Mentionsy
"JOLKA" I WAMPIR [1/2]: Sezon grzewczy (1970)
Sezon grzewczy, płatna miłość kotłowniach centralnego ogrzewania i Wampir, uprowadzający radomskie nierządnice. Oto opowieść o operacji o kryptonimie „Jolka” prowadzonej przez radomską milicję w latach 70.
Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij:
https://anchor.fm/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe
Źródła: https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/jolka-i-wampir
Muzyka:
Purple Planet Music - Lazy Days
Creep - Emmit Fenn
Szukaj w treści odcinka
Sezon grzewczy, płatna miłość w kotłowniach centralnego ogrzewania i wampir uprowadzający radomskie nierządnice.
Dziś w Zbrodniach Prowincjonalnych opowiem Wam o operacji o kryptonimie Jolka prowadzonej przez radomską milicję w latach 70.
Zapraszam.
Podzieliłam ten odcinek na dwie części, jak zwykle wtedy, kiedy historia jest złożona i wielowątkowa, ale nie będziecie musieli długo czekać na drugi odcinek, bo pojawi się on na kanale już jutro o 8 rano.
Zacznijmy więc od tego, że rzecz dzieje się w Radomiu.
Szczerze mówiąc, nie wiem skąd się wzięły żarty z Radomia.
Nie znam tego miasta i jakoś dla mnie niespecjalnie się ono różni od innych miast tej wielkości.
Ale z jakiegoś powodu, jak coś się dzieje w Radomiu, to się z tego można nabijać, dlatego pomimo, że Radom nie kwalifikuje się zasadniczo do tego, co określamy mianem prowincji, no to jakoś mimo wszystko do tych naszych prowincjonalnych klimatów mi pasuje właśnie z racji tego, w jaki sposób jest postrzegany w naszym kraju, że Radom to takie miasto żart.
Jeśli o mnie chodzi, to nic do Radomia nie mam, jak powiedziałam, nie znam tego miasta i w sumie nie wiem, dlaczego ktoś uznał kiedyś, że jest ono śmieszne.
Jeśli ktoś z Was mieszka w Radomiu albo z niego pochodzi, to nie obrażajcie się, że go tutaj do działu zbrodni prowincjonalnych włączyłam.
Tak prawdę mówiąc, robię to głównie dlatego, że trafiłam na teczkę ze śledztwa prokuratury w sprawie o kryptonimie Jolka, sprawie, która jest w świecie true crime kompletnie nieznana i pomyślałam, że szkoda byłoby o niej nie opowiedzieć.
Zapraszam Was zatem dzisiaj w podróż do radomskiego półświatka lat 70., do świata, w którym prostytutki mają wdzięk emerytowanych bibliotekarek i na pierwszy rzut oka niczym się nie różnią od urzędniczek z Urzędu Miasta, niczym poza tym, że w środowisku radomskich prostytutek, inaczej niż w środowisku urzędniczek, w latach 70. doszło do serii zagadkowych zaginięć.
I żeby uporządkować te zdarzenia i przybliżyć każdą z tych sytuacji, opowiem Wam teraz o 6 z tych kobiet w takiej kolejności, w jakiej milicja dowiadywała się o ich zaginięciach, co nie jest tożsame z kolejnością, w jakiej zaginęły.
Nie do końca w każdym razie, bo niektóre z tych zgłoszeń...
były składane po upływie wielu miesięcy od momentu zaginięcia.
Nieraz bliscy nawet nie wiedzieli, kiedy dokładnie ta osoba zniknęła, kto ją widział jako ostatni.
Było to ustalane dopiero później.
Także ponumerujemy sobie te zaginięcia, żeby łatwiej było mi później się do nich odwoływać, kiedy przejdę już do śledztwa w tej sprawie.
Mam nadzieję, że w ten sposób się nie pogubimy w tej historii.
Na Instagramie i Facebooku zbrodni prowincjonalnych wrzucam też kilka zdjęć, które udało mi się wygrzebać do tej sprawy, także zainteresowanych zapraszam właśnie tam.
I od razu powiem, że będę tu mówić o sześciu kobietach, bo od tego zaczęło się śledztwo.
Później już na dalszym etapie milicja dowiedziała się o jeszcze jednej zaginionej, ale w tych dokumentach, do których ja miałam dostęp, ona jest tylko wspominana bez żadnych dodatkowych informacji.
Kiedy ruszyło śledztwo o kryptonimie Jolka, była mowa o sześciu zaginionych.
Posłuchajcie zatem, jak się to wszystko zaczęło.
Pierwsze zawiadomienie milicja otrzymała 10 marca 1970 roku, niemal miesiąc po tym jak po raz ostatni widziano 40-letnią Halinę.
Szczupła, bardzo niska kobieta mierzyła zaledwie 152 cm wzrostu, była blada, miała niebieskie oczy, włosy farbowała na kolor kasztanowy.
Rodzina nie spieszyła się ze zgłoszeniem jej zaginięcia, no bo wiadomo, nie chcieli jej narobić problemów.
W PRL-u nikt nie chciał za bardzo zwracać na siebie uwagi milicji, a już szczególnie jeśli się uprawiało zawód, którym parała się Halina i pozostałe nasze dzisiejsze bohaterki.
Dziś podobno już nie mówi się prostytutka, tylko seksworkerka, ja z tym nie będę dyskutować, ale teraz mówimy o sprawie sprzed 50 lat, no i umówmy się, w Radomiu w 1970 roku nie było seksworkerek, tylko prostytutki, więc tak będę tę profesję nazywać na potrzeby dzisiejszej opowieści.
Halina wyszła ze swojego mieszkania w starym wielorodzinnym domu przy ulicy Giserskiej w Radomiu 12 lutego 1970 roku i miały jej nie być najwyżej dwie godziny.
Nie zabrała ze sobą dokumentów ani żadnych osobistych drobiazgów, ale tego samego dnia odebrała z Wydziału Opieki Społecznej zapomogę w wysokości 700 zł.
Tak jej przypływ gotówki dawał oczywiście pewne możliwości, co tym bardziej sprawiało, że bliscy nie chcieli od razu zawiadamiać milicji.
Halina miała jednak dzieci, dwoje z nich zostawiła pod opieką koleżanki, oprócz tej dwójki miała jeszcze dwoje innych dzieci, które mieszkały w tamtym czasie w domu dziecka.
Także koleżanka, która miała zostać z dziećmi na dwie godziny, a w efekcie została z nimi na miesiąc,
Wreszcie stwierdziła, że przydałoby się coś z tym zrobić.
Skontaktowała się z siostrą Haliny, która też mieszkała w Radomiu i siostra zgłosiła sprawę milicji.
Na tym etapie władze niespecjalnie się tym zgłoszeniem przejęły.
Z racji swojej profesji Halina utrzymywała liczne stosunki z różnymi mężczyznami, często całkowicie przypadkowymi.
Halina miała jakiegoś jednego bardziej stałego absztyfikanta, niejakiego Ryśka, który był ojcem jej dwójki dzieci.
Rysiek był jednak żonaty i jego małżonka nie była szczęśliwa, kiedy jakiś czas wcześniej dowiedziała się, że jej mąż sypia z prostytutkami i miewa z nimi dzieci.
Dlatego absztyfikant ostatnio się trochę musiał wycofać pod presją żony.
Później nadeszła wiosna, lato.
I być może w tej sprawie nikt już by nic nie zrobił, ale nadszedł kolejny sezon grzewczy i radomska milicja zaczęła otrzymywać kolejne zgłoszenia.
Janina A. pseudonim Jolka.
Umilała im nocne zmiany swoimi usługami, aż pewnego dnia zniknęła.
Zostawiła kilkuletnie dziecko, z którym mieszkała w mieszkaniu swojego ojczyma.
Ojciec dziecka niespecjalnie się poczuwał dołożenia na jego utrzymanie, pomimo kilku spraw w sądzie, które mu wytaczała.
Jolka była dobrze znana również w środowisku radomskich prostytutek, utrzymywała koleżeńskie kontakty z wieloma paniami parającymi się tą profesją i właśnie jedna z koleżanek widziała ją jako ostatnia.
Kobieta mieszkała przy ulicy Słowackiego.
Przy tej samej ulicy znajdowały się aż dwie z kotłowni służących za miejsce schadzek radomskich prostytutek.
Dokładnie te kotłownie znajdowały się przy Słowackiego 17 i Słowackiego 62 przy dawnym kinie Odeon.
W momencie uruchomienia w 1967 roku kino było największym i najnowocześniejszym kinem w ówczesnym województwie kieleckim.
Miało aż 420 miejsc.
Nie istnieje już od lat, konkretnie od lat 90.
Budynek kina przez wiele lat był pustostanem, straszył po wybijanymi oknami grafiti, aż w końcu go zaorali i wybudowali w tym miejscu biedronkę i jakieś osiedle.
Kino Odeon było raczej znane z innych wydarzeń, niekoniecznie z tego, że do jego kotłowni miejscowe prostytutki przyprowadzały swoich klientów, no ale to też był element jego historii, jak się okazuje.
Wracając do Janiny, to ostatni raz była widziana właśnie przy ulicy Słowackiego w kamienicy oddalonej o kilka numerów od kina Odeon 19 listopada 1970 roku.
Tak się składało, że właśnie w tym czasie kobieta postanowiła iść do tzw.
Jak ustalono, dzień przed zaginięciem została zatrudniona w radomskich zakładach przetwórstwa owocowo-warzywnego przy ulicy Struga 71.
W dokumentach kadrowych angaż pracy wystawiony był z dniem 11 listopada 1970 roku.
Wystawiono jej również kartę pracy i znalazła się na liście płac w grudniu.
Zarobiła 35 złotych 20 groszy, czyli wyglądało na to, że pewnie z raz albo dwa w tej pracy była.
I wypłata tych środków nastąpiła 10 grudnia 1970 roku.
Została pokwitowana przez Janinę.
a przynajmniej był tam jakiś podpis na tym odcinku, co by oznaczało, że jeszcze na początku grudnia kobieta żyła.
Natomiast nie wiadomo, czy to faktycznie ona pokwitowała, czy na przykład ktoś z kadr zobaczył, że nie było jej w pracy od dwóch czy trzech tygodni, nie stawiła się po wypłatę, więc po cichu odebrał ją sobie zamiast niej i sfałszował jej podpis.
Nie było to niemożliwe w tamtych czasach.
Ta wypłata została odebrana już po tym, jak siostrzenica Janiny zgłosiła jej zaginięcie, a zrobiła to 30 listopada 1970 roku, czyli stosunkowo szybko.
Chociaż wiadomo, że w przypadku zaginięć kluczowe są pierwsze godziny, pierwsze trzy doby tak naprawdę, bo później już ustalenie ostatnich kroków zaginionej osoby staje się praktycznie niemożliwe.
Są małe szanse na to, że ktoś będzie pamiętał, czy trzy tygodnie temu, albo trzy miesiące temu, albo tym bardziej rok temu mijał kogoś na schodach, albo widział kogoś na przystanku autobusowym, czy gdzieś tam.
W ciągu pierwszych dni po zaginięciu
Takie informacje da się jeszcze uzyskać, no ale im później, tym jest to mniej prawdopodobne.
No i w przypadku Jolki też niewiele udało się ustalić, chociaż milicja badała kwestię tego, czy ona sama odebrała te pieniądze z wypłaty, czy ktoś to zrobił, to ostatecznie nic więcej nie udało się na ten temat dowiedzieć.
Jeśli komuś się wydawało, że bliscy Haliny długo czekali ze zgłoszeniem jej zaginięcia, to co dopiero powiedzieć o bliskich Ireny, o której zaginięciu milicję poinformowano 4 stycznia 1971 roku, po tym jak ostatni raz widziano kobietę 16 października 1969 roku.
Także przez grubo ponad rok nikt o Irenie nie słyszał, nie widział jej i nie zgłosił jej zaginięcia.
W tym przypadku również ostatecznie na milicję zgłosiła się siostra zaginionej, no i wyglądało na to, że Irena była...
Pierwszą z tej serii kobiet, które zaginęły w Radomiu.
Jej biografia nie prezentuje się zbyt inspirująco.
Była kobietą lekkich obyczajów, jak podaje notatka służbowa, i nałogową alkoholiczką.
Syn mieszkał razem z nią, ale miał już 21 lat, więc nie był na jej utrzymaniu.
Po raz ostatni widziano ją, kiedy wychodziła z mieszkania, będąc w stanie upojenia alkoholowego w towarzystwie mężczyzny w mundurze wojskowym.
Personalia tego mężczyzny pozostawały nieznane, wiadomo o nim tyle, że miał na sobie ciemną jesionkę, jak pewnie każdy w Radomiu o tej porze roku.
Kobieta nie mówiła też, dokąd się wybierali, poza tym, że na miasto, co mogło znaczyć wszystko.
Później widziano ją jeszcze na Placu Konstytucji, kiedy szła w górę ulicy Żeromskiego z jakimś mężczyzną średniego wzrostu.
Ulica Żeromskiego w Radomiu przewija się właściwie przez wszystkie te zaginięcia, bo była to ulica, przy której kobiety najczęściej szukały sobie klientów.
I tam też po raz ostatni widziano kolejną zaginioną.
27 lutego 1971 roku Elżbieta przechadzała się ulicą Żeromskiego w poszukiwaniu klientów.
Towarzyszyła jej koleżanka z pracy Krystyna.
Panie kręciły się w okolicach centrum miasta, gdzie były największe szanse na zarobek.
Prostytuowanie się w lutym to nie jest łatwy kawałek chleba, trzeba sobie powiedzieć.
Ciemno, zimno, każdy się spieszy do domu, no ale trzeba to trzeba.
Elżbieta specjalnie po to przyjechała tego dnia do Radomia.
Zameldowana była we wsi Mniszek pod Radomiem, tam też mieszkało jej dziecko.
Na nierządzie zarabiała dość dobrze, koleżanki wspominały, że miała powodzenie u mężczyzn, a pieniądze trzymała na książeczce PKO.
Pod jej nieobecność dziecko zostawało pod opieką rodziny mieszkającej w Niszku, a podczas swoich pobytów w Radomiu Elżbieta zatrzymywała się zwykle w mieszkaniu Krystyny, która dorabiała sobie sutenerstwem i której mieszkanie przy ulicy Dzierżyńskiego, dziś Limanowskiego, służyło wielu kobietom do spotkań z klientami.
Elżbieta była niską kobietą przy kości, miała krótkie blond włosy, które tapirowała sobie w taki hełm, jak to kiedyś czesały się wszystkie nauczycielki i prostytutki z Radomia.
Tamtej nocy ubrana była w kilka swetrów, grube palto, no bo w końcu to zima, więc nie ma co szaleć.
Koło godziny 23 Elżbiecie udało się znaleźć klienta.
Wynegocjowali warunki, czego świadkiem była Krystyna.
Mężczyzna, którego żadna z kobiet wcześniej nie znała i nie wiedziały kim był, jak się nazywał, miał zapłacić za usługę 100 zł i postawić Elżbiecie pół litra wódki.
A akt nierządny miał się odbyć w kotłowni przy ulicy 1 Maja, mieszczącej się przy szkole specjalnej, do której kobieta i jej klient pojechali taksówką.
To było ostatnie znane miejsce pobytu Elżbiety.
Później jeszcze pojawiły się plotki o jakiejś restauracji pod Radomiem, w której miała być widziana, ale tego nigdy nie potwierdzono.
W kotłowni na 1 maja Elżbieta miała zaprzyjaźnionego palacza Stefana, do którego często chodziła.
Wielu palaczy było klientami prostytutek, ale niektórzy z nich też udostępniali im pomieszczenia na terenie kotłowni, w których pracowali, żeby mogły tam chodzić z klientami.
Zwykle to był taki handel wymienny, kobiety korzystały z ich kotłowni, a w zamian palacze mogli skorzystać z nich.
Wiem, że to zabrzmiało dość bezdusznie, no ale obawiam się,
że świat płatnego seksu generalnie taki właśnie jest.
Niekoniecznie opiera się na wzajemnym szacunku i empatii.
Zaginięcie Elżbiety w kwietniu 1971 roku zgłosiła jej siostra.
Znowu wiele tygodni minęło, odkąd ją widziano po raz ostatni.
Ustalenie ostatnich kroków kobiety było już praktycznie niemożliwe.
Zawiadomienie o tym, że Elżbieta jest poszukiwana przez milicję opublikowano w Życiu Radomskim dopiero w połowie maja, także minęły kolejne tygodnie.
Zresztą tak było we wszystkich przypadkach.
Za każdym razem miało wiele miesięcy od zgłoszenia, zanim milicja w ogóle zajęła się sprawą.
Jeszcze więcej zanim opublikowała zdjęcia i rysopis poszukiwanych, prosząc o kontakt tych, którzy widzieli kobiety.
Także prawdopodobieństwo, że te ogłoszenia coś dadzą było niewielkie.
To znaczy, jeśli kobiety by nadal żyły i mieszkały gdzieś indziej,
nie kontaktując się z rodziną, no to może tak, ale jeśli zostałyby uprowadzone, zamordowane, no to niewiele mogłoby to pomóc przy szukaniu sprawcy.
Zresztą nie znalazłam w życiu radomskim ogłoszeń w sprawie wszystkich zaginionych kobiet.
Nie wiem, czy akurat były na tych stronach, których brakowało, czy po prostu nie zamieszczono ich dla wszystkich kobiet, ale akurat zdjęcie Elżbiety się tam znalazło.
Jej sprawa wydawała się najbardziej obiecująca, bo był świadek, który widział ją ostatniej nocy przed zaginięciem, jej koleżanka Krystyna, która później tej nocy przejechała jeszcze taksówką tę trasę, którą Elżbieta miała pokonać w drodze do kotłowni na 1 maja, rozglądając się za nią.
i która widziała towarzyszącego jej mężczyznę, który potencjalnie mógł stać za jej zniknięciem, a może także za zniknięciem innych kobiet.
Krystyna stała się więc cennym świadkiem nie tylko w sprawie Elżbiety, ale także kilku innych zaginionych kobiet, w tym Janiny P. Zaginiona numer 5.
Janinę jako jedyną z sześciu zaginionych kobiet po raz ostatni widziano nie w drodze na schackę podczas wykonywania najstarszego zawodu świata, ale podczas pogrzebu, czy raczej stypy po tym pogrzebie.
Działo się to 25 marca 1971 roku.
Nieszczęsnym bohaterem tej uroczystości był niejaki pan Czesław.
Pan Czesław z jakiegoś powodu, którego nie będę dociekać, miał w swoim gronie znajomych spotkanie.
sporo kobiet lekkich obyczajów i wszystkie one zjawiły się na jego pogrzebie.
Po zakończeniu uroczystości urządziły sobie stypę, podczas której pijąc wódkę wspominały biednego Czesława.
Stypa miała się odbywać w jednej z radomskich kotłowni.
Wódka się skończyła, panie się rozeszły, niedługo miał się skończyć sezon grzewczy, a Janiny więcej nie widziano.
Janina była najstarsza z wymienionych tu kobiet, miała 52 lata, nie miała dzieci, za to w swoim życiorysie miała już epizod więzienny.
O tym, że zaginęła milicja dowiedziała się od jej kuzyna Zenona 14 kwietnia 1971 roku.
Siostra Janiny usłyszała od jednej z jej koleżanek z branży, konkretnie od wspomnianej już przy poprzednim zaginięciu Krystyny.
że po pogrzebie ona, Janina i jeszcze jedna prostytutka poszły do palaczy z kotłowni w szkole na ulicy Słowackiego.
Krystyna po pewnym czasie wyszła, ale kiedy się oddalała, wydawało jej się, że słyszy krzyk Janiny.
W tamtym momencie nie przejęła się tym zbytnio, takie krzyki nie były niczym niespotykanym w podobnych okolicznościach.
Ale teraz, skoro Janiny nie było od tamtej pory, skoro od tamtej pory nikt jej nie widział, no to może miało to jakieś znaczenie.
A temat kotłowni powrócił jeszcze w przypadku kolejnej zaginionej kobiety.
Marianna często bywała ze swoimi klientami w kotłowni przy 1 Maja, jak również w kilku innych radomskich kotłowniach.
To właśnie tam miała się udać, kiedy widziano ją po raz ostatni.
Zaginięcia Marianny nikt nie zgłosił.
Milicja dowiedziała się o jej zniknięciu dopiero jakiś rok później od kobiet przepytywanych na okoliczność pozostałych zaginięć.
W Radomiu nie miała żadnego stałego miejsca zameldowania.
Pomieszkiwała trochę to tu, to tam.
Była zatrudniona w zakładach wyrobów wapienno-piaskowych z silikaty jako pracownik fizyczny.
Nie rządem trudniła się od kilkunastu lat, nikogo nie miała i nikogo specjalnie nie interesowała.
Marianna przyznała się kilku koleżankom z branży do tego, że w rzeczywistości nie odczuwa żadnej przyjemności ze stosunków z mężczyznami, także wyjątkowo źle wybrała zawód.
Mężczyzną swoim klientom oczywiście tego nie przyznawała, ale tak naprawdę była lesbijką.
Później udało się jeszcze ustalić, że ostatni ślad Marianna zostawiła po sobie w radomskiej izbie wytrzeźwień, do której została przyprowadzona w nocy z 11 na 12 lutego 1971 roku, no i tam już ślad się po niej urywa.
Tak samo jak po pięciu pozostałych kobietach.
Jak słyszycie, choć były w różnym wieku, to ich status społeczny i tryb życia były dość podobne.
Raporty milicyjne dość okrutnie opisują powierzchowność wszystkich zaginionych kobiet, cytuję, wymienione kobiety trudniące się nierządem nie przedstawiały większej wartości estetycznej, pomimo że były one w wieku od 25 do 52 lat.
Stawki, które były wymieniane w przypadku większości tych kobiet to 100 zł plus jakiś alkohol do wypicia przed stosunkiem.
Nie wiem dokładnie jaki był zakres usług w ramach tej kwoty, no ale sprawdziłam, że w 1970 roku średnia miesięczna pensja wynosiła 2253 zł, czyli przy 20 dniach roboczych w miesiącu to wychodzi mniej więcej 111 zł dziennie.
Także finansowo no to przy jednym kliencie dziennie miały taką samodniówkę jak inni za 8 godzin na takim dość dobrym stanowisku, no bo to była średnia pensja, czyli wiele osób na niższych stanowiskach zarabiało znacznie poniżej tej kwoty.
Ale w świecie płatnej miłości były to raczej stawki minimalne, z dolnej półki można powiedzieć.
Kobiety, o których tu mówimy funkcjonowały na samym dole drabiny społecznej.
Ich usługi należały do tych najtańszych na tym rynku, to były alkoholiczki, które nieraz godziły się nawet na współżycie w zamian za alkohol, czy tam za jakieś inne przysługi.
Większość z nich nie była już najmłodsza, były zniszczone przez alkohol, zaniedbane, nie miały nawet własnych pokoi, czy mieszkań, w których mogłyby przyjmować klientów, dlatego robiły to w różnych przypadkowych miejscach, albo były skazane na miejsca, które wskazał klient z całym ryzykiem, z jakim to się wiązało.
I też trzeba powiedzieć, że ich klienci nie byli raczej dyrektorami, czy jakimiś wpływowymi członkami partii, przedstawicielami lokalnych władz, czy kimś takim, żeby można było podejrzewać, że tu w grę wchodziły jakieś tajemnice, jakaś groźba kompromitacji, czy inne takie grubsze tematy.
Z usług tych kobiet korzystali palacze, kolejarze, robotnicy, generalnie pracownicy fizyczni, przeważnie też nadużywający alkoholu.
Był to więc taki świat wyjątkowo mało seksownego, płatnego seksu.
Trochę czasu minęło, więc zanim ktoś się na poważnie zainteresował tymi zaginięciami, co niestety jest standardem, kiedy ofiarami są osoby z marginesu społecznego, ale ostatecznie trzeba powiedzieć, milicja i prokuratura naprawdę się do tej sprawy przyłożyły.
Z jakim efektem, to już inna kwestia i jeszcze do tego dojdziemy.
23 września 1971 roku w komendzie MO w Radomiu uznano, że tych sześć spraw należy rozpatrywać wspólnie.
W Radomiu może bowiem grasować wampir.
Śledztwo wszczęto w lutym 1972 roku po naradzie z przedstawicielami Komendy Wojewódzkiej, którzy na sprawę zapatrywali się dość sceptycznie, no bo seryjny morderca w Radomiu brzmiał trochę egzotycznie.
A że prostytutki się gdzieś zawieruszają bez śladu, to też nie żadna wielka nowość.
Wszystkie zaginione zawodowo trudniły się nierządem od wielu lat.
Istniała więc spora doza prawdopodobieństwa, że po prostu wyjechały do innego miasta, nie informując o tym swoich rodzin.
Wiadomo było na przykład, że latem wiele prostytutek wyjeżdża do Trójmiasta czy innych miejscowości chętnie odwiedzanych przez turystów, bo w tym czasie tam był większy zarobek i większe możliwości.
Sprawdzono więc w pierwszej kolejności dane meldunkowe z całego kraju, sprawdzono zakłady karne, bo przy takim zawodzie nie było trudno do nich trafić.
Istniała jeszcze jakaś niewielka szansa, że wyjechały za granicę, no ale legalnie tego zrobić nie mogły, bo zostałoby to odnotowane w dokumentach.
W PRL-u nie było tak łatwo dostać paszport.
Trzeba było mieć naprawdę dobry powód, żeby dostać pozwolenie na opuszczenie kraju,
Ale istniały oczywiście różne sposoby nielegalnego przekraczania granicy, z których teoretycznie mogły skorzystać.
Nic nie potwierdziło tego, że wszystkie sześć kobiet zdecydowałoby się na taki właśnie krok, więc tę możliwość ostatecznie też odrzucono.
Kobiety parające się prostytucją prowadziły ryzykowny tryb życia, mogły im się zupełnie niezależnie od siebie przetrafić różne nieprzyjemne wypadki, czy to za sprawą jakiegoś agresywnego klienta, czy za sprawą alkoholu, który większość z nich spożywała w dużych ilościach, a w sezonie zimowym o takie wypadki jest zdecydowanie łatwiej.
Mróz i alkohol to jak wiadomo dwa czynniki, które wspólnie mogą dość łatwo przyczynić się do śmierci, nawet bez udziału osób trzecich.
Także wśród kobiet prowadzących taki tryb życia jak zaginione istniało dość duże ryzyko i nikogo nie dziwiło, że część z nich przepadła bez śladu.
Zasadniczy problem stanowił fakt, że nigdzie nie było ciał, nie znaleziono żadnych śladów walki, krwi i innych śladów, które by świadczyły o tym, że kobiety zostały zaatakowane, że w ogóle doszło tu do jakiegokolwiek przestępstwa.
Nie można było nawet z całą pewnością stwierdzić, że nie żyły, a co dopiero, że padły ofiarą morderstwa.
Władze PRL niechętnie przyznawały, że w Polsce Ludowej grasują seryjni mordercy.
Do tego seryjny morderca zabijający prostytutki to sprawa podwójnie kłopotliwa ze względów ideologicznych, cenzuralnych.
Przecież problem prostytucji też oficjalnie nie istniał i w ogóle się o tym nie mówiło publicznie.
Także rozwiązanie takiej sprawy nikomu nie przyniosłoby jakiegoś splendoru.
Narada w sprawie dalszych działań w związku z serią zaginięć kobiet na terenie Radomia odbywała się jednak w bardzo specyficznym momencie.
Miesiąc po aresztowaniu Zdzisława Marchwickiego, chyba najgłośniejszego seryjnego mordercy w PRL-u, wampira z Zagłębia, który też atakował właśnie kobiety.
Dziś to już do tego nawiązywałam przy okazji sprawy z Tarnowskich Gór.
Kwestionuję się bardzo mocno, czy to rzeczywiście Marchwicki był winien tych wszystkich zbrodni,
No ale w tamtym momencie takie wątpliwości oczywiście do opinii publicznej się nie przedostawały.
Aresztowanie Marchwickiego przedstawiono jako wielki sukces śląskiej milicji.
Temat był jeszcze ciągle gorący, wszyscy byli przerażeni okrucieństwem tego zabójcy.
Chyba nigdy wcześniej w PRL-u nie było tak głośnej, tak szeroko też relacjonowanej sprawy seryjnego mordercy.
Także milicjanci z komendy wojewódzkiej mieli trochę takie mieszane uczucia, kiedy nagle im tu radą wyskoczył z pomysłem, że u nich też może grasować wampir.
Gdyby sprawa przedostała się do opinii publicznej, wyglądałoby to bardzo źle.
Zaraz się okaże, że w każdym polskim mieście grasuje seryjny zabójca kobiet.
Także nikt nie chciał paniki, nikt nie chciał się tłumaczyć później przed przełożonymi.
Temat był śliski i wszczynanie śledztwa w takim kierunku przy całkowitym braku dowodów wydawało się przedwczesne.
Istniała duża szansa, że w rzeczywistości kobiety były całe i zdrowe i oddaliły się z Radomia dobrowolnie, jako że niewiele je tu utrzymało.
Oceniając mentalność zaginionych kobiet należy podejść bardzo krytycznie do ich przywiązania względem swoich dzieci i nie sugerowania się tym, co do podjęcia przez nie decyzji wyjazdu poza miasto radą.
Zaginione były alkoholiczkami o niskim rozwoju umysłowym i decyzja wyjazdu w nieustalonym kierunku mogła się zrodzić u nich pod wpływem namowy osób trzecich.
Poprzez przedstawienie im perspektyw lepszego życia w dużym ośrodku przemysłowym
lub możliwości dalszego uprawiania nierządu z większym zyskiem.
Jak zeznała Kazimiera J., to jest siostra Janiny A., w celach uprawiania nierządu wyjeżdżała ona do Białobrzeg, Skarżyska, Lublina i Warszawy.
Jednocześnie tych zaginięć było nawet jak na środowisko kobiet trudniących się nierządem dość sporo.
Sześć osób w ciągu półtora roku, większość z nich miała dzieci i tymi dziećmi się interesowała.
Może trudno by je nazwać wzorowymi matkami, ale nigdy wcześniej nie zdarzało im się, żeby opuściły dzieci na wiele miesięcy, nikogo o tym nie uprzedzając i nie informując.
Jeśli wyjeżdżały, to kontaktowały się z rodziną prędzej czy później.
uprzedzały, że ich nie będzie, mogły zniknąć na dzień czy dwa, ale nie na miesiąc.
Z nich wszystkich ta Marianna, czyli ta ostatnia z zaginionych, najprędzej by mogła tak zniknąć, no bo ona rzeczywiście nikogo nie miała, nic jej w Radomiu nie trzymało.
Janiny P. też teoretycznie nic specjalnie nie trzymało w Radomiu, ale ona z kolei była już w takim wieku, że gdyby miała tendencję do takich podróży, to by się ona raczej już ujawniła wcześniej.
Jej szanse zarobkowe na tym rynku też już były niewielkie, więc...
Wydawałoby się, że raczej korzystniejsze dla niej było zostanie tu, gdzie miała jakąś rodzinę znajomych, chociaż paru klientów, którzy ją znali.
Takiej osobie jak ona na pewno dużo trudniej by było w zupełnie obcym miejscu zaczynać od początku.
Pozostałe kobiety wprawdzie wykonywały taki zawód, jaki wykonywały, ale poza tym miały jakieś rodziny, miały znajomych, jakoś tam miały te życia ułożone, nazwijmy to.
Może nie były to idealne scenariusze, no ale nie były to takie totalnie zaniedbane, bezdomne osoby, którym już nic nie zostało i które się odwróciły całkowicie od społeczeństwa.
dla takich dobrowolnych wyjazdów, no bo kobiety nie zabierały ze sobą żadnych rzeczy, pieniędzy, niektóre wychodziły z domu bez dokumentów.
Gdyby chciały wyjechać na dłużej, nie było powodu, żeby nie zabrały ze sobą jakiegoś chociażby małego bagażu.
Czemu miałyby wyjeżdżać tak jak stały, nie zabierając nawet jednego ubrania na zmianę?
A jako, że przez wiele miesięcy żadna z nich nie dała znaku życia, można było podejrzewać, że już nie żyły.
Ostatecznie więc naczelnik Wydziału II, pomimo oporów ze strony kolegów z Komendy Wojewódzkiej, zdecydował o wszczęciu śledztwa w kierunku artykułu 148 Kodeksu Karnego, czyli kto zabija człowieka i tak dalej.
Śledztwo było jednak prowadzone dyskretnie.
W sprawie części zaginięć zamieszczono wzmianki w lokalnej prasie i były to takie standardowe ogłoszenia MO poszukuje.
Zaginięcia nie odbiły się w mieście szerokim echem, nie był to żaden głośny temat, nawet w świadku radomskich prostytutek nie wywołał wielkiego poruszenia.
Część kobiet słyszała jakieś pojedyncze informacje, ale zwykle tylko o jednym z zaginięć, nie o tym, że jest to jakaś cała sytuacja.
Seria to, że jakieś kobiety przestały się pojawiać na ulicy, nikogo specjalnie nie dziwiło.
To nie biuro, na ulicy nikt się nikomu nie musi tłumaczyć.
Kobiety często znikały z dnia na dzień, bo na przykład zostawały aresztowane, albo kogoś okradły i zmieniły miasto, żeby tego kogoś nie spotkać, czy na przykład poznały kogoś i z nim wyjeżdżały na pewien czas.
Także poza kilkoma osobami z bliskiego otoczenia zaginionych kobiet w Radomiu nikt nie wiedział, że na ulicach miasta dzieje się coś złego i że w piecach CO pali się miejscowymi prostytutkami.
Bo milicja na wczesnym etapie śledztwa założyła, że kobiety mogły zostać zamordowane przez nieznanego sprawcę, a następnie ich ciała spalono w jednej z kotłowni centralnego ogrzewania na terenie Radomia.
Jak już zauważyliście, pewnie jak zauważyła milicja, do wszystkich zaginięć doszło właśnie w okresie jesienno-zimowym, czyli w sezonie grzewczym, a kotłownie centralnego ogrzewania były, jak się okazuje, powszechnie wykorzystywane do uprawiania nierządu w okresie zimowym w Radomiu.
Największą popularnością wśród tych kobiet, których dotyczyło śledztwo, miały się cieszyć kotłownie przy ulicy 1 Maja, Słowackiego 17 i przy kinie Odeon.
Chociaż tych miejsc było zdecydowanie więcej na terenie całego miasta,
Jak słyszycie, świat erotycznych uciech PRL-u był równie siermiężny, co cała ta epoka.
Trafiłam na zdjęcia koleżanek z pracy zaginionych kobiet, które były przesłuchiwane przez milicję.
Na jednym z tych zdjęć była Krystyna, która jako ostatnia widziała Elżbietę żywą.
No i powiem wam, że wyglądają bardziej jak bibliotekarki niż jak prostytutki.
Ciężkie buty, spodnice do kolan, kardigany.
Zimowa prostytucja w PRL-u.
Wrzucam te zdjęcia na Instagram i na Facebook zbrodni prowincjonalnych, żebyście mogli zobaczyć sobie, jeśli chcecie, jakie były to klimaty.
No ale nawet bez widocznych twarzy myślę, że te zdjęcia są interesujące, bo ich stylówki dość mocno się rozbiegają z tym, co pewnie większość z nas sobie wyobraża, kiedy myśli o tym, jak mogłaby wyglądać kobieta zarabiająca na życie prostytucją.
Powiązań pomiędzy zaginionymi kobietami było więcej niż tylko to, że uprawiały ten sam zawód.
Klienci, znajomi, miejsca, w których bywały, powtarzały się, choć ciężko było znaleźć takie osoby i takie miejsca, w których dałoby się osadzić wszystkich sześć kobiet.
Zwykle te połączenia były pomiędzy kilkoma z nich, ale nie wszystkimi.
Trudno też było wskazać jakieś sytuacje, w których one wszystkie by przebywały razem.
Raczej miały wspólnych znajomych, o co w takim środowisku nie trudno, albo znały się ze słyszenia, może niektóre z widzenia.
ale bliższych relacji między nimi wszystkimi jednocześnie nie było.
Tak się przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawało, choć z czasem okazało się, że był ktoś, kto wszystkie te kobiety ze sobą łączył.
Podczas rozmów z radomskimi paniami lekkich obyczajów milicjanci trafili na kilka interesujących informacji.
Wynikało z nich, że kobiety czegoś się obawiały.
Krążyły w ich środowisku jakieś bliżej nieokreślone pogłoski, że Radom nie jest bezpieczny.
Jedna z nich nazwała nawet miasto piekłem, radziła też swoim koleżankom, żeby one również wyjechały z Radomia, tak jak ona na kartce pocztowej, którą wysłała do jednej ze swoich koleżanek z pracy, pisała, żeby ta uważała i, cytuję, nie wpadła jak śliwka w kompot.
W lutym 1970 roku jedna z kobiet została pobita przez klienta, który powiedział, że wykończy ją tak jak Jolkę.
Wszystko to brzmiało dość tajemniczo, a na radomskich ulicach pojawiało się z czasem coraz więcej trudnych do zweryfikowania plotek.
Według jednej z nich ktoś miał podrzucić na komendę milicji kartkę, na której było napisane, że będą ginąć kobiety.
To, co początkowo udało się milicji ustalić na temat potencjalnego mordercy, było wyjątkowo mało pomocne i mało imponujące.
Zresztą posłuchajcie fragmentu sprawozdania z akt sprawy.
Rozpytane koleżanki zaginionych prostytutek podały w przybliżeniu rysopisy mężczyzn, którzy interesowali się zaginionymi.
Rysopisy te posiadają w pewnym stopniu wspólne, zbieżne cechy w szeroko pojętym znaczeniu.
Można przyjąć, że domniemany sprawca zabójstw kobiet jest mężczyzną w wieku średnim, wzrostu średniego, tęgiej budowy ciała, włosy w odcieniu ciemnym, ubrany w okresie zimy w jesionkę koloru ciemnego.
Czyli innymi słowy mógł to być prawie każdy mężczyzna.
Jeśli chodzi o charakterystykę sprawcy i jego motywy i taki, nazwijmy to szumnie, profil psychologiczny, to opisano go następująco.
Motywem działania sprawcy może być sadyzm w podłożu seksualnym lub doznane w przeszłości krzywdy ze strony kobiet.
Nie można wykluczyć też u sprawcy zabójstw innych zaburzeń natury psychiatrycznej, dlatego też m.in.
przyjmuje się, że zabójstw mógł dokonać jeden osobnik.
W Radomiu rozpoczęło się więc polowanie na wampira.
Pierwszą osobą aresztowaną w tej sprawie był Jan O. Do aresztowania doszło 23 grudnia 1971 roku, a więc jeszcze zanim wszczęto dochodzenie, które łączyło te wszystkie przypadki zaginięć w jedną sprawę, sprawę, w której poszukiwano potencjalnego seryjnego mordercy.
Jan O. został aresztowany w związku z zaginięciem Janiny A., czyli Jolki.
Było wiadomo, że mężczyzna utrzymywał z nią kontakty, korzystał z jej usług, spotykał się też z innymi kobietami świadczącymi takie usługi, choć kiedy go aresztowano nie było jeszcze żadnych dowodów na to, że znał też inne zaginione kobiety.
Wiadomo było natomiast, że wobec kobiet, z którymi współżył, bywał agresywny, że traktował je brutalnie, podczas odbywania stosunków płciowych wykazywał skłonności do sadyzmu.
Jan pracował jako mechanik, ale pracę w Radomiu dostał dopiero w lipcu 1970 roku.
Wcześniej mieszkał w województwie wrocławskim, miał alibi na okres od października 1969 do lipca 1970 roku.
Nic nie potwierdzało tego, że podróżował w tym czasie do Radomia i mógł mieć udział w zaginięciu Haliny i Ireny.
Oczywiście istniała szansa, że przyjeżdżał na jakieś krótkie okresy do Radomia, podczas gdy był zatrudniony w innym mieście.
No i milicja musiała to sprawdzić, no ale mogło się też okazać, że hipoteza, że do wszystkich sześciu zaginięć doszło za sprawą tej samej osoby się posypie, jeśli uznają Jana Oza sprawcę zabójstwa Jolki i wtedy będzie trzeba te sprawy rozpatrywać niezależnie od siebie.
Jan O. był zatrudniony w warsztacie samochodowym pana Władysława w Radomiu i to miejsce nie było obce jednej z pań, które już się w tej historii pojawiły.
To jest Krystynie, która towarzyszyła czwartej zaginionej, czyli Elżbiecie, podczas jej ostatniej nocy w mieście.
Krystyna była w letniej kuchni przy warsztacie Waldemara i widziała tam mężczyznę, którego rysopis z grubsza odpowiadał rysopisowi Jana i który według zeznań kobiety miał tam pomieszkiwać w październiku 1969 roku.
Ostatecznie jednak nie udało się potwierdzić, że to był on.
Przedstawione przez niego alibi zostało utrzymane i ostatecznie wątek Jana O. został porzucony.
Bardziej obiecująca, choć jednocześnie znacznie szersza i trudniejsza do zbadania, wydawała się hipoteza, że za śmiercią kobiet stali palacze lub palacz pracujący w którejś z kotłowni na terenie Radomia, często odwiedzanych przez prostytutki.
W pierwszej kolejności należało zweryfikować, czy w ogóle możliwe było spalenie ciał w tych piecach, w jaki sposób można to było zrobić, czy zostałyby po tym jakieś ślady, a że tu już milicja miała kilka konkretnych adresów w kotłowni, no to nic nie stało na przeszkodzie, żeby je poddać oględzinom.
Wyszło na to, że palacze mogli bez trudu wprowadzić kogoś do kotłowni, tak żeby nikt tego nie zauważył, co zresztą było już wiadomo wcześniej, no bo nie było żadną tajemnicą, że bywały tam prostytutki.
Kotłownie miały też zamykane pomieszczenia, w których można było kogoś ukryć, a nawet uwięzić na dłuższy czas, tak żeby nie wiedzieli o tym inni pracownicy i przełożeni.
Natomiast już spalenie ciała w piecu wymagałoby jego rozkawałkowania, no bo otwory w piecach były zbyt małe, żeby zmieścił się w nich cały człowiek.
Ale teoretycznie dałoby się rozczłonkować ciało na przykład przez noc i posprzątać tak, żeby nie został ślad, żeby zmiennik, który przyjdzie następnego dnia nie zauważył niczego podejrzanego.
Brano też pod uwagę, że w tym procederze mogło brać udział dwóch lub kilku mężczyzn, którzy nawzajem się kryli.
Wśród palaczy, którzy stali się obiektem zainteresowania milicji, znalazł się ów Stefan, z którym przyjaźniła się Elżbieta.
Brano pod uwagę, że mógł więzić kobiety w kotłowni przez dłuższe okresy.
Milicja ustaliła też w jakiej temperaturze dochodzi do spopielania zwłoki, jakie związki chemiczne wytwarzają się w żużlu po spaleniu ciał.
Sprawdzano pod tym kątem kilka kotłowni, ale żadne konkretne ustalenia się wtedy nie pojawiły.
Nawet gdyby w tych piecach rzeczywiście spalono zwłoki, to kiedy milicja dokonywała tych oględzin, to od ich zaginięcia minęły już przynajmniej dwa lata.
Po takim czasie resztki, które mogły się tam znaleźć w tym żużlu już dawno, by zostały stamtąd usunięte i gdzieś wywiezione.
gdzie teraz przygrywała jeszcze sterta kolejnych odpadów.
Także gdyby morderca zrobił faktycznie to, co podejrzewali go milicjanci, no to byłaby to praktycznie zbrodnia doskonała.
W planie dalszych działań w śledztwie znalazły się m.in.
takie pytania, które mnie trochę rozśmieszyły.
Tam wyszczególniono pytania, jakie należy zadawać kobietom podczas przesłuchań i były m.in.
Czy zna pani jakichś palaczy sadystów chorych umysłowo?
Którego z palaczy podejrzewa osadyzm, nienawidzenie kobiet lub który z nich doznał w przeszłości upokorzeń i innych dolegliwości ze strony kobiet?
Mam wrażenie, że chyba trochę zbyt szerokiej wiedzy o swoich klientach wymagano od tych pań.
Ale te pytania prowadzą nas do trzeciej hipotezy, która może się łączyć z drugą, ale nie musi.
I trzecia hipoteza śledcza brzmiała trochę jak strzał w ciemno.
Założono, że zabójstwa mógł popełnić z zemsty ktoś, kogo na przykład prostytutki zaraziły chorobą weneryczną.
Funkcjonariusze więc mieli podążać tropem choroby wenerycznej, sprawdzić, czy któraś z zaginionych na takową się leczyła i czy któryś z palaczy z kotłowni centralnego ogrzewania się leczył.
Pewnie taki scenariusz byłby możliwy, chociaż w tym przypadku został wymyślony całkowicie w ciemno.
Ostatecznie nie trzeba było też łączyć tych zabójstw z kotłowniami.
Owszem, kobiety żyjące z prostytucji korzystały z nich czasem, ale to nie były jedyne miejsca, w jakich dochodziło do aktów płatnej miłości.
W Radomiu była cała masa rozmaitych melin, w których odbywały się schacki, także równie dobrze do zbrodni mogło dojść w melinie, w mieszkaniu, w pokoju, czy w dowolnym innym...
miejscu zamieszkania.
Następnie morderca musiałby się jakoś pozbywać ciał, więc należało założyć, że dysponował jakimś środkiem lokomocji, zapewne samochodem, który mógł później wywozić ciała gdzieś za miasto albo do jakiegoś innego miejsca, w którym się ich pozbywał.
Podczas rozmów z kolejnymi paniami z branży, które znały zaginione kobiety, powtarzało się kilka nazwisk, które zainteresowały milicjantów i jednym z nich był Jan K., który miał mieszkanie przy ulicy Dalekiej w Radomiu,
Wśród kobiet, które u niego często bywały była Janina A, czyli Jolka.
Kobieta bardzo sobie chwaliła tego klienta ze względu na warunki, jakie zapewniał.
Zawsze mogła się u niego nie tylko napić wódki, ale też porządnie zjeść, najczęściej kiełbasę, bo w tym wytwornym towarzystwie kiełbasa była najbardziej ceniona jako zakąska do wódki.
Jako klient też był mało uciążliwy, bo stosunków płciowych w zasadzie nie chciał, czy też nie mógł odbywać.
Wystarczyło mu dotykanie i całowanie.
A że do tego wszystkiego jeszcze płacił, no to był uważany za dobrego klienta.
Jan K. posiadał też samochód, był to Ford Taunus.
W tamtych czasach takie auto było symbolem pewnego statusu, można je było sprowadzić tylko z Niemiec, bo w Polsce takie auta nie były produkowane i uchodziły za takie lepsze, nowocześniejsze, bardziej komfortowe niż te Syrenki czy Trabanty.
czy później Fiaty, które jeździły po polskich drogach.
Także Jan K. był bardziej zamożny niż większość klientów tych kobiet, które przeważnie miały klientów z totalnych nizin społecznych.
I mężczyzna wyróżniał się na ich tle.
Można się było zastanawiać, czemu zadaje się z tymi najtańszymi, najbardziej zniszczonymi prostytutkami, czy aby nie dlatego, że zniknięcia takich kobiet mogą łatwiej przejść niezauważone.
Ostatecznie jednak Jana K. też nie udało się powiązać z tą serią zaginięć.
Pojawił się za to inny interesujący szczegół.
Otóż Marianna, czyli nasza zaginiona numer 6, w pewnym momencie zaczęła pojawiać się na ulicy w palcie należącym do Jolki, która zaginęła pół roku przed nią.
Koleżankom powiedziała, że dostała to wszystko od niejakiego obywatela S. Był to mężczyzna, który ze środowiskiem radomskich prostytutek dobrze się znał i przyprowadzał kobiety do swojego mieszkania i wśród tych kobiet była też Jolka.
Obywatel S stał się więc kolejnym obiektem zainteresowania milicji.
Okazało się, że w jego mieszkaniu doszło do pewnego incydentu z udziałem zaginionej Jolki.
Uczestniczyło w nim kilku mężczyzn, którzy rozebrali ją do naga, a Obywatel S groził, że ją zabije.
Ale w życiu prostytutek takie sytuacje niemały.
też nie były czymś niespotykanym.
Kobiety świadczące usługi mężczyznom z nierdzin społecznych, z przestępczego półświatka, pijakom i awanturnikom z takimi i podobnymi sytuacjami spotykały się ciągle i przeanalizowanie każdej takiej awantury było po prostu niemożliwe, szczególnie, że ich uczestnicy zwykle nie za dużo pamiętali.
Śledztwo przedłużało się więc i napotykało kolejne trudności.
Milicja miała do przesłuchania kilkadziesiąt osób, z czego sporą część stanowiły osoby właśnie z marginesu społecznego, które albo nie miały stałego miejsca zamieszkania, albo często ich w tym miejscu zamieszkania nie było, albo nie szczególnie miały ochoty na kontakty z milicją, więc unikały takich spotkań.
Większość tych tropów i tak donikąd nie doprowadziła, a ich rozpracowanie pochłonęło już dużo czasu i energii.
Aż milicjanci zaczęli otrzymywać informacje, które kazały im przyjrzeć się dokładnie osobie, która w tym śledztwie była od samego początku, która była źródłem wielu informacji o zaginionych kobietach i ich klientach, a tą osobą była Krystyna, ta sama, która towarzyszyła Elżbiecie wtedy, kiedy ta była widziana po raz ostatni.
Krystyna, muszę to powiedzieć, była córką Alfonsa.
Nie z profesji, tylko z imienia.
Jest w tym jakaś ironia losu, że prostytutka jest córką Alfonsa,
W 1971 roku, kiedy zginęła Elżbieta, Krystyna była mężatką, miała 35 lat i troje dzieci, które mieszkały w domu dziecka, bo kobieta nie była w stanie się nimi zajmować.
Jest to pewne niedopowiedzenie.
Krystyna swoje dzieci wysyłała na ulicę, żeby żebrały, podawała im alkohol, uprawiała przy nich seks z klientami.
Groziła też, że wrzuci swoje półroczne dziecko do pieca.
Swojego męża próbowała zabić tasakiem.
Nasłała też na niego kilku mężczyzn, którzy go pobili do nieprzytomności.
Także ostatecznie mężczyzna z ulgą poszedł do więzienia.
Tam było przynajmniej bezpieczniej niż w jego własnym domu.
Choć można też domniemywać, że skoro poszedł siedzieć, to sam aniołem również nie był.
Krystyna miała ukończonych tylko pięć klas szkoły podstawowej.
Jako, że urodziła się w 1936 roku, no to można zrozumieć do pewnego stopnia.
W czasie, kiedy powinna rozpocząć edukację trwała wojna, także do szkoły poszła z kilkuletnim opóźnieniem.
Pewnie miała tam około 10 lat, jak poszła do pierwszej klasy.
I zanim ją skończyła, no to była już w takim wieku, że musiała iść do roboty.
Wojna doświadczyła Krystynę bardzo boleśnie, jej rodzice zostali zamordowani w obozie koncentracyjnym w czasie wojny, także Krystyna wychowywała się w domu dziecka, no a te domy dziecka w latach 40-tych i 50-tych, no to umówmy się, nie były dobre miejsca.
W całym kraju była wielka nędza w tamtym czasie, brakowało wszystkiego, od budynków, które mają cztery ściany i dach począwszy.
Dzieci, które trafiały do tych zakładów często były zaniedbane w stopniu, który trudno sobie dzisiaj wyobrazić fizycznie, moralnie, intelektualnie.
To były często dzieci, które widziały śmierć swoich bliskich, które widziały masowe egzekucje, koczywały gdzieś na dziko miesiącami, ukrywały się, głodowały, musiały kraść, żeby przeżyć.
Niektóre były głęboko straumatyzowane doświadczeniami wojny, no a personel tych domów dziecka nie miał ani wystarczających kwalifikacji, ani środków, żeby tym dzieciom jakoś pomóc.
Było tych opiekunów zawsze za mało i oni sami też byli przemęczeni, żyli w trudnych warunkach, mieli na głowie mnóstwo zmartwień.
Także wojna, strata rodziców, dorastanie w domu dziecka w drugiej połowie lat 40. i na początku lat 50. to był naprawdę kiepski start życiowy.
Trudno się więc tak naprawdę dziwić, że Krystyna wyrosła na osobę dość mocno zaburzoną i aspołeczną.
Bez żadnego wsparcia rodziny, bez wykształcenia, bez pieniędzy, nie miała wielkich perspektyw, niewiele było prac, które mogła podjąć.
W młodym wieku uzależniła się od alkoholu, także już jako siedemnastolatka zaczęła się trudnić prostytucją.
Podczas swojej kariery niejednokrotnie wchodziła w kolizję z prawem, była karana za kradzieże, sutenerstwo, zakłócenie porządku, wielokrotnie trafiała do izby wytrzeźwień, była kierowana na leczenie przymusowe w przychodni przeciwkoalkoholowej.
Wszystko to niewiele jednak zmieniało.
Krystyna poza tym, że sama zarabiała na życie nierządem, to była też sutenerką, czyli podnajmowała swoje mieszkanie przy ulicy Dzierżyńskiego innym prostytutkom, przy czym była dość bezwzględna, kiedy chodziło o rozliczenia finansowe.
Za ten wynajem, jeśli się pojawiały jakieś problemy z płatnościami, za skorzystanie z jej mieszkania stawała się agresywna.
Kilka kobiet mówiło, że zrzuciła je ze schodów, jedna dostała mocno po głowie jakimś ciężkim przedmiotem, także z Krystyną lepiej było nie zadzierać.
W środowisku prostytutek była generalnie nielubiana, zawsze chciała sobie wszystkich podporządkować, była taką tyranką.
Sama nigdy się przed nikim nie otwierała, nie zwierzała, chciała wiedzieć wszystko o innych, ale o sobie nigdy nie mówiła niczego istotnego.
Jej osobowość została w aktach śledztwa określona następująco.
Główną jej dewizą w życiu były pieniądze uzyskane na uprawianiu nierządu przez siebie i innych, okradanie mężczyzn oraz wódka wody.
Koło 1958 roku w życiu Krystyny pojawił się Józef.
Poznali się podczas rozładunków węgla na rampie kolejowej.
Na początku był tylko jednym z jej klientów, później coraz częściej bywał w jej mieszkaniu już tak bardziej prywatnie, po przyjacielsku.
Jako, że Krystyna nikomu się z niczego nie zwierzała, to oczywiście o swojej relacji z Józefem też nikomu nie opowiadała.
ale był u niej widywany i ludzie domyślali się, że byli w jakimś związku, chociaż pewnie ich rozumienie związku mogło się bardzo różnić od tego, co ja albo wy byście przez to rozumieli.
I w czasie, kiedy dochodziło do zaginięć, Józef też bywał często widywany u Krystyny.
Wyglądało na to, że para miała jakieś tajemnice, często rozmawiali na osobności, wypraszali też inne osoby, kiedy chcieli ze sobą porozmawiać.
Były w jej mieszkaniu też widywane niektóre spośród zaginionych kobiet.
Milicji udało się ustalić, że Halina, zaginiona numer jeden, była matką chrzestną bratanka Krystyny, swoją drogą taka matka chrzestna, no nie wiem, brzmi bardziej jak ta zła wróżka chrzestna ze Śpiącej Królewny.
Halinie zdarzało się korzystać z lokalu Krystyny, ale kobiety się nie lubiły i dochodziło między nimi do bujek.
Irena, czyli zaginiona numer trzy, znała się z Krystyną od 1962 roku i też wykorzystywała jej mieszkanie do wiadomych celów.
A kiedy Krystyna została oskarżona o sutenerstwo i miała sprawę przed sądem powiatowym w Radomiu, to właśnie Irena była jednym ze świadków.
I między innymi właśnie jej zeznania doprowadziły do skazania Krystyny na rok więzienia.
Z sutenerskich usług Krystyny korzystała również Jolka, zaginiona numer dwa, która utrzymywała kontakty z Józefem i jego dwoma kolegami aż do ostatnich dni przed swoim zaginięciem.
Marianna, czyli zaginiona numer sześć, przez pewien czas mieszkała i pracowała u Krystyny w 1970 roku.
Między kobietami dochodziło do kłótni, bo chyba Krystyna nie umiała z nikim koegzystować bez kłótni zbyt długo, szczególnie jeśli w grę wchodziły pieniądze.
Krystyna uważała, że nie wystarczy, żeby Marianna płaciła jej za mieszkanie, tylko chciała dodatkowo pobierać procent też od każdego klienta.
A ponieważ lokatorka się na to nie zgadzała, no to ostatecznie ją wyrzuciła.
Z Janiną P., czyli zaginioną numer 5, Krystyna znała się właściwie od początku swojej kariery.
Kobiety spotykały się od lat 50. w różnych mylinach, na ulicach i w innych miejscach, w których bywały radomskie prostytutki.
O tym, że z Elżbietą, czyli zaginioną numer 4, znały się, no to już wiadomo, od samego początku i od początku Krystyna była głównym świadkiem tego zaginięcia.
Elżbieta była jedyną chyba z tych wszystkich kobiet, z którą Krystyna miała dobre stosunki.
Sama Krystyna nazywała ją nawet swoją przyjaciółką i podczas dziesięciu przesłuchań, na których była Krystyna, chętnie mówiła na różne tematy.
ale ani razu nie wspomniała o najważniejszym, czyli o tym, że świetnie znała mężczyznę, który tamtej nocy odszedł razem z Elżbietą.
Dokładnie wiedziała, kto to był, podobnie zresztą jak sama Elżbieta, która też wielokrotnie go u Krystyny widywała.
Kiedy milicja zaczęła się skupiać na nim i jego dwóch kolegach, na Jow zaczęły wychodzić kolejne informacje i wyglądało na to, że sprawa o kryptonimie Jolka zmierza do rozwiązania.
23 października 1975 roku Józef został tymczasowo aresztowany i nie trzeba było długo czekać.
Józef się rozprół, nie miał żadnych oporów.
Przed podawaniem nazwisk wskazał Jana G., Adama B. i Krystynę.
Jeśli chodzi o tę ostatnią, to w aktach możemy przeczytać następujący opis.
Wymieniona w okresie realizacji materiałów operacyjnych przez tutejszą komendę MO znajdowała się w stanie silnej depresji.
Systematycznie wprowadzała się w stan zamroczenia alkoholowego oraz nosiła się z zamiarem wypełnienia samobójstwa.
Do innych osób wyrażała się, że zostanie aresztowana oraz pozbawiona wolności co najmniej na 15 lat.
W chwili zatrzymania do dzieci wyraziła się, że więcej nie wróci.
To na pewno nie zmniejszyło podejrzeń, jakie wobec niej żywiła milicja, ale o tym, do czego to wszystko doprowadziło, jak te historie miały się połączyć w jedną, usłyszycie już w drugiej części tego odcinka, części, która na kanale pojawi się już jutro o godzinie 8 rano, także zapraszam na kolejny odcinek Zbroni Prowidzjonalnych.
Ostatnie odcinki
-
"JOLKA" I WAMPIR [2/2]: Wyznania nositorby (1970)
23.01.2026 07:00
-
"JOLKA" I WAMPIR [1/2]: Sezon grzewczy (1970)
22.01.2026 19:00
-
Krzyki zza ściany (Szklarska Poręba 1983)
30.12.2025 19:30
-
Wampir z Tarnowskich Gór (1981)
15.12.2025 17:00
-
Zapomniana rodzina (Wawrzeńczyce)
01.11.2025 17:00
-
KRYMINALNA HISTORIA POLSKI: Zabójcza pomarańcza...
21.10.2025 18:00
-
Szybcy i wściekli. Najgłośniejszy pościg PRL (1...
24.09.2025 16:00
-
Tajemnica mirowskiej studni (Okleśna 1971)
22.08.2025 17:00
-
TAJEMNICE WANDERERA [2/2]: Fałszywy milicjant (...
07.07.2025 06:00
-
TAJEMNICE WANDERERA [1/2]: Lichtarz szewca Katz...
06.07.2025 16:00