po domu w poszukiwaniu wskazówek natknęła się na dżinsowe spodenki, krótkie szorty należące do Marka.
Były zaplamione krwią.
To odkrycie z miejsca nasuwało najgorsze myśli.
Grażyna przekazała zakrwawione ubranie policjantom, którzy zaczęli się pojawiać na miejscu.
Czy była to krew Katarzyny?
Tego na razie jeszcze nikt nie wiedział, ale podejrzenia wobec męża momentalnie się nasiliły.
Już pierwszego dnia bliscy podejrzewali, że Katarzynę mogło spotkać coś złego z rąk Marka.
Ona sama wcześniej zwierzała się rodzinie z przemocy domowej.
Teraz znika bez słowa tuż przed rozprawą.
Trudno o bardziej wymowny zbieg okoliczności.
Rodzina otwarcie mówiła policji.
Podejrzewamy, że to Marek zrobił Kasi coś złego.
Marek oczywiście zaprzeczał.
Utrzymywał swoją wersję.
Żona rzekomo dobrowolnie odeszła, zostawiając jego i dzieci, a on nie wie dokąd ani dlaczego.
Ta linia obrony, wersja o ucieczce Katarzyny, miała mu towarzyszyć przez kolejne lata, mimo że od początku wydawała się mało wiarygodna.
Nie zostawiła też żadnej wiadomości.
W domu pozostały wszystkie jej przedmioty codziennego użytku, tak jakby wyszła na chwilę albo...
Wersja Marka o rzekomej ucieczce napotkała jeden zasadniczy problem – zeznania własnej córki.
Siedmioletnia córeczka Katarzyny i Marka, która tej nocy spała w domu, powiedziała policjantom coś, co mocno podważyło słowa ojca.
Marek utrzymywał, że od chwili, gdy położył się spać w salonie, aż do rana nic nie widział ani nie słyszał.
Jednak dziecko oznajmiło śledczym, że tata tej nocy wcale nie spał, gdy ona z mamą wróciły do domu.
Innymi słowy, dziewczynka widziała ojca w nocy i wiedziała, że nie drzemał, co przeczyło jego alibi.
To była pierwsza poważna sprzeczność.
Gdy tylko z ust dziecka padły te słowa ku zdumieniu rodziny, prokurator przerwał dalsze przesłuchanie dziewczynki.
Decyzja ta zbulwersowała bliskich Katarzyny.
Dlaczego przerwano wypowiedź małego świadka akurat w momencie, gdy mogła powiedzieć coś istotnego?
Ówczesny prokurator rejonowy Skolna, Dariusz Dziemanko, tłumaczył później.
Dziewczynka znała się z moimi dziećmi.
Tak bronił swojej decyzji o zakończeniu przesłuchania.
Brzmiało to co najmniej dziwnie.
Czy fakt, że dziecko prokuratora bawiło się z córką zaginionej, mógł sprawiedliwać przerwanie tak ważnej rozmowy?
Dla rodziny Katarzyny był to sygnał alarmowy.
Coś jest nie tak z tym śledztwem od samego początku.
Sprawą zaginięcia zajmowała się początkowo prokuratura rejonowa w Kolnie, ta sama, którą od domu Katarzyny dzieliło tylko kilka kroków.
Mimo bliskości i pozornie dogodnych warunków do szybkiego działania, śledczy popełnili szereg błędów i zaniedbań.
Rodzina i obserwatorzy po latach zgodnie ocenili, że dochodzenie od początku prowadzono nieudolnie, a może wręcz z oporami, jakby ktoś chciał zamieść sprawę pod dywan.
Brak natychmiastowego zabezpieczenia miejsca zdarzenia.
Policja potraktowała zaginięcie początkowo rutynowo.
Dom Katarzyny nie został niezwłocznie zabezpieczony ani dokładnie przeszukany pod kątem śladów kryminalistycznych.
W efekcie potencjalne dowody mogły zostać utracone lub zatarte.
Dopiero dwa lata po zaginięciu zdecydowano się przeszukać dom małżonków, zabudowania masarni rodziny Marka oraz posesję należącą do jego ojca.
To ogromne opóźnienie było katastrofalne dla sprawy.
Przez tyle czasu ewentualne ślady dawno mogły zniknąć lub zostać celowo usunięte.
Kluczowy dowód znaleziony przez matkę Katarzyny, jak zakrwawione dżinsowe szorty należące do Marka, został przez lokalną prokuraturę praktycznie zbagatelizowany.
Choć matka przekazała je śledczym zaraz po zaginięciu, przez blisko dwa lata nie zlecono nawet badania DNA plam krwi.
Dopiero po przejęciu sprawy przez wyższą instancję wykonano testy, które potwierdziły, że była to krew Katarzyny.
Wcześniej jednak ten potencjalny dowód leżał odłogiem.
Nie pamiętam dlaczego nie zbadano krwi.
Jak wspomniano, wątek zeznań 7-letniej córki Katarzyny, która mogła rzucić światło na noc zaginięcia, został ucięty przez prokuratora.
Również inne przesłuchania przebiegały dziwnie.
Świadkowie zeznawali, że gdy zaczynali mówić o nowych faktach, ich relacje były przerywane.
Rodzina alarmowała, że cenne informacje są ignorowane lub odkładane na bok.
Choć zaginięcie miało potencjalnie tragiczne tło, policja nie rozpoczęła od razu zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań w terenie.
Dopiero po roku od zaginięcia śledczy zlecili przeszukiwanie okolicznych lasów i łąk w poszukiwaniu ciała Katarzyny.
Użyto psów tropiących, przeczesywano teren, ale kluczowych miejsc jak sam dom Katarzyny nadal nie sprawdzono.
Była to rażąca zwłoka.
W rodzinie Marka były samochody, którymi, jeśli doszło do zbrodni, mogły być przewożone dowody lub ciało.
Jednak ani auta Marka, ani jego ojca nigdy nie zostały przez policję przeszukane pod kątem śladów.
Jeśli w samochodzie znajdowały się na przykład ślady krwiczy włókna, to z biegiem czasu zostały wyczyszczone lub utracone bezpowrotnie.
Te zaniedbania sprawiły, że pierwsze dwa lata śledztwa były tak naprawdę czasem straconym.
Rodzina Katarzyny z rozpaczona jej zniknięciem musiała niejako przejąć inicjatywę.
Myśmy robili to, co powinna policja, a nie jesteśmy żadnymi fachowcami, mówiła po latach Grażyna Siwik, matka zaginionej.
Bliscy na własną rękę zbierali informacje, rozmawiali z ludźmi, starali się robić czynności operacyjne, podczas gdy organy ścigania wykazywały się bezczynnością.
Trudno się dziwić frustracji rodziców Katarzyny.
Czuli, że policja i prokuratura ich zawiodły.
Grażyna Siwik nie zamierzała milczeć.
Rozpoczęła walkę o prawdę i ukaranie winnych, zarówno ewentualnych sprawców zaginięcia córki, jak i tych, którzy zaniedbali śledztwo.
Wysyłała pisma do wszelkich możliwych instytucji, do Ministerstwa Sprawiedliwości, do Biura Spraw Wewnętrznych Policji, do Rzecznika Praw Obywatelskich.
W tych skargach alarmowała o nieprawidłowościach w dochodzeniu, prosiła o pomoc i interwencję.
Niestety jej apele długo pozostawały bezskuteczne.
Sprawa utknęła.
Latem 2002 roku, dwa lata po zaginięciu, prokuratura rejonowa w Kolnie umorzyła śledztwo z powodu niewykrycia sprawcy.
Ich córka zniknęła, prawdopodobnie została zamordowana, a wymiar sprawiedliwości rozkładał ręce.
Bliscy Katarzyny zaczęli nabierać przekonania, że w tle tej sprawy mogły zachodzić nieformalne powiązania, które hamowały śledztwo.
W Kolnie huczało od plotek.
Rodzina Marka, bogata i wpływowa lokalnie, miała rozległe znajomości.
W dodatku ich dom znajdował się po sąsiedzku z ważnymi instytucjami i być może również z osobami w nich pracującymi.
Wiele wskazywało na to, że Marek mógł liczyć na pobłażliwość albo nawet ochronę ze strony niektórych funkcjonariuszy.
Po latach na jaw wyszły fakty potwierdzające te obawy.
Prokurator Dariusz Dziemianko, ten sam, który przerwał przesłuchanie córki Katarzyny, przyznał Mieliśmy informację, że policja może być powiązana z rodziną Marka, przez co utrudnia nam działania.
To dlatego zwracał się on do przełożonych o przekazanie sprawy pozakolno, do prokuratury okręgowej w Łomży.
Śledczy z wyższego szczebla Tadeusz Marek, który ostatecznie przejął sprawę, również potwierdził, jednym z powodów przeniesienia śledztwa były podejrzenia bliskich relacji między rodziną podejrzewanego a lokalną policją.
Jeśli tak było w istocie, mogło to tłumaczyć opieszałość i zaniechania.
Być może ktoś na komendzie przymykał oko na pewne rzeczy, działając na korzyść Marka.
Nigdy do końca nie wyjaśniono, jacy konkretnie funkcjonariusze mieli powiązania z rodziną Wieczorków, ani na czym one polegały.
Nie wiedziano, a może nie chciano wiedzieć, kto ewentualnie mógł pomagać zacierać ślady.
Faktem jest, że podejrzenia o lokalną zmowę istniały i rzuciły cień na całą sprawę.
Oficjalnie policja odmówiła komentowania tych rewelacji.
Dla rodziny Katarzyny było jednak oczywiste, że sprawiedliwości na miejscu w Kolnie raczej nie znajdą.
Co na to Marek W.?
Zapytany, czy myśli o swojej zaginionej żonie odpowiedział, już nie.
Te chłodne słowa budziły ciarki.
Brzmiały, jakby mąż pogodził się ze zniknięciem Katarzyny albo już dawno postawił krzyżyk na jej losie.
Zanim sprawa Katarzyny utknęła na dobre, nastąpił jeszcze jeden ważny epizod.
W marcu 2002 roku, po wielu skargach rodziny, śledztwo rzeczywiście przeniesiono z Kolna do Prokuratury Okręgowej w Łomży.
Nowy prowadzący, doświadczony prokurator Tadeusz Marek wraz z ekipą białostockich policjantów zaczął nadrabiać zaległości i szybko dokonał znaczących odkryć.
Śledczy spoza Kolna dotarli do świadków, których wcześniej nikt nie znalazł lub nie wysłuchał.
Kluczowe okazały się relacje dwóch osób.
Dorosłej kobiety i dwunastoletniej dziewczynki, które w feralnej nocy z 9 na 10 czerwca 2000 roku znajdowały się w pobliżu domu Katarzyny.
Obie zeznały, że widziały scenę jak z koszmaru.
Około północy przed domem wieczorku w dwaj mężczyźni pakowali do bagażnika samochodu duży worek, który przypominał kształtem ludzkie ciało.
Jakby czyjeś bezwładne zwłoki zawinięto w płachtę lub worek i ładowano do auta.
Kolejny świadek niezależnie potwierdził, że tej samej nocy widział dwóch mężczyzn wyjmujących podobny worek z samochodu gdzieś na uboczu w okolicy Colna.
Dwaj mężczyźni, noc, tajemniczy pakunek wyglądający na ciało.
Nie trudno się domyślić, kogo podejrzewano jako uczestników tej sceny.
Marek nie mógł sam przenieść zwłok żony i pozbyć się ich tak, by nigdy ich nie odnaleziono.
Być może pomagał mu wspólnik.
Od początku krążyły pogłoski o koledze Marka, który mógł być zaangażowany w ukrycie ciała.
Teraz relacje naocznych świadków zdawały się to potwierdzać.
Policjanci z Łomży przyjrzeli się również bilingom telefonicznym Marka z tamtej nocy.
Odkryli coś zastanawiającego.
Tuż po północy, 10 czerwca 2000 roku, z telefonu Marka wykonano połączenie do jego rodziców.
Było to około godziny 12.36 w nocy.
Po co ktoś dzwonił do rodziców w środku nocy?
Marek utrzymywał, że to nie on, że ktoś dzwonił z mojego telefonu, kiedy spałem.
Trudno w to uwierzyć.
Czyżby włamywacz skradł się do domu i akurat wykonał telefon do teściów Tarzyny?
Bardziej prawdopodobne, że Marek zadzwonił do ojca lub matki, być może po poradę lub pomoc, gdy wydarzyło się coś złego.
Warto odnotować, że później, już nad ranem około 3.54, to ojciec Marka sam zadzwonił do syna, rzekomo by odwołać wspólny wyjazd zaplanowany na ten dzień.
Czyżby ojciec przeczuwał, że syn nie będzie mógł jechać?
Te nocne telefony zostały zaliczone do katalogu poszlak przeciwko Markowi.
W miarę jak nowi śledczy badali sprawę, obraz stawał się coraz bardziej ponury.
Wszystko wskazywało na to, że Katarzyna została tej nocy zamordowana, a następnie sprawca lub sprawcy dołożyli starań, by usunąć wszelkie ślady.
Czyżby wypadł z worka podczas transportu ciała?
A może został celowo wyrzucony przez sprawcę, by upozorować rabunek?
Tego nie wiadomo.
Wiadomo jednak, że portfel był jedyną rzeczą Katarzyny, która zniknęła razem z nią.
W domu, jak wspomniano, zostały wszystkie jej ubrania, torebka, dokumenty.
To sugerowało upozorowanie wyjścia.
Tak, jakby ktoś chciał, by wyglądało na to, że Kasia sama wyszła z domu, bo zabrała klucze i pieniądze, a potem padła ofiarą przestępstwa gdzieś w drodze.
Jednak brak ciała i inne poszlaki przeczyły wersji o przypadkowym napadzie.
Niestety, mimo odkrycia tak obciążających relacji świadków i dowodów, jak krew Katarzyny na szortach męża została ostatecznie potwierdzona dopiero po dwóch latach od zdarzenia, wiele śladów było już zimnych.
Upływający czas zatarł część dowodów i dał podejrzanym komfort przygotowania linii obrony.
Niesiące zwłoki wyeliminowały element zaskoczenia.
Marek i ewentualny pomocnik mieli dość czasu, by przemyśleć alibi i uprzątnąć to, co mogło ich obciążać.
Śledztwo wciąż opierało się głównie na poszlakach.
Choć składały się one w logiczną całość, brakowało koronnego dowodu.
Bez niego prokuraturze trudno było postawić zarzut morderstwa z pełnym przekonaniem.
Sprawa utknęła w martwym punkcie na kilka lat.
Rodzina nie ustawała jednak w staraniach, by wymusić wznowienie dochodzenia.
W 2008 roku wreszcie ich głos przebił się do ogólnopolskich mediów.
Dziennikarze zainteresowali się bulwersującą historią Skolna, w której zaniedbania organów ścigania wydawały się powtarzać znany z innych głośny spraw schemat.
Rzeczpospolita opublikowała artykuł porównujący zaginięcie Katarzyny do sprawy Olewnika, gdzie też doszło do poważnych błędów policji.
Materiał dla programu TVN Superwizjer przygotowała dziennikarka Magda Zagała, nagłaśniając dramat rodziny i wskazując na możliwe układy chroniące sprawcę.
Media sugerowały wręcz, że mąż zaginionej mógł być przez lata chroniony przez miejscową policję.
Te publikacje wywołały poruszenie.
Pod wpływem medialnych doniesień Prokuratura Krajowa zarządziła ponowne zbadanie okoliczności sprawy.
Śledztwo zdecydowano się wznowić po sześciu latach od umorzenia, tym razem jednak, aby uniknąć cienia podejrzeń o wpływy lokalne, dochodzenie przeniesiono jeszcze dalej, do innego województwa.
W 2009 roku sprawą Katarzyny zajęła się Prokuratura Okręgowa w Elblągu.
Śledczy z Elbląga zapoznali się z całą zgromadzoną dokumentacją i dowodami, zweryfikowali je na nowo oraz spróbowali poszukać dodatkowych informacji.
Choć nie ujawniono szczegółów tych działań, wystarczyło to, by zbudować akt oskarżenia.
W grudniu 2009 roku elbląscy prokuratorzy uznali, że zagadkę zaginięcia Katarzyny Wieczorek można rozwiązać.
Dowody wskazują na zbrodnię.
Szef działu śledczego w Elblągu, prokurator Jerzy Waryszak, poinformował media, że do sądu okręgowego w Łomży skierowano akt oskarżenia przeciwko Markowi.
Prokuratura przyjęła w akcie oskarżenia, że Katarzyna została zamordowana w nieustalony bliżej sposób, a sprawcą zabójstwa jest jej mąż.
Mówił prokurator Waryszak.
któremu zarzucono utrudnianie śledztwa, zacieranie śladów i pomoc w ukryciu zwłok Katarzyny.
Nie trudno zgadnąć, chodziło zapewne o przyjaciela Marka, wspomnianego w zeznaniach świadków jako drugi mężczyzna przy samochodzie.
Obaj oskarżeni nie przyznali się do winy.
Po niemal dekadzie od zaginięcia Katarzyny sprawa miała wreszcie trafić na salę sądową.
Wreszcie jej głos został wysłuchany.
Poczuli nadzieję, że prawda wyjdzie na jaw, a winni poniosą konsekwencje.
Jednak to, co wydarzyło się w kolejnych latach na sądowych wokandach miało okazać się huśtawką emocji i niestety ostatecznie wielkim rozczarowaniem.
Zanim przejdziemy do procesu, warto wspomnieć o niepokojącym wątku pobocznym, który wypłynął tuż przed skierowaniem aktu oskarżenia.
Otóż we wrześniu 2009 roku Marek został nagle zatrzymany przez policję w związku z innym śledztwem prowadzonym przez prokuraturę w Białymstoku.
Ku zaskoczeniu wielu, Marek miał planować kolejną zbrodnię, tym razem na swoich teściach, Grażynie i Janie Siwikach, czyli rodzicach zaginionej Katarzyny.
Prokuratura postawiła mu zarzut podżegania do zabójstwa dwóch osób.
Jak się okazało, chodziło właśnie o teściów oraz zarzut obrotu znacznymi ilościami substancji zabronionych.
Ta szokująca informacja sugerowała, że Marek mógł być gotów posunąć się bardzo daleko, by chronić siebie.
Według śledczych w 2008 roku, a więc gdy sprawa zaginięcia Katarzyny znów nabierała rozgłosu, Marek próbował nakłonić kogoś do zabicia Grażyny i Jana.
Można przypuszczać, że motywem miała być chęć zemsty lub uciszenia teściów, którzy od lat oskarżali go publicznie o zamordowanie ich córki.
Prokuratura nie ujawniła szczegółów.
Nie wiemy komu Marek rzekomo zlecał tę zbrodnię, ani czy miało to bezpośredni związek ze sprawą Katarzyny.
Wiadomo jednak, że Marek trafił do aresztu tymczasowego, a śledztwo w tej sprawie przedłużono aż do marca kolejnego roku.
Finalnie wątek ten zakończył się połowicznie.
Sąd prawomocnie skazał Marka za handel substancjami zabronionymi w listopadzie 2011 roku.
Otrzymał on wyrok trzech lat pozbawienia wolności.
Natomiast postępowanie dotyczące podżegania do zabójstwa teściów zostało umorzone przez sąd z braku wystarczających dowodów.
Innymi słowy, nie udało się jednoznacznie dowieść, że rzeczywiście planował wynająć kogoś do zabicia państwa Siwików.
Być może potencjalny wykonawca nie zeznawał, a cała sprawa opierała się na przykład na prowokacji lub po szlakach.
Jeśli jest prawdziwy, pokazuje desperację i mroczną stronę Marka.
Wiedział, że to my najbardziej dążymy do prawdy.
Chciał nas uciszyć, mówili między sobą.
W momencie, gdy zaczynał się proces o zabójstwo Katarzyny, Marek siedział już w areszcie, a później w więzieniu z powodu zarzutów narkotykowych i tych dotyczących podżegania.
Oznaczało to, że na salę rozpraw był doprowadzany jako osoba pozbawiona wolności, co jednak w żaden sposób nie przesądzało o jego winie w sprawie żony.
Proces Marka oskarżonego o zabójstwo żony ruszył w 2010 roku przed Sądem Okręgowym w Łomży.
Był to proces poszlakowy, ponieważ wciąż brakowało twardego, bezpośredniego dowodu zbrodni.
Przede wszystkim nie odnaleziono ciała Katarzyny.
Mimo to prokuratura wspierana przez rodzinę zaginionej wierzyła, że zgromadzony łańcuch poszlak wystarczy do skazania.
Na ławie oskarżonych zasiedli Marek, oskarżony o zabójstwo, oraz jego kolega Krzysztof B., oskarżony o pomoc w zatarciu śladów i ukryciu zwłok.
Obaj nie przyznali się do winy.
Proces budził duże zainteresowanie lokalnej społeczności i mediów.
W Kolnie mówiono o nim jako o najbardziej tajemniczej sprawie od lat.
Rodzina Katarzyny codziennie stawiała się w sądzie.
Grażyna i Jan Siwikowie z napięciem słuchali zeznań i oglądali dowody.
Na sali pojawiła się też młodsza siostra Katarzyny, Anna, wspierając rodziców.
Po dziesięciu latach od zaginięcia wreszcie istniała szansa usłyszeć oficjalną wersję wydarzeń tej feralnej nocy.
Większość obciążających dowodów miała charakter poszlak, które należało połączyć w spójną historię.
Sędziowie nie dysponowali żadnymi zeznaniami naocznego świadka morderstwa.
Były za to ślady krwi, relacje świadków z nocy, kłamstwa oskarżonego i motyw w postaci gwałtownego konfliktu małżeńskiego.
Wszystko to sugerowało winę Marka, ale obrona robiła co mogła, by zasiać wątpliwości.
23 września 2010 roku po kilkumiesięcznym procesie Sąd Okręgowy w Łomży ogłosił wyrok.
Na sali panowała cisza, jak makiem zasiał.
Wszyscy wstrzymali oddech.
Marek W. został uznany winnym, lecz nie dokładnie tego, o co go oskarżono.
Sąd analizując dowody doszedł do wniosku, że nie ma stuprocentowej pewności co do zamiaru zabójstwa.
Uznano więc, że doszło nie do morderstwa z premedytacją, ale do nieumyślnego spowodowania śmierci Katarzyny.
Innymi słowy, sąd przyjął, że być może w trakcie małżeńskiej awantury Marek działając w emocjach przyczynił się do śmierci żony, ale nie udowodniono mu zamiaru zabójstwa.
Wyrok brzmiał 5 lat pozbawienia wolności dla Marka.
Jego kolega Krzysztof został natomiast uniewinniony od zarzutu pomocnictwa.
Sąd nie znalazł wystarczających dowodów by go skazać.
Wyrok ten wywołał mieszane odczucia.
Z jednej strony Marek został skazany i oficjalnie uznano, że miał udział w tajemniczym zniknięciu żony.
Sąd stwierdził wręcz, że nie ma wątpliwości, iż oskarżony brał udział w zdarzeniach, które doprowadziły do zniknięcia Katarzyny.
Z drugiej strony jednak kwalifikacja czynu jako nieumyślnego spowodowania śmierci oznaczała łagodniejszą odpowiedzialność jak za wypadek, a nie za zabójstwo.
Dla wielu obserwatorów była to decyzja zachowawcza.
Przewodnicząca składu orzekającego sama przyznała, że proces trwał 10 lat i trudno wyrok, który w nim zapadł, nazwać triumfem wymiaru sprawiedliwości.
5 lat więzienia za odebranie życia młodej kobiecie, o ile tak było, wydało się karą dość lekką.
Sąd argumentował jednak, że skoro nie udało się odtworzyć dokładnego przebiegu wydarzeń sprzed dekady, to na zamiar zabójstwa brakowało niezbitych dowodów.
W polskim prawie wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego, stąd zmiana kwalifikacji czynu.
Na twarzy Grażyny Siwik malował się smutek i rezygnacja.
Dla niej i jej męża ukaranie byłego zięcia nigdy nie było celem samym w sobie.
Oni przede wszystkim pragnęli poznać prawdę o losie córki.
W wyroku nie usłyszeli jednak odpowiedzi na najważniejsze pytania.
Co naprawdę stało się z Kasią?
Wyrok na to nie odpowiedział.
Proces poszlakowy ciężka sprawa, mówiła pani Grażyna, nie kwestionując decyzji o lżejszej kwalifikacji czynu.
Bardziej niż o wyrok i długość kary, chodziło jej o odkrycie prawdy.
Po ogłoszeniu wyroku matka Katarzyny zwróciła się bezpośrednio do Marka, który stał na ławie oskarżonych.
Ze łzami w oczach poprosiła go, by powiedział, choć teraz po latach, co zrobił z Kasią.
Nawet gdyby skazano cię na tysiąc lat, to dla mnie żadna satysfakcja.
Nie mam córki, nie mam swojego dziecka, mówiła drżącym głosem.
Chcę wiedzieć, gdzie ona jest.
Powiedz, żebym mogła szukać choćby szczątków córki.
Te rozpaczliwe słowa odbiły się echem po sali sądowej.
Jednak Marek milczał, patrząc w podłogę.
Nie zdradził żadnych sekretów.
Nadal utrzymywał swoją wersję, że żona go opuściła i on nie wie, co się z nią stało.
Wyrok z 2010 roku nie był prawomocny.
Obie strony zapowiedziały apelację.
Prokuratura uważała, że kara jest zbyt łagodna i chciała ponownego rozpatrzenia sprawy jako zabójstwa.
Obrońcy Marka przeciwnie, domagali się pełnego uniewinnienia twierdząc, że nawet poszlaki nie dowodzą jego winy.
Przed rodziną Katarzyny otwierała się kolejna niepewna batalia sądowa.
W następnych miesiącach sprawa trafiła na wokalę sądu apelacyjnego w Białymstoku.
Sąd ten w 2011 roku przeanalizował odwołania i ostatecznie uchylił wyrok sądu okręgowego.
Uznano, że w postępowaniu pierwszej instancji doszło do uchybień i sprawę trzeba rozpoznać ponownie.
Proces w pierwszej instancji ruszył więc po raz drugi.
Ponownie przed sądem okręgowym w Łomży, lecz w zmienionym składzie sędziowskim.
Drugi proces toczył się w latach 2011-2012 i właściwie nie przyniósł nowych dowodów.
Były te same poszlaki, te same zeznania świadków.
8 maja 2012 roku Sąd Okręgowy w Łomży uniewinnił Marka od zarzutu zabójstwa żony, a także uniewinnił Krzysztofa B. od zarzutów pomocnictwa.
Po 12 latach od zdarzenia sąd de facto stwierdził, że nie da się ustalić, co się stało z Katarzyną.
Prokuratura nie dała za wygraną i ponownie złożyła apelację.
Sprawa więc znowu trafiła do sądu apelacyjnego w Białymstoku.
Ten sąd, druga instancja w drugim procesie miał już definitywnie rozstrzygnąć, czy Marek W. jest winny czy niewinny zaginięcia swojej żony.
Sąd apelacyjny w Białymstoku utrzymał wyrok uniewinniający Marka W. od zarzutu zabójstwa.
Wyrok stał się tym samym prawomocny, kończący możliwość dalszego ścigania męża Katarzyny.
Był to koniec długiej sądowej sagi, niestety nie przynoszącej odpowiedzi na pytanie, co naprawdę stało się z Katarzyną Wieczorek.
Uzasadnienie wyroku apelacyjnego było znamienne.
Sąd apelacyjny, kierując się zasadą domniemania niewinności i wymogiem pewności ponad uzasadnioną wątpliwość, uznał, że choć przeciwko Markowi istnieje wiele poszlak, to nie dały się one ułożyć spójną całość, pozwalającą bez wątpliwości wskazać go jako sprawcę.
Sędzia Halina Czaban w ustnym uzasadnieniu wyliczyła nawet wiarygodne poszlaki wskazujące na winę Marka, a wśród nich motyw nasilający się konflikt między małżonkami tuż przed rozwodem, który mógł pchnąć sprawcę do zbrodni w afekcie.
Katarzyna zniknęła nagle, nie zostawiając żadnej wiadomości ani sygnału.
Wszystkie rzeczy osobiste zostały na miejscu, co jest nietypowe dla dobrowolnej ucieczki.
Plama krwina w spodenkach oskarżonego, krew Katarzyny znaleziona na ubraniu Marka świadczy o kontakcie z krwawiącą ofiarą.
Dziwne nocne telefony, połączenia wykonywane przez oskarżonego w środku nocy do ojca, co wskazuje na nerwową aktywność Marka, nie pasującą do jego wersji o spaniu.
Choć paradoksalnie brak zwłok jest problemem dowodowym, to ich nieodnalezienie przez tyle lat również może być poszlaką.
Przypadkowy sprawca zapewne porzuciłby zwłoki, a nie byłoby tak, że do dziś ich nie odnaleziono, zauważyła sędzia Czaban.
To sugeruje, że ciało celowo ukrył ktoś, kto bardzo nie chciał, by je znaleziono.
Jednocześnie jednak, argumentował sąd, poszlaki te nie wypełniły najważniejszych brakujących elementów układanki.
Nie wyjaśniły dokładnie kiedy, gdzie i jak Katarzyna zginęła.
Bez odnalezienia ciała niemożliwe było ustalenie przyczyny zgonu ani nawet pewnego czasu śmierci.
Tym samym zawsze pozostaje cień wątpliwości, kto tak naprawdę pozbawił ją życia.
Sędzia stwierdziła wprost, przyjmując za wiarygodną poszlakę, że Katarzyna Wu nie żyje, pozostaje wątpliwość, kto to zrobił.
Nie można wykluczyć innych wersji, to znaczy takich, że sprawcą jej śmierci jest inna osoba, a nie akurat jej mąż Marek.
Podkreślił, że poszukiwania prowadzone na szeroką skalę nie dały rezultatu, a hipotezy, jakoby Katarzyna żyła gdzieś w ukryciu, uznano za dalece abstrakcyjne i w realiach sprawy nieuprawdopodobnione.
Tym samym sąd odrzucił tezę obrony, że może Katarzyna po prostu uciekła i żyje sobie nowym życiem.
Według sądu w ślite zgromadzonej wiedzy Katarzyna Wieczorek niemal na pewno zginęła w feralnej nocy.
Tyle, że w ocenie sądu nie dało się w sposób pewny wskazać zabójcy.
Po 2012 roku, gdy sąd wydał prawomocny wyrok uniewinniający w sprawie Katarzyny Wieczorek, zapadła cisza.
Wyczerpano możliwości prawne pociągnięcia Marka W. do odpowiedzialności.
Nie można go ponownie oskarżyć o to samo, chyba że pojawiłyby się całkowicie nowe, przełomowe dowody, np.
Nic takiego jednak się nie wydarzyło.
Rodzina Katarzyny musiała pogodzić się z gorzką rzeczywistością.
Choć formalnie nikt nie został uznany winnym jej śmierci, oni nie mieli wątpliwości, co się stało.
Żyją teraz już tylko dla wnuczek, dwóch córek Katarzyny, które dorastały bez matki.
Dziewczynki, no dziś już dorosłe kobiety, wychowywały się częściowo u dziadków.
Szczególnie starsza córka, ta która jako siedmiolatka była świadkiem ostatniego wieczoru z mamą, musiała zmagać się z traumą i sprzecznymi emocjami.
Z jednej strony straciła mamę, z drugiej jej tata był powszechnie podejrzewany o okropną rzecz.
Można sobie tylko wyobrazić, jak trudne było jej dzieciństwo.
Rodzina starała się chronić wnuczki przed medialnym szumem.
Marek po wyjściu z więzienia za substancje zabronione podobno wyprowadził się z kolna.
W miasteczku mieszkańcy do dziś mówią o nim szeptem.
Wielu w głębi duszy wierzy, że to on ją zrobił, mówiąc pewnym żargonem.
Ale oficjalnie mężczyzna jest wolny od zarzutów i ma prawo układać sobie życie na nowo.
Co pewien czas echa sprawy Katarzyny powracały w mediach, zwłaszcza lokalnych.
W 2016 roku pojawiła się iskierka nadziei na przełom.
Wiosną 2016 na żwirowni we wsi Żebry pod Kolnem znaleziono przypadkiem ludzkie szczątki, czaszkę i kości.
Mieszkaniec natknął się na nie w ziemi i zawiadomił policję.
Natychmiast pojawiły się spekulacje, że to mogą być doczesne szczątki zaginionej 16 lat wcześniej Katarzyny.
Media lokalne rozgrzały się od tej wiadomości.
Rodzina z drżeniem serca czekała na wyniki oględzin.
Niestety po przebadaniu kości okazało się, że to fałszywy trop.
Prawdopodobnie były to stare szczątki być może jeszcze sprzed kilkudziesięciu lat i nie miały związku ze sprawą Katarzyny.
Mimo upływu ćwierć wieku rodzina nie traci całkiem nadziei.
Katarzyna Wieczorek wciąż figuruje w rejestrach osób zaginionych.
Między innymi Fundacja Itaka nadal prowadzi jej profil, publikując zdjęcia i podstawowe informacje.
Oczywiście fotografia Katarzyny jest nieaktualna.
Przedstawia uśmiechniętą 26-latkę sprzed lat, podczas gdy dziś miałaby ona 51 lat.
Niemniej umieszczenie jej w bazie zaginionych to dla bliskich symbol, że sprawa żyje i czeka na rozwiązanie.
Dopóki nie odnajdą ciała lub szczątków, to puty nie zaznają prawdziwego zamknięcia sprawy.
Grażyna Siwik każdego dnia zapala świeczkę przy fotografii córki.
W głębi serca marzy już nie o wymiarze sprawiedliwości, ale o tym, by odnaleźć choćby najdrobniejszy ślad.
By mieć gdzie położyć kwiaty, gdzie zapalić znicz dla Kasi.
Czy ta sprawa się kiedyś wyjaśni?
Pytał retorycznie lokalny dziennikarz w artykule sprzed lat.
Niestety odpowiedzi wciąż brak.
Zaginięcie Katarzyny Wieczorek pozostaje jedną z najbardziej dramatycznych i tajemniczych historii kryminalnych Podlasia.
To opowieść o miłości, która zmieniła się w nienawiść, o prawdzie, która zaginęła razem z ofiarą oraz o sprawiedliwości, która do dziś nie triumfowała.
Choć minęły dwie dekady, bliscy Katarzyny wciąż czekają na dzień, w którym dowiedzą się, co tak naprawdę stało się tamtej czerwcowej nocy.
Czekają naprawdę, bo tylko ona może przynieść ukojenie ich bólu.
Ostatnie odcinki
-
Matka Madzi – historia, której Polska nie chce ...
01.02.2026 20:08
-
KWIDZYN: Pracownica weszła do przedszkola z noż...
30.01.2026 13:29
-
Tragedia w Ustce! Ojciec odebrał życie 4-latce!
27.01.2026 19:00
-
Co się stało z Iwoną Wieczorek? Przełom w sprawie?
22.01.2026 09:00
-
TRZY STYCZNIOWE TRAGEDIE. Maja z Bielan, Emilia...
16.01.2026 14:26
-
TRAGEDIA POD WŁODAWĄ ❄️ −15°C. Co naprawdę stał...
13.01.2026 08:59
-
Zbrodnia Połaniecka: Prawda, która jest straszn...
05.01.2026 17:33
-
Karolina Wróbel: Rok Temu Zniknęła bez Śladu
03.01.2026 21:42
-
Tragedia Małgorzaty Śnieguły | Podcast Kryminalny
01.12.2025 11:34
-
Tragedia Pauliny Arbaczewskiej – Co naprawdę si...
08.11.2025 17:59